Ostatnia debiutantka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatnia debiutantka
Ostatnia debiutantka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Ostatnia debiutantka
Audio
Ostatnia debiutantka
Audiobook
Czyta Karolina Kalina
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Słuchaj, obawiam się, że nic już nie da się z tym zrobić... Musisz tam pojechać i namówić ją do powrotu, Kit. Musisz ją przywieźć z powrotem! Z powrotem do domu. Zanim stanie się coś okropnego i nie będzie już mogła stamtąd wyjechać.

Dziewczyna wpatrywała się w matkę zdumiona. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy.

– Ja?! – spytała z taką dozą niedowierzania, że w innej sytuacji zapewne zostałaby surowo upomniana. – Przecież ja mam dopiero piętnaście lat!

– Mówisz po niemiecku, prawda? I możesz pojechać z wujkiem Faunce’em – ciągnęła matka, jakby nie usłyszała głosu córki. – Tak, to by było najlepsze rozwiązanie. Nie ma sensu wysyłać po nią ojca. Pewnie by się pokłócili, a potem już na pewno nie chciałaby wrócić do domu. Myślę, że tobie i wujkowi Faunce’owi może się to udać. Musisz spróbować przemówić jej do rozsądku. Wiem, że nie zawsze się zgadzałyście z siostrą, ale teraz to zupełnie co innego. Wkrótce będzie wojna. Na pewno to wiesz, prawda? Wszyscy tak mówią.

– Ale mój niemiecki wcale nie jest aż taki dobry – zaprotestowała Kit tak wystraszona sugestiami matki, że nawet nie dosłyszała końcówki o zbliżającej się nieuchronnie wojnie. – Dlaczego akurat ja?

– Dlaczego? Bo jesteś jej siostrą – odrzekła matka, patrząc na nią z przyganą. – Potrzebujesz jeszcze jakiegoś dodatkowego powodu?

4 Unity Valkirie Mitford – postać autentyczna; brytyjska arystokratka, faszystka, domniemana kochanka Hitlera. Pochodziła z rodziny spokrewnionej z Winstonem Churchillem. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

3

– Na pewno masz wszystko? Będzie tam zimno, wiesz? Na pewno zimniej niż u nas. Nie jestem pewna, czy ci Niemcy w ogóle mają ogrzewanie. – Niania obserwowała z kwaśną miną Kit, która kończyła się pakować do małej skórzanej walizki, ozdobionej okazałymi, tłoczonymi inicjałami H. L. P. G. A-W. Walizka należała do dziadka, a wcześniej – sądząc po jedwabiście gładkiej powierzchni – zapewne do jego ojca. Wszyscy pierworodni synowie w rodzinie Algernon-Watersów nosili te same imiona: Harold Lawrence Peregrine Gordon. Ojciec był drugim baronem noszącym nazwisko Wharton w hrabstwie Dorset, a jego przodkowie nosili tytuł pierwszego barona lub jedenastego hrabiego – kto by tam zresztą spamiętał.

– Oczywiście, że mają ogrzewanie – odpowiedziała słabym głosem Kit. – Przecież czytałaś chyba ostatni list od Lily? – Zerknęła znad walizki na nianię, która wciąż narzekała.

– Nie, nie czytałam. A gdzie masz palto? Nie to. To niebieskie z mosiężnymi guzikami. Jest cieplejsze, a wciąż ci powtarzam, że podczas przeprawy będzie zimno.

Kit się nie odezwała. Pomimo trudnej sytuacji i atmosfery przygnębienia, którą odczuwali już wszyscy ze służbą włącznie, Kit była podekscytowana. Przeprawa promem! Razem z wujkiem Faunce’em pojadą pociągiem do Londynu na dworzec kolejowy Victoria Station, gdzie przesiądą się do pociągu do Folkestone. Stamtąd wyruszą na wspomnianą przeprawę promem przez Kanał Angielski. La Manche, jak nazywa go panna Founard. Około czwartej po południu będą już we Francji, wrotach do Europy. Z Paryża wyruszą pociągiem sypialnym do Monachium, a stamtąd do małego miasteczka w Bawarii, gdzie mieszka obecnie Lily ze swoim mężem.

Od dłuższego czasu Kit nie mogła porządnie się wyspać. Cała misja była utrzymywana w najgłębszej tajemnicy. Matka absolutnie zakazała Kit informować siostrę o prawdziwym celu ich wizyty.

– Tylko żebyś przypadkiem jej nie uprzedziła, że masz zamiar przywieźć ją z powrotem. Tak będzie lepiej. Musisz osobiście ją przekonać, żeby nie mogła ci odmówić. Tobie na pewno nie odmówi – orzekła. Pełna niedowierzania mina Kit nie została dostrzeżona. – Musisz jej tylko powiedzieć, że zdecydowałaś się na wyjazd całkiem spontanicznie. Zdaję się w zupełności na ciebie w sprawie obmyślenia powodu, dla którego powinna natychmiast wracać do domu. Jesteś w tym dobra.

Wtedy Kit szczęka już całkiem opadła z wrażenia. Od kiedy to matka zaczęła zauważać, w czym Kit jest dobra?!

Matka ponownie to zignorowała.

– A teraz muszę już lecieć. Lady Hemsley będzie u nas na obiedzie i tym razem ma przyprowadzić ze sobą tego nudziarza, swojego męża.

Tylko matka potrafiła tak gładko przejść w rozmowie od kłopotliwej sytuacji swojej starszej córki do perspektywy nudnego obiadu, pomyślała Kit częściowo z podziwem. Prześliznąć się. Glisser. To było jej słowo du jour. A jak „prześliznąć się” brzmiałoby po niemiecku? – zaczęła się zastanawiać.

– Kit! – Okrzyk niani sprowadził ją z powrotem na ziemię. – Przestań bujać w obłokach. Pytałam, czy nie zapomniałaś zabrać zapasowej pary wełnianych skarpet.

– Och, tak, tak! Wzięłam dwie pary. – Pokazała grube wełniane skarpety, co do których miała pewność, że nigdy ich nie będzie nosić. Myślami już była w podróży: w końcu coś będzie się działo. Podróż będzie ratunkiem i ucieczką od monotonii codziennego życia w Chalfont, które teraz, po wyjeździe Lily, ograniczało się do lekcji z panną Frogworth w chłodnej salce lekcyjnej oraz do ukochanych koni. Nikt w jej wieku nie odwiedzał Chalfont. Wprawdzie Kit nigdy nie trzymała się z Lily, lecz dopiero po jej wyjeździe przekonała się, jak samotne może być życie bez siostry. Cokolwiek by się mówiło o Lily Algernon-Waters, to przynajmniej trzeba przyznać, że była z niej rozrywkowa dziewczyna.

Doszło już do tego, że Kit zaczynało brakować codziennych odzywek siostry przy obiedzie: „Maman! Papo! Nigdy nie zgadniecie, co mi się dziś przytrafiło!...”. Miała rację. Naprawdę nigdy nikomu się to nie udało. Jej beztroska paplanina rozpędzała przygnębienie rodziców, rozmawiających zawsze – albo przynajmniej przy córkach – tylko na konkretne tematy dotyczące interesów lub spraw mniej znaczących. Lily potrafiła przypiąć się do czegoś zupełnie zwyczajnego i nijakiego, dodając mu blasku swoim zainteresowaniem. Gdyby ona nie spojrzała na to ze swojej perspektywy, nikt by na to „coś” w ogóle nie zwrócił uwagi. Kiedyś drażniło to Kit; starsza siostra umiała tak podejść młodszą, że ta czuła się tak, jakby Lily czegoś od niej oczekiwała. Może jakiegoś odzewu, lecz Kit nigdy nie miała jej nic do powiedzenia. Po prostu nie wiedziała, jak skomentować słowa siostry, i czuła się sfrustrowana, że ona znów zrobiła ją w trąbę. Potem uwagę Lily zaprzątał inny temat i cała afera samoistnie wygasała. Już po wszystkim Kit dochodziła do wniosku, że nie warto było w ogóle się denerwować. Teraz jednak zauważała zdecydowaną różnicę na niekorzyść, bo obecnie przy obiedzie panowała cisza, a ta przynależna jest jedynie bibliotekom oraz tysiącu i jednej ucieczce w książki. We wszechobecnej ciszy Kit nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Książki były jej jedynym towarzystwem i jedyną rozrywką, oczywiście oprócz koni – ale z nimi nie dało się porozmawiać, choć niejeden raz przyłapała się na tym, że do nich mówi. Tak często, jak tylko się dało, uciekała od obowiązków szkolnych i ukrywała się w bibliotece. Gdy już się tam znalazła, opierała się plecami o drzwi i wciągała mocno do płuc zapach lekko zalatującego stęchlizną powietrza, zmieszanego ze słodkawą wonią cygar, jakby chciała wchłonąć równocześnie wszystkie słowa, zdania, historie i całe światy, zawarte w setkach tomów, ustawionych starannie na półkach w porządku alfabetycznym.

