Dworek pod Malwami. Lipcowy romans

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #55
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 55 - Lipcowy romans

Saga

Dworek pod Malwami 55 - Lipcowy romans

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801460

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

Imieniny pana Henryka

Styczeń 1929

Do uroczystości z okazji imienin pan Henryk Jasiński przygotowywał się bardzo starannie. Służba zeznała później, że od rana był wyraźnie podekscytowany.

– Jakby wiedział, że zdarzy się coś strasznego.

Najwięcej do powiedzenia miał Florian, służący we dworze od ponad dwudziestu lat, przed którym podobno właściciel majątku nie miał żadnych tajemnic.

– Pan bardzo się cieszył na to przyjęcie. Polecił przyszykować wszystko jak najlepiej. I jeszcze żeby wyglądało ładnie i elegancko.

W zeznaniach, które złożył przed policją, szczegółowo opisał ranek w Zagrudziu i kolejne kroki Henryka Jasińskiego.

– Pan wstał o szóstej, pół godziny wcześniej niż każdego innego dnia. Kazał się ogolić, potem ubrać, a po śniadaniu powiedział, że wieczorem, jak goście przyjdą, nie będzie potrzebował nikogo. Tylko osobiście dopilnował, czy wszystko przygotowane jest należycie – stół, zastawa...

– Ile nakryć przygotowano?

– Sześć.

– Czy mówił, kogo się spodziewa na kolacji?

– Nie podał nazwisk, kazał tylko urychtować wszystko i dał wychodne. Żeby nie przeszkadzać.

– Pił coś?

– Kieliszek nalewki do śniadania.

– A pani Jasińska? Gdzie wtedy była?

– Wcześnie rano pojechała konno. Wróciła po śniadaniu, niczego nie kazała podawać. Poszła do swojego pokoju, a w porze obiadowej znowu pojechała konno.

– Sama?

– Sama jedna.

– A pan Jasiński co wtedy robił?

– Pan czytał gazety, robił ćwiczenia na wyrobienie mięśni. I czekał na gości. Jak nadjechał pan administrator Chełmiński, pan kazał nam iść z domu i wrócić dopiero rano.

– Jak się zachowywał? Wyglądał na zdenerwowanego?

– Nie. Wszystko było zwyczajnie. Żartował, śmiał się. Tylko jeść nie chciał, bo mówił, że musi się przegłodzić przed wieczorem, żeby dobry apetyt mieć.

Policja usiłowała ustalić przebieg dnia Teodora Chełmińskiego, ale z braku świadków nie było to łatwe.

Chełmiński owego feralnego ranka nie okazywał najmniejszego zdenerwowania. Był spokojny, a wszelkie czynności wykonywał starannie i z namysłem.

Ogolił się i ubrał, wyjął z szuflady pistolet, uważnie sprawdził, czy jest sprawny i schował broń do kieszeni marynarki. Gdy dopinał kożuch, poczuł, że kolba broni go uwiera, więc przełożył ją do wierzchniego okrycia.

Wyszedł przed dom, wsiadł do jednokonnych sanek i pojechał.

Dokąd miał zamiar się udać ustalono na podstawie zeznań jego sąsiada, Andreja Horoszki.

– Jadę do Zagrudzia na imieniny pana Henryka Jasińskiego – oznajmił. – Wrócę zapewne następnego dnia.

Pan Horoszko przyjął wiadomość obojętnie. Porozumienie między nim a administratorem polegało na tym, że nie wchodzili sobie w drogę.

Według służącego Floriana administrator Chełmiński przyjechał pięć minut przed godziną szóstą wieczorem.

– Akurat wychodziłem, jak nadjechał. Ukłoniłem się, a chłopak wziął konia do stajni. Pan administrator poszedł od razu do domu. W ręku miał takie pudełko zawiązane wstążką. Jakby czekoladki albo jaki prezent.

– Broń?

– Widziałem tylko pudełko. Wszedł do domu, a ja poszedłem swoją drogą.

– Pan Jasiński nie witał gości na progu?

– Już mnie nie było, to nie wiem. Pan kazał iść wszystkim, zanim goście nadjadą.

Służący Florian widział, że Teodora Chełmińskiego witał sam solenizant już na progu.

– Witam, witam – wołał z uśmiechem, wyciągając obie ręce. – Jest pan bardzo punktualny.

Z typową dla siebie życzliwością chwycił przybyłego w objęcia, uścisnął go, po czym pomógł zdjąć kożuch.

– Prosimy bardzo, prosimy.

Sam odwiesił okrycie na wieszak.

– Wandziu! – zawołał do wnętrza domu. – Przybył nasz gość. Chodź, proszę, do nas.

Wanda Jasińska wychyliła się zza drzwi, z futrem narzuconym na ramiona, ponętna, zaróżowiona z radości. Uśmiechnęła się do obu mężczyzn.

– Zatem zaproś pana do salonu, Henryczku. Zostanę tutaj na chwilę, bo chyba wkrótce zjawią się i inni goście.

– To niekonieczne, moja droga – oświadczył pan Jasiński nieoczekiwanie. – Nikogo więcej się nie spodziewam.

– Nie? – zdziwiła się. – Kazałeś przygotować sześć nakryć, to myślałam, że...

Pan Henryk zachichotał rozbawiony.

– Taki żart – wyjaśnił. – Nie chciałem, żeby służba wiedziała, że spotykamy się tylko we troje. Chyba nie masz nic przeciw temu?

Pani Wanda wymieniła z gościem szybkie spojrzenie. Żadne się nie odezwało. Wszyscy weszli do domu, gospodarz jako ostatni zamknął drzwi. Po chwili znaleźli się w salonie. Pan Jasiński wyjął z dłoni gościa pudełko, zanim ten zdążył mu je wręczyć.

– Prezent dla mnie? – spytał zachwycony. – Och, kochany panie Teodorze!

– Chciałem właśnie złożyć szanownemu panu najlepsze życzenia imieninowe i...

– Dziękuję, dziękuję – przerwał gospodarz, serdecznie obejmując administratora. – Nie trzeba było aż tak się fatygować. Naprawdę.

– To tylko drobiazg – sumitował się gość

Jasiński odłożył prezent na stół i gestem zachęcił do zajęcia miejsc.

– Tymczasem wypijmy po kieliszku. Może i Jadwiga niebawem wróci, to wtedy będzie nas czworo. Akurat czwórka do brydża. Szkoda, że pan nie gra, panie Teodorze.

– Niestety, jeszcze się nie nauczyłem – odparł pan Chełmiński.

– Nadrobimy to wkrótce, nadrobimy – uśmiechnął się solenizant. – Wybaczcie, kochani, na małą chwilę muszę was opuścić. Wracam niebawem. Może poczęstujesz pana Teodora, moja droga? Przednia starka, zapewniam.

***

Kochankowie ostatni raz spotkali się cztery dni wcześniej. Ustalali ostatnie szczegóły planowanych poczynań.

– Wszystko gotowe – oznajmił administrator. – Mam nadzieję, że nie poprosisz mnie teraz, żebym się wycofał.

– Nie – zapewniła Wanda. – Zróbmy tak, jak ustaliliśmy.

Teraz siedzieli w salonie, speszeni nietypowym zachowaniem pana Jasińskiego.

– Jakiś dziwny dzisiaj – zauważył Chełmiński.

– Czasami bywa taki – zgodziła się Wanda.

Pochyliła się ku administratorowi.

– Czy na pewno się uda?

Potwierdził skinieniem.

– Bądź spokojna. Nie ma wprawdzie pani Jadwigi, więc to nieco komplikuje mój plan, ale nie martw się. Wszystko pójdzie jak najlepiej. Dajmy mu wygadać się i nacieszyć. Sam wybiorę porę, gdy trzeba będzie przejść do najważniejszego punktu.

– Straszno mi – szepnęła pani Jasińska. – Okropnie się boję.

Uściskiem ręki dodał jej otuchy.

– Odwagi! – szepnął. – To jeszcze tylko chwila.

***

Pan Henryk wrócił ledwie po dwóch minutach. Miał na twarzy rumieńce, jakby wzmocnił się przed chwilą nadprogramową porcją ulubionego trunku. Przyniósł ze sobą jakieś dokumenty, które odłożył na stół obok swego talerza.

– Wybaczcie, kochani, ale w moim wieku, rozumiecie, czasami nie wszystko działa dokładnie tak, jakby człowiek sobie życzył... O, widzę, że nie poczęstowałaś gościa. Zaraz to nadrobimy.

Sam nalał alkoholu Chełmińskiemu, żonie a na końcu sobie. Odstawił karafkę z grubego szkła, gestem zachęcił do ujęcia kieliszków. Swój podniósł w górę, ale nie wypił, tylko z zaciekawieniem przyglądał się siedzącym.

– Zanim wzniesiemy toast za moje zdrowie, pozwólcie, że przedstawię swoją niespodziankę – zapowiedział nieoczekiwanie.

– Niespodziankę? – zdziwiła się Wanda. – Co masz na myśli?

– Już tłumaczę – uśmiechał się gospodarz, ogarniając oboje rozjaśnionym spojrzeniem. – Mam nadzieję, że spodoba się wam mój pomysł. Zwykle to solenizant otrzymuje prezenty, ale tym razem postanowiłem odstąpić od zwyczaju...

Oboje znieruchomieli i spojrzeli na pana Henryka szeroko otwartymi oczami.

Odstawił kieliszek, rozbawiony ich zaskoczeniem. Popatrzyli na siebie, jakby pytali, skąd to nietypowe zachowanie Jasińskiego.

– Zanim usiądziemy do stołu, chciałbym zamienić z wami kilka słów – oświadczył. – Z wami obojgiem, bo sprawa dotyczy nas wszystkich...

Sięgnął po plik papierów, ale nie uszło jego uwagi, że rozmówcy znowu wymienili ze sobą szybkie spojrzenia.

– Zastanawiałem się nad prezentami – oznajmił. – Tak, to trochę dziwaczne. Moje imieniny, a prezenty dla was. Ale przecież nie ma w tym nic złego.

– To chyba niepotrzebna ekstrawagancja, drogi panie – zauważył Chełmiński. – Wyznaję poglądy raczej staroświeckie...

– Ja również – zgodził się pan Henryk. – Ale mówimy przecież tylko o zabawie. Oboje wiecie, że lubię sobie pofiglować. Niektórzy mają mi to nawet za złe, bo mam skłonność do żartów nawet na poważne tematy.

 

Podniósł głowę i spojrzał na nich kolejno. Wanda wydawała się zmieszana, administrator siedział z zaciśniętymi ustami.

– Są i tacy, co się ze mnie śmieją – dodał pan Jasiński. – Podobno jestem, z powodu tego dziwacznego poczucia humoru, łatwowierny i naiwny.

Zaszeleścił trzymanymi w ręku kartkami.

– Albo mówią, że jestem ślepy – uzupełnił.

Wanda Jasińska chciała wstać, jednak gest męża powstrzymał ją na miejscu.

– Jedną chwileczkę, moja miła – poprosił. – Już tłumaczę moje zachowanie.

– Dobrze by było – skrzywiła się. – Bo jakiś dziwny dziś jesteś. Czy przypadkiem nie za wiele pociągnąłeś z butelki? Te twoje żarty wcale mnie nie śmieszą.

Pan Jasiński ukłonił się z przesadą.

– Proszę o wybaczenie. Już, już, za momencik wszystko będzie jasne. Otóż, moi kochani, żono i ty, drogi przyjacielu, chciałbym przedstawić wam pewną propozycję i spodziewam się, że jej nie odrzucicie. Zwłaszcza na ciebie liczę, Wandziu. Chciałbym mianowicie zaproponować przebaczenie i pojednanie...

– Co takiego? – w spojrzeniu kobiety błysnął niepokój.

Pan Henryk podniósł w górę plik kartek.

– Wiecie, co to jest? – zapytał. – Wstrętne anonimy. Obrzydliwe! Gdybym wierzył choć w jedno słowo, jakie tu napisano, musiałbym coś przedsięwziąć. Honorowa sprawa. Pana, panie Teodorze, wyzwać na pojedynek, a Wandzię...

Nie dokończył mówić, jak honor nakazywałby mu ukarać żonę, ponieważ Chełmiński zerwał się z krzesła.

– Co za potwarz!

Jasiński był niebywale spokojny, rozbawiony, z wyrazem twarzy zupełnie nie pasującym do sytuacji.

– Panie Teodorze – odezwał się z naganą. – Niechże pan siada, bardzo proszę. Przecież mówię, że nie wierzę w ani jedno słowo.

– Nie mogę spokojnie słuchać takich oszczerstw... – rozpoczął administrator, ale posłusznie przysiadł na brzegu krzesła.

Pani Wanda wzruszyła ramionami.

– Co to wszystko znaczy, Henryku? – zapytała pewnym głosem, bez śladu lęku.

Jasiński nadal chichotał, jakby miał do opowiedzenia śmieszną historyjkę i już się cieszył, że nią rozbawi słuchaczy.

– To robota Jadwigi, jak mi się zdaje – wyjaśnił. – Pismo wydaje mi się podobne, choć starała się to ukryć. Moja siostra, zapewne powodowana życzliwością, wysyłała do mnie listy, żeby przekonać o romansie pomiędzy wami.

Przerwał, gestem głowy wskazując drzwi do wnętrza domu.

– Nie ma jej. Specjalnie wyprawiłem z udawanym interesem, żeby nie przeszkadzała w naszej rozmowie.

Ponownie podniósł listy.

– Jedenaście ich mam – wyjaśnił. – Zresztą, usiłowała przekonać mnie również w bezpośredniej rozmowie. Niepotrzebnie, zupełnie niepotrzebnie, bo ja przecież wszystko wiem...

Kochankowie patrzyli na siebie zaskoczeni. Takiego wyznania się nie spodziewali.

– Jak to wszystko wiesz? – spytała Wanda. – Uwierzyłeś w jakieś głupie plotki?

Pan Henryk pokiwał głową.

– Wiem od dawna – potwierdził. – I nie zgadzam się z tymi oskarżeniami. Zdrada? Ależ nie. Oczywiście, że nie. To przecież nie romans? To zapewne miłość. Prawda, panie Teodorze kochany?

Administrator Chełmiński wstał ze ściągniętymi brwiami.

– Nie godzi mi się słuchać takich rzeczy – oznajmił dobitnie.

Uśmiech pana Jasińskiego przygasł na chwilę.

– Siadaj pan! – rzucił z nagłym naciskiem. – Nie skończyłem jeszcze.

Wanda pobladła.

– Henryku! – zawołała szeptem. – Mylisz się! Bardzo się mylisz!

Teodor zesztywniał, szybkim spojrzeniem zmierzył odległość do drzwi, po czym powoli opadł na krzesło.

– Żarty – powiedział z trudem. – Pana Henryka zawsze się trzymają żarty. Mocno nieśmieszne tym razem...

Pojednanie

Na obliczu pana Henryka znowu pojawiło się nieco łobuzerskie rozbawienie.

– Moi drodzy – oświadczył jednak poważnym tonem. – Wspominałem, że mam podarunek. Nie, panie Teodorze, proszę nie patrzeć na mnie wilkiem. Niczego złego nie mam na myśli. Nawet przeciwnie. Kochacie się? To piękne, to wspaniałe, zupełnie jak w jakiej powieści! I jak w powieści sądzicie pewnie, że stoję wam na drodze? Ależ nic podobnego! Jednakże należy to wszystko załatwić w sposób odpowiedni dla ludzi nowoczesnych i cywilizowanych.

Chełmiński nie umiał wytrzymać spokojnego, opanowanego a lekkiego tonu gospodarza. Drgały mu mięśnie twarzy, drżały ręce i kolana.

– To farsa! – powiedział. – Pan się bawi naszym kosztem! Doprawdy, nie zasługuję na takie traktowanie!

– Przepraszam za moje teatralne zachowanie. Chciałem tylko zostać dobrze zrozumiany, a jednocześnie pokazać, że choć może to tak nie wygląda, ale nad wyraz poważnie traktuję wszystko, co się tutaj działo i dzieje.

Nie zwracając uwagi na minę gościa, pan Henryk gestykulując mówił dalej.

– Stokrotnie przepraszam, jeśli moje zachowanie was uraża, zwłaszcza pana, kochany panie Teodorze. Przecież miał pan jak najlepsze intencje. Sam namawiałem Wandzię, by rozerwała się nieco, pojechała na przejażdżkę albo w odwiedziny do ojca... A właśnie, podobno bardzo rzadko go odwiedza, jak słyszałem. Niedobrze, moja droga, niedobrze. Nie wolno zapominać o rodzinie.

Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej rewolwer.

– Och! – zawołała Wanda, a jej kochanek wyprostował się odruchowo.

– Marna sztuka – rzucił niedbale pan Henryk. – Miałem kiedyś podobny, nic nie był warty.

A widząc zaskoczenie w oczach gościa, wyjaśnił:

– Wypadł panu z kieszeni kożucha...

Chełmiński dobrze wiedział, że broń nie mogła wysunąć się sama, toteż natychmiast zrozumiał, że został przechytrzony i rozbrojony.

– Na wilki noszę – wyjaśnił niezbyt pewnym głosem.

Henryk Jasiński pokiwał głową.

– Rozumiem. Ale to słabizna jest, a jeszcze bywa, że co drugi strzał to niewypał. Nie zawsze można być pewnym skutku z bezpośredniej odległości, nawet z przyłożenia.

Położył rewolwer w zasięgu ręki na brzegu stołu. Bawił się przestraszonym spojrzeniem żony i chłodnym wzrokiem administratora.

– To dobry dzień na rozstrzygnięcie tej sprawy – oznajmił. – Ty może nie wiesz wszystkiego, moja Wandziu, ale pan Teodor ma więcej doświadczenia...

– Nie wiem, o czym pan mówi – wydusił z siebie Chełmiński. – Nie wiem, czemu ma służyć ta farsa, ale oświadczam, że dłużej nie zamierzam brać w niej udziału.

– Doskonale – uśmiech nie schodził z twarzy Jasińskiego. – Zatem przejdźmy do spraw konkretnych. Nie będę pana pytał, z jakim zamiarem przyjechał pan tutaj, bo nie spodziewam się szczerej odpowiedzi. Zresztą, mniejsza z tym, nie jestem jej ciekaw. Natomiast pana powinno zainteresować, jaka jest sytuacja mojej żony.

Dał znać, by mu nie przerywano.

– Pan spodziewa się, że ona dostanie po mojej śmierci cały majątek. Słusznie. Taki jest zapis. Jednakże pod pewnym warunkiem. Otóż, zastrzegłem w testamencie, że nie może dziedziczyć po mnie, jeśli umrę w sposób gwałtowny, zresztą także w każdy inny, w przeciągu dziesięciu lat od dnia sporządzenia testamentu.

– Nie rozumiem – szepnęła kobieta.

Pan Henryk dobrotliwym gestem poprosił o cierpliwość.

– Nie chciałbym używać słów przesadnie twardych, moja droga, ale obecny tu pan Teodor usiłował cię wykorzystać. Zamierzał się mnie pozbyć i zapewne zagarnąć majątek. Pozbyć się naiwnego, głupiego męża wszelkimi sposobami, nie wyłączając zabójstwa.

Wandzie Jasińskiej nagle wróciła odwaga.

– Gadasz od rzeczy, to jakieś brednie albo urojenia – powiedziała. – Wypiłeś rzeczywiście za wiele, Henryku.

– Właśnie – dorzucił Chełmiński. – Mam wrażenie, że...

Gospodarz zgromił go wzrokiem, a palcem dotknął rewolweru.

– Cicho pan bądź! – nakazał. – Teraz mówię do mojej żony. Chcę, żeby zrozumiała, że na mojej śmierci wcale nie zyskuje. Jeśli umrę, zostanie bez niczego, bo majątek przypadnie mojej siostrze Jadwidze. Jak widzisz, moja droga, w twoim interesie jest dbać nie tylko o to, żeby nie przydarzył mi się wypadek, ale także i dokładać wszelkich starań, abym nie popadł w jaką groźną chorobę...

Teodor Chełmiński nie wytrzymał.

– On kłamie! – rzucił przez zeby. – Kłamie, żeby cię oszukać. Widziałem przecież dokumenty. Nie było tam takiego zapisu.

– Oczywiście, że był i jest – zaprzeczył Jasiński. – Rzecz jasna nie w tej kopii, którą podłożyłem Wandzi.

Kobieta zrozumiała, że znalazła się w pułapce, z której kochanek jej nie wyzwoli.

– Zniewolił mnie, zmusił, ja nie chciałam – powiedziała nagle. – Wszystko ci opowiem, Henryku, on namawiał mnie...

– Milcz! – syknął Chełmiński. – Ani słowa. Nie możesz się przyznać do czegokolwiek. Nie bądź głupia! Nie przyznawaj się!

Ulubiona taktyka zaprzeczania nawet wbrew oczywistym faktom i teraz wydawała mu się najbardziej właściwa.

– To stek bzdur! – oświadczył. – Nie ma żadnych dowodów na to, że łączy mnie z pań-ską żoną cokolwiek poza znajomością. Żadnych dowodów. A gdyby nawet, przysięgnę, że wszystko odbywało się za pana zgodą i aprobatą.

Jasiński posmutniał nagle.

– Może i racja – przyznał. – Dowodów nie mam, bo chytrze nie spotykaliście się w moim domu. Zresztą każdy wie, jak rzadko wychodzę. Ale są anonimy, może znajdą się też świadkowie, toteż spodziewam się bez trudu uzyskać rozwód.

– Henryku! – jęknęła pani Wanda. – Mylisz się. Jak bardzo jesteś niesprawiedliwy!

Gospodarz odwrócił się do żony.

– To naciągacz, moja droga. Starał się ukryć swoje sprawki z miejsca, gdzie wcześniej pracował, ale nie wszystko udało mu się zataić. Planował usunąć męża pewnej pani, której majątkiem chciał rozporządzać. Teraz zamierzał posłużyć się tobą w bardzo podobnym celu. Jemu na tobie wcale nie zależało, on chciał tylko wyłudzić pieniądze i nieźle się obłowić.

– To nieprawda –Chełmiński zwrócił się do Wandy. – Niczego mi nie udowodniono.

Henryk Jasiński wydął wargi.

– Doprawdy? – spytał ironicznie, biorąc ze stołu kopertę. – Dostałem niedawno pewien list, który świadczy o czymś wręcz przeciwnym. Mam przeczytać?

Panował nad sytuacją i wiedział o tym. Nie zważał na protesty gościa i kontynuował zabawę, pod groźbą broni nie zezwalając Chełmińskiemu na opuszczenie pokoju.

– Wyjdziesz pan dopiero, gdy ja zechcę – zapowiedział.

Popatrzył na żonę.

– Moja droga – tłumaczył. – Wiem, że mnie nie kochasz. Nigdy zresztą tego nie żądałem, a spodziewałem się jedynie lojalności z twojej strony. Rozumiem jednak, że mężczyzna pewnego pokroju miewa niedobry wpływ na kobiety. Miałaś pecha trafić akurat na kogoś takiego. Może bym się nie wtrącał, gdyby nie jego przekonanie, że może bezkarnie zrobić, co tylko zechce i wszystko mu wolno. Nie obwiniam ciebie, przynajmniej nie aż tak, jak ci się zdaje. Jeśli szczerze przyznasz, że mam rację i uznasz, że popełniłaś błąd, gotów jestem ci wybaczyć i puścić wszystko w niepamięć. Stawiam jednak warunek – nie opuścisz mnie i będziesz się bardzo starannie mną opiekować. Jeśli nie wyznasz winy, utracisz wszystko – przestaniesz być moją żoną i w niesławie wrócisz do rodzinnej chałupy, o ile twój ojciec zechce cię przyjąć pod swój dach. A potem możesz sobie wyjść za pana Teodora, w co szczerze wątpię. Bez moich pieniędzy nie jesteś dla niego nic warta!

– Nie odzywaj się! – Chełmiński z paniką w oczach zwrócił się do kochanki. – On oszalał! Niczego nie mów.

Pan Henryk machnął ręką, jakby odganiał natrętne owady.

– Masz jedną, jedyną okazję – oznajmił żonie wpatrującej się w niego z otwartymi ustami. – Przyznaj, że cię omamił, ale zrozumiałaś swój błąd i gotowa jest go naprawić, a wybaczę ci twoje wiarołomstwo...

– Wybaczysz i wszystko darujesz? – powtórzyła z niedowierzaniem.

– Tak – potwierdził Jasiński. – Wziąłem cię spomiędzy służących, chciałem cię wyedukować, poprawić los. Udałoby się w stu procentach, gdyby nie ten zły duch. Zatruł ci myśli mrzonkami, obietnicami, oszukaństwem po prostu. Ale jestem szczodrobliwy i wielkoduszny, jak słyszysz. Wystarczy, że uznasz swój błąd, a otrzymasz przebaczenie. Oczywiście będzie to związane z pewnymi warunkami, ale nie aż tak dotkliwymi, na jakie sobie zasłużyłaś. Nie rozwiodę się z tobą, nie wygonię z domu, nieco tylko ograniczę twoją swobodę i poddam pod kuratelę. Będziesz mogła wieść życie prawie takie samo jak do tej pory. Zatem, moja droga Wandziu? Co mi odpowiesz?

Pani Jasińska głośno przełknęła ślinę. Nie patrzyła już na kochanka, wstała i przeżegnała się, jakby miała zamiar wygłosić ważne oświadczenie.

 

– Henryku – zaczęła. – Ciągle nie rozumiem, czego ode mnie oczekujesz... Jeżeli chcesz przysięgi, że niczego złego nie miałam na myśli...

Jasiński nie pozwolił jej dokończyć.

– To mi wystarczy – powstrzymał ją. – Teraz kolej na naszego gościa. Zatem, panie Teodorze, jak zakończymy tę sprawę?

Chełmiński bladł i czerwieniał na przemian. Niezwykle zachowanie gospodarza i jego zimna krew całkowicie zbiły go z tropu. Nie miał żadnego pomysłu, jak wydostać się z pułapki.

– To za długo... – powtarzał. – Za długo...

