Adieu. Przypadki księdza GroseraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Adieu. Przypadki księdza Grosera
Adieu. Przypadki księdza Grosera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50  40 
Adieu. Przypadki księdza Grosera
Adieu. Przypadki księdza Grosera
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Ocknął się gwałtownie ze snu. Otrząsnął się kilka razy. Zaczął rozmasowywać walące jak młot serce. Wodził wzrokiem po ścianach rodzinnego domu, żeby się uspokoić. Wszystko dokładnie tak samo jak przed dwudziestoma laty, gdy go opuszczał. Zatrzymał spojrzenie na dużej fotografii. Matka z ojcem stoją za sofą, na której siedzi on wraz z bratem i siostrą. Wacek, Andrzej i Ewa. Ojciec zmarł dziesięć lat temu. Brat zginął przed pięcioma laty w wypadku. Przypomniał sobie czasy, gdy wszyscy stawali przed tą fotografią i wspólnie ją komentowali. Teraz pozostali tylko matka, Ewa i on. Rozglądał się dalej po pokoju. Nie przybył ani nie ubył żaden mebel. Czas się zatrzymał. Ale tylko w tym pokoju. Sięgnął po leżący na stoliku brewiarz i zatopił się w modlitwie. Zza drzwi dochodziły odgłosy krzątania się po kuchni. Po paru minutach odłożył modlitewnik. „Jak dobry jest Bóg dla prawych, dla tych, których serce jest czyste. A moje stopy niemal się potknęły, prawie że zachwiały się moje kroki", powtórzył słowa psalmu. Wstał i poszedł do kuchni. Na twarzy matki pojawił się ciepły uśmiech.

— I jak tam? Wyspałeś się, synku?

— Tak. Chociaż dręczył mnie koszmarny sen, że nie zdałem matury. Często mi się to śni. Dziwne. Miałem przecież same piątki i jedną czwórkę. Spotkałem wczoraj w pociągu Gośkę. Pewnie dlatego mi się przyśniła szkoła. Nie miała pojęcia, że zostałem księdzem. Ale co u ciebie, mamo?

— Dobrze, bardzo dobrze. Tylko, wiesz, wszystko tak szybko się zmienia. Moje oczy i nogi już nie nadążają. Słyszysz ten hałas?

— Wiertarka?

Matka pokiwała głową. Nalała synowi kawę i podsunęła talerz z kanapkami.

— Jedz. Wyglądasz dobrze, ale jesteś trochę za szczupły jak na księdza. Trzeci raz w tym roku sklep zmieniają. Pamiętasz, tu zawsze był piekarz. Dwa lata temu zrobili obuwie sportowe. Podobno nie szło, więc to wszystko nowiuśkie, ledwo co pomalowane, przerobili na sklep z lampami. Nie minął rok i lampy zlikwidowali. Teraz znów wszystko rozwalają, bo ma tu być salon samochodowy. A po co mi tu salon samochodowy? Mają jakiś strop podwieszać, więc całymi dniami tłuką, wiercą. Serce mi się kraje, jak patrzę na to marnotrawstwo. Nie ma dokąd uciec. Umrę już w tym hałasie. Kiedyś, nawet jeszcze za komunistów, ten świat był uporządkowany. A teraz to wychodzę na ulicę i nie wiem, gdzie jestem… Po co to wszystko?

Wacław się uśmiechnął i pokiwał głową.

— Tak jest, ale to wszyscy mają. Ciągle ktoś przychodzi i mówi, że już nie potrafi się odnaleźć. Niestety, trzeba tę drogę przejść.

— Co władza przyjdzie, to mówi to samo.

— Hmm — westchnął Wacław. — Mamo, nie brakuje ci pieniędzy?

— Nie, broń Boże. Jeszcze Ewie z emerytury coś dorzucę. Nie przelewa się im.

— Co u nich?

