CóreczkaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Córeczka
Córeczka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,90  51,92 
Córeczka
Córeczka
Audiobook
Czyta Ewa Abart
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3.

Patrzę na siedzącą przede mną dziewczynę, a serce tłucze mi się w piersi. Gdybym była bezstronnym obserwatorem, kazałabym sobie wyjść. Jak najdalej od tej kawiarni i tej kobiety, która podaje się za moją córkę. Nie ruszam się jednak z miejsca.

Jest wysoka jak ja, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Włosy ma ciemne jak Matt i ciemne oczy jak my oboje – oraz bezwzględna większość ludzkiej populacji. Jej wygląd nic mi nie powie, muszę więc zaufać instynktom, a te – za sprawą pluszowej zabawki – każą mi wysłuchać jej do końca. Przynajmniej poznam jej historię.

– Wiem, że trudno coś takiego przyjąć – odzywa się Grace, ponownie mieszając colę w szklance. – Sama nie wiedziałam, co mam zrobić. Musiałam cię znaleźć i o wszystkim powiedzieć. Potrzebna mi twoja pomoc.

Znów patrzy na mnie błagalnym wzrokiem. Powtarzam sobie w duchu, że mam na to siłę. Dam radę wysłuchać jej opowieści spokojnie, jakbym prowadziła wywiad. Tak właśnie muszę do tego podejść. Profesjonalnie. A wtedy będę mogła stąd wyjść, wrócić do pracy i pewnego dnia zrelacjonować komuś historię o zwariowanej dziewczynie, której ubzdurało się, że jest moją córką.

– Opowiedz o wszystkim.

Na razie idzie mi nieźle, mój głos nie zdradza żadnych emocji. Wydaję się spokojna, obojętna.

Grace odsuwa szklankę i rozgląda się po kawiarni, koncentrując się na twarzach pozostałych gości. Zastanawia mnie, dlaczego to robi. Jest wyraźnie podenerwowana – kolejny powód, aby jej nie ufać. To raczej moja obecność powinna ją denerwować…?

– Zawsze czułam się obco – wyjaśnia. – No wiesz, jakby nie na miejscu, jakbym nie pasowała do otoczenia. Wiem, że to straszny frazes, ale inaczej nie umiem tego opisać. Ale nawet nie przyszłoby mi do głowy, że moja mama… To znaczy… ona nie jest moją mamą… W każdym razie tak ją będę na razie nazywać, żeby było łatwiej opowiadać.

Przerywa, a ja zastanawiam się, czy oczekuje jakiejś reakcji. Tylko co miałabym powiedzieć? Że nie chcę dopuścić do siebie myśli, że to jednak może być Helena? Już tyle razy dałam się ponieść złudnej nadziei, nie chcę znowu przechodzić przez to samo. Coraz wyraźniej jednak widzę, że ta dziewczyna rzeczywiście wierzy, że jest moją córką.

– W zeszłym tygodniu – ciągnie Grace, zakładając za ucho niesforny kosmyk włosów – pewien człowiek, przyjaciel rodziny albo raczej przyjaciel mamy, przez przypadek dał mi do zrozumienia, że ona nie jest moją prawdziwą matką. Chyba nie zamierzał tego mówić. Był pijany. Kiedy przycisnęłam go kilka dni później, udało mi się wydobyć z niego twoje nazwisko. Poczytałam o tobie w sieci.

Znowu milknie i patrzy na mnie. Wyraźnie chce, żebym się odezwała. Ja jednak nie mam siły mówić. Cała historia wydaje się tak nieprawdopodobna… Na wpół świadomie czekam, aż zza rogu ktoś wyskoczy i powie, że to żart, że jestem w ukrytej kamerze.

– Zrozum, że w coś takiego trudno uwierzyć – mówię wreszcie. – Sama mówisz, że ten człowiek był pijany. Pewnie przypomniał sobie historię, o której przeczytał w gazecie, i z jakiegoś powodu postanowił jej użyć, żeby poróżnić cię z mamą. Nie możesz brać tego na poważnie.

Mój wzrok pada na pluszowego królika, którego nadal ściskam w dłoniach. W tej historii musi być jednak coś więcej… Policja nie udostępniła nikomu informacji o zabawkach Heleny, nie wspominano więc o nich w mediach.

– Potrafisz odtworzyć jego wypowiedź słowo w słowo, nie opuszczając ani fragmentu? I kim on dla was jest?

Grace bierze głęboki oddech i zaczyna:

– Nazywa się Hall. Lucas Hall. Chodził do szkoły z moim wujem, bratem mamy. Byli najlepszymi przyjaciółmi. Wujek Daniel zmarł niedawno na raka mózgu, a Lucas przyszedł w odwiedziny do mamy. Chyba po to, żeby zobaczyć, jak się trzyma.

– Spotkałaś go wcześniej? – Robię dokładnie to, czego mnie uczyli. Pytaniami staram się dotrzeć do sedna historii.

Grace potrząsa głową.

– Nie. Wtedy widziałam go po raz pierwszy. Ale słyszałam o nim. Jest właścicielem eleganckiej restauracji, chyba w zachodnim Londynie. Nigdy do nas nie przychodził, ale wujek Daniel często o nim wspominał.

Przerywa, ale ja gestem każę jej kontynuować.

– Wpadłam do mamy i zastałam go w domu. Pili wino w kuchni. Mama zazwyczaj nie pija alkoholu, ale tym razem powiedziała, że chce w ten sposób uczcić pamięć wujka. Oni się bardzo lubili. Mama była sporo starsza, więc chyba trochę mu matkowała, opiekowała się nim.

Maluje obraz swojej rodziny, a ja zupełnie nie czuję się częścią tej opowieści. Ci ludzie są mi obcy, z jakiej racji ich życie miałoby w jakikolwiek sposób dotyczyć mnie i mojej córki? Grace mówi dalej, nieświadoma moich myśli.

– I wtedy mama dostała wezwanie. Pracuje jako opiekunka dla seniorów i jedna z pań, którymi się zajmuje, pilnie potrzebowała pomocy. Powiedziała więc Lucasowi, żeby na nią zaczekał i że ja dotrzymam mu towarzystwa. Minęło parę godzin, a ona nie wracała, więc Lucas w końcu otworzył sobie kolejną butelkę. Starałam się dać mu do zrozumienia, że muszę się przygotować do zajęć, ileż można siedzieć z obcym facetem, ale on nie chciał sobie pójść, tylko suszył kieliszek za kieliszkiem.

– Piłaś razem z nim? – Muszę o to zapytać; jej odpowiedź sporo w tej sytuacji zmieni.

– Nie, ja nie piję. Studia wymagają tyle pracy, że nie chcę zaciemniać sobie umysłu alkoholem.

Już trzeci raz wspomina o tym, jak pracowitą jest studentką. Odnoszę wrażenie, że celowo przedstawia się w tak korzystnym świetle.

Drzwi kawiarni otwierają się, a Grace po raz kolejny rzuca nerwowe spojrzenie na wchodzącego gościa. Po chwili rozluźnia się i kontynuuje.

– W każdym razie Lucas zaczął opowiadać o wujku Danielu. Jakim to był dobrym człowiekiem i że dla mamy zrobiłby wszystko. I że on też. Potem zrobiło się trochę dziwnie, zaczął ze mną flirtować, sypać komplementami. To było obrzydliwe. Kazałam mu przestać, a on najpierw wydawał się urażony, ale zaraz zaczął się śmiać. Nie wiem, chyba starał się pokazać, że nie przejął się tym, że tak go zgasiłam. A potem powiedział mi, że to dla mnie lepiej mieć za matkę Ginny niż jakąś nastolatkę. Pytałam, co ma na myśli, ale nabrał wody w usta. Zaraz potem stwierdził, że za dużo wypił i musi wracać.

Nadal nie rozumiem, skąd pomysł, że jest moją córką.

– Posłuchaj, Grace, przyznaję, że ten Lucas powiedział coś dziwnego, ale to nie dowodzi, że jesteś… że Helena to ty. Może po prostu był zły, że odrzuciłaś jego zaloty?

Dziewczyna wzdycha, wyraźnie sfrustrowana.

– To nie koniec. Widziałam się z nim jeszcze raz. Wczoraj wieczorem dowiedziałam się od mamy… znaczy od Ginny, że on ma być w jakimś barze. Też tam poszłam. Wypacykowałam się, włożyłam krótką spódniczkę. I wystarczyło.

Słucham tego z przerażeniem. Nawet jeśli to nie jest Helena, dziewczyna wzbudziła we mnie opiekuńcze uczucia. Moja córka przecież byłaby teraz w tym samym wieku.

– Co takiego? Nie chcesz chyba powiedzieć…?

Odwraca głowę, wbija wzrok w pustą szklankę.

– W końcu udało mi się wydobyć z niego prawdę. Podał mi twoje nazwisko.

Jestem rozdarta. Opowieść jest tak zawiła, że nie wygląda na kłamstwo. A może właśnie w tym sęk? Czy prawdziwe historie nie są zawsze prostsze od tych zmyślonych? Na razie powinnam dowiedzieć się, czego ode mnie oczekuje. Jeszcze przecież nie poruszyła tego tematu.

– Posłuchaj – mówię. – Jeżeli to prawda, powinnyśmy pójść na policję. Najlepiej zaraz.

Podrywa głowę, jakbym wymierzyła jej cios.

– Nie, nie mogę!

– Tak trzeba zrobić, Grace. Jeśli ten Lucas choćby ociera się o prawdę, trzeba przeprowadzić dochodzenie. – Nadal dobrze mi idzie.

Trzymam się na dystans, jakby sprawa w ogóle mnie nie dotyczyła. Po prostu jej pomogę, jak człowiek człowiekowi.

Grace kuli się na krześle, po chwili jej ciałem wstrząsa szloch.

– Wiem… ale… ja nie mogę. Chcę tylko twojej pomocy. Chcę wiedzieć, czy to prawda. Czy jestem twoją córką. Czy całe moje życie to jedno wielkie oszustwo.

– Nie ma innej rady, Grace. Musimy iść na policję.

Spogląda na mnie, a w jej oczach widzę paniczny strach.

– Nie mogę – mówi ledwie słyszalnym szeptem. – Przez Lucasa… On nie żyje. To był wypadek. I to ja go zabiłam.

4.

Miałaś normalne dzieciństwo? Dorastałaś pod opieką kochających rodziców, którzy chronili cię od wszelkiego zła, a jednak jakoś zdołali nauczyć cię samodzielności?

No cóż, moje dzieciństwo takie właśnie było. A nawet jeszcze lepsze. Wygodny dom, żadnego rodzeństwa – co wcale mi nie przeszkadzało – i każda zabawka, jakiej mi się zachciało. W granicach rozsądku. Specjalnie dodaję, że w granicach rozsądku, żebyś nie pomyślała, że mnie rozpieszczano.

Mówię ci to, żebyś wiedziała, że nie jestem chodzącym stereotypem – a zanim poznasz moją historię do samego końca, będziesz chciała, aby tak było. Byłoby ci wygodnie myśleć, że mnie zaniedbywano, że nic z tego, co się później wydarzyło, nie było moją winą. Tylko to pozwoli ci spokojnie zasnąć: poczucie, że między człowiekiem a potworem jest wyraźna granica, przepaść tak głęboka, że nigdy w życiu nie spotkałaś kogoś, kto ją przekroczył.

Przykro mi cię rozczarować, ale moje dzieciństwo było pod każdym względem normalne.

Więc jak to się stało, że grzęznę w bagnie mrocznych sekretów i ohydnych czynów?

Problem nie tkwił w rodzinie, środowisku czy szkole.

Problem tkwił we mnie.

Wiele lat później powiedział mi, że byliśmy do siebie niezwykle podobni. To dlatego robiliśmy to, co robiliśmy – kierował nami wewnętrzny przymus. Życie jest po to, aby go doświadczać, powiedział, jedyne granice to te, które narzuca nam ciasnota naszych umysłów. Oraz strach. Nasz i cudzy.

 

„Czy to cię podnieciło?” – spytał po pierwszym razie. Czy zdawało ci się, że krew zaraz tryśnie ci z żył? Że temu nic nigdy nie dorówna?

Ciężko mi było uspokoić drżenie ciała, ukryć zalewający mnie strach.

Ale co mnie przerażało tak naprawdę: to, co zrobiliśmy, czy fakt, że mi się podobało?

5.

Reporter telewizyjny słyszy różne rzeczy. Ale jeszcze nikt prosto w twarz nie wyznał mi, że zabił człowieka. W pierwszej chwili chcę uciekać, znaleźć się jak najdalej od Grace, kimkolwiek ona jest. Jednak świadomość tego, że cały czas mam w rękach pluszowego królika Heleny, każe mi zostać. Grace wyjawiła mi swoją tajemnicę, więc nie ma już dla mnie ucieczki. Nie zdołam przecież wymazać z pamięci jej słów. Ani tego, że jakimś cudem miała zabawkę mojej córki. Kimkolwiek jest Grace, w jej historii kryje się klucz do prawdy o Helenie.

Opowiada mi, co zaszło. Oczami wyobraźni widzę wszystkie szczegóły: jak ten mężczyzna unieruchamia ją, przygniata do łóżka, zdziera z niej ubranie. Rozumiem desperację, jaką musiała wtedy czuć. I strach. Jakie przerażenie musiało ją ogarnąć, kiedy rozbiła mu głowę lampą.

– Idziemy na policję. W tej chwili.

Potrząsa głową tak gwałtownie, że pasma włosów uderzają ją w twarz.

– Nie, błagam cię, poczekaj. Muszę tylko… Pójdziesz ze mną do jego mieszkania? To przy Embankment. Niedaleko. Muszę coś stamtąd zabrać.

Wyjaśnia mi, że filmował ją jej własną komórką i że uciekając z mieszkania, zapomniała o telefonie, ale zabrała klucze, które on zostawił w zamku. Sytuacja znów wydaje mi się nieprawdopodobna, jak scenariusz filmowy. Chociaż… Wiele historii, które opisywałam w reportażach, też wykracza poza ramy prawdopodobieństwa. Powoli kręcę głową. Nie chcę się mieszać w coś takiego.

– Błagam cię, Simone – mówi Grace. – Chodź tam ze mną. Potem zrobię, co będziesz chciała. Pójdę na policję, poddam się testom DNA, cokolwiek zechcesz. Tylko zrób to dla mnie. Ma… Ginny nie mogę tam zaprowadzić. Nie mogę jej nic powiedzieć.

Wreszcie decyduję się zrobić to, co powinnam była uczynić, kiedy tylko do mnie podeszła. Bez słowa wstaję i wychodzę z kawiarni. Nie oglądając się za siebie, ruszam w kierunku Oxford Street.

Dopiero na skrzyżowaniu orientuję się, że cały czas trzymam niebieskiego królika. Królika Heleny. Zawracam do kawiarni. Muszę pozbyć się tej zabawki i pytań, które wzbudziła w mojej głowie. Muszę ją oddać Grace. Straciłam córkę na zawsze, odebrano mi ją osiemnaście lat temu. Potrzebowałam wiele czasu, aby pogodzić się z tym faktem. Nie chcę mieć z tą rzeczą więcej do czynienia.

Widzę, jak Grace opuszcza kafejkę i z pochyloną głową odchodzi w przeciwną stronę. Bezwiednie kieruję się za nią. Nie zbliżam się, nie chcę, żeby zorientowała się, że ją śledzę. Chcę sprawdzić, dokąd idzie. Może uda mi się rozgryźć, w co ze mną pogrywa. Wsadzam królika do torby, wyciągam telefon i dzwonię do pracy. Uśmiecham się, słysząc w słuchawce głos Abbota.

– Mam na głowie nagłą sytuację. Sprawa rodzinna – wyjaśniam. W zasadzie nie jest to kłamstwo. – Dałbyś radę zastąpić mnie na godzinkę? Wrócę tak szybko, jak tylko się da.

Tak jak się spodziewałam, Abbot z troską pyta, czy wszystko w porządku i czy może jakoś pomóc, nie próbując przy tym dowiedzieć się, co dokładnie się stało. Pracujemy razem od wielu lat i myślę o nim raczej jak o przyjacielu niż koledze.

Nie spuszczając Grace z oczu, dziękuję Abbotowi i się rozłączam. Kiedy wkładam telefon do torby, palce muskają miękki plusz, a moje serce ściska się boleśnie na wspomnienie Heleny i dnia, w którym po raz ostatni widziałam ją z tą zabawką.

Podążam za Grace przez Oxford Street, w kierunku Tottenham Court Road. Przez chwilę wydaje mi się, że idzie prosto do mojego studia, ale ona przechodzi przez ulicę i znika pod wiatą stacji metra. Przyspieszam kroku, żeby jej nie zgubić, i na wszelki wypadek wyciągam kartę miejską.

Widzę ją za barierkami, schodzi na peron linii Northern, kierunek Morden. Chyba wiem, dokąd chce pojechać. Wspominała, że mieszkanie tego Lucasa mieści się przy Embankment, zaledwie trzy przystanki stąd.

W ostatniej chwili wskakuję do sąsiedniego wagonu i dyskretnie obserwuję Grace przez dzielącą nas szybkę, analizując wyraz jej twarzy. Czy jest rozczarowana, że nie dałam się wciągnąć w jej grę, a może rozwścieczona? Na jej obliczu maluje się jednak głęboka rezygnacja.

Moje podejrzenia się potwierdzają – przed stacją Embankment Grace podnosi się z miejsca i podchodzi do drzwi. Co ja najlepszego robię? Wyszłam z kawiarni bez słowa, nie kupując historyjki tej dziewczyny, mimo to teraz ją śledzę. Jeszcze nie jest za późno. Mogę wysiąść przystanek dalej, przejść na drugą stronę peronu i wrócić na Oxford Street. A przy kolacji opowiem mężowi, jaki to był dziwny dzień. Ciekawe, co by powiedział, widząc mnie teraz?

Kiedy jednak pociąg zatrzymuje się ze zgrzytem, ruszam prosto do drzwi, jakby nogi podjęły decyzję za umysł i resztę ciała. Wychodzę na peron, szukając wzrokiem Grace. Obiecuję sobie, że zadzwonię do Matta, kiedy tylko ustalę, dokąd ona idzie i co zrobi.

Niełatwo mi za nią nadążyć. Maszeruje długimi krokami, a mnie spowalniają buty na obcasie. Nie mogę jednak jej zgubić, nie teraz. Muszę dowiedzieć się wszystkiego.

Idąc za dziewczyną, staram się na spokojnie przemyśleć sytuację. W opowieści Grace musi kryć się ziarno prawdy; czemu miałaby tu przyjeżdżać, gdyby było inaczej? Z drugiej strony, nic o niej nie wiem – być może to ona tu mieszka. Powinnam była zadawać więcej pytań na temat jej i jej matki. O ojcu nie wspomniała wcale. Ciekawe dlaczego. Sama czuję, że zaangażowałam się w tę historię zbyt mocno, by móc o niej zapomnieć. Tym razem śledzę wątek z własnego życia. Nie wiem, w co mam wierzyć, ale dowód w postaci pluszowego królika motywuje mnie do działania.

Mija dwadzieścia minut. Tłum na ulicy rzednie, w miarę jak oddalamy się od stacji metra. Niebo zasnuło się ciemnymi chmurami, zapewne za chwilę zacznie padać. To jednak najmniejsze z moich zmartwień.

Wreszcie Grace skręca w boczną uliczkę i kieruje się do jednego z apartamentowców. Blok nie jest brudny ani zrujnowany, ale gdy patrzę na jego bezbarwną betonową fasadę, czuję się nieswojo. Zatrzymuję się; nie mam pojęcia, co robić dalej.

Grace znika w środku, a ja zdaję sobie sprawę, że jest już za późno. Żeby otworzyć drzwi, na pewno muszę wstukać kod; bez niego nie wejdę do budynku. Poza tym nie znam numeru mieszkania, nie wiem nawet, na którym z trzech pięter się znajduje.

Mimo wszystko podchodzę do drzwi, przez które przed momentem przeszła Grace. Z zaskoczeniem konstatuję, że wcale nie są zamknięte. Klatka schodowa wygląda bardzo spartańsko – nie ma windy, na górę prowadzą jedynie schody. Mam stąd widok na cały korytarz na parterze. Grace tu nie ma, a w tak krótkim czasie nie zdążyłaby otworzyć drzwi kluczem ani doczekać się, by ktoś ją wpuścił. Ruszam więc na piętro, z każdym krokiem czując narastający ciężar w piersi.

Zauważam ją na drugim piętrze, wchodzi do mieszkania w końcu korytarza. Już nie wydaje się zdenerwowana – nie rozgląda się na boki jak w kawiarni.

Jeszcze nie jest za późno. Mogę odwrócić się na pięcie i odejść. Powtarzam tę myśl jak mantrę, ale nic to nie daje; chwilę później staję przed drzwiami mieszkania i naciskam klamkę. Nie są zamknięte. Na mój widok Grace podskakuje gwałtownie, jej twarz zastyga w wyrazie zdumienia.

– Kur…! Co ty robisz?! Mało nie umarłam ze strachu!

Przyciska dłoń do serca, jakby chciała w ten sposób uspokoić jego rytm. Wchodzę do środka, w duchu przeklinając własną głupotę. Nie mam pojęcia, w co się pakuję ani nawet co tu się dzieje. A na pewno nic dobrego.

Mieszkanie – do kogokolwiek należy – jest sterylnie czyste. Trudno mi uwierzyć, że doszło tu do scen, o których opowiadała mi Grace. To ona przerywa przedłużające się milczenie:

– Mimo wszystko cieszę się, że tu jesteś. Jak mnie…? Zresztą nieważne. – Odwraca się w kierunku zamkniętych drzwi, lecz zamiera w pół kroku. – Nie dam rady tam zajrzeć, Simone. Nie mogę. On tam leży… nieżywy.

Znowu płacze. Coś każe mi wierzyć, że to szczere łzy.

Powoli wymijam Grace, przygotowując się na najgorsze. Zaciskam powieki i gwałtownym ruchem otwieram drzwi na oścież. Kiedy wreszcie zdobywam się na odwagę i zerkam do środka, moim oczom ukazuje się świeżo posłane łóżko. I tylko tyle.

Robię kilka kroków i toczę wzrokiem po pokoju: białe ściany, wnęka zabudowana szafą, idealnie czysty beżowy dywan. Jednak nikogo tam nie ma – ani żywego człowieka, ani zwłok. A na żadnym ze stolików nocnych nie stoi lampa. Nim zdążę się odwrócić, Grace wyskakuje zza moich pleców i staje na środku pokoju.

– Co u…? Nie rozumiem. – Osuwa się na kolana i zagląda pod łóżko. – Ale… on… ja…

Wyraźnie brakuje jej słów. Podnosi się i patrzy na mnie nieobecnym wzrokiem.

– Posłuchaj – mówię. – Nie mam pojęcia, w co ze mną pogrywasz, ale mam już dość. Nie chcę cię więcej widzieć ani mieć z tobą nic do czynienia. Nigdy więcej. Koniec.

Chyba nawet mnie nie słyszy. Siada na łóżku, dłońmi kreśli koła na nieskazitelnie białej kołdrze.

– Nic nie rozumiem – mamrocze. – On był martwy. Na pewno. Ja… ja go zabiłam.

Całym jej ciałem wstrząsają dreszcze.

– Grace, tu nie ma żadnych zwłok. Nikogo nie zabiłaś. Nie ma śladu krwi. Ani śladu.

Już mam się ruszyć, kiedy przypomina mi się pewien szczegół, który nie pasuje do reszty. Wyciągam z torebki pluszowego królika.

– Skąd to wzięłaś?

– Mówiłam ci przecież. To moje. Mam go, odkąd pamiętam. Uwierz mi, Simone. Musisz mi pomóc. Nie mam do kogo się zwrócić.

Wychodzę z sypialni. Nie chcę dłużej tego słuchać. Ona jednak wypada za mną do salonu.

– Proszę cię. Chcę tylko porozmawiać. Ogarnąć rozumem, co się stało. Nie zmyślam, Simone. Byłam tu z nim zeszłej nocy, a on był… martwy.

– Ale tu nie ma ciała! – krzyczę. – Czego ty ode mnie chcesz?!

Nim zdąży odpowiedzieć, z wnętrza mieszkania dobiega głośny trzask. Nie mam czasu ocenić sytuacji, czy choćby się przestraszyć, bo ułamek sekundy później ktoś otwiera drzwi i rzuca się do wyjścia z takim impetem, że przewraca Grace na podłogę. Udaje mi się dostrzec tylko jego plecy – to bez wątpienia mężczyzna. Zapamiętuję szarą marynarkę i czarne trampki. Nic więcej nie jestem w stanie zarejestrować. Przez chwilę stoję, sparaliżowana szokiem; później jednak pochylam się i pomagam Grace wstać. Ona też wygląda na wstrząśniętą.

– Kto to był? – pytam. – To ten Lucas?

Dziewczyna kręci głową.

– Nie wiem, kto to był, ale to nie on. Na pewno nie on.

Ciekawi mnie, skąd ta pewność, skoro mężczyzna przemknął obok nas tak szybko, ale Grace ignoruje moje pytanie. Świdruje wzrokiem drzwi, jakby w ich kształcie kryło się rozwiązanie wszelkich problemów. Wyglądam na klatkę, ale po tajemniczym mężczyźnie nie ma już śladu.

– Kimkolwiek był… wszystko słyszał – konstatuje Grace. – Każde nasze słowo. Jak mówię, że… zabiłam Lucasa…

Pod koniec szlocha tak głośno, że ledwie mogę zrozumieć sens jej słów.

– Przecież sama widzisz, że nikt nie leży tu martwy. Nie zrobiłaś mu krzywdy. W pokoju zostałyby ślady krwi albo chociaż szamotaniny. Nic takiego tu nie ma.

Staram się przemawiać łagodnie, lecz zamiast ją uspokoić, wywołuję jeszcze silniejszy wybuch płaczu. Dziewczyna oddycha płytko, chrapliwie.

– To bez sensu. Bez sensu – powtarza w kółko, jakby się zacięła.

– Spróbuj się uspokoić, Grace. Powinnyśmy stąd iść.

Pozwala mi zaprowadzić się do drzwi wejściowych, ale zapiera się o framugę.

– Czekaj! Mój telefon. Musimy go znaleźć.

Jeszcze jakiś czas temu oburzyłabym się na to „my”, ale teraz czuję się w obowiązku jej pomóc. Już sama moja obecność w tym miejscu świadczy, że wplątałam się w historię Grace. Muszę znaleźć odpowiedź na kłębiące się w głowie pytania. Mimo niebezpieczeństwa, w jakim zapewne znalazłyśmy się obie, chcę służyć jej wsparciem.

– No to chodź – mówię. – Pomogę ci szukać. Zajrzyj tam, a ja wrócę do sypialni. Tak będzie najlepiej. Ale pospiesz się, kto wie, może tamten człowiek zamierza tu wrócić.

Kiwa głową i odwraca się tyłem do drzwi, obrzucając spojrzeniem cały pokój. Zakładam, że próbuje odtworzyć w myślach wczorajszy wieczór, iść niejako po własnych śladach. Nie wiem, co tak naprawdę tu się wydarzyło i czy istotnie ktoś zginął, ale jedno jest pewne. Coś wyraźnie doprowadziło to dziecko na skraj wytrzymałości.

W sypialni nie znajduję ani śladu ludzkiego bytowania. W ogromnej szafie dostrzegam tylko cztery metalowe wieszaki, które rozkołysał impet odsuwanych drzwi. Komoda i stoliki nocne też są zupełnie puste.

 

Zaglądam pod łóżko, ale tam też nic nie ma. Moim oczom ukazuje się jedynie idealnie czysty dywan. Nigdzie nie ma ani odrobiny kurzu. Podnoszę kołdrę i przyglądam się bieli prześcieradła. Pachnie zmiękczaczem do tkanin, nie wydaje się, by ktokolwiek w tym łóżku sypiał – albo robił coś innego.

