Święte słowoTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

TU

Biedny Einar. Niełatwo jest uwolnić się od Julii, wiem coś o tym. Nie wtedy, kiedy ona się uprze, kiedy uwięzi człowieka siłą swojej żelaznej woli. Należy do tych kobiet, które zagryzając wargi, podtrzymują życie całego narodu od tysiąca lat, przeprowadzają go przez czasy głodu i klęsk, przez katastrofy i epidemie. Takie kobiety nie mają czasu na czczą gadaninę o wolnej woli czy dyplomacji, bo cały świat kręci się wokół życia i śmierci i przekonań tych, od których wszystko zależy. Nie ma sensu przypominać im, że współczesność zaczęła swój pochód od dobrobytu, praw obywatelskich i wolności osobistej, bo one wiedzą lepiej, wiedzą, że wszystko pójdzie do diabła, jeśli to nie one będą decydować. Einar nie ma na nią sposobu.

Czasem się spierałyśmy z Julią, ale jeśli chodzi o szczegóły, to ostatecznie zawsze ona miała decydujący głos. Ja mogłam rządzić jedynie w kuchni, była w stanie przyznać, że tam mam przewagę, głównie dlatego, że to jej pasowało. Nigdy specjalnie nie interesowała się gotowaniem. A poza tym prowadziła nas jak firmę, sprawnie i zdecydowanie, a mnie to nawet odpowiadało. Mogłam sobie malować w spokoju, ona zajmowała się sprawami praktycznymi.

A teraz całkiem przejęła nade mną kontrolę. Ja się zmieniłam w roślinę doniczkową, warzywo, siedzę spokojnie i grzecznie w kącie i pozwalam jej mnie przemieszczać, odżywiać, szukać ubrań. Julia nie jest dla mnie niedobra, zaplata mi warkocze, wciera we mnie krem, czasem maluje mi usta, wozi na rehabilitację. I ciągle gada. Czasem odnoszę wrażenie, że woli, jak jestem taka pasywna i milcząca, niż kiedy usiłowałam drzeć z nią koty.

Przyznaję, że przeżyłam spore rozczarowanie, budząc się w tym stanie. W jednej chwili człowiek stoi w niedzielny poranek w kuchni, gwiżdże radośnie podczas porannej mszy w radiu i miesza ciasto na naleśniki, a w następnej budzi się niemy, zaśliniony, z ogolonym łbem i już nigdy nie gwizdnie.

Otworzyłam oczy i spojrzałam w jasne światło i błękitne oczy archanielicy, miała na ustach maseczkę operacyjną i świeciła mi w oczy. Zdążyła mi już wywiercić dziurę w głowie, oczyścić krew i wybrać z mózgu popsutą tkankę za pomocą czegoś, co przypominało odkurzacz, i powiem ci, że nie jest to przyjemne doświadczenie, ta świadomość, że ktoś grzebał ci w mózgu odkurzaczem. Nawet jeśli tą osobą jest neurochirurg, do tego niezwykle piękna kobieta. Niczym archanielica.

Uratowała to, co się dało uratować, uratowała to, co można było uważać za moje życie, i teraz siedzę, uciszona na wieki, z wyrazem zdziwienia zastygłym na prawej połowie twarzy. I oni dalej próbują, logoterapia, fizjoterapia i terapia manualna czy jak się tam to wszystko razem nazywa. Tragedia, mówią, zdrowa kobieta zmieniła się w inwalidkę, taka zdolna, kochająca życie, młoda, niespełna czterdziestoletnia.

Uśmiechnęłabym się, gdybym mogła, ostatnio nawet już sama chodzę do toalety, nie zapomnijmy podziękować za dary Boże, oszczędzono mi przynajmniej upokorzenia, gdyby Julia miała mnie podcierać.

I ona ostatecznie dopina swego, Einar oczywiście jedzie szukać Eddy, to jego obowiązek, ja bym Julię poparła. Jedzie poszukać siostry, ponieważ zawsze to robił. Często do niej docierał, kiedy się chowała, w szafie, pod łóżkami, w książkach zatapiała się w historiach.