Nie umiała precyzyjnie określić, co takiego było w bibliotece, że dała się tak bardzo oczarować temu miejscu. Nie chodziło tylko o odkrycie, że można żyć inaczej, nie tylko tak, jak ona i jej rodzice. Widziała w tym coś więcej. Czuła tu pewnego rodzaju wolność, którą niesie poddanie się dyscyplinie i zasadom. Alfabetyczna segregacja według nazwisk autorów była podstawową zasadą, lecz istniało jeszcze tematyczne grupowanie książek: podróże, filozofia, sztuka, botanika... Gdy chodziła wśród półek, odkrywała zasadę i system, co wprawiało ją w zadziwiający stan szczęśliwości – jak we śnie – w którym otwierała każdą kolejną książkę. Błądziła po niezbadanych terytoriach, nie tylko biorąc pod uwagę tematykę, ale również miejsce. Granice były hipotetyczne: w jednej chwili mogła czytać o życiu wieśniaków w carskiej Rosji, a za chwilę o dzioborożcu szarym, zamieszkującym południowe Indie. Składający się z setek tomów zbiór książek przechodził od pokoleń z ojca na syna w rodzinie Algernon-Watersów. Sęk w tym, że tym razem syn się nie urodził. Były trzy poronienia. Za każdym razem potencjalny dziedzic.

– Nie ma takiej możliwości – usłyszała kiedyś głos matki, lecz Kit nie zdołała się zorientować, z kim rozmawiała. – Nie jestem już w stanie. Nie mogę nawet dać mu dziedzica.

Kit była wtedy zbyt młoda, żeby zrozumieć znaczenie tego wyznania. Teraz rozumiała. Łączyło się to w jakiś tajemniczy sposób z bezustannym grymasem niezadowolenia na twarzy ojca oraz jego ciągłymi obawami o pieniądze i o to, kto co odziedziczy. Był jakiś daleki kuzyn w trzeciej linii – najbliższy potomek męski, który mógłby odziedziczyć posiadłość – lecz sposób, w jaki ojciec potrafił godzinami o tym opowiadać, rodził pewną wątpliwość, czy w ogóle zostanie cokolwiek dla kogokolwiek w spadku, o dalekim kuzynie w trzeciej linii nie wspominając.

*

– Kit! – Niania znów zgromiła ją wzrokiem.

– Co?

– Nie „cokaj”, młoda damo. Bądź uprzejma odpowiadać: „Słucham”. A teraz pokaż mi rękawiczki, które zabierzesz.

Dziesięć minut później, po dwukrotnym skrupulatnym przejrzeniu zawartości walizki, niania ogłosiła, że Kit jest gotowa do wyjazdu.

– Dobrze, to ci wystarczy – powiedziała i poprawiła kapelusz Kit, wciskając go nieco mocniej na jej głowę. – Chodźmy. Słyszałam samochód podjeżdżający pod dom. To na pewno twój wujek Faunce. Chodźmy już.

*

– Ach! Oto i ona! Moja ulubiona kuzynka! – Wujek wstał na widok wchodzącej do salonu Kit.

 

Było to właściwie prawdą, choć może tylko dlatego, że Lily nie lubiła specjalnie wujka Faunce’a i wcale nie starała się tego ukrywać. Jak dla mnie to oślizły typek, twierdziła, choć jak zwykle nie umiała podać konkretnego powodu takiej oceny.

Faunce był najmłodszym z trzech braci ojca. Dwóch pozostałych zginęło na wojnie. Wujek nigdy się nie ożenił. Kit pewnego razu usłyszała, jak kucharka mamrocze coś z marsową miną o tym fakcie niani, ale nigdy nie śmiałaby tego powtórzyć.

– Witaj, wujku Faunce – powiedziała, nagle zawstydzona.

Ojciec stał sztywno nieco z boku; matka siedziała z nogami elegancko skrzyżowanymi na wysokości kostek i jak zawsze wyglądała promiennie.

– Boże! W jakież to tarapaty wpędziła się twoja siostra na własne życzenie! – Wuj Faunce celowo mówił lekkim tonem, jak zauważyła z ulgą Kit. Najwyraźniej postanowił potraktować to zadanie jako wielką przygodę. Weszła w jego żartobliwy ton chętnie i z wdzięcznością.

– O, doprawdy? Lilasek Głuptasek! – odparowała, przywołując błyskawicznie przezwisko siostry z lat dziecinnych.

– Tak, racja, w rzeczy samej. Jesteś gotowa? Nie ma co przeciągać pożegnań dłużej niż to konieczne, jak sądzę. Ruszajmy, kuzynko. Przed nami długa droga. Dobrze, Haroldzie. Myślę, że powinniśmy już jechać.

Ojciec wykonał zabawny, sztywny ukłon, prawie identyczny jak ten, który kiedyś zrobił na powitanie mąż Lily, Hans-Georg Schmidt von Altenstadt, kiedy jeszcze nie był jej mężem, lecz zwykłym gościem. Kit przyglądała się im obu, oczekując poniekąd, że wuj Faunce trzaśnie obcasami w taki sam sposób, jak to zaobserwowała u barona von Riedesala, kiedy wyjeżdżali. Niania wyjaśniła jej, że wszyscy Niemcy tak robią, marszcząc przy tym nos w taki sposób, jak to czyniła za każdym razem, gdy była mowa o czymkolwiek związanym z Niemcami. Jedyny, ukochany brat niani zginął podczas pierwszej wojny światowej – powiedziała kiedyś do Kit matka, tłumacząc stosunek niani do tej nacji.

– Przecież wujek Peregrine i wujek Charles zginęli podczas wojny, a ty jakoś nie nienawidzisz Niemców – odrzekła dziewczyna, ściągając brwi w zadumie, lecz matka pominęła to milczeniem.

Kit patrzyła teraz na matkę z niepokojem: zaciskała usta dłuższą chwilę, aż całkiem zbielały i nagle z jej oczu popłynęły łzy. Matka płakała! Ten fakt córka przyjęła z mieszanymi uczuciami, z niedowierzaniem i zażenowaniem. Matka nigdy nie płakała.

Ojciec wydawał się równie skonsternowany.

– Och, na litość boską, Delphine! Pozbieraj się! Wrócą, zanim się obejrzysz. Razem z Lily.

– Wiem, wiem – chlipnęła matka, z gracją osuszając kąciki oczu. – Jestem taka... niemądra.

– Tylko znów nie zaczynaj – przestrzegł ją swoim czarującym tonem głosu wuj Faunce i przekomarzając się, dodał: – Nie mogę mieć dwóch głuptasów w rodzinie. Jest dokładnie tak, jak mówi Harold: wrócimy, zanim się obejrzysz, prawda, kuzynko?

Kit z entuzjazmem pokiwała głową. Podobało jej się, jak wujek się do niej zwracał, mówiąc: kuzynko. Sugerował w ten sposób, że ma tylko jedną ulubioną kuzynkę. Przynajmniej w jego oczach była kimś niezwykłym.

– Zbieraj się! Samochód czeka. Musimy zdążyć na pociąg, zobaczyć kontynent... przywieźć kogoś do domu. Wiem, wiem. Wszystko jest takie przyjemne i ekscytujące, ale musimy ruszać. Chodźmy już, chodźmy wreszcie!

*

Przejechali obok ciemnozielonych cedrów pod ich szeroko rozpostartymi, mocnymi konarami, obok wysokiego muru, odgradzającego ogród warzywny od domu, obok porośniętych bluszczem dębów, rosnących wzdłuż drogi tam, gdzie schodziła w dół aż do samej rzeki...

Kit przyciskała twarz do szyby, znosząc cierpliwie drapiące palto i wełniane rękawiczki, w których już pociły się jej dłonie. Wuj Faunce kręcił się przez chwilę niezdarnie w swojej tweedowej marynarce, szukając fajki, a potem zapalił ją z westchnieniem ulgi. Wnętrze samochodu – Wolseley 14/60, seria II, jak powiedział jej wuj Faunce, uśmiechając się życzliwie – natychmiast wypełniło się słodkawym, ostrym i przy tym gryzącym zapachem tytoniu. Podziałało to dziwnie uspokajająco. Dymiąca fajka przywiodła Kit na myśl nieoczekiwane wspomnienia. Dawno temu, kiedy jeszcze do rezydencji Chalfont Hall często przyjeżdżali goście, ojciec czasem po obiedzie rejterował do biblioteki z dużą szklanicą brandy i swoją nieodłączną fajką. Pewnego razu, kiedy była jeszcze bardzo małą dziewczynką, wśliznęła się za nim i ku zaskoczeniu – nawet wtedy ją to zdziwiło – pozwolił jej wdrapać się sobie na kolana i tam pozostać, podczas gdy on czytał i palił fajkę. Zdrzemnęła się wówczas z policzkiem wtulonym w jego sweter i zapach dymu z fajki wypełnił jej nozdrza. Teraz to wspomnienie wróciło do niej z niezwykłą ostrością.

4

Na dworcu kolejowym Victoria Station w Londynie panował straszny hałas. Świdrujące w uszach gwizdy, zgrzytające hamulce, młodzi chłopcy krzyczący ile sił w płucach, wrzeszczące w wózkach bobasy i zdenerwowane nianie służące za przyzwoitki dla młodych mam, przesiadających się z jednego pociągu do drugiego, przechodzących z jednego peronu na inny. Wujek Faunce najwyraźniej doskonale znał drogę: maszerował dziarsko z przodu, nurkując zręcznie w kolejne luki w gęstym tłumie i nie zawracał sobie głowy oglądaniem się za siebie, żeby sprawdzić, czy Kit za nim nadąża.

W końcu udało im się znaleźć odpowiedni peron i wsiąść do pociągu. Mieli zamówiony przedział tylko dla siebie. Konduktor z ważną miną prowadził ich na miejsce, torując im drogę między pasażerami. Rozległ się kolejny przeszywający gwizd, drzwi wagonów zaszczękały przy zamykaniu i cały skład powoli ruszył. Stacja została w tyle, pociąg zaczął nabierać prędkości. Jechali na południe. Brudne ulice Londynu szybko zniknęły z pola widzenia; miejska zabudowa stawała się coraz bardziej rozproszona. Zbliżał się czas lunchu i Kit poczuła, że burczy jej w brzuchu z głodu.

Wujek Faunce odłożył na bok egzemplarz „Timesa” i uśmiechnął się do niej, zerkając znad okularów.

– Wkrótce podadzą lunch. Możemy go zjeść tutaj lub w wagonie restauracyjnym. Jak wolisz?

– Możemy zjeść tutaj? Naprawdę? Jak w hotelu? – Kit o mało nie zaczęła klaskać w ręce. Myślała: wreszcie wyjeżdżam z Anglii. Oczywiście przebywała już wcześniej za granicą. Raz w Wiedniu, ale była wtedy taka malutka, że ledwie cokolwiek pamiętała, i dwa razy w Paryżu, a kilka lat temu wyjechali z kuzynami na Wybrzeże Amalfitańskie. I czy Szkocja to „zagranica”?

Zamknęła na chwilę oczy. Ogarnęła ją lekka dezorientacja, gdy znalazła się w miękkiej ciemności własnych powiek. Wtedy wróciły do niej obrazy z podróży samochodem do Londynu. Uśmiechnęła się w duchu, gdy zaczęła sobie przypominać pewne określenia. „Jadę w górę do Londynu”. To było jedno z powiedzeń ojca. Dla niego Londyn znajdował się na wierzchołku świata. Tak więc każdą podróż do Londynu odbywali „w górę”. Różne wizje zaczęły się ze sobą mieszać jak kawałki rozbitego lustra: zmęczona twarz matki, cedry rosnące wzdłuż drogi, migotanie powierzchni rzeki, gdy auto przemknęło przez bramę z kutego żelaza, powolne zbliżanie się do miasta kilometr za kilometrem i mijane po drodze wioski, pozostawiające po sobie niewyraźny, rozmyty obraz za szybą.

Wróciła myślami do ostatniego razu, kiedy widziała Lily. Wyjeżdżała wtedy z Chalfont z mężem, a za nimi jechał drugi samochód, cały upchany starannie spakowanymi walizkami z rzeczami siostry. Lily ukryła swoje długie kasztanowe loki pod popielatym kapeluszem z szerokim, miękkim rondem. Wszystkie ubrania miała specjalnie uszyte na wyjazd. Odbywała niekończące się przymiarki z panną Founard. Obracała się powoli w rozmarzeniu przed lustrem, a na jej szczupłej figurze upinano szpilkami kolejne zwoje szyfonu, jedwabiu czy tiulu. Lily. Lily Algernon-Waters, najstarsza córka lorda i lady Wharton, była teraz hrabiną Lilliane Schmidt von Altenstadt. Została prawdziwą hrabiną – miała tytuł arystokratyczny wyższy rangą niż ojciec. Trudno w to uwierzyć. Listy od niej nie zmieniły się pod względem stylu: wciąż brzmiały tak samo świeżo i dziewczęco, pełne były wykrzykników i plotek. Do Kit zwracała się „najdroższa” i „kochana”, sugerując w korespondencji bliskość, której nigdy w prawdziwym życiu nie zaznały. Kiedy zaczęły przychodzić listy od niej – zadziwiająco regularnie – Kit ze zdumieniem odkryła, że naprawdę brakuje jej siostry. Sięgnęła do kieszeni po list, który dostała jakieś cztery miesiące temu, a przed wyjazdem w ostatniej chwili zabrała ze sobą.

Schloß Gattendorf

Hof, Bavaria

9 grudnia 1938

Najdroższa Kit!

Muszę Ci to napisać: dzisiaj byłam na lunchu z Wolfem! Hans-Georg boczył się na mnie całą drogę. Pojechaliśmy do tej ślicznej małej oberży zaraz za wsią. Pojechaliśmy tylko w trójkę nowym autem Hansa-Georga! Było wspaniale! Wolf wygląda niesamowicie przystojnie w mundurze! Powinnaś koniecznie ich zobaczyć, moja najdroższa siostrzyczko. Oni wszyscy prezentują się tak elegancko i dystyngowanie, w przeciwieństwie do mężczyzn u nas. Poprosiłam Hansa-Georga, żeby dał mi kilka lekcji jazdy autem. Wyobrażasz sobie mnie za kierownicą! Widoki tutaj są takie śliczne i na pewno by Ci się spodobały, moja kochana Kit. Wiem, że by Ci się tu podobało. Tak bardzo bym chciała, żeby matka i ojciec pozwolili Ci przyjechać. Widzieliśmy Führera w Berlinie w zeszłym tygodniu, tylko dlatego, że mieliśmy wielkie szczęście. Pasjonujące przeżycie. Jechaliśmy akurat autem, a on zdążał w przeciwnym kierunku i wszyscy rzucali się w jego stronę i krzyczeli „Heil!”. To było takie porywające! Nic podobnego nie zdarza się w Chalfont!

Och, żebym nie zapomniała, poproś matkę, by przesłała mi kilka par jedwabnych pończoch, a przynajmniej z jedną, o ile uda jej się jakoś je zdobyć. I czy pamiętasz tę kremową suknię wieczorową od Wortha, której matka nie chciała nosić? Jeśli dałabyś radę przesłać mi ją również, byłabym Ci dozgonnie wdzięczna. Wybieramy się w styczniu na bal do Wiednia i oszalałabym z radości, gdybym mogła w niej wystąpić.

No cóż, kochana Kit, tęsknię za Tobą i chciałabym Cię zobaczyć. Nie wiem, czy Hans-Georg pozwoli mi pojechać do Anglii, a szczególnie teraz, w tym całym zamieszaniu z Nadrenią. Pozostaje mi mieć nadzieję, że tak.

Mocne uściski od Lily.

PS Twój ostatni list był najmilszy, jaki otrzymałam od wieków. Poproś, proszę, ojca, żeby pisał.

PPS Och, tak strasznie za Tobą tęsknię!

Kit się uśmiechnęła. Trudno było sobie wyobrazić Lily tęskniącą za kimkolwiek, a szczególnie za siostrą, ale z treści listu wynikało, że jest szczęśliwa i zadowolona, choć po swojemu. Kim był Wolf? – zaczęła się zastanawiać. Chociaż nie miała ku temu żadnych podstaw, zdecydowała, że go nie lubi. Nawet jego imię brzmiało złowieszczo, a podkreślał to jeszcze sposób napisania go przez Lily: z ogromnymi zakrętasami przy „W” i z długim, wywiniętym „f”. I właściwie dlaczego Hans-Georg się dąsał? Miała nadzieję, że Lily nie robiła żadnych głupot. Kremowa szyfonowa suknia, o którą prosiła, znajdowała się w dużym skórzanym kufrze; bagażowy zabrał go na wózek i gdzieś z nim odjechał zaraz po ich przybyciu na stację kolejową. Niestety Kit nie udało się zdobyć żadnych jedwabnych pończoch. Lily będzie zawiedziona. Nienawidziła rozczarowań. Zawsze tak było. Kit złożyła list i schowała go z powrotem do kieszeni. Spojrzała ukradkiem na wujka Faunce’a, ale on był pogrążony w lekturze gazety i nawet nie podniósł wzroku.

Wkrótce wezwał kelnera, naciskając guzik małego mosiężnego dzwonka przy drzwiach do przedziału, i nie minęło pół godziny, a pojawił się z całkiem sporą tacą z kanapkami, udkami kurczaka na zimno i czymś, co wyglądało jak różowy budyń, a okazało się musem z łososia. Taca została opróżniona błyskawicznie. Kelner przyniósł jeszcze lemoniadę dla Kit oraz kieliszek czerwonego wina i srebrny dzbanek z kawą dla wujka. Wszystko to było bardzo emocjonujące.

