Niegodziwi święci

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

NADIEŻDA ŁAPTIEWA

Kiedy wierni zwrócili się do boga ochrony po pomoc przeciwko wędrującej z północy hordzie, spodziewali się jego błogosławieństwa, a zamiast tego zginęli w wojnie, która nastąpiła. W swoim szaleństwie zapomnieli bowiem, że Wiaczesław jest również bogiem wojny, a żelazo trzeba poddać próbie.

Kodeks Boskości, 4:114

ANNA PRZEPCHNĘŁA SIĘ OBOK NADII, zatrzasnęła drzwi i zaryglowała je. Kleryczka starała się jąpowstrzymać — Kostia umrze, jeśli ona czegoś nie zrobi — lecz kapłanka stanęła przed drzwiami, blokując dziewczynie drogę.

— Nadio! — błagała cichym głosem, w którym pobrzmiewało wszystko to, co pominęła.

Zawsze istniała taka możliwość; Nadia wiedziała, że jej przyjaciele gotowi są za nią umrzeć. Teraz mogła zrobić tylko jedno — postarać się, by ich śmierć nie poszła na marne. Stratę będzie opłakiwać później, teraz musi przetrwać.

Zacisnęła pięści i się odwróciła. Miała przed sobą schody prowadzące w dół, w ciemność. Na pierwszym stopniu o mało się nie przewróciła — wówczas na własnej skórze przekonałaby się, jak daleko sięgają. Ale Anna chwyciła ją za ramię, dzięki czemu kleryczka odzyskała równowagę, choć w tym samym momencie zdała sobie sprawę, że kapłanka się trzęsie.

— Możesz zdobyć dla nas trochę światła? — zapytała Anna. W jej głosie słychać było ledwo powstrzymywane łzy.

Ciemność była przygniatająca, lecz jeszcze bardziej denerwujące wydało się Nadii panujące milczenie. Chociaż na zewnątrz trwał bitewny szał, do nich nie docierały żadne odgłosy. Powinny słyszeć szczęk metalu i wojenne okrzyki w pobliżu, a panowała kompletna cisza.

Nadia potrafiła zdobyć światło. Wyjęła różaniec, znalazła koralik Zwonimiry i płomień świecy, który oznaczał boginię światła. Wysłała skromną modlitwę; nic poza słabym błaganiem o coś, co nie mogło ich uratować.

Szept świętej mowy popłynął z jej ust, gdy Zwonimira przyjęła modlitwę. W rękach Nadii rozbłysło białe światło. Ściskając opuszki palców, utworzyła przezroczystą kulę, którą można było obracać w powietrzu, oświetlając otaczającą przestrzeń.

Golzhin dem — zaklęła Anna pod nosem.

Nadia, bezradna, mogła jedynie podążać za nią, podczas gdy kapłanka kierowała się w dół. Jej najlepszy przyjaciel prawdopodobnie już nie żył. Zniszczono wszystko, co kiedykolwiek znała. Ilekroć zamrugała, błyskał przed nią zimny uśmiech arcyksięcia. Nigdy więcej nie będzie bezpieczna.

„Musiałabym za karę miesiącami zajmować się wyłącznie obieraniem ziemniaków”.

Nie wiedziała, czy któryś z pobliskich obozów wojskowych nadal stoi, bo może Tranawianie spustoszyli je po drodze w głąb jej kraju. Gdyby Nadii udało się dotrzeć do stolicy, miasta Komiazalow i Srebrnego Dworu, pewnie miałaby jakieś szanse, wątpiła jednak w tę ewentualność, skoro arcyksiążę znajdował się o kilka kroków od niej.

Nadia miała pozostać tajemnicą przez kolejny rok, trenując w świętych górach z kapłanami, którzy — choć sami nie dysponowali zdolnościami magicznymi — rozumieli podstawy boskości. Na przykład fakt, że młodziutka wieśniaczka może być jedyną osobą, która uratuje Kalazin przed pochodniami heretyków. Ale wojna nie dba o skrupulatnie opracowane plany.

Teraz wojna zabrała Nadii wszystko i dziewczyna nie wiedziała, co robić. Serce jej się krajało, gdyż przed oczami miała wyłącznie jedno wspomnienie — widok Kostii zataczającego się pod ostrzałem wbijających się w jego ciało bełtów.

Anna poprowadziła ją w dół, po schodach, do długiego, zimnego i wilgotnego tunelu. Wyglądało na to, że od dziesięcioleci nikt tu nie zawitał. Szły w milczeniu przez kilka minut, póki kapłanka nie zatrzymała się przed wiekowymi drewnianymi drzwiami osadzonymi w ścianie. Naparła na nie ramieniem, aż otworzyły się z bolesnym jękiem. Kurz posypał się na nie obie, niczym śnieg obsypując chustę, którą Anna miała na głowie.

W środku znajdował się magazyn wypełniony ubraniami podróżnymi, stojakami z bronią i półkami z dobrze zakonserwowaną żywnością.

— Ojciec Aleksiej miał nadzieję, że nigdy nie będziemy musieli skorzystać z tego pomieszczenia — westchnęła ze smutkiem Anna.

Nadia złapała ciepłą fioletową tunikę i parę ciemnobrązowych spodni, które Anna jej rzuciła. Naciągnęła je na swój cienki strój. Kapłanka wybrała dla niej również gruby, wełniany czarny płaszcz i obszytą futrem czapkę. Sama także się przebrała, po czym przeszła do stojaka z bronią. Dała Nadii bliźniaczy zestaw ozdobnych worienów. Zawahała się, patrząc na ostrza w ręku kleryczki, potem bez słowa podała jej trzecie, a po dalszym zastanowieniu jeszcze czwarte.

— Gubisz je cały czas — wyjaśniła.

To była prawda. Nadia przypięła sobie dwa sztylety do paska, a dwa pozostałe wsunęła do butów. Jeśli schwyta ją arcyksiążę, przynajmniej będzie uzbrojona. Anna wyciągnęła ze stojaka na broń weniornik — długi jednosieczny miecz — i przypięła go sobie do biodra.

— Tyle powinno wystarczyć — mruknęła. Wzięła dwie puste torby i zaczęła ostrożnie pakować do nich jedzenie. — Przypnij te śpiwory i namiot do toreb, dobrze?

Całe pomieszczenie nagle się zatrzęsło i od strony wejścia dotarł ogłuszający łomot. Nadia krzyknęła zaskoczona. Wyciągnęła szyję i wyjrzała na korytarz. Nic, tylko ciemność. Anna ostrożnie zsunęła do jednej z toreb zawartość półki z żywnością.

Pierś Nadii ścisnęła się w panice. Tunel nie był szczególnie długi. Tranawianie mogą się tu pojawić lada chwila.

Kapłanka zarzuciła sobie jedną z toreb na ramię i weszła do tunelu. Świat zawirował niebezpiecznie, kiedy z kierunku, z którego właśnie przyszły, przypłynęły słowa szybko wymówione w języku, który Nadia ledwie rozumiała.

Nie musiała jednak rