Zaufaj jejTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

TRUST HER

Copyright © Little Brown Book Group, 2018

Projekt okładki

Ellen Rockell – LBBG

Opracowanie wersji polskiej

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© Donatella Loi/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-837-5

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

CHARLOTTE

PROLOG

Nigdy nie miałam problemu z nawiązywaniem przyjaźni.

Wiem, jak to brzmi, ale mówię o tym bez cienia zarozumiałości, przysięgam. Jest wiele dziedzin – naprawdę całe mnóstwo – w których jestem beznadziejna. Myślę, że pomimo całej naszej współczesnej obsesji na punkcie edukacji, kształcenia się i podnoszenia kwalifikacji, wszystkich tych blogów, artykułów i półek w księgarniach wypełnionych poradnikami, dzięki którym mamy stać się lepszą wersją siebie, większość umiejętności rzeczywiście kształtujących nasze życie przychodzi nam naturalnie. Są to wewnętrzne instynkty – jesteśmy na nie skazani, czy nam się to podoba, czy nie. Poza tym naprawdę wierzę, że nawet najbardziej korzystne cechy mogą się czasem obrócić przeciwko nam, nawet największe atuty mogą nas wpędzić w kłopoty.

Ja na przykład uwielbiam uszczęśliwiać innych. Chcę, by ludzie wiedzieli, że mogą na mnie liczyć. Jeśli czuję, że kogoś zawiodłam, że mogłam dla niego zrobić coś więcej, poczucie winy dręczy mnie niczym uporczywa wysypka. Nie mam pojęcia, skąd się to u mnie wzięło, ale zawsze taka byłam. Wiem, że tego rodzaju potrzeba uznania ze strony innych jest trochę żałosna. Miało to jednak swoje dobre strony: zawarłam dzięki temu wiele wartościowych znajomości. Myślę, że ludzie potrafią mnie docenić. Chodzę z podniesioną głową i mogę powiedzieć, że zawsze dawałam z siebie wszystko, nawet jeśli rezultat moich działań nie zawsze był dokładnie taki, jak się spodziewałam.

Nie mam wątpliwości, że to właśnie wrodzone poczucie obowiązku i odpowiedzialności było powodem, dla którego próbowałam przekonać taksówkarza, że kobieta z błękitnymi ustami, wymachująca kukiełką Judy1 i pokrzykująca „Tak to się powinno robić!”, jest „prawie trzeźwa”, chociaż jej zachowanie świadczyło o czymś wprost przeciwnym.

Nie będzie również przesadą, jeśli powiem, że to samo poczucie obowiązku nie pozwoliło mi zostawić Luke’a ani pierwszego wieczoru, ani żadnego z kolejnych. Ciągle do niego wracałam. Pozwoliłam mu – pozwoliłam im wszystkim – zaleźć mi głęboko za skórę. Chciałam postąpić słusznie, chociaż mogłam wybrać prostszą drogę. Nawet więcej; chciałam od nich usłyszeć, że postąpiłam właściwie. Chciałam, by mówili: „Dobra dziewczyna z tej Charlotte, co? Całe szczęście, że ją mamy”.

Jak już mówiłam, nawet największe zalety mogą się obrócić przeciwko nam.

1 Punch & Judy – popularne brytyjskie widowisko kukiełkowe składające się z krótkich scenek ukazujących burzliwe relacje łączące bohaterów: skłonnego do przemocy Puncha i jego żonę Judy.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

Tamten wieczór zaczął się cztery godziny wcześniej, gdy kluczyłam krętymi uliczkami Brighton’s Lanes; kocie łby lśniły w blasku choinkowych lampek rozwieszonych między budynkami. Emily i Meredith, podobnie jak wiele moich koleżanek z pracy, nie przepadały za tą częścią miasta. Twierdziły, że tutejsze lokale są „zbyt drogie”, „pretensjonalne” i „dobre dla naiwnych turystów”. Pewnie miały rację, ale i tak je uwielbiałam. Mieszkałam w Brighton od prawie pięciu miesięcy – wcześniej nie byłam w tym mieście ani razu – i chyba sama wciąż zaliczałam się do turystek.

Na nasze wieczorne spotkanie wybrałam pub o nazwie Laking’s Dispensary, z wystrojem nawiązującym do staroświeckiej apteki. Kiedy trafiłam tam przed kilkoma tygodniami, patrzyłam jak urzeczona na ciemne drewniane wnętrze, podświetlone półki zastawione szklanymi butelkami różnych wielkości i kształtów z kolorowymi dodatkami do drinków, na pracowników baru ubranych w kamizelki i muszki rodem z epoki wiktoriańskiej, w zarzuconych na wierzch aptekarskich fartuchach.

Laking’s Dispensary różnił się od większości pubów tym, że w ogóle nie sprzedawano w nim alkoholu. Klientów proszono o „przyniesienie swojej ulubionej flaszki”, a później, za ustaloną cenę, odpowiednio przeszkoleni barmani – na bazie dostarczonego im alkoholu – tworzyli egzotyczne koktajle, korzystając ze zgromadzonych w lokalu dodatków, przypraw i syropów.

– Nie dość, że trzeba przynieść własny alkohol, to jeszcze płaci się za to, że można go wypić. Cudownie. Nie mogę się już doczekać – oznajmiła Emily z grobową miną, kiedy zasugerowałam, że któregoś wieczoru powinnyśmy dać szansę temu barowi. Wiedziałam jednak, że bez względu na to, dokąd się wybierzemy, nie zrezygnuje ze spędzenia wieczoru na mieście, postawiłam więc na swoim i wysłałam jej w tygodniu SMS-a z informacją, że ma się ze mną spotkać o wpół do ósmej w sobotę, zabrać ze sobą butelkę przyzwoitego dżinu i sprawdzić, czy Meredith też to pasuje.

Dotarłam na miejsce trochę za wcześnie, ale ponieważ padało, postanowiłam od razu wejść do środka. Bar był niewielki – mieściło się w nim sześć, może siedem stolików; na każdym stał słoik z tealightem. Zajęte były tylko dwa: przy jednym siedziało trzech mężczyzn – ich ciuchy, brody i tatuaże były tak podobne, że zaczęłam się zastanawiać, czy to właśnie nie dlatego ci faceci się przyjaźnią; przy drugim siedziała jakaś para. Mężczyzna był zwrócony do mnie plecami, ale coś w postawie tych dwojga – sposobie, w jaki kobieta wpatrywała się w drinka i markotnie postukiwała słomką w kostki lodu, w tym, jak mężczyzna opierał się plecami o krzesło, rozglądał się po sali i zerkał za okno, byle tylko nie patrzeć na partnerkę – kazało mi się domyślać, że ich wieczór nie należy do szczególnie udanych.

Gdy tylko usiadłam przy stoliku, podszedł do mnie barman. Był wysoki, miał ogniście rude włosy i okrągłe okulary w szylkretowej oprawie.

– Cześć! – Klasnął w dłonie i już je tak zostawił. – Jesteś u nas pierwszy raz? Przyszłaś sama? A może na kogoś czekasz? – Wystrzeliwał z siebie pytania z szybkością karabinu maszynowego, za każdym razem przekrzywiając głowę z boku na bok.

Uśmiechnęłam się do niego.

– Pierwszy raz. I owszem, czekam na kogoś. Może nawet na dwie osoby.

– Okej! Świetnie! – Ponownie klasnął w dłonie. – Mam na imię Toby i przez cały wieczór będę dla ciebie miksował drinki.

Wyjęłam z torebki butelkę dwunastoletniej whisky Glenfiddich, którą kupiłam po drodze. Toby sięgnął po nią i przez chwilę trzymał w ręku, kiwając z uznaniem głową.

– Nieźle. Zaraz przyniosę ci drinka. Masz jakieś szczególne upodobania? A może czegoś nie lubisz? Jakieś życzenia? Coś, czego zawsze chciałaś spróbować?

Pokręciłam głową.

– Zaskocz mnie.

Przytaknął, szeroko się uśmiechnął i odszedł z moją butelką w stronę baru.

Mężczyzna siedzący przy stoliku z partnerką na moment się odwrócił i wtedy przeszło mi przez myśl, że gdzieś go już widziałam. Po chwili mnie olśniło: w jednej z tych aplikacji randkowych, z których korzystałam po przeprowadzce do Brighton.

Zdążyłam się już nimi znudzić – było tam zbyt wielu idiotów, na których nie chciałam tracić czasu – ale na kilka tygodni mocno się w nie wkręciłam i każdego dnia po powrocie z pracy logowałam się do aplikacji, żeby sprawdzić nowe wiadomości. Na różnych stronach pojawiały się ciągle te same zdjęcia – w sumie nieźle się rozeznałam w lokalnej populacji singli. Dobrze, że przynajmniej temu mężczyźnie udało się z kimś umówić, chociaż można było odnieść wrażenie, że wcale się z tego nie cieszył.

Kilka minut później wrócił do mnie barman ze szklaneczką przybraną plasterkiem pomarańczy i wisienką.

– Pomyślałem, że zaczniemy od czegoś tradycyjnego – powiedział, stawiając ją przede mną. – Drink Old Fashioned, na który składa się wyłącznie cukier, bittery i whisky.

Podziękowałam i upiłam łyk, rozglądając się po sali. Musiałam przyznać, że urządzili to miejsce w niesamowity sposób. Od środka pub wyglądał jeszcze lepiej. Oczywiście nie wiedziałam, czy został wiernie odwzorowany pod względem historycznym, coś mi jednak mówiło, że ani stara wyżymaczka, ani zestaw kukiełek Punch i Judy do niczego by się nie przydały w typowej wiktoriańskiej aptece, za to nadawały wnętrzu lekko dziwaczny, surrealistyczny klimat. Z pewnością był to zamierzony efekt. Deszcz bębnił o szyby, a w tle rozbrzmiewały ciche dźwięki lekko rozstrojonego pianina, trochę jak z saloonu na Dzikim Zachodzie. Rozsiadłam się wygodnie na krześle i uśmiechnęłam się z zadowoleniem.

Od czasu przeprowadzki do Brighton pięć miesięcy wcześ­niej przeżyłam już wiele takich momentów. Chwil, w których rozglądałam się wokół i myślałam: Dokładnie o to mi chodziło.

ROZDZIAŁ 2

Kiedy pracowałam w rejestracji centrum medycznego Fourcross w Holten w hrabstwie Devon, często marzyłam o takich chwilach. Byłam wtedy dwudziestosiedmioletnią singielką. Nie miałam domu ani dzieci. Spotykałam ludzi z całego kraju, ale sama nie czułam się związana z żadnym miejscem. Zastanawiałam się, jakim cudem wylądowałam w miasteczku, które przyciągało ludzi chcących osiąść tam na stałe, dobrym dla emerytów.

 

Już wcześniej zdarzało mi się układać sobie życie w nowych miejscach, ale aż do tamtej pory zawsze był jakiś niezależny ode mnie czynnik, który popychał mnie dalej: nowa praca, sytuacja na rynku nieruchomości, nagła zmiana planów. Przez to wszystko miałam poczucie, że los wodzi mnie za nos, nie przejmując się wcale tym, czego naprawdę chcę. Ostatnią decyzję podjęłam jednak sama.

Gdy już byłam pewna, że chcę się przeprowadzić, mój wybór padł na Brighton i zaczęłam szukać pracy. Pierwszym stanowiskiem, o które się ubiegałam, był „twórca treści cyfrowych” w Good Stuff Ltd, nowo powstałej firmie dostarczającej żywność organiczną prosto pod drzwi klientów. Szanse miałam co prawda niewielkie – szczerze mówiąc, nie wiedziałam nawet, czym zajmuje się taka osoba – ale pomyślałam, że nie mam nic do stracenia. Nauczyłam się już, że dzięki życzliwości można zajść bardzo daleko, i tym razem również się to sprawdziło.

Mężczyzna, który przeprowadzał ze mną rozmowę kwalifikacyjną, miał na imię Marcus. Podczas wspólnie spędzonej godziny udało mi się go parę razy rozbawić. Pod koniec rozmowy zamknął notes, położył na nim dłoń i spojrzał na mnie.

– Będę z tobą szczery, Charlotte. Mamy kandydatów ze znacznie większym doświadczeniem niż twoje.

Pokiwałam głową, uśmiechając się do niego pogodnie.

– Oczywiście, całkowicie to rozumiem – powiedziałam, chociaż w głębi duszy byłam na siebie wściekła. Gdybym wiedziała, że zależy mu na doświadczeniu, tobym mu je dała, ale nie chciałam przesadzić. Myślałam, że jeśli wcielę się w rolę czystego płótna, chętnego do nauki żółtodzioba, to może mu się to spodobać. Najwyraźniej wszystko zepsułam.

– Jednakże – podjął, a ja spojrzałam na niego z nadzieją – kiedy startowaliśmy z naszym biznesem, zależało nam na stworzeniu etosu, a nie tylko na zarabianiu pieniędzy. Chcemy zatrudniać osoby z odpowiednim podejściem i mentalnością. Boże, tkwimy tu przez czterdzieści godzin w tygodniu, potrzebujemy ludzi, którzy są fajni! – Roześmiał się, a ja szybko do niego dołączyłam. – Reszty możesz się przecież nauczyć. Jeśli więc o mnie chodzi, to masz tę pracę, o ile wciąż jesteś nią zainteresowana.

Marcus miał rację, ludzie w tej firmie rzeczywiście byli fajni. Szybko się zaprzyjaźniliśmy. Zazwyczaj ciężko pracowałam nad nawiązywaniem relacji ze współpracownikami, tam jednak nie musiałam się zbytnio starać. Spotkałam się z otwartością i życzliwością. Polubiłam wszystkich, ale to z Emily, Meredith i Alison naprawdę się zżyłam. Po kilku tygodniach mieszkania w Brighton umawiałam się z nimi nie tylko na szybki lunch w parku przed biurem albo na drinka po pracy, lecz także na kolację czy popołudniowe zakupy. To do nich mogłam zadzwonić, gdy czułam się samotna w niedzielny wieczór i miałam ochotę pooglądać z kimś telewizję. Jeśli mijałam mieszkanie którejś z nich, wiedziałam, że mogę wpaść na filiżankę herbaty, a one nie będą się przejmować, że są akurat w piżamie albo że w zlewie piętrzy się sterta brudnych naczyń.

Wszystkie trzy były świetne, ale Meredith miała synka, często musiała więc ograniczać towarzyską aktywność do takiej, której można się było oddać z kilkulatkiem pod pachą. Alison była trochę starsza niż my i z tego, co zdążyłam się zorientować, od czasu rozwodu, czyli przez ostatnie pięć lat, spotykała się z wieloma nieprzyzwoicie bogatymi facetami. Oznaczało to, że w weekendy często zaliczała krótkie wypady do Wenecji albo luksusowego spa na zamku w High­lands. Emily, podobnie jak ja, nie miała partnera, dzieci ani żadnych obowiązków. Zawsze była chętna do zabawy.

Tym dziwniej się poczułam, gdy wysączając ostatnie krople drinka Old Fashioned, zdałam sobie sprawę, że jest już prawie ósma, a jej wciąż nie ma. Sprawdziłam, czy nie mam w telefonie nowych wiadomości, spodziewając się pospiesznie wystukanych przeprosin w stylu: „Sorry, zapodziałam gdzieś pieprzony but. Właśnie go znalazłam. Jadę”. Zawsze komunikowała się ze mną w taki sposób, jakby jej życie było pasmem przekleństw i chaosu, co zresztą wydawało się prawdą.

Wybrałam jej numer z listy kontaktów. Pewnie jest już w drodze, pomyślałam, biegnie w deszczu, ślizgając się w tych swoich szpilkach i walcząc z wiatrem, żeby nie wyrwał jej parasolki. Na pewno łatwiej jej będzie odebrać telefon, niż napisać SMS-a.

Odpowiedziała po trzecim sygnale.

– Halo?

– Hej! – powiedziałam. – Jedziesz już?

W telefonie zapadła cisza.

– Co proszę? Kto mówi?

Roześmiałam się.

– To ja, Charlotte. Widzimy się czy nie? To miejsce jest totalnie zakręcone.

– O, cholera. Charlotte. Nie, wybacz, ale nie mogę.

Zmarszczyłam brwi.

– Aha. Okej. Wszystko w po...?

Nie pozwoliła mi dokończyć.

– Przepraszam, naprawdę nie mogę teraz gadać.

I się rozłączyła.

Przez parę sekund wpatrywałam się w telefon, dopóki nie zgasł wyświetlacz.

Dziwne, pomyślałam. Chociaż zdarzało się to już wcześ­niej.

Emily zawsze łapała kilka srok za ogon. Jej kalendarz pękał w szwach i nawet mistrzyni organizacji miałaby problem z jego opanowaniem, a ona z pewnością nią nie była. Próbowała umówić się na wizytę u fryzjera o piątej, wczesną kolację z przyjaciółką o szóstej, drinki z kolesiem poznanym na Tinderze o wpół do ósmej i jeszcze zdążyć na wieczorny film do siostry. Zawsze oglądała mniej niż połowę. Tak więc chociaż czułam się rozczarowana, że mnie wystawiła, nie byłam specjalnie zaskoczona. Wiedziałam, że wszystko mi później wyjaśni.

Ponownie rozejrzałam się po barze. Gdybym wyszła, i tak musiałabym zapłacić dwadzieścia funtów za obsługę kelnera od koktajli, co wydawało mi się dość wygórowaną kwotą za jednego drinka, szczególnie że sama kupiłam whisky. Poza tym podobało mi się to miejsce. Od dawna chciałam je wypróbować. Powiedziałam sobie, że jestem niezależną dwudziestosiedmiolatką i mogę spędzić wieczór we własnym towarzystwie.

Gdy tak wodziłam wzrokiem po sali, zauważyłam, że przy stoliku niezadowolonej pary siedzi już tylko niezadowolona kobieta. Mój znajomy z randkowej aplikacji najwyraźniej doszedł do wniosku, że ma już dosyć jak na jeden wieczór. Sądząc po drinku, który właśnie postawił przed nią kelner, kobieta postanowiła kontynuować wieczór sama.

Zorientowała się, że na nią patrzę, i uniosła kieliszek w geście toastu, a gdy go odwzajemniłam, wstała i chwiejnym krokiem podeszła do mojego stolika.

– Mogę się przysiąść? – zapytała z krzywym uśmiechem.

Już miałam powiedzieć, że na kogoś czekam albo że zaraz wychodzę, ale jakoś nie umiałam wymyślić dobrej wymówki. Dlaczego zresztą miałabym jej odmawiać? Chociaż byłam niezależną kobietą i niestraszne mi było spędzanie wieczoru w swoim towarzystwie, to przyjemniej jest mieć do kogo otworzyć usta, prawda? Poza tym byłam ciekawa jej historii. Randka najwyraźniej nie ułożyła się po jej myśli, a ja chciałam się dowiedzieć dlaczego.

– Jasne, zapraszam – odparłam z uśmiechem.

ROZDZIAŁ 3

Miała na imię Kelly i w zeszłą środę skończyła czterdzieści dwa lata. Jako nastolatka zaszła w nieplanowaną ciążę, była więc mamą dwudziestosześciolatka. Miała uczulenie na pomidory, koty i penicylinę. Zdążyła mi o tym opowiedzieć w ciągu zaledwie czterech minut spędzonych przy moim stoliku, kiedy to dopiła swój koktajl w pięciu łykach. Drink zawierał wystarczająco dużo barwnika, by zafarbować jej usta na błękitnawy kolor jak u zombi. Słuchając, jak nawija, doszłam do wniosku, że rozmowa ze mną wcale jej nie interesuje – nie zadała sobie nawet trudu, by dowiedzieć się, jak mam na imię – ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Siedziałam tylko i słuchałam.

Gdy już podzieliła się ze mną podstawowymi informacjami na swój temat, rozmowa zeszła na mężczyznę, z którym spotkała się wcześniej. Moje podejrzenia się potwierdziły; randka okazała się klapą.

– Prawda wygląda tak – powiedziała głośno, rozsiadając się na krześle, kiedy kelner postawił przed nią kolejnego drinka – że jeśli podasz na profilu swój prawdziwy wiek: czterdzieści dwa lata, możesz liczyć wyłącznie na odzew grubych, łysych sześćdziesięciolatków, którym wydaje się, że są ósmym cudem świata wyłącznie dlatego, że jeżdżą audi i kupują wino w sklepie Waitrose zamiast w Asdzie. Sądzą, że kobiety po czterdziestce powinny być im wdzięczne za to, że w ogóle się nimi zainteresowali. Moja kumpela Tina powiedziała mi kiedyś: „Kel, zarzucasz wędkę w niewłaściwym stawie, powinnaś łowić młodszych”. No więc zaczęłam pisać, że mam trzydzieści dwa lata, i otworzył się przede mną zupełnie nowy świat, serio. Cały ten seks!

Ostatnie słowo wypowiedziała bezgłośnie, lecz zrobiła to na tyle sugestywnie, że nikt, kto akurat patrzyłby w naszą stronę, nie miałby wątpliwości, o czym rozmawiamy.

– Ale nie dzisiaj? – zapytałam i natychmiast pożałowałam, że sprowadziłam naszą rozmowę na te tory.

Pokręciła głową i upiła łyk drinka.

– Nieee. Na tym właśnie polega problem z młodymi, wysportowanymi kolesiami. Z niektórymi trudno jest dotrzeć do tej fazy. W dziewięciu przypadkach na dziesięć są koszmarnie nudni. Wszyscy jak jeden mąż interesują się sportem! Na przykład ten dzisiejszy ma hopla na punkcie kolarstwa górskiego! Dorosły facet, który każdy weekend spędza na rowerze, ścigając się z kumplami po błocie – jak mam to skomentować? Po dziesięciu minutach rozmowa utknęła w martwym punkcie. Wiedziałam, że nie jest mną zainteresowany, gdy zaczął się tłumaczyć, że musi się z kimś jeszcze spotkać. Jeśli zaczynają torować sobie drogę ucieczki już przy pierwszym drinku, to nigdy nie jest dobry znak. W końcu powiedziałam: „Idź, jeśli chcesz”. – Z westchnieniem spojrzała za okno. – No i poszedł.

Pomyślałam wtedy o zdjęciach, które zamieścił na profilu. Na wielu z nich był na rowerze, Kelly nie powinna się czuć zaskoczona. Luke – tak miał na imię, już sobie przypomniałam.

Pokiwałam współczująco głową.

– Cóż, czasem po prostu…

Nie byłam pewna, jakich użyć słów, żeby ją pocieszyć, ale nie miało to większego znaczenia, ponieważ znowu zaczęła nawijać, tym razem o innym poznanym przez siebie facecie. A może o dwóch facetach? Trudno powiedzieć. Opowieści Kelly brzmiały chaotycznie, brakowało w nich chronologii, poza tym mówiła coraz mniej wyraźnie. Zmarszczyłam brwi, starając się za nią nadążyć, zaczynałam jednak żałować, że pozwoliłam jej się przysiąść do stolika.