Kit myślami wróciła do listu. Widzieliśmy Führera w Berlinie w zeszłym tygodniu, tylko dlatego, że mieliśmy wielkie szczęście. To zdanie budziło obawy. Słyszała, jak ojciec rozmawiał z kimś przez telefon kilka dni przed ich wyjazdem: powiedział, że Neville Chamberlain jest jeszcze większym głupkiem niż MacDonald. Musiała przejrzeć gazety z kilku tygodni, żeby się dowiedzieć, kim był Ramsay MacDonald i dlaczego ojciec ma o nim tak marne zdanie.

– Wujku Faunce – wyrwało się Kit, zdumiewając ją samą. Nie zamierzała mu przeszkadzać.

Spojrzał na nią znad gazety i mrugnął porozumiewawczo.

– Najadłaś się? – spytał.

Skinęła pospiesznie głową. Nie o jedzeniu chciała z nim porozmawiać.

– Tak – odrzekła. – Kanapki z jajkiem były całkiem niezłe.

– To dobrze. Obiad zjemy w Calais. Zarezerwowałem pokój w najwspanialszym małym hoteliku nieopodal dworca kolejowego. Zatrzymałem się w nim w zeszłym roku. Jutro rano wsiadamy do Le Train Bleu[5]. Słyszałaś o nim? Nie? Czego, u licha, oni was uczą w dzisiejszych czasach? To bardzo elegancki pociąg. Wzięłaś jakieś odpowiednie ubrania?

 

Kit popatrzyła w dół na swoją praktyczną wełnianą spódnicę i sweterek z wykrochmalonym białym kołnierzykiem i przygryzła wargę.

– Czy nie jestem odpowiednio ubrana?

– Niezupełnie. – Wujek pokręcił głową. – Wyglądasz jak uczennica.

– Bo jestem uczennicą.

– Hmm. Co racja, to racja.

– Wujku Faunce... Czy mogę cię o coś spytać? – Kit znowu zaczęła z wahaniem.

– Pytaj, o co tylko chcesz, kuzynko.

– Czy... Czy to prawda, co mówią o Lily i Unity Mitford? – spytała pospiesznie. – Czy one naprawdę pojechały na zjazd partii do Norymbergi[6]?

– Skąd o tym wiesz? – Wujek Faunce odłożył gazetę na kolana i wpatrzył się w dziewczynę z uwagą.

– Słyszałam o tym w radiu – odpowiedziała szybko. Nie była to do końca prawda, ponieważ, owszem, słyszała co nieco w radiu, ale słyszała też Caruthersa i Bignella, dyskutujących o tym w nieskończoność.

– Ach! Mówiłem Haroldowi, że radio to wielki błąd. – Wydął usta w zamyśleniu. – No, może nie błąd. Źle to ująłem. Raczej zbyt duże ryzyko, szczególnie gdy ktoś taki jak ty kręci się w pobliżu. Ciekawska z ciebie pannica, co? A na dodatek niezwykle spostrzegawcza.

– Skąd o tym wiesz, wujku? – zdziwiła się Kit. I matka, i ojciec zdawali się tego nie zauważać. Komentarze matki ograniczały się do: „Och, doprawdy?” lub „Coś takiego!” albo „Daj spokój, Kit. To nikogo nie interesuje!”. Nie zamierzała być nieuprzejma; po prostu miała inne ciekawsze sprawy na głowie.

– Dla mnie to raczej oczywiste, nie uważasz? Jesteś wspaniałą małą naśladowczynią. Ci, którzy naśladują innych, muszą być doskonałymi obserwatorami. To posiadana przez nich umiejętność.

Kit poczuła, że się rumieni. To było przyjemne zawstydzenie. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek zdarzyło jej się usłyszeć jakiś komplement pod swoim adresem. W porównaniu z Lily postrzegano ją jako osobę o postawie roszczeniowej, a w dodatku wciąż ganiono za to, że zachowuje się inaczej niż dziewczynki w jej wieku. W takiej sytuacji już dawno temu przestała oczekiwać, że może ktoś kiedyś wreszcie ją doceni. To, że wujek Faunce pochwalił ją akurat za tę cechę, którą inni uważali za „niebezpieczną” (albo jeszcze gorzej: za „nieprzystojne zachowanie”), było dla niej niepokojące. „Nie bądź taka wścibska!” lub „Dlaczego tak bardzo interesują cię sprawy innych?” – z takimi komentarzami się spotykała, nigdy zaś z: „Jesteś wspaniałą małą naśladowczynią”, choć trudno byłoby ją nazwać „małą”, pomyślała, robiąc przy tym głupią minę. Zdążyła już przerosnąć i matkę, i siostrę, i to całkiem sporo. Nawet jej wzrost był bezustannie komentowany. Kiedyś usłyszała, jak matka mówi do kucharki: „Mój Boże! Mam nadzieję, że więcej już nie urośnie. Nigdy nie znajdzie męża! Pocieszam się, że przynajmniej nie jest gruba”.

Gruba czy chuda, wysoka czy niska, znalezienie dla niej męża stawało się sprawą w dużej mierze nieprzewidywalną, a przy tym z dużą szansą na niepowodzenie. Popatrzcie tylko na Lily: jedna przypadkowa wizyta gromadki Niemców i puff! – i już jej nie ma. Konkury trwały sześć miesięcy, głównie korespondencyjnie. Nie zniechęciło to Lily. Zakochała się i koniec dyskusji. Hans-Georg był niewyobrażalnie bogatym hrabią, bardziej obytym w świecie niż ktokolwiek znany Lily. Piętnaście lat starszy od niej, zdążył już wiele w życiu osiągnąć. Dopiero sześć miesięcy po ślubie siostry dotarło do Kit, że jej szwagier należał do grona lojalnych, zaufanych oficerów Hitlera. Kiedy czytała jej listy, wstrząsały nią dreszcze. Jednakże wtedy, w dniach i miesiącach, które nadeszły po tamtej pierwszej wizycie, Lily nie potrafiła rozmawiać o niczym innym jak o miłości. „Bycie zakochaną jest takie emocjonujące!” – wykrzykiwała po kilka razy dziennie.

Kit za każdym razem przewracała oczami. Ona nie widziała w tym niczego pasjonującego.

– Przecież widziałaś go tylko raz – wytykała zirytowana swojej siostrze.

– No tak, ale ja to po prostu wiem – odpowiadała Lily. – Wiedziałam od pierwszej chwili. Och, Kit! On jest hrabią! Jest niebotycznie bogaty! Przysłał mi zdjęcie swojego zamku. Pomyśl tylko! Będę mieszkała w prawdziwym zamku jak księżniczka! Będę miała wszystko, czego zapragnę! Będę mogła robić to, na co tylko przyjdzie mi ochota! Nie będę się musiała o nic martwić, w przeciwieństwie do mamy!

– Znudzi ci się... – Wieszczyła ponuro Kit.

– Nie, nigdy! – ripostowała Lily. – Jesteś zwyczajnie zazdrosna. Nigdy nie chciałaś, żebym miała choć odrobinę radości z życia.

To stwierdzenie tak daleko odbiegało od prawdy, że na pewien czas zamknęło Kit usta.

*

Teraz obserwowała wujka Faunce’a, który siedział naprzeciwko i czytał, lecz cały czas sygnalizował jej swoje zainteresowanie, a to spoglądając na nią, a to puszczając do niej oko. W pewnej chwili odniosła dziwne wrażenie, że patrzy na siebie z boku, oczami obcej osoby. Mała elegantka, siedząca z wyprostowanymi plecami, w wełnianym płaszczu zapiętym sztywno pod samą szyję. Wysoka, szczupła, z poważnym wyrazem twarzy, skromna i dobrze wychowana, nierzucająca się w oczy. Zawsze taka była. Zawsze! A co widział wujek Faunce, kiedy na nią patrzył? – zaczęła się zastanawiać z zaciekawieniem. Kogo widzieli przed sobą inni? Wrażenie rozwiało się z wolna, lecz jego ślad pozostał we wspomnieniach z podróży jak wiszący na stałe w powietrzu obłoczek lekko aromatyzowanego dymu z fajki.

5 Le Train Bleu (Niebieski Pociąg) – luksusowy francuski nocny pociąg ekspresowy, funkcjonujący w latach 1886–2003, nazwany tak z powodu malowanych na niebiesko wagonów. Łączył Calais z Lazurowym Wybrzeżem. Podróżowali nim najbogatsi.

6 Zjazd partii w Norymberdze – coroczne wiece nazistowskiej partii NSDAP w latach 1923–1939, odbywające się w Norymberdze. Po dojściu Hitlera do władzy w 1933 roku stały się wielkim propagandowym wydarzeniem.