Gospodarz skinął głową.

– Zgadzam się – potwierdził wesołym tonem. – Za wolno zabierał się pan do rzeczy. Trzeba mnie było zabić wcześniej. Albo chociaż okraść. Zwlekał pan przesadnie długo, dał mi czas na przygotowanie kontrakcji. Teraz, panie Teodorze, nie mamy wielkiego wyboru. To znaczy, ja nadal mam, ale pański jest raczej mały. Nie dostanie pan mojego majątku, to raz, a dwa – nie dostanie pan Wandy. Masz pan rację, że nie mam materialnych dowodów. Nawet gdybym pana zastrzelił, przypadkiem oczywiście, powiedzmy – w afekcie, sąd mógłby mieć wątpliwości i może skazałby mnie na kilka lat więzienia. Wie pan, mam już swoje lata, więc nawet niewielki wyrok byłby dla mnie katastrofą. Tak, zabójstwo nie wchodzi w grę. Musimy zatem spróbować innego rozwiązania....

Przerwał i nagle atmosfera w salonie zrobiła się jakby lżejsza.

– Co to znaczy? – spytał Chełmiński.

Jasiński podniósł brzeg gazety leżącej na skraju stołu. Ukazały się ukryte dotąd pod papierem stosiki banknotów.

– Dwadzieścia pięć tysięcy polskich złotych – oznajmił pan Henryk. – Będą pańskie, jeśli zobowiąże się pan zaprzestać znajomości z moją żoną.

Zdumienie administratora było ogromne. Z całą pewnością nie spodziewał się podobnej propozycji.

– Pan chce mnie przekupić?

Jasiński potwierdził.

– W pewnym sensie. Oczywiście podpisze pan zobowiązanie.

Chełmiński wyraźnie się zawahał. Proponowano mu niezgorsze wyjście z sytuacji. Skoro nie może liczyć na dobranie się do majątku poprzez Wandę...

– Zgoda – oświadczył, nie patrząc na kobietę.

Ona spoglądała na niego wielkimi oczami, oniemiała, wstrząśnięta tak cynicznym zachowaniem.

– Doskonale! – ucieszył się Jasiński. – To właśnie nazywam cywilizowanym sposobem na rozwiązanie trudnej sytuacji.

Chełmiński wstał, podszedł do stołu i ujął przygotowane pióro.

– Gdzie podpisać?

Gospodarz wskazał miejsce małym palcem lewej ręki. Chełmiński pochylił się, rzucił okiem na przygotowany tekst, zamyślił się na moment, ale ostatecznie zaakceptował zapis.

– „Zaprzestać znajomości” – zacytował. – To dobre sformułowanie.

Złożył zamaszysty podpis wyraźnie wpisując swoje imię i nazwisko. Odłożył pióro i wyciągnął rękę po pieniądze, ale Jasiński przykrył je dłonią.

– Chwileczkę – poprosił. – Coś jeszcze pozostaje do ustalenia.

Zwrócił się do żony:

– Widzisz, moja droga, jak niewiele jesteś warta dla tego pana? Pewnie gdybym zaproponował mniej, też by się zgodził.

Uniósł kartkę za brzeg, powachlował nią, aby wysuszyć atrament. Administrator stał tymczasem naprzeciw. Podjął już decyzję, nie miał potrzeby ani powodu ukrywać swoich intencji.

– Poproszę o moje pieniądze – oznajmił.

– Chwileczkę – powtórzył Jasiński. – Zechce pan na chwile usiąść? Jestem panu winien pewne wyjaśnienie.

Gdy administrator wrócił na miejsce, Jasiński złożył kartkę i schował ją do wewnętrznej kieszeni.

– Mówił pan, że nie mam dowodu dla sądu... – podjął. – Prawda, że nie miałem. Ale teraz nim dysponuję. Jest nim to pokwitowanie, w którym przyznaje się pan do romansu z moją żoną. To nie tylko dowód dla sądu, ale i dla policji, żeby aresztowała naciągacza.

Chełmiński zrozumiał już, że nie tylko nie udała mu się pułapka na dziedzica Zagrudzia, ale oto sam znalazł się w tarapatach. Zacisnął pięści.

– Ty draniu! – rzucił przez zęby.

Oczy pana Jasińskiego pociemniały.

– Proszę zważać na słowa – rzucił ostrzegawczo. – Jesteś pan w moim domu.

Administrator kątem oka zerknął na pieniądze. Zacisnął wargi, godząc się z ich stratą i zrujnowaniem wszystkich swoich planów.

– Nie doceniałem pana – mruknął i podniósł się z miejsca, jakby chciał odejść.

Zatrzymał go gest gospodarza. Henryk Jasiński podniósł rewolwer i odciągnął kurek.

– Henryku, nie! – krzyknęła pani Wanda.

– Co to za nowa sztuczka? – zmarszczył brwi Chełmiński. – Chce pan trafić do więzienia?

Gestem głowy wskazał na salon, zastawę na stołach i panujący wszędzie idealny porządek.

– Okoliczności tutaj nie wskazują na zabójstwo w afekcie – zauważył spokojnie, czując się tym razem panem sytuacji.

Henryk Jasiński uśmiechnął się z wyższością.

– Okoliczności można zmienić.

Zanim zdążyli cokolwiek odpowiedzieć, gospodarz przysunął broń do swojej nogi i z bliskiej odległości wystrzelił. Rozległ się huk, pan Henryk wrzasnął z bólu. Wanda i Teodor aż podskoczyli z wrażenia i patrzyli, nie rozumiejąc, co się dzieje.

Jasiński zacisnął wargi.

– Postrzelił mnie pan – wysapał, wspierając się o blat stołu. – W moim domu. Ze swojego rewolweru.

– Pan zwariował! – krzyknął Chełmiński.

Henryk Jasiński podniósł się z trudem, wyciągnął rękę i wymierzył do administratora. Od końca lufy do piersi Chełmińskiego zostało ledwie pół metra odległości.

– Pan tu przyszedł mnie zabić – powiedział gospodarz, walcząc z bólem. – Nie trafił za pierwszym razem. Szamotaliśmy się, broniłem się i w tej szamotaninie...

– Nie! – krzyknął Chełmiński.

Drugi strzał huknął głucho, pocisk uderzył w pierś mężczyzny, zachwiał nim. Teodor chwycił oparcie krzesła i wraz z nim osunął się na podłogę.

– Coś ty zrobił?! – krzyknęła Wanda Jasińska. – Henryku! Coś ty zrobił?!

Nagle dotarło do niej, że także jest zagrożona. Gwałtownie odskoczyła w tył, potknęła się i padła na dywan. Podniosła się na kolana.

– Daruj! – załkała.

Administrator leżał na podłodze, z małą plamką krwi na koszuli. Nie oddychał, nie ruszał się. Strzał był bardzo precyzyjny.

Gdy Jasiński kulejąc podchodził do żony, ona leżała, zasłaniając głowę ramieniem. Czekała, kiedy strzeli.

– Nie bój się – powiedział. – Uspokój się, Wandziu. Już po wszystkim. Przecież dałem ci jeszcze szansę. Jeśli zgodzisz się, możemy zawrzeć umowę. Ale tylko my dwoje. Bez niego. Jego już nie ma.

Spojrzała spod ramienia. Zaczynała pojmować zamiary męża.

– Nic mi nie jest – oznajmił, chowając broń do kieszeni. – Nie obawiaj się, wszystko mam pod kontrolą. Musisz mi pomóc, bo jednak trochę osłabłem...

Wanda Jasińska szybko wstała, rzuciła się do stołu, zaczęła zrzucać z niego nakrycia i przewracać krzesła.

– Walka! – powiedziała nerwowo. – Muszą być ślady walki.

Pan Henryk uśmiechnął się.

– No – powiedzial. – Nareszcie zrozumiałaś, co jest dla ciebie najlepsze.

***

Gdy wkrótce potem pani Januszkiewiczowa wróciła do domu, pan Henryk siedział w salonie na podłodze, Wanda bandażowała mężowi nogę, na dywanie widać było ślady krwi, a wokół panował nieopisany bałagan. Czarna wizytowa suknia pani Jasińskiej była rozdarta, włosy miała w nieładzie, a oczy zaczerwienione od płaczu.

– Już w porządku – mówiła łagodnym głosem. – Już w porządku, mój Henryczku. Nic nam nie grozi, jesteśmy bezpieczni.

Podniosła wzrok na skamieniałą ze zdziwienia i zgrozy twarz pani Jadwigi, która jak zahipnotyzowana wpatrywała się w martwe ciało Teodora Chełmińskiego i poprosiła:

– Niech szwagierka odszuka Floriana z łaski swojej. Rana Henryka wydaje się niezbyt groźna, ale potrzebujemy lekarza.

– Nic mi nie będzie – odparł słabym głosem pan Jasiński. – Jestem przecież w czepku urodzony.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?