I o tym oczywiście jest ta opowieść, że Einar jedzie i szuka Eddy.

Podąża jej śladem, jakby czytał tekst, od lewej do prawej, na wschód od słońca i na zachód od księżyca.

WCZEŚNIEJ

Julia nienawidzi lipca. Lato w Islandii bywa tak ponure, człowiek czeka i czeka na wiosnę, i wreszcie kiedy przychodzi lato, zazwyczaj jest szare, mokre i zimne, samo rozczarowanie. Przez całą zimę człowiek marzył o wyjazdach pod namiot, piknikach, opalaniu się w ogrodzie, a potem jak nadchodzi te kilka słonecznych dni, odczuwa lęk, dopadają go wyrzuty sumienia i najchętniej zostałby w domu, pod kołdrą, i czytał powieści. Science fiction. Julia chętnie zanurza się w literaturę non fiction podczas nieobecności Örlygura, wydaje się jej, że się na nim odgrywa, kiedy idzie do biblioteki i czyta wszystkie te dostępne książki, których sama obecność na stole w domu przyprawiałaby go o dreszcze, Władcę pierścieni, Diunę i Stephena Kinga. Wpada do domu w buntowniczym nastroju z naręczem prohibitów, rzuca się na kanapę i czyta łapczywie, z bijącym sercem i ze spoconymi dłońmi, jakby robiła coś świńskiego, jakby zdradzała jego i jego wyglansowany, wybielony gust.

Örlygur wraca do domu w połowie czerwca, ale szybko znów wyjeżdża, nie zauważywszy chyba nawet jej zmienionych zwyczajów czytelniczych. Śledzą razem transmisję telewizyjną z obchodów Dnia Niepodległości w Thingvellir, jedzą zimną pizzę i śmieją się z wiadomości pokazujących ludzi uwięzionych w kostiumach narodowych w autach w drodze na obchody.

– Zaczyna już być trochę widać po tobie – mówi jej i gładzi ją po brzuchu – dobrze by na tobie leżał taki narodowy kostium.

Julia pokazuje mu język, rzuca w niego suchym kawałkiem pizzy i wybucha śmiechem, ale ta uwaga ją boli. Teraz kocha się z nim inaczej niż przed wyjazdem, jakby nie byli już sobie tak bliscy jak wcześniej, on jest jakiś nieobecny, szybko załatwia sprawę. Zwykle patrzył na nią, wolno ją rozbierał, patrzył na jej nagie ciało, oczy miał pełne miłości. Tak się jej w każdym razie zdawało. Już jej nie wielbi wzrokiem, woli raczej klepnąć ją dłonią w tyłek, ugryźć w ucho. Już nie jest boginią, lecz pokojówką, myśli Julia, ale też i przytyła, nabrała bardziej kobiecych kształtów. Kobieta w stroju narodowym.

Julia nienawidzi lipca, a Örlygur znowu wyjechał, tym razem na Vestmannaeyjar. Teraz nie płacze, kiedy go żegna, letnia depresja wszystko spłaszcza, uważa, że wszystko jest przejaskrawione i sterylne, niczym sala operacyjna. Dopiero co zaczęła wieczorną zmianę, kiedy w kuchni dzwoni telefon. Odbiera libański kucharz i woła ją do aparatu, zdziwiona bierze słuchawkę. Örlygur nie zwykł dzwonić podczas zdjęć, kiedy musi się koncentrować. Raz wysłał jej pocztówkę z Isafjördur, nic z tyłu nie napisał, ale owcom na zdjęciu dorysował dymki. Beczały: „Je t’aime!”.

To nie Örlygur dzwoni. Rozlega się dźwięczny dziewczęcy głos.

– Czy to Julia Gylfadottir?

– Tak?

– Przepraszam, że dzwonię. Na imię mam Ragnheidur.