Po wygłoszeniu piętnastominutowego monologu na temat mężczyzny z Norwich, który bezceremonialnie ją rzucił, gdy nie zgodziła się okłamać policjanta, że to ona prowadziła jego samochód, i tym samym nie pomogła mu uniknąć mandatu za przekroczenie szybkości, Kelly zapytała:

– Myślisz, że powinnam zadzwonić do tego kolarza? Są chyba gorsze wady niż jazda na rowerze. Może należało się bardziej postarać i okazać mu większe zainteresowanie?

Nie czekając na moją opinię, wyjęła z torebki telefon i przyłożyła do ucha. Trzymała go tak przez chwilę, drugą ręką podpierając głowę, która opadała jej coraz niżej w kierunku stolika. W końcu odsunęła telefon od ucha i wrzuciła z powrotem do torebki.

– Nie odbiera – prychnęła. – Pewnie się z kimś pieprzy.

Gwałtownie wstała, zatoczyła się na stolik i strąciła swój kieliszek na podłogę. Toby spojrzał w naszą stronę i bez słowa poszedł po stojącą w kącie baru miotłę.

– Myślisz, że… dość już wypiła? – szepnął mi na ucho, kiedy zaczął zamiatać.

Kiwnęłam głową.

– Wychodzimy.

W drodze do wyjścia moja nowa znajoma zgarnęła ze stolika przy drzwiach jedną z kukiełek i psotnie zmarszczyła nos. Wolałam nie ryzykować kłótni, nie kazałam jej więc odłożyć laleczki na miejsce.

Zamierzałam wymyślić jakąś wymówkę i odejść w przeciwną stronę niż ona, gdy tylko wyjdziemy za drzwi, ale kiedy już znalazłyśmy się na ulicy, zorientowałam się, że jest bardziej pijana, niż myślałam. Odgrywała minispektakl kukiełkowy, który obserwowała w szybie, wywijając kijem Judy bez opamiętania.

Przez chwilę nie wiedziałam, co robić. Ostatnią rzeczą, jakiej bym sobie życzyła, było zobaczenie za parę dni jej zdjęcia w dzienniku „South East Today” opatrzonego nagłówkiem: „Mieszkanka Brighton nie wróciła do domu po wieczorze spędzonym w pubie” albo „Mieszkanka Brighton tonie w rzece po pijackim upadku z pomostu”. Postój taksówek znajdował się tuż za rogiem. Doszłam do wniosku, że mogę ją tam zaprowadzić. Miałam nadzieję, że gdybym znalazła się kiedyś w podobnej sytuacji, również mogłabym liczyć na czyjąś pomoc.

 

Trzech taksówkarzy po prostu zasunęło szyby i odjechało na widok potarganych włosów i chwiejnego kroku Kelly, ale jeden – starszy mężczyzna, zapewne pod wpływem ojcowskiego instynktu – poddał się mojej łagodnej perswazji, przewrócił oczami i zgodził się, żeby padła na tylne siedzenie jego taksówki.

– Co ona tam trzyma? – zapytał, wskazując ruchem głowy na kukiełkę Judy.

– Och, nic takiego. – Nie bacząc na protesty pijanej koleżanki, zabrałam jej lalkę, a później razem z kierowcą spróbowaliśmy ustalić, gdzie mieszka Kelly.

– Przy Bingo. Czuży derwony blok. To znaczy czuży…

– Duży czerwony blok? – Taksówkarz westchnął i uśmiechnął się ze znużeniem. – Wiem, o który budynek chodzi. – Pomachał mi szybko na pożegnanie i odjechał w noc.