— Nie najlepiej. Ciągle się z Tomkiem kłócą. Dostał wypowiedzenie. Pracy znaleźć nie może. Patrycja mówi, że się wyprowadzi z domu, bo inaczej tam zwariuje. Ewa się nie zdradza ze wszystkim, ale jak do niej zajdę, to często widzę, że płakała. Jeszcze parę lat temu byli tacy szczęśliwi. Nowy samochód, mieszkanie, życie się do nich uśmiechało. A teraz Tomek ciągle narzeka na ustrój, na Kościół, na wszystko. „Wszyscy złodzieje, oszuści, a księża jeszcze tych oszustów błogosławią" — matka udanie naśladowała zacietrzewienie w głosie zięcia. — Prezes, który go zwolnił, podobno wielki krętacz. Coś tam z podatków dał na Kościół, więc ksiądz go od ołtarza dał wszystkim za wzór. Tomek był świadkiem tego. Powiedział, że jego noga już w tym kościele nie postanie. Ma dość Kościoła, który błogosławi oszustów. „Kościół zawsze będzie trzymał z bogatymi", mówi. Ach, nie będę ci powtarzać tego… I pomyśleć, że kiedyś biegał do kościoła, księdza Popiełuszkę nad biurkiem wieszał. Wiesz, jak to on, gorąca głowa, sądy zawsze skrajne. Teraz czyta taką gazetę „Fakty i Mity". To podobno coś strasznego. Nie wiem, bo w rękach tego nie miałam. Ponoć jeszcze gorsze niż to „Nie" Urbana. Tyś to widział?

— Tak, raz czy dwa w Internecie. Prowadzi to były ksiądz.

— Swoją drogą, czasami jak Tomek wygaduje na proboszcza, to nie wiem, co mu odpowiedzieć. Proboszcz rzeczywiście trochę za bardzo ugania się za pieniędzmi. Jedni mówią, że obrotny, dba o parafię, drudzy, że pazerny. Nieraz to się modlę, żeby Pan Bóg dał księżom dużo pieniędzy, żeby nie musieli się o nie łasić do bogatych i siać zgorszenia. Ale co ja ci tu tyle opowiadam, przecież ty wiesz lepiej, jak jest. Powiedz, synku, czy ty jesteś szczęśliwy?

— Tak, mamo…

— Tyle się modlę za ciebie… Cieszyłam się, że życie oddałeś Panu Bogu. Ojciec był taki dumny.

— A teraz już się nie cieszysz?

— No, cieszę się, ale ciągle słyszę, jak na was nalatują…

— Mamo, nie przesadzaj. A wiesz, ilu nas rozpieszcza?

Dziesiątki razy zastanawiał się sam i w gronie kolegów, czy obecne czasy są wyjątkowo ciężkie dla księży. „Darmozjady i truciciele radości życia, a teraz jeszcze chcą, żeby na nich podatki płacić. Za co? Odszkodowanie niech nam dadzą" — usłyszał od jednego ze słuchaczy, który dodzwonił się w trakcie audycji na temat autorytetu księdza. Uważał, że tego typu wypowiedzi są dla księży pożyteczne. Dzięki nim mogą poczuć solidarność z wieloma ludźmi, których podobnie próbuje się wyrzucić na margines życia jako nieprzydatnych w nowej rzeczywistości.

— A jak ci się teraz układa z proboszczem? — zmieniła temat matka.

— Jeszcze nie wiem, właśnie dzisiaj idę do biskupa po przydział.

— Jak to? Coś się stało? Nic nie mówiłeś, że będziesz przenoszony.

— Nie, mamo, to normalne. Wikary musi co jakiś czas zmienić parafię. Rzeczywiście, z proboszczem nie żyło mi się najlepiej. Ale byłem szczęśliwy, miałem wielu przyjaciół w parafii.

Wacław uśmiechnął się, ujął dłonie matki i ucałował je. Poczuł się nagle niebywale szczęśliwy. Uzmysłowił sobie, że siedzi obok źródła miłości, tego źródła, bez którego być może nigdy by nie był kapłanem.

— Spotykasz się z Krystianem i Piotrem? — spytała z czułością w głosie. — Byliście nierozłączni.

— Piotr został proboszczem na wsi, w Kołomorzu. Z Krystianem raczej kontakt się urwał, ale czasami na siebie wpadamy. Pracuje w kurii. Wie mama, nikt nie ma czasu.

— I był jeszcze ten Norbert.

— Norbert… rzucił kapłaństwo, ma żonę i dwójkę dzieci…

— Boże, świat się wali… — Podparła ręką czoło i kręciła głową. — Teraz gdzieś czytałam, że nawet jakiś kardynał Milongo…

— Milingo.

— No właśnie, ożenił się z taką Koreanką, co go leczyła akupresurą. On ma siedemdziesiąt lat, a ona czterdzieści.

— Podobno mu wyprali mózg w sekcie Moona. — Wacław uśmiechnął się do matki. — Niech się mama tym wszystkim nie przejmuje. Od tego końca świata nie będzie. To wszystko już kiedyś Kościół przeszedł, mamo. Zawsze tak było. Może jest tego teraz trochę więcej, ale Kościół się nie zawali. Dam mamie trochę pieniędzy dla Ewy, tylko niech to mama tak zrobi, żeby nie dowiedziała się, że to ode mnie. Lepiej, żeby Tomek nie wiedział.

— No przecież będziesz teraz potrzebował na przeprowadzkę.

— Mamo, jaka przeprowadzka? Trochę książek i komputer. I pamiętaj, mamo, wszystko się wyprostuje. Ewa będzie jeszcze z Tomkiem bardzo szczęśliwa.

— Skąd wiesz?

Syn trącił znacząco palcem w nos i uśmiechnął się do matki.

4

Biskup Zdzisław wyszedł Wacławowi na spotkanie. Uścisnął serdecznie jego dłoń i ujął za łokieć.

— Proszę siadać. Mam dla księdza dwie wiadomości. Zaczynam od gorszej. Nie mam jeszcze dla księdza parafii. A teraz dobra — jestem już bliski jej znalezienia, a właściwie znalazłem, tylko musi się tam wyjaśnić pewna sytuacja personalna. Nie chcę jeszcze operować konkretami, ale niech ksiądz mi wierzy, to dobra parafia. Ulokować księdza byle gdzie mógłbym od razu, ale uważam, że dość ksiądz się już natułał. Trochę bez sensu. Czuję się winny, że nie dość wykorzystujemy księdza charyzmat literacki. Trzeba księdzu stworzyć warunki. Kościół powinien hołubić mistrzów słowa. Dowartościowywać słowo.

— Nie chciałbym żadnych przywilejów z powodu mojej ułomności — przerwał Wacław coraz bardziej patetyczny wywód biskupa.

— Dobrze, dobrze, już ja wiem. Proszę mi tylko powiedzieć szczerze, czy ksiądz miałby gdzie mieszkać jeszcze przez ten miesiąc lub dwa, aż sprawa się definitywnie wyjaśni? Może u matki? — spytał z troską w głosie.

— Wolałbym, aby nie widziała mnie zdemobilizowanego — pokiwał przecząco Wacław.

— Ależ proszę nie używać takich określeń. — Biskup wykrzywił teatralnie twarz. Zdawało się, że prowadzi ze swym rozmówcą pojedynek na miny. — Jeśli jest kłopot, postaram się znaleźć lokum.

— Nie, nie, mam kilku przyjaciół wśród księży z większym metrażem. Nie ma problemu. Czuję się tylko trochę nieswojo. Wróciłem z wakacji i… — Wacław gestykulując prawą dłonią, próbował jaśniej wyłożyć swoje argumenty.

Biskup Zdzisław przerwał mu, kręcąc przecząco głową.

— Mądrością włodarza są dobre inwestycje, a nie zajeżdżanie robotników. A my tu na księdza liczymy. Polska potrzebuje następcy Tischnera, a ja w księdzu widzę wiele cech wspólnych i talent…

Groser zamknął oczy i chwycił się dłońmi w okolicy wątroby, na znak, że nie godzi się słuchać pochwał biskupa.

— No dobrze, już dobrze. Wiem, że ksiądz oprócz innych zalet jest także pokorny. No to świetnie. Pozostała sprawa finansów. Coś…

— Proszę się tym nie martwić. Niewiele, ale trochę zarabiam moim pisaniem. To mi zupełnie wystarczy.

— Prosiłbym zatem o zostawienie jakiegoś kontaktowego numeru. Komórkę ksiądz posiada? Świetnie. Mamy dziś 28 sierpnia. Myślę, że jeszcze miesiąc i sprawa będzie załatwiona.

 

Przyszło mu na myśl jedno miejsce, gdzie mógłby przeczekać. Kołomorze. U Piotra. Piotr był pierwszy wśród wszystkich przyjaciół. Poza tym Wacław miał w sobie wielką tęsknotę za wsią. W dzieciństwie każde wakacje spędzał u ciotki. Wtedy nie zdawał sobie sprawy, jak cudowną harmonię zyskiwał dzięki tym miesiącom spędzonym wśród pól, lasów, krów, much, spracowanych kobiecin i chłopów. Potem życie go odcięło od tej gleby. Myśl o spędzeniu paru tygodni u Piotra wywołała radosne podniecenie. Wziął głęboki oddech. Z rozkoszą wciągnął wiejskie powietrze, choć stał jeszcze na ulicy przed pałacem biskupa.

Kołomorze
1

Dzwony kościoła Świętego Antoniego wybiły na Anioł Pański, co było widomym znakiem, że proboszcz Piotr Cybulski jest w domu, a ściślej biorąc w kuchni, gdzie znajdował się przycisk, którym codziennie uruchamiał je dwukrotnie. O godzinie dwunastej w południe i przed wieczornym nabożeństwem. Jego poprzednik, śp. prałat Ludomir Świerszcz, uruchamiał je kiedyś także o godzinie szóstej rano, ale musiał odstąpić od tej praktyki. Do urzędu gminy wpłynęła bowiem skarga od miejscowego działacza ludowego, że jego sen „jest zakłócany przez czynniki obce mu światopoglądowo".

Wacław przeszedł między potężnymi murowanymi słupkami — pozostałością osiemnastowiecznego płotu — i skierował się ku plebanii z czerwonej cegły porosłej winogronem. Zapukał mocno do drzwi i, nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka.

Po chwili utonął w potężnych ramionach gospodarza, poklepywany tak solidnie, że miał wrażenie, iż płuca mu się wywiną na drugą stronę.

— Toś mi, bracie, radość sprawił — rzekł Piotr, któremu oczy aż błyszczały ze szczęścia.

— Nie ciesz się za bardzo, bo być może tak łatwo tego trutnia się nie pozbędziesz — odparł Groser, krzywiąc ostentacyjnie twarz i rozmasowując ramiona.

— A siedź tu sobie choćby do końca świata. Jakiś ekstra urlop? — Cybulski pragnął wyjaśnić radosną, aczkolwiek tajemniczą wizytę przyjaciela.

— Bezrobotny — padła krótka odpowiedź.

— Żartujesz? — Na czerstwej twarzy proboszcza, okolonej rudą brodą, malowało się niedowierzenie. — Za dużo nas jest?

— Jak by ci to powiedzieć — rzekł Wacław. — Henio mnie jakoś nie pokochał i wyprosił zmianę wikarego. Z kolei Zdzisiu pokłada we mnie duże nadzieje i szuka mi takiej parafii, w której bym się nie marnował.

— Szczęściarz z ciebie. — Piotr wydął usta i pokiwał głową na dowód uznania. — Chyba wiesz, że w naszym zawodzie najważniejsze, by cię szef lubił.

— Powiedział, że mam wyjechać do kurortu.

— Kurort? Ho, ho, tu mamy prawdziwy szpital. Chodźmy na obiad.

Piotr eskortował Wacława do stołowego. Podłoga jęczała pod ich stopami, jakby to ona miała najwięcej do powiedzenia o mizerii życia w Kołomorzu. Zasiedli przy olbrzymim dębowym stole, nie nakrytym serwetą, dzięki czemu mogli podziwiać piękny, wytarty, wiekowy blat. Pokój był ciemny, ale przez dwa małe okna wpadały jasne snopy światła akurat na dwójkę przyjaciół, niczym na obrazach Rembrandta. Po modlitwie Piotr, który miał wybitną zdolność jednoczesnego jedzenia i mówienia, powrócił do przerwanej rozmowy.

— W tym dekanacie każdy jest chory i tylko taka różnica, że leży przeważnie na innym oddziale tego pociesznego lazaretu. Najwięcej alkoholików i psychicznych. Mamy tylko jednego zdrowego. Ksiądz Zygmunt z Potrzebowa. Żeby nie zachorować, nie utrzymuje z nikim kontaktu. „Hierarchia — mówi — to tylko forsa i układy. Księża szaraczki — czyli my — alkohol i kobiety, a chłopi oprócz wszystkich tych cech są jeszcze prymitywni".

— To co mu pozostało? — spytał z udaną powagą i troską w głosie Wacław.