– W porządku – mówi Julia i stara się jakoś skojarzyć imię, ale żadnej Ragnheidur nie pamięta.

– Sprawa jest... muszę... uważam... – jąka się dziewczyna drżącym głosem, dopóki Julia nie straci cierpliwości.

– O co ci chodzi?

– Wydaje mi się, że obie spodziewamy się dziecka z tym samym facetem. Jestem w ciąży z Örlygurem Jonssonem. Uznałam, że powinnam ci o tym powiedzieć.

Julia czuje, jak blednie, kręci jej się w głowie, widzi wszystko na czerwono, czarne plamy wirują po kuchni. Rzuca słuchawkę i osuwa się na podłogę z plecami przy ścianie i głową między kolanami. Zjawia się kucharz, pochyla nad nią, pyta słabym angielskim, czy wszystko w porządku, czy coś się nie stało.

Podnosi wzrok, patrzy mu w oczy, przewierca go na wylot.

– Kurwa w dupę jebana mać – mówi wreszcie. – Pierdolona Szmata.

*

Julia nie usiłuje dzwonić do Örlygura na wyspy, zresztą nie wie, jak mogłaby się do niego dodzwonić. Myśli wirują jej w czaszce, jest wściekła i zazdrosna, smutna i poniżona, a równocześnie ma absolutną jasność, że Szmata kłamie. To jakiś niesmaczny żart, Szmata jest okrutna, chce się odegrać na Örlygurze i wymyśliła te kłamstwa, żeby go zranić, żeby ich zranić, zniszczyć im wszystko. Julia wie jednak doskonale, co zrobi, nikt jej nie odbierze Örlygura, będzie o niego walczyć do ostatniej kropli krwi.

Zwalnia się wcześniej z pracy i idzie do domu. Jest przyjemny letni wieczór, a ona nie bardzo wie, dokąd niosą ją nogi. Zauważa to dopiero wtedy, kiedy staje u siebie w salonie, przygląda się swojemu domowi, sfatygowanym meblom, stertom książek, zakurzonemu odbiornikowi telewizyjnemu, kasetom VHS, francuskim kawiarnianym plakatom na ścianach. Na stoliku stoi filiżanka z kawą i kawałek suchego chleba na talerzu, resztki jej śniadania. Wszystko nagle takie biedne i bezużyteczne.

Wchodzi do łóżka, leży skulona i do później nocy rozmyśla, zastanawia się, kim jest ta Ragnheidur. Stawia pytania i sama sobie na nie odpowiada, wysuwa coraz to nowe teorie, lecz cały czas słyszy w głowie głos, cichy, ale wyraźny:

Twoja miłość cię zdradziła.

Miłość zdradziła.

Miłość nie istnieje.

*

Szmata dzwoni ponownie do restauracji, ale Julia rzuca słuchawką, kiedy tylko słyszy jej głos. Poleca kolegom w pracy, żeby jeśli ktoś do niej zadzwoni, mówili, że jej nie ma. Chyba że to Örlygur, wtedy odbierze.

Niewiele śpi, je jeszcze mniej i po raz pierwszy naprawdę czuje, że jest sama. Matka usiłowała się z nią kontaktować, lecz Julia ją zbyła, nie myślcie sobie tylko, że jesteście mi potrzebni, wycedziła, kiedy ostatnio matka pukała do jej drzwi. Może znowu będziesz chciała przekupić mnie, żebym zrobiła aborcję?

Od wielu miesięcy nie miała kontaktu z przyjaciółkami, zapraszały ją na swoje przyjęcia maturalne, ale nie poszła, uznała, że już do nich nie pasuje, nie ma z nimi nic wspólnego. Nie żeby się wstydziła czy coś, tylko że jakby należały już do dwóch różnych światów. Czułaby się skrępowana. I nie miała ochoty wysłuchiwać, co będą robiły jesienią, studiowały medycynę, filozofię czy pojadą do Paryża albo Kopenhagi.