Rozwiązania mogą być dwa: albo Grace kłamie na temat Lucasa i tego, co zaszło, albo ktoś dołożył wszelkich starań, żeby ukryć dowody. Wiem jednak, że krwi nie da się do końca usunąć; policja zazwyczaj potrafi odnaleźć ślady, choćby i najdrobniejsze.

Odwracam głowę, słysząc, jak w sąsiednim pokoju Grace przetrząsa szafki i szuflady.

– Grace? – wołam. – Jaki kolor miało wczoraj prześcieradło na łóżku?

Po krótkiej chwili dziewczyna staje w drzwiach sypialni i mówi:

– Chyba białe… – Zerka na łóżko. – Ale to na pewno nie to samo. Tamto było całe mokre od krwi.

Sama nie wiem, po co o to pytałam. Na pewno i tak nie udzieliłaby mi innej odpowiedzi.

– Cóż, w każdym razie twojego telefonu tu nie ma. Musimy się stąd zbierać, jeśli mówisz prawdę i to istotnie nie jest twoje mieszkanie.

A człowiek, który nas tu zastał, równie dobrze może teraz dzwonić na policję. Grace jednak nie rusza się z miejsca. Ja z kolei czuję silną potrzebę opuszczenia tego mieszkania.

– Słuchaj, nie wiem, co się dzieje, ale nie chcę się do tego mieszać. Chcesz, to tu zostań, ale ja wychodzę.

Grace przygląda mi się bez słowa, ale kiedy ją mijam, łapie mnie za rękę.

– Proszę cię, Simone, mogę iść z tobą? Boję się. Nie wiem, co to był za facet, ale on wszystko słyszał. Nie mogę iść do domu. Znajdą mnie. A on pewnie ma mój telefon.

Cała się trzęsie, a mnie po raz kolejny ogarniają opiekuńcze uczucia. Wbrew zdrowemu rozsądkowi obejmuję ją ramieniem i mówię:

– Okej, ale wyjdźmy stąd. Zdecydować, co dalej, możemy już na ulicy.

Dociera do mnie, że przejęłam kontrolę nad sytuacją i podejmuję decyzje za nią, jak gdybym była jej matką. Nadal nie wiem do końca, czy mogę jej ufać, ale Grace wydaje się w tej chwili tak bezradna, że nie mam serca jej zostawić.

Wyszedłszy na zewnątrz, czuję ulgę. Powiew świeżego powietrza na policzkach pomaga się skupić, podjąć decyzję. Zatrzymuję się przy metalowej barierce i szperam w torbie w poszukiwaniu telefonu.

– Co robisz? – pyta wystraszona Grace.

– Muszę zadzwonić – odpowiadam i od razu wyjaśniam jej, że nie chodzi o telefon na policję.

Najpierw muszę się zorientować w sytuacji.

– Chodźmy gdzieś dalej – sugeruje dziewczyna. – Lepiej będzie, żeby nas tu nie widziano.

Ogląda się na apartamentowiec i chowa głowę w ramiona, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jak jest zimno. Wyciąga z kieszeni czarne wełniane rękawiczki i wsuwa je na palce. Przez kilka minut bez słowa idziemy w kierunku stacji metra. Z nieba sączy się marznąca mżawka. Po drodze staram się zaglądać w twarze wszystkich przechodniów. Mało prawdopodobne, bym poznała człowieka, który przeszkodził nam w rozmowie, ale nie zaszkodzi mieć się na baczności. Dostrzegam, że Grace też toczy dookoła wzrokiem, znowu bardzo spięta.

Zatrzymujemy się dopiero przy zejściu do metra. Wyciągam komórkę i dzwonię do Matta. Nie spodziewam się, że odbierze – o tej porze przyjmuje pacjentów – ale należy mu się słowo ostrzeżenia. Zamierzam mu powiedzieć, że przyprowadzę do domu dziewczynę, która wie coś o naszej Helenie.