Uwolniwszy się od Kelly, ruszyłam w kierunku Lanes. Chciałam jak najszybciej się stamtąd ulotnić, na wypadek gdyby taksówkarz zmienił zdanie i kazał mi ją zabrać z powrotem, ale gdy już byłam pewna, że nic takiego mi nie grozi, postanowiłam wrócić do domu okrężną drogą i zajrzeć przy okazji do Emily. Nadal nie przysłała żadnej wiadomości ani nie zadzwoniła, chciałam się więc upewnić, że wszystko u niej w porządku.

Skręciłam w alejkę oddzielającą brzeg morza od dzielnicy Lanes, na tyłach bulwaru z restauracjami. Na koniec wieczoru obsługa lokali wystawiała tam czarne worki ze śmieciami, które zawsze były rozrywane przez mewy i lisy, dlatego po całej ulicy walały się obierki z ziemniaków i kości kurczaka.

Już miałam zawrócić, gdy nagle zauważyłam czyjeś nogi wystające zza zielonego kontenera na szkło. W nocy często można tu spotkać bezdomnych, którzy śpią w bramach, w śpiworach naciągniętych pod samą brodę. Pomyślałam, że może jest jakaś niepisana reguła mówiąca o tym, że po zmroku to miejsce staje się ich rewirem i nie należy się tam kręcić. W końcu jednak zdecydowałam, że to głupie. Wiedziałam, że będzie znacznie szybciej, jeśli przemknę boczną uliczką, niż gdybym miała zawrócić do głównej drogi. Postanowiłam zrobić to cicho i dyskretnie. Nie byłam przecież jedną z tych rozwrzeszczanych kobiet wracających z wieczoru panieńskiego, z otwartą butelką prosecco w ręce, ciągnącą za sobą różowy balon wypełniony helem i nadmuchiwaną postać wikarego.

Zamierzałam przejść obok tego człowieka z wysoko podniesioną głową i wzrokiem wpatrzonym przed siebie. Nie chciałam go wprawić w zakłopotanie ani tym bardziej z nim rozmawiać, gdyby się okazało, że nie śpi. Zaniepokoił mnie jednak sposób, w jaki leżał: ukośnie, z nogami w rynsztoku i głową na środku chodnika, choć powinien się raczej opierać o budynek, schowany przed wiatrem i nieuważnymi, podpitymi przechodniami.

Później zwróciłam uwagę na elegancką marynarkę, którą miał na sobie. Co prawda leżał odwrócony do mnie plecami, zauważyłam jednak, że marynarka – choć poplamiona – sprawiała wrażenie nowej. Granatowe dżinsy też prezentowały się dobrze. Ten człowiek nie wyglądał na kogoś, kto mógłby nocować w odludnej alejce.

Zatrzymałam się metr od niego i rozejrzałam się dookoła, szukając kogoś, kto mógłby mi pomóc w podjęciu decyzji, lecz poza nami w alejce nikogo nie było.

– Dobrze się pan czuje? – zapytałam. W nocnej ciszy mój głos zabrzmiał głośniej, niżbym chciała. Za moimi plecami rozległ się łoskot. Szybko się odwróciłam, ale to tylko przemykający między budynkami lis potrącił worek pełen śmieci.

Ponownie zwróciłam się w stronę leżącego na ulicy mężczyzny.

– Halo! Nic panu nie jest?

Nie poruszył się. Słyszałam tylko samochody rozchlapujące kałuże na głównej ulicy i basowe dźwięki muzyki dobiegające z baru na końcu alejki.

Zeszłam z krawężnika i okrążyłam zielony kontener. Alejkę spowijał półmrok; tylko w oknach mieszkań nad restauracjami paliły się światła. Mężczyzna częściowo zasłaniał sobie twarz prawym ramieniem, lecz gdy tylko zobaczyłam ją z drugiej strony, od razu go poznałam.

To był Luke, z którym Kelly umówiła się wcześniej na randkę. Miał zamknięte oczy, a głowa leżała w kałuży krwi.