Wybrałam miłość, szepce sama do siebie, a potem płacze, bo to takie potworne być samą z całą tą miłością, obawiać się przyszłości i nie wiedzieć już, czy pozostało jeszcze coś do kochania. Żadnej Anaïs Nin, żadnej kariery aktorskiej czy artystycznego życia w zagranicznych metropoliach – tylko powielenie stereotypu głupiej dziewczyny, która wpadła i zmarnowała sobie życie.

 

Ale nawet lipiec kiedyś się kończy i Örlygur wraca po pierwszym długim weekendzie w sierpniu, wbiega po schodach, otwiera drzwi, rzuca worek marynarski na podłogę, rozkłada ramiona, halo, bogini moja, nie przywitasz swojego umęczonego marynarza?

Nie miała od niego wiadomości od trzech tygodni i postanowiła sobie, że każe mu spadać, kiedy wróci, ale nie potrafiła oprzeć się stojącemu z otwartymi ramionami, promieniejącemu uśmiechem i energią, lekko trącącemu alkoholem i papierosami. Rzuca mu się na szyję i szlocha, tak szczęśliwa na jego widok, tak przerażająco samotna. On ją mocno ściska, a potem niesie do łóżka i kocha, tak jak robił to zimą, a ona jest tak przejęta, że łzy spływają jej po policzkach.

Potem leżą razem pod kołdrą, jej głowa na jego ramieniu, on pali, a ona podkrada dymka, bo przecież całkiem rzuciła palenie.

On nawija ostrożnie, opowiada jej o swoich dokonaniach na Vestmannaeyjar, mieszkali w chacie rybackiej, mówi, poznali chłopaków z Ghany, którzy przyrządzali im suszoną rybę, szlachetne jedzenie, chodzili razem do Maskonura i pili z kloszardami, poszli pijani na spotkanie sekty religijnej i na Ellidaey na zdjęcia – wiesz, Julio, tam jest tak pięknie, że byś nie uwierzyła, mówi. Zupełnie jakby te wyspy unosiły się w powietrzu, jakby same dla siebie były światem.

Ona słucha rozanielona, on jej o nic nie pyta, tamta straszna rozmowa telefoniczna jest teraz żałosna, kiedy tak leży w jego objęciach, a mały brzuszek spoczywa bezpiecznie między nimi, myśl o tamtym telefonie jest absurdalna.

Ale pytanie się pojawia, przebija sobie drogę na jej wargi, nim zdąży je zatrzymać.

– Miałam telefon do kawiarni, jak ciebie nie było. Dzwoniła jakaś Ragnheidur.

Julia czuje, że w łóżku coś się zmienia, patrzy, jak jego jabłko Adama wędruje w górę, a potem w dół.

– Tak – odzywa się po chwili naturalnym głosem. – Czego chciała?

– Powiedziała, że jest z tobą w ciąży.

Julia mówi to z uśmiechem, to tak absurdalne, ale on się z nią nie śmieje. Przez chwilę leży bez ruchu, po czym wstaje i wkłada szlafrok. Wychodzi do kuchni.

– Örlygur – woła za nim Julia, czuje, jak strach podchodzi jej do gardła, nie powinna była nic mówić, nie powinna była tego poruszać, trzeba było pozostawić szczęście w spokoju, pozwolić mu cieszyć się wątpliwościami.

Siedzi przy stole w kuchni, kiedy Julia tam wchodzi. Jego dłonie spoczywają na blacie, te długie, piękne palce, a ona czuje, że zapada się pod nią podłoga, kiedy jej facet mówi:

– Przykro mi, że cię rozczarowałem, moja mała, piękna Julio, ale nie jestem monogamistą. Nigdy nie będę.

– Jak możesz tak mówić? – szepce. – Nie kochasz mnie?

– Kocham – odpowiada – ale nie tylko ciebie. Nie potrafię. Kiedy się spotkaliśmy pierwszy raz, mówiłem, żebyś nie oczekiwała niczego, czego nie mogę ci dać.