— Wierność Ewangelii, powiada. Jak się ta wierność przejawia, trudno mi powiedzieć. Taki mamy, widzisz, przypadek zdrowia kapłańskiego. A ja tu, bracie, się babram. Próbuję tak i owak. Niewiele z tego wychodzi, ale kto powiedział, że ma wychodzić. Gdybym miał trochę talentu literackiego, jak ty, to bym mógł napisać jakichś Chłopów, a tak wezmę wszystko do grobu. Jedno, czym się mogę pochwalić, to zacząłem czytać poezję. Jak człowiek pożyje w naturze, to rodzi się w nim poeta. Chociaż chłopi jakoś nie chcą czytać poezji.

Zrobił minę pełną rezygnacji.

— W ogóle niczego nie chcą czytać. Oni wszystko wiedzą. Chciałem tu założyć taki uniwersytet ludowy. Rozmawiam z jednym, z drugim, a oni: „Proboszcz, my wszystko wimy, niech uni tylko płacom".

Nie pytając Wacława, położył mu na talerzu drugi kotlet. Ten nie mógł zaprotestować, bo Piotr ciągnął dalej:

— Jak chcesz z kimś pogadać, to musisz się z nim napić. Jak pijesz, jesteś swój, jak nie, to ci nikt nie ufa. I tak tu się większość księży zajeżdża. Bo jak się chłop napije, to wie, jak wytrzeźwieć, a ksiądz… — Piotr pokręcił głową. — Bodzia pamiętasz. Bidaczek się kończy. Ale nie ma jak do niego dotrzeć. Kiedy pije, to się zamyka i koniec. Miesiąc temu przewrócił się na mszy razem z ambonką. Ludzie go kochają bardzo, bo naprawdę poczciwy człowiek. Przyszli do mnie, żebym jakoś mu pomógł, wiedzą, że jestem w tych różnych ruchach trzeźwościowych. Pojechałem. Chyba zrozumiał, co się z nim dzieje. Płakał. Załatwiłem mu miejsce w szpitalu. Zorganizowałem pomoc, żeby przez ten czas parafia funkcjonowała. Wszystko nagrane, przyjeżdżam po niego, a tam zastaję piekło. Przyjechała jego matka. Znalazła jakieś pismo na stole, gdzie była pieczątka szpitala. Jak się zaczęła wydzierać: „Synku, nie daj się. Oni chcą z ciebie wariata zrobić, żeby ci odebrać parafię. Nie będziesz miał dokąd wrócić". Na mnie zaczęła krzyczeć, że ostrzę sobie zęby na jego kościół. Bodziu siedział skołowany, ale widać godził się z matką. Wziął mnie na bok i mówi: „Wiem, wszystko wiem, ale jakoś dam sobie radę".

Piotr skończył jedzenie i swoją opowieść. Uśmiechnął się i rozłożył ręce. Olbrzymie chłopisko o urodzie Skandynawa. Blond włosy o lekkim ryżawym odcieniu, jasne krzaczaste brwi i broda.

— Tak, bracie, skarb w glinianych naczyniach. Trzeba mieć wiarę ogromną, żeby tu nie zwątpić na tym naszym Sybirze. Szkoda, że wśród apostołów nie było jednego z problemem alkoholowym, byłby jakiś wzorzec dla nas. Ale powiedz, co u ciebie, bo cię zadepczę słowami. — Piotr się uśmiechnął. — Widzisz? Poeta ze mnie. Czekasz na swój port przeznaczenia i co poza tym?

— W górach byłem, na Słowacji. Schodziliśmy po ciemku z Kieżmarskiego i o mało co nie zauważyłbym, że przechodzę na drugi świat. Obsunęła się na nas lawina kamieni, cudem ocalałem. Rano zbieraliśmy sprzęt i na półce skalnej znalazłem rozłożoną czystą chusteczkę. Carte blanche. Nie wiem do końca, co to ma oznaczać. Może mam się narodzić po raz wtóry. Tylko co miałbym robić? Gdzie ja teraz znajdę robotę, grafoman i kiepski moralista.

— Hmm. — Piotr popatrzył z troską na przyjaciela. — Na razie pisz i odpoczywaj. Pewnie Bóg wyznaczył ci zadania, do których musisz nabrać siły. W poniedziałek rozpoczyna się szkoła. Gdybyś wziął w ciągu tygodnia parę mszy, byłbym ci wdzięczny. No i trochę pospowiadał. Do mnie to przychodzą tylko dzieci i staruszki. Aha, słyszałeś o tej aferze w Poznaniu?

