O kotach

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

***

***

rozmowa przez telefon

kotka

***

***

***

spłoszony do życia jak ogień

urodziłem się żeby taszczyć róże alejami umarłych

***

pokrętne dobro w ratowaniu cierpiących

portret duszy dla much

***

***

przedrzeźniacz

widok na kocie jaja

przedziwna sprawa

mokra noc

***

wszędzie tygryski

***

***

zły misiek

dar

Gościu van Gogh

czytelnik

Manx

***

nocna praca

***

koty i ludzie i ty i ja i wszystko...

***

historia twardego skurwiela

terminologia

toast za starego

próbka wiersza o przyrodzie

rozsądny facet

w obroży

ściśle fajnie

***

kot to kot to kot to kot

kolejna ofiara

mój kot, pisarz

5 kotów

***

ciepłe światło

sen

***

trochę tego miejsca

nasza banda

nieklasyczna symfonia

z demobilu

kiedy wszystko trąci samobójczą ostatecznością

***

spoko futro

zwieńczenie

tragedia?

***

***

moje koty

Źródła

Podziękowania

Inne książki Charlesa Bukowskiego

Tytuł oryginału: ON CATS

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: JOLANTA SPODAR

Projekt okładki: TOMASZ LEC

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © 2015 by Linda Lee Bukowski

All rights reserved

Fotografie ze zbiorów Lindy Lee Bukowski

For the Polish edition

Copyright © 2017, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-65613-46-2

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

.


Beeker

S

O tej późnej porze nie było gdzie zjeść, bo wszystkie lokale pozamykano, a do miasta mieliśmy kawał drogi autem. Nie mogłem zaprosić faceta do swojego pokoju, więc musiałem zaryzykować wizytę u Millie. Zawsze miała mnóstwo żarcia. A przynajmniej zawsze miała ser.

Nie pomyliłem się. Zrobiła nam kanapki z serem i zaparzyła kawę. Kot mnie znał, więc wskoczył mi na kolana.

Odstawiłem go na podłogę.

– Pan patrzy, panie Burnett – powiedziałem. – Łapa! – zwróciłem się do kota. – Łapa!

Kot siedział jakby nigdy nic.

– Dziwne, dawniej zawsze dawał łapę – powiedziałem. – Łapa!

Pamiętałem, jak Shipkey zdradził panu Burnettowi, że gadam do ptaków.

– No, nie świruj! Łapa!

Poczułem się trochę głupio.

– Nie świruj! Łapa!

Opuściłem głowę na wysokość głowy kota i dałem z siebie wszystko.

– Łapa!

Kot siedział jakby nigdy nic.

Wróciłem na swój fotel i wziąłem do ręki kanapkę z serem.

– Koty to dziwne zwierzęta, panie Burnett. Z nimi nigdy nic nie wiadomo. Millie, puść panu Burnettowi szóstą Czajkowskiego.

Posłuchaliśmy muzyki. Millie podeszła i usiadła mi na kolanach. Była w samym szlafroku. Osunęła się na mnie. Odłożyłem kanapkę.

– Proszę zwrócić uwagę – powiedziałem do pana Burnetta – na tę część, która wprowadza do symfonii motyw marszowy. Według mnie to jeden z najpiękniejszych fragmentów z całej światowej muzyki. Prócz piękna i siły ma też doskonałą strukturę. Czuć w nim pracę inteligencji.

Kot wskoczył na kolana facetowi z kozią bródką. Millie przytuliła policzek do mojego policzka i oparła mi dłoń na piersi.

– Gdzieżeś się podziewał, chłopczyku? Millie za tobą tęskniła, wiesz.

Płyta się skończyła, więc facet z kozią bródką zdjął kota z kolan, wstał i odwrócił krążek. Powinien był wyjąć z okładki drugą płytę. Skoro odwrócił pierwszą, czekała nas trochę przedwczesna kulminacja. Ale nic nie powiedziałem i wysłuchaliśmy do końca.

– Jak się panu podobało? – spytałem.

– Ładne! Bardzo ładne!

Kot siedział na podłodze.

– Łapa! Łapa! – rzekł ten z kozią bródką do kota.

Kot podał mu łapę.

– Widzi pan – powiedział facet z kozią bródką. – Mogę mu kazać, żeby podał łapę.

– Łapa!

Kot przeturlał się na bok.

– Nie, łapa! Łapa!

Kot siedział jakby nigdy nic.

Facet opuścił głowę na wysokość głowy kota i powiedział mu do ucha:

– Łapa!

Kot wsadził mu łapę prosto w bródkę.

– Widział pan? Kazałem mu dać łapę, a on posłuchał! – Pan Burnett był z siebie wyraźnie zadowolony.

Millie przywarła do mnie.

 

– Pocałuj mnie, chłopczyku – powiedziała. – Daj buzi.

– Nie.

– Jak Boga mego, ocipiałeś, chłopczyku? Co cię napadło? Cóś cię dzisiej gryzie, dobrze widzę! Weź się wywnętrz przed Millie! Millie pójdzie za tobą do piekła, przecie wiesz. Co jezd grane, ha? No co?

– A teraz każę kotu się przeturlać i on posłucha – oświadczył pan Burnett.

Millie objęła mnie z całych sił i spojrzała w dół w moje zwrócone ku górze oko. Miała bardzo smutną minę, w której było coś matczynego, i pachniała serem.

– Powidz Millie, co cię gryzie, chłopczyku.

– Turlaj się! – rozkazał kotu pan Burnett.

Kot siedział jakby nigdy nic.

– Słuchaj – powiedziałem do Millie. – Widzisz tego faceta?

– Co mam nie widzieć.

– To Whit Burnett.

– Znaczy się kto?

– Redaktor czasopisma. Tego, do którego wysyłam opowiadania.

– Znaczy się ten, co ci przysyła te małe świstki?

– Listy odmowne, Millie.

– Wredny typ. Nie podoba mi się.

– Turlaj się! – rozkazał kotu pan Burnett.

Kot się przeturlał.

– Patrzcie! – wrzasnął pan Burnett. – Kazałem mu się turlać, a on posłuchał! Chcę go kupić! Jest fantastyczny!

Millie jeszcze mocniej mnie uścisnęła, spoglądając w dół w moje oko. Byłem zupełnie bezradny. Czułem się jak żywa ryba na warstwie lodu u rzeźnika na kontuarze w piątek rano.

– Weź mnie posłuchaj – rzekła Millie. – Mogę go tak omotać, że ci cóś wydrukuje. Tak to obłatwię, że wydrukuje ci wszystko!

– Patrzcie, jak kot się turla na mój rozkaz! – zawołał pan Burnett.

– Nie, nie, Millie, nie rozumiesz! Redaktorzy nie są tacy jak dobrze ustawieni ludzie interesu. Redaktorzy mają s k r u p u ł y.

– Skrupuły?

– Skrupuły.

– Turlaj się! – powiedział pan Burnett.

Kot siedział jakby nigdy nic.

– Już ja się znam na tych waszych skrupułach. Nie bój nic! Tak go omotam, że ci wydrukuje każde jedno opowiadanie, chłopczyku!

– Turlaj się! – powiedział pan Burnett do kota.

Żadnej reakcji.

– Nie, Millie, nie pójdę na to.

Oplotła mnie wszystkimi kończynami. Z trudem oddychałem, bo była ciężka. Poczułem, że drętwieją mi stopy. Millie przytuliła policzek do mojego policzka i pogłaskała mnie po piersi.

– Ni masz nic do gadania, chłopczyku!

Pan Burnett opuścił głowę na wysokość głowy kota i powiedział mu do ucha:

– Turlaj się!

Kot wsadził mu łapę prosto w bródkę.

– Ten kot chybaby coś zjadł – stwierdził pan Burnett.

A potem wrócił na swój fotel.

Millie podeszła i usiadła mu na kolanie.

– Skąd masz taką śliczną bródkę? – spytała.

– Państwo wybaczą – powiedziałem. – Pójdę się napić wody.

Wyszedłem, usiadłem we wnęce śniadaniowej i popatrzyłem na kwiaciasty wzór zdobiący blat. Spróbowałem zdrapać go paznokciem.

Wystarczająco trudno było dzielić się miłością Millie ze sprzedawcą serów i spawaczem. Millie o figurze zgrabnej od głowy aż do samych bioder. Szlag, szlag.

S

Kot przechodzi i strząsa Elżbietanina

z grzbietu.

Nie chcę rysować

jak Mondrian,

wolę tak jak wróbel zjadany przez kota.

rozmowa przez telefon

poznałem po przyczajonej pozie kota,

po tym, jak się rozpłaszczył,

że jest obłąkany zdobyczą;

a kiedy do niego podjechałem,

wstał w półmroku

i uciekł

z ptakiem w pysku,

bardzo dużym szarym ptakiem

o skrzydłach opadłych jak złamana miłość,

przebitym kłami,

z życiem jeszcze

tlącym się

ledwo ledwo.

połamany ptak miłości,

a kot łazi mi w głowie

i nie mogę go rozkminić:

dzwoni telefon,

odpowiadam jakiemuś głosowi,

ale raz po raz znów go widzę

i te bezwładne skrzydła,

bezwładne szare skrzydła,

i to coś uchwycone

w głowie, która nie zna litości;

to świat, nasz świat;

odkładam słuchawkę

i kocie kąty pokoju

napierają na mnie,

aż gotów byłbym krzyczeć,

ale dla krzykaczy

są specjalne zakłady,

a kot łazi,

kot łazi bez końca

mi w mózgu.

_______

Widziałem tego ptaka, trzymając kierownicę, i widziałem skrzydła opadłe jak złamana miłość, to skrzydła tak powiedziały, a kot uszedł przed kołami mojego auta kocim chodem, a mnie mdli, kiedy to piszę, i cała złamana miłość świata, i wszystkie złamane ptaki miłości, i niebo to wszystko powiedziało, zasnute smogiem, tandetą chmur i szubrawymi bogami.

S

Parę dni temu, wracając z toru, zobaczyłem ptaka. Tkwił w pysku kota przyczajonego na asfaltowej jezdni, w górze były chmury, zachód słońca, miłość i Bóg, a kot na widok mojego auta wstał, powstał po kociemu, obłąkańczo, z grzbietem sztywnym jak od miłosnego szału, i podszedł do krawężnika, a ja widziałem ptaka, dużego, szarego, złamane skrzydła dyndały, duże i rozpostarte, obwisłe, z rozcapierzonymi piórami, jeszcze żywe, w kocich kłach; nikt nic nie mówił, zmieniały się światła, mój silnik warczał i te skrzydła, te skrzydła mi w głowie...

kotka

ta kotka kręci się przy żelaznych schodkach przeciwpożarowych,

żółta jak słońce,

nigdy nie widziała żadnego psa w tej

dzielnicy i o rany, jaka ona gruba

od szczurów i kąsków z BARU HARVEYA,

a ja chodzę po przeciwpożarowych

na górę do jednej pani w hotelu,

która pokazuje mi listy od syna

z Francji w pokoiku

pełnym smutku i flaszek po winie,

czasem zostawiam jej trochę pieniędzy,

a jak schodzę po przeciwpożarowych,

znów ta kotka

się łasi,

i gdy idę do auta,

ona za mną, więc muszę uważać

przy zapalaniu, ale tylko troszkę:

mądrala wie,

że wóz jej nie sprzyja.

kiedyś poszedłem odwiedzić tę panią,

ale już nie żyła. znaczy nie zastałem jej,

tylko pusty pokój. dostała wylewu

podobno, więc pokój był do wynajęcia.

no, nie ma co się smucić. zszedłem

po żelaznych schodkach i spotkałem kotkę. wziąłem

ją na ręce i pogłaskałem, ale o dziwo

to nie była ta sama kotka. miała szorstkie futro

i wredne ślepia. rzuciłem ją na ziemię

i popatrzyłem, jak odbiega i na mnie łypie.

a potem wsiadłem do auta

i odjechałem.


Pióras

S

Arabowie podziwiają kota, a kobietami i psami gardzą, bo one okazują uczucia, co zdaniem niektórych jest dowodem słabości. Może i tak. Ja tam niewiele po sobie pokazuję. Moje żony i dziewczyny narzekają, że nie daję przystępu do swojej duszy, a ciałem dzielę się, powiedzmy, po purytańsku; ale wróćmy do tego przeklętego kota. Kot jest wyłącznie SOBĄ. To dlatego nie odpuści nieszczęsnemu ptakowi, jak go już dopadnie. Reprezentuje potężne siły ŻYCIA, które nie odpuszczają. Kot to piękny czort. To słowo jest tu w sam raz na miejscu, nawet przez duże C. Niektóre psy i kobiety można namawiać, żeby odpuściły, i w końcu odpuszczą. A kot ni cholery. Błyskawice dawno zdążą osmalić ściany domów, a on wciąż będzie mruczał nad miseczką mleka. Kot gotów cię zjeść, kiedy umrzesz. Choćbyście nie wiem ile lat razem przeżyli. Był raz pewien starzec, który umarł samotnie jak Buk, ni mioł kobity, ale mioł kota i umarł sam jeden, i minęło wiele dni, bidny starowina wziął i zaśmiardł, nie jego wina, to tylko ziemia się obraca i usuwa szczątki tego, co powinny były pogrzebać żywe ziemskie duchy, a kotu smakowicie zapachniało to śmierdzące ścierwo, więc jak ich obu znaleźli, to kot drapał od dołu, od podłogi, wczepiony w spód materaca, jakby przyrósł, i żarł przez materac, przywarł jak małż do skały i nie dało się go przepędzić kijem ani oderwać, ani nawet wykurzyć ogniem, więc musieli go wyrzucić razem z tym przeklętym materacem. W którąś jasną noc, kiedy księżycowa rosa i liście schłodziły trupi odór, pewnie w końcu odpuścił.

W kocie nie mieszkają żadne duchy ani bóstwa, nie szukaj ich, Horusie. Kot jest obrazem wiekuistej maszynerii, tak jak morze. Nie głaszcze się morza za to, że takie piękne, ale kota można – dlaczego? – TYLKO DLATEGO, ŻE NA TO POZWALA. I nie zna strachu – do końca – lecz wkręca się w sprężynę morza i skały i nawet w walce na śmierć i życie myśli wyłącznie o majestacie mroku.

S

nie zawsze nienawidzę kota, który zabija ptaka;

nienawidzę tylko tego,

który zabija mnie...

bracie księżycu, bracie kocie, nie prosicie o litość, fuchy ani fanty,

tylko o lulu i lawendę, i domy, głaski, ruch

jak w misce.

o młodzieńcy z Princeton dymiący z faj

o młodzieńcy z Harvardu dymiący

drapiący książki dla pewności,

no bo bracie księżycu, bracie kocie

nie ma dla was usprawiedliwienia

wy to tylko różowe dymki i pastelowe

chmurki

do niczego jak majtki mojej dziewczyny na podłodze

albo jak moja dziewczyna na podłodze

dymiąca przed wybuchem

jak Pinie rzymskie Ottorina Respighiego.

...drzewo pełne ptaków czyni sprawiedliwość.

albo ziemia pełna robali.

albo ludzie pełni ziemi.

usprawiedliwienie.

chodzimy po śródnocnym dywanie

ni pijani ni wyśnieni ni zaćpani.

a gdy okno się zatrzaśnie

z pychą i pierdem armaty

albo klakson zadmie w róg jak fallus

lub nosorożec ryknie przez sen o lodach,

ryknie jak włosy na twojej ręce

kładącej igłę na Komediantach Kabalewskiego,

gdy dyszą już miedziaki,

a Biedna Stara Dolores Costello

nawinięta na starą szpulę leży w szafie

jak żyłka wędkarska.

jestem z wami... bracie księżycu i kocie:

nadstawiamy ucha, oka,

spokojni w ich fabule, po czym

idziemy dalej, księżyc i kot

obok

płonącej starej panny,

obok van Goghów i Rembrandtów

wiszących jak liście...

na szczyt dachu, dziś w nocy;

na kontynenty precyzji,

przy dźwiękach, które kręcą światem.

S

Ptaszki, które odchodzą kocią drogą, nie przestają śpiewać mi w głowie.


spłoszony do życia jak ogień

w boleściwym bóstwie mój kot

chodzi w koło

chodzi w koło i w koło

z elektrycznym ogonem i

ślepiami jak guziki

lamp

żywy,

puszysty i

ostateczny

jak

grusza

żaden z nas nie rozumie

katedr ani

mężczyzny za oknem

który podlewa swój

trawnik

gdybym był tak bardzo mężczyzną

jak on jest kotem –

gdyby istnieli tacy mężczyźni

świat mógłby się

zacząć

wskakuje na kanapę

i kroczy przez

portyki mojego

podziwu.

urodziłem się żeby taszczyć róże

alejami umarłych

2

Przegapiłaś koci spór szary był

zmęczony wściekły machał ogonem i drażnił się

z czarnym który nie chciał zawracać

sobie głowy ale w końcu

pogonił szarego raz trzepnął go łapą a

szary zaskowyczał

uciekł stanął drapnął się w ucho

pacnął słomkę w powietrze i

pierzchł pokonany knując a

biały (jeszcze jeden) gonił wzdłuż

drugiej strony płotu za

 

pasikonikiem akurat gdy dostał kulę pan

Kennedy.

S

Fabryki, więzienia, pijane dni i noce, szpitale osłabiły mnie i wytrzęsły jak mysz w zębach kumatego kota: życia.


pokrętne dobro w ratowaniu cierpiących

dawniej bardzo chudy i nerwowy

jak głodujący muzyk

odpasł się u mnie

i roztył

jak teksaski nafciarz i teraz już

nie taki nerwus

ale wciąż

dziwak.

nieraz budzę się w łóżku

a on dotyka nosem

mojego nosa i te

żółte wielkie ślepia

W L E W A J Ą S I Ę

w resztki mojej duszy

a ja mówię:

won, skurwielu!

zabieraj mi nos sprzed

nosa!

mrucząc jak pająk obżarty

muchami odchodzi

kawałek.

wczoraj leżałem w wannie

a on wszedł

na wysokich łapach

trzepiąc ogonem

a ja w wodzie

paliłem cygaro i czytałem

NEW YORKERA

i nagle wskoczył na brzeg

wanny

balansując na obłym

alabastrze

a ja powiedziałem

jest pan kotem a koty

nie lubią wody.

ale skręcił ku kranom

i zastygł przy nich na czarnych stopach

a jego drugi koniec

głową w dół

wąchał wodę a woda była

GORĄCA i zaczął ją pić

czerwony języczek

płochliwy i cudowny

zanurzał się w gorącej wodzie

a kot wciąż

węszył

dziwiąc się co ja tam w ogóle robię

i co w tym widzę aż tak fajnego

i nagle ten tłusty biały głupol

wpadł! –

wszyscy wyskoczyliśmy z wanny

mokrym susem;

kot, ja, cygaro i NEW YORKER

plując, wrzeszcząc, prychając, ociekając

a moja żona wbiegła

MÓJ BOŻE! CO SIĘ STAŁO? CO SIĘ STAŁO?

powiedziałem przez rozklejone cygaro:

człowiek nie może pobyć chwilę sam

nawet we własnej wannie, ot co!

ale ona tylko się z nas śmiała

a kot nawet się nie wściekał

wciąż mokry i tłusty

prócz ogona

który ścieniał aż wyglądał prawie jak

szczurzy bardzo smętnie i wreszcie

kot zaczął się

wylizywać.

wytarłem się ręcznikiem

poszedłem do sypialni

wlazłem do łóżka

i spróbowałem znaleźć swoje miejsce w tym

czasopiśmie.

ale dobry nastrój prysł

odłożyłem pismo

i wgapiłem się w sufit

w przestrzeń w której Bóg rzekomo

jest

i nagle usłyszałem to

MIJAUUUŁ!

następny kot znajda który przyjdzie pod moje drzwi

pozostanie

znajdą.

portret duszy dla much

ten facet w przetartym podkoszulku spełzłej

rewolucji

wznosi matematykę swojej nieczystości do

ostatecznego zera

a ja budząc się dziś rano ze smakiem łososia

na języku

pomyślałem o nim

chociaż czułem że potrzebny mi ksiądz

a przynajmniej jego gospodyni

byle tylko ktoś pogłaskał mnie po intymnych narządach

przywracając im szczyptę

majestatu

w ręku trzyma list

od bogacza z Santa Fe:

„obsuwasz się, obsuwasz się, V. i ja

wielbimy cię od lat

ale poważnie obawiamy się twojego artystycznego

schyłku – mimo że twoja popularność chyba stale

rośnie. może idź do psychiatry, niech ci

wydmuchnie korek z

dupy

J.”

tabletki Alka-Seltzer wypajęczają się do życia

a biały kot siedzi po wewnętrznej stronie okna

patrząc na niego

mój kot dobrze wygląda, myśli facet

mój kot nie musi ciągle SOBIE RADZIĆ

we wszechamerykańskim kieracie

i facet wtyka nos

swój wszechamerykański nos

w ostre bąbelki których kotu nigdy nie potrzeba

i pije bąbelki

a pot wczorajszych osiemnastu piw i ćwiartki szkockiej

spływa mu szlamem po uszach i karku

powinienem zadzwonić do Tłustego Fredka Gównomiota

znaleźć mosiężną górę i ukryć pod nią swoją kramarską

psyche

za oknem ptak wzbija się z zarośli

w potrzasku między słońcem a sobą

i olbrzymi cień skrzydła

mrocznie sunie nad facetem

sunie nad skrajem domu –

kot skacze na siatkę w oknie

i wszystko jest starsze niż Normandia i Stalingrad

i ostrzał portów

Winston Churchill

z dziecinnym móżdżkiem

i śliną na podbródku

macha z wysokiego okna

tłumom otumanionym uwielbieniem

a potem jest martwy

jak prawie wszystko

prócz

faceta w przetartym podkoszulku:

jego kot się złości

siatka go zwiodła

i żółte ślepia kota zniżają się do oczu faceta

jak oczy drobnego przedsiębiorcy

który go kiedyś wylał za leniuchowanie w

magazynie

„sram na ciebie – wrzeszczy facet do kota – i

na wszystkie nieutalentowane zagrywki mojego

gasnącego talentu”.

30 minut później

pierwsza flaszka piwa

jest lepsza niż każdy seks gdziekolwiek na świecie

z każdą dupiatą krową

z której kiedykolwiek zdarł jedwab i

koronki

idzie do sypialni a tam siedzi jego kobieta

kołysząc w brzuchu jego dziecko

wyjmuje jej z ręki papierosa

wtyka go sobie do ust

i kaszle kaszle kaszle

a jednak ten gasnący talent

myśli: słyszałem już kiedyś taki kaszel

koń przepychał falę śliny przez żelazne wędzidło

ciągnąc swój pierwszy wóz złomu

przez mroźny zbędny ranek

w jakimś miasteczku

gdzie tylko jeden facet ma

mercedesa

a ten tutaj się poci

na pewno śmierdzi

ale ściany są uprzejme

a on trzyma w ręku pół flaszki piwa

gdy kobieta mówi:

„mam nadzieję, że nie powiedziałeś serio tego wszystkiego

wczoraj w nocy”.

„o, tylko te dobre rzeczy”.

„no, to zawęża wybór.

nie będziesz dzisiaj pił?”

„tylko troszkę, skarbie. tchórz jestem”.

„nakarm kota”.

„taaa”.

u drzwi stoi chłopiec z Western Union. facet daje mu

znikomy napiwek i chłopak biegnie dalej

spocony

amerykański cwaniak

Boże chroń go

TERMIN NADSYŁANIA TEKSTÓW DO NASZEGO NUMERU

ORYGINALNEJ POEZJI

KTÓRY UKAŻE SIĘ WE WRZEŚNIU MIJA 17 SIERPNIA

BYLIBYŚMY

WDZIĘCZNI ZA PAŃSKI WKŁAD W TĘ

NIEPOWTARZALNĄ PUBLIKACJĘ NAJLEPSZE ŻYCZENIA

GENE COLE INTERMISSION MAGAZINE

3212 NORTH BROADWAY

CHICAGO

ILL

„ktoś umarł?”

facet wręcza jej

depeszę

„ooo, jesteś sławny!”

„już to widzę: ja, Genet i Sartre

popijamy razem w kawiarnianym ogródku

w Pariżu”.

„co to za jedni?”

„nikt. inni geniusze”.

„a. dobrze, nakarm

kota”.

więc nakarmiłem kota

wypiłem jeszcze 18 puszek piwa i

napisałem

to.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?