Teraz widzi go takiego, jaki jest naprawdę, obiboka w wytartym bawełnianym szlafroku, jasnego, ładnego, z bezradnym spojrzeniem. Nagle dociera do niej po dziewięciomiesięcznym okresie kochania, że on jest samolubny i słaby psychicznie, te wszystkie piękne słowa o miłości, wolności i sztuce były pewno tylko przykrywką, teraz wycieka spod nich ego, ja, ja, ja.

Jest takim egoistą, że nie potrafi jej nawet okłamać, nie stać go, kurwa, żeby zaprzeczyć, dać jej odrobinę fałszywej nadziei.

*

Nazywa się Ragnheidur Einarsdottir i mieszka w Fiordach Zachodnich. Julia odnajduje jej numer telefonu i dzwoni z automatu, rozmowa jest krótka i chłodna, ale postanawiają spotkać się następnym razem, kiedy Ragnheidur przyjedzie do stolicy. Julia wybiera miejsce, uważa za stosowne spotkać się w najbardziej chaotycznej i najbrzydszej dzielnicy miasta, jaką jest Skeifan. Postanawia nie mówić Örlygurowi o spotkaniu, od kiedy wyszła tamta sprawa z dzieckiem w Isafjördur, nieczęsto rozmawiają ze sobą, on długimi okresami przebywa poza domem, w jakiejś norze w Armuli i jak mówi, montuje swój film. Może oczywiście wracać do domu na noc, kiedy wchodzi do łóżka, ona leży czujna z zamkniętymi oczami, a do pracy idzie, zanim on wstanie.

– Zacząłeś sypiać z jakąś nową? – pyta go któregoś wieczoru, kiedy ma wolne.

Siedzą przy małym kuchennym stoliku i usiłują jeść spaghetti z pomidorami, ona nie ma apetytu, kręci makaronem na talerzu. On zdaje się nie wytrzymywać w jej towarzystwie, pochłania jedzenie, a potem zapala papierosa, zanim jej odpowie, nie, z nikim nie sypia, ale nie patrzy jej w oczy i Julia musi ugryźć się w język, żeby nie wybuchnąć płaczem przed jego wyjściem.

Ragnheidur siedzi przy stoliku w niedużej kafejce w centrum chaosu, kiedy Julia pojawia się z premedytacją spóźniona o dwadzieścia minut. Wyobrażała ją sobie jako szarą myszkę z wypłowiałymi włosami, ale Ragnheidur ją zaskoczyła, jest czarnowłosa i delikatna, niczym ikona Marii Dziewicy, wielkie, szarozielone oczy. Julia klnie pod nosem, wmawiała sobie, że uda jej się uciszyć Szmatę, spotykając się z nią i wylewając na nią swoje żale, lecz Ragnheidur patrzy jej prosto w oczy bez cienia strachu.

Witają się, podają sobie ręce, Ragnheidur spogląda na brzuch Julii, u niej samej jeszcze niewiele widać. Mówi, ze przyjechała do stolicy na egzaminy wstępne do szkoły plastycznej. Do stolika podchodzi kelner. Julia zamawia herbatę, tak jak Ragnheidur, earl greya, siedzą naprzeciwko siebie, rywalki, przeciwniczki, dyskretnie pokazujące zęby wilczyce.

– Dlaczego do mnie zadzwoniłaś? – pyta potem Julia.

– Dokładnie nie wiem – odpowiada Ragnheidur i spuszcza wzrok, bawi się torebką z cukrem, miesza herbatę. – Uznałam, że muszę ci o tym powiedzieć. Kiedy dowiedziałam się, że ty też jesteś w ciąży. Uważałam, że powinnaś wiedzieć.

Julia patrzy na nią wściekła.

– Powinnam? Wiesz co, między nami wszystko się układało. Byliśmy szczęśliwi. Ten pieprzony telefon wszystko popsuł.

– Wolałabyś, żebym nie zadzwoniła?

– Nie wiem. Tak.

– W końcu i tak byś się dowiedziała.

– Tak. Ale byłabym trochę dłużej szczęśliwa.

Milkną, kelner uruchamia dyszę do spieniania mleka przy ekspresie do kawy, kafejkę wypełnia hałas.

– On mi nic nie mówił, jak się spotkaliśmy, jak zaczęliśmy być razem – zwierza się Ragnheidur.

– A co to zmienia?

– Nie zakochałabym się w nim, gdybym o tobie wiedziała. Nie pozwoliłabym sobie na to. Uważałam, że jestem ci winna wyjaśnienie. I miałam wrażenie, że w pewnym sensie mamy ze sobą coś wspólnego.

Ona jest szurnięta, myśli sobie Julia, ale trochę rozumie, o co jej chodzi, obie uległy błyskowi tych błękitnych oczu, dotykał ich obu w taki sam sposób, opowiadał o łabędzim pierzu i czereśniach. Sama myśl o tym wprawia ją we wściekłość.

– Jedyne, co nas łączy, to to, żeśmy dały się wydymać temu samemu palantowi i byłyśmy na tyle głupie, że pozwoliłyśmy mu się zapłodnić. Masz zamiar urodzić?

– Tak – odpowiada Ragnheidur, prawie zawstydzona. – Chciałam usunąć, kupiłam już nawet bilet do stolicy i tak dalej, ale potem nie dotarłam na lotnisko. Wiem, że teraz istnieje wiele lepszych możliwości niż urodzenie dziecka, jednak moja mama mnie urodziła, kiedy miała osiemnaście lat, i zawsze miała szczęśliwe życie. Chociaż normalnie wpadła w szał, jak jej o tym powiedziałam, spytała, czy nie nauczyłam się niczego z jej doświadczenia.

– Myślę, że człowiek niczego się nigdy nie uczy z cudzego doświadczenia – zauważa Julia. – Moja mama i ojczym próbowali zapłacić mi, żebym dokonała aborcji.

– To chore – oburza się Ragnheidur.

– To właściwie zdecydowało. Potem już nie było innej możliwości, jak tylko podjąć decyzję, że urodzę. To moje życie, rozumiesz, moje dziecko. Usiłowali też mnie przekupić, żebym z nim skończyła.

– Może powinnaś się zgodzić – rzuca Ragnheidur i obie się uśmiechają, nagle łączy je cienka, gorąca linia.

Udaje im się podtrzymać dość niewymuszoną konwersację przy herbacie. Ragnheidur ma już maturę, chciała się przeprowadzić jesienią do Rejkiawiku, ale nie wie, czy jej się uda. Julia stara się jak najmniej mówić o przyszłości, kieruje rozmowę w bezpieczne tory, wizyty u ginekologa, poranne mdłości.

Proszą o rachunek, każda płaci za swoją herbatę. Kiedy Ragnheidur wstaje, Julia zauważa książkę w jej torebce.

– Boating for Beginners – mówi – jedna z moich ulubionych książek.

– Moja też – odpowiada z nieśmiałymi uśmiechem Ragnheidur – czytam ją trzeci raz.

I kiedy Julia wraca autobusem do domu, ku swojemu zdziwieniu odkrywa, że nie jest sama, po raz pierwszy tego lata.

*

Postanawiają pisać do siebie. Na stryszku Örlygura nie ma telefonu, a Julia czuje się niekomfortowo, kiedy musi ukradkiem dzwonić do Ragnheidur z pracy. Nie bardzo wie, o co jej chodzi, Szmacie, Marii, ale uważa, że powinna utrzymywać z nią kontakt, jakoś panować nad wydarzeniami.

Ragnheidur już korzysta z internetu, ma nawet adres mailowy. Julia dogadała się z miłą bibliotekarką w Bibliotece Miejskiej i będzie mogła korzystać z jej e-maila i komputera, słucha schrypniętego śpiewu modemu, gdy kilobajty pokonują wyżyny i fiordy w drodze między Rejkiawikiem a Isafjördur. Jak jakieś czary.

From: ragnheidur@centrum.is

To: annat@borgarbokasafn.mail.is

Cześć,

chciałam Ci tylko podziękować za polecenie książki, podobała mi się. Mam normalnie jazdę na tę manię zbieracką faceta, prawie umarłam ze śmiechu przy opisie, jak ladacznica zaczęła szydzić z jego „drobnych przyrządów” czy jak to tam ubrane było w słowa. Ale przyjemnie czyta się tak świetnie napisaną rzecz.

Mam nadzieję, że u Ciebie lepiej ze zdrowiem, ja wciąż czekam na poranne mdłości, które nie nadchodzą.

Pozdrowienia

Ragnheidur

From: annat@borgarbokasafn.mail.is

To: ragnheidur@centrum.is

Cześć,

tak, to świetna książka, fajno, że zajarzyłaś. Też mam teraz na nią jazdę i też jestem przy niej uziemiona, jak gościu przy swojej kolekcji porcelany. Te sprawy mieszkaniowe, kurde! Wiem, że powinno być mnie stać samą na czynsz, tylko że to by była okropna harówa. Mogę iść do funduszu pomocy matkom, żeby zdobyć hajs na wózek dla dziecka, a mama na pewno pomoże mi z ubrankami. Jeśli padnę przed nią na kolana i się pogodzimy. Mam złe sny, koszmary, że spadam w otchłań z dzieckiem na rękach. Wybacz ten słowotok, ale nie mam z kim pogadać.

Julia niechcący klika na „send”, czuje się, jakby wysłała swoje nagie zdjęcie, ale jakoś jej dziwnie wszystko jedno. Ten nowy sposób komunikowania się jest niczym telepatia, jakby wysyłała dokądś niewypowiedziane myśli i nie musiała się z nich rozliczać.

From: annat@borgarbokasafn.mail.is

To: ragnheidur@centrum.is

Droga Ragnheidur,

dzisiaj upadłam. Stoczyłam się jak byle żul. W swojej niewinności przyszłam do biblioteki, żeby wysłać do Ciebie kilka linijek, spostrzeżeń dotyczących wczorajszej wizyty w gabinecie – nie dość, że człowiek musi rzucić palenie i przestać pić kawę, to wymyślili jeszcze nowiuśką witaminę, którą torturują ciężarne kobiety, nazywa się toto kwas foliowy i aż się prosi, żeby człowiek pochłaniał potworne ilości zielonej sałaty i fasoli nerkowej, wyobraź sobie to okrucieństwo – i zanim się zdążyłam zorientować, wzięłam jakąś kwaśną powieść science fiction Carla Sagana, ja, która usiłuję po raz czterdziesty przeorać się przez Gargantuę i Pantagruela. Ö dostanie oczywiście apopleksji, kiedy znajdzie na swoim stoliku nocnym kosmitów i białe dziury. Nie mogę się doczekać!

From: ragnheidur@centrum.is

To: annat@borgarbokasafn.mail.is

Kochana Julio,

jesteś taka dowcipna! Śmieję się do rozpuku przy swoim biurku w magistracie. Nie jestem może specjalnie wyrafinowana, ale nie uważam, żeby czytanie przaśnej francuskiej literatury z szesnastego wieku było bardziej eleganckie niż lektura książek Sagana, te ostatnie przynajmniej są oparte na współczesnych teoriach astrofizycznych. Pamiętasz jego programy telewizyjne o wszechświecie? Ja bym wierzyła w każde słowo, które pisze. Jeśli Ö dostanie apopleksji z powodu Sagana, to co by powiedział o moim stoliku nocnym, feministycznym mistycyzmie, Odyn o Ewie?

Nie mów nikomu, ale ZNAM dziewczyny, które mają wszystkie tomy Sagi o Ludziach Lodu.

Pozdrowienia

Ragnheidur

Julia wybucha śmiechem, dobrze mu tak, samcowi alfa, z tymi jego monologami o Polańskim i Hemingwayu i pieprzonej Verze Nabokov, oczyma duszy widzi, jak on się skręca ze wstydu, że jego kochanki rozczytują się w literaturze kuchennej i okultystycznej, zaprzaństwo doskonałe.

 

From: ragnheidur@centrum.is

To: annat@borgarbokasafn.mail.is

Kochana szwagierko!

Mam nadzieję, że w stolicy wszystko w porządku, a mieszkaniec Twego brzucha rozwija się pomyślnie. Jak już Ci wspominałam, jestem przekonana, że to chłopak, i niniejszym proponuję, aby dostał imię Damon. Damon Örlygsson, nie byłoby to takie niedorzeczne, cieszyłby się większą przychylnością dam niż jego ojciec.

Zaczynam tracić nadzieję, że uda mi się przyjechać jesienią do stolicy. Kontaktowałam się ze studenckim biurem kwater, ale jedyne indywidualne mieszkania to nory bez okien albo garaże w Breidholt. A myśl o tym, żeby wynajmować z jakimiś balangowiczami stąd, jest właściwie nieznośna.

W najgorszym przypadku zagnę parol na jakiegoś przystojnego wilka morskiego i zmuszę go do małżeństwa, większość z nich nie pamięta, z kim spała, to mogłabym równie dobrze być ja. Albo jeszcze raz sprawdzę listę biura, haha!

Twoja

R

From: annat@borgarbokasafn.mail.is

To: ragnheidur@centrum.is

Towarzyszko Brzuchatko,

hadko słuchać, żeś utknęła w tej zabitej dechami dziurze! (Uwaga! Piszę z metropolii Rejkiawik). Musimy jednak stworzyć sobie nowe kanały komunikacyjne, ja już muszę opłacać się słonymi łapówkami u dobrej bibliotekareczki, żeby mnie dopuściła do swego komputera, wydaje mi się, że przestało jej się podobać, że tak często ją nawiedzam. Podsuwam jej fajkę, a ona idzie na stronę zajarać, tak że mam dokładnie osiem minut, żeby przeczytać Twoją wiadomość i odpisać na nią. A zatem dostajesz sygnały dymne z Biblioteki Miejskiej!

Pierwej padłabym martwa, niż ponownie wpełzła do domu moich rodziców. Pewno by mnie przyjęli, ale oni są przekonani, że prawo to jedyna droga, która nie wiedzie wprost do zatraty. Obawiam się, że mieszczańska tożsamość mojego ojczyma rozpadłaby się w pył, gdyby w jego progi wprowadziła się bezrobotna i niewykształcona przegrana bohema z zamiarem utrzymania siebie i swego bękarta pracą w śródmiejskiej knajpie! Nie, w tej sytuacji uważam, że to kruche entente między mną a Örlygurem jest lepsze. (No widzisz: zaczęłam nawet wtrącać francuskie słowa. I nie mów mi, że on niczego człowieka nie nauczył. Comme il faut!)

Razem z małym Damonem życzymy Ci powodzenia w poszukiwaniu mieszkania!

Jules

Nagle Julia widzi światło, znajduje rozwiązanie, które wpada jej do głowy i rozsyła wzdłuż kręgosłupa gęsią skórkę, ona uśmiecha się więc szeroko do bibliotekarki i pyta, czy może wysłać jeszcze jedną króciutką wiadomość.

From: annat@borgarbokasafn.mail.is

To: ragnheidur@centrum.is

Ragnheidur! Przyjeżdżaj do Rejkiawiku. Wynajmijmy coś razem.

From: ragnheidur@centrum.is

To: annat@borgarbokasafn.mail.is

Zwariowałaś? A Örlygur?

From: annat@borgarbokasafn.mail.is

To: ragnheidur@centrum.is

Örlygur już zrobił swoje. Teraz nasza kolej.