— Nie.

— W „Faktach i Mitach" ukazał się jakiś obrzydliwy artykuł o arcybiskupie. Piszą, że molestował kleryków. Mam takiego w parafii, co namiętnie czyta Urbana i te wszystkie brukowce, chciał mi to przynieść, ale mu zakazałem.

2

Początek września i pierwszy piątek miesiąca. Wacław o szesnastej poszedł do konfesjonału. Przyszło kilkanaścioro dzieci wyspowiadać się z palenia papierosów, picia wina i wykradania rodzicom pieniędzy na ten cel. Po dzieciach doszło kilka staruszek i na tym koniec. Groser posiedział jeszcze jakieś dziesięć minut i już zamierzał wyjść, gdy dostrzegł siedzącego pod chórem mężczyznę. Coś go tknęło i został. Po paru sekundach mężczyzna wstał i ruszył do konfesjonału. Wacław zamknął oczy.

— W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego… — huknęło i zaległa cisza. Po chwili mężczyzna odezwał się. — Wyrzuciłem z domu żonę… — Głos znów się urwał.

— Dlaczego? — spytał Wacław.

— Bo jest kurwa…

Groser mocniej zacisnął powieki, a potem je gwałtownie otworzył, chcąc się upewnić, że nie śni. Wciągnął powietrze i poczuł zapach wódki.

— Przepraszam, że o to pytam, ale muszę wiedzieć, czy nie jesteś pod wpływem alkoholu?

— A co to ma do rzeczy? Wiem, co mówię.

— Nie możesz przyjść do spowiedzi po tym, jak piłeś.

— To ksiundz myśli, że ja przyjdę, jak się nie napiję? Dobra, jak ksiundz mnie nie chce słuchać…

Wacław nie wiedział, co począć.

— Bardzo chcę cię wysłuchać, ale nie każda rozmowa musi być spowiedzią. Może pójdziemy na plebanię? Do mszy jeszcze prawie godzina. Nikogo tam nie ma, porozmawiamy w spokoju. Dobrze?

Po chwili siedzieli w wytartych fotelach w stołowym, do którego wchodziło się bezpośrednio z sieni. Mężczyzna mógł mieć jakieś 35 lat. Był nieogolony i miał wąsa à la Wałęsa. W ogóle jako żywo przypominał przywódcę Solidarności z czasów, gdy tamten przeskakiwał płot stoczni. Milczał, widać nie wiedział, jak rozpocząć rozmowę.

— Proszę, niech pan powie, co się stało? — zachęcił Wacław.

— Ale czy to tak będzie w tajemnicy, jak na spowiedzi?

— Oczywiście.

Mężczyzna zmarszczył czoło i podrapał się w tył głowy.

— Tak w ogóle, to jestem Zbigniew Skwarek. Chodzi o to, że ona się puszczała, to ją wywaliłem z domu.

— Ma pan pewność czy się pan domyśla?

— Większy nie potrzebuję. Ona… od roku pracuje w mieście. Z zawodu jest krawcowa, kiedyś tu miała swój warsztat, ale teraz to nie ma sensu, bo ciuchy za grosze można kupić w markecie. Nikomu się nie opłaca szyć. Rok temu znalazła robotę w mieście. Trochę mi się to nie widziało, bo mówię, że same dojazdy zeżrą to, co zarobi. Ale jakoś ji dobrze płacili, a jeszcze się okazało, że tam u roboty jeden mieszka w naszym kierunku i dogadali się, że jak mu będzie pasować, to ją podwiezie. Od razu mi się nie podobało, że jakiś obcy ma ją wozić, ale gada: „Co ty, Zbiniu, o starego dziada jesteś zazdrosny. Jak chcesz, to ci go pokażę". Przyjechała z nim. Rzeczywiście. Facet łysy, gruby, w okularach. „No dobra", mówię. Musiałaby być chyba ślepa, żeby z takim coś wywijała. Ale przeszło parę miesięcy, a ja ji jakoś nie mogę poznać. W łóżku leży jak kawał baleronu, głowa ją ciągle boli albo jej się chce spać. Mówię: „Coś nie tak. Hela, czort z tymi twoimi pieniędzmi. Jak tak dali pójdzie, to ja więcej pieniędzy w agencjach przepuszczę". Zażartowałem. A ona ino wzdrygnęła ramionami, jakby to ji całkiem było obojętne. Dwa tygodnie temu zaczaiłem się w lasku przy szosie, tam gdzie ją zawsze wysadza. Stają, ale ona z samochodu nie wyłazi. Wyglądam zza drzewa, a oni jakoś głowami nachyleni… Doleciałem, szarpłem drzwiami i krzyczę: „Koniec tego burdelu na kółkach! Wyłaź, ty łysy palancie!". On jak ruszył ze strachu tym swoim fordem, to by w drzewo łupnął. Ta w szloch. „Ty chamie, co on sobie pomyśli". Co ja sobie pomyślałem, było jej obojętne. W domu się jeszcze stawiała. Jak jej wyrypałem, że ze starym dziadem się puściła, to mi powiedziała, że przynajmniej nie śmierdzi i jest kulturalny. To ja powiedziałem krótko. „Tam są drzwi". Spakowała się i wychodzi. Dzieci w ryk, a ona, że po nie szybko przyjedzie. Ja ji dam dzieci!

— I co pan zamierza? — spytał Wacław.

— Jakoś bez ni wytrzymam, a potem zobaczymy. Chyba to mniejszy wstyd, niż kurwę w chacie trzymać.

— Niech pan nie używa tego słowa. Pan mówi o swojej żonie.

Skwarek wzruszył ramionami. Toczył wewnętrzną walkę. Prawdopodobnie pod powłoką brutala krył się wrażliwy człowiek, który nie potrafi nazwać swoich uczuć.

— Dzieci mają mieć… taką matkę? — Z trudem przestawiał się na cenzuralny język.

— Po pierwsze, to z tego, co mi pan powiedział, do tej pory nie porozmawiał pan z żoną w spokoju. Nie może mieć pan żadnej pewności, że żona pana nie kocha. Emocje nie mogą przekreślić tego, co przysięgaliście sobie przed Bogiem.

— Chyba przepędzenie tego no… rozpusty jest po bożemu. Nie będziesz cudzołożył, chyba jest takie przykazanie? Dawniej takie kamienowali. Jak ksiundz se wyobraża, że dzieci mają z taką matką żyć pod jednym dachem, Boga obrażać?

— Na pewno Boga bardziej smuci to, w jaki sposób pan się wyraża o żonie, bez względu na to, co ona zrobiła. Pan musi przede wszystkim ochłonąć. Żaden grzech nie przekreśla człowieka. Ale kiedy człowiek pokocha nienawiść i zemstę, to się na pewno od Boga oddala. Pana żona została zraniona. Jeśli zgrzeszyła, potrzebuje pomocy. Ciężko będzie jej samej się podnieść. Czyż nie tak? — Jego głos płynął łagodnie i monotonnie jak muzyka z terapeutycznej płyty.

 

— No, można tak powiedzieć — odparł niewyraźnie Zbigniew, nie za bardzo wiedząc, do czego zmierza ksiądz.

— A zna pan przypowieść o miłosiernym Samarytaninie?

— No chyba.

Groser zamilkł. Zbigniew, zdeprymowany ciszą, potarł po chwili ręką czoło.

— To znaczy, że ja mam być ten Samarytanin? — spytał.

— Nie. Samarytaninem jest Pan Bóg. Pan jest gospodarzem, któremu On oddaje pod opiekę ranną małżonkę. Mówi: daję ci dwa denary, a cokolwiek wydasz więcej, zwrócę ci. Rozumie pan?

Mężczyzna pokiwał głową, ale bał się odezwać, żeby się nie okazało, że nie do końca rozumie.

— Bóg oddaje panu zranioną małżonkę, ale opatrzył jej rany. Pan ma tylko teraz ją kurować. A jak pan kiedyś upadnie, to Jezus odda z kolei pana pod jej opiekę.

— To co mam robić?

— Niech pan odszuka żonę, przeprosi ją i przebaczy. Niech ją pan sprowadzi do domu i tak ją kocha jak przed ślubem.

Mężczyzna zaczął kręcić głową z niedowierzaniem.

— Teraz mi ksiundz zadał… Myśli ksiundz, że ona ze mną do stodoły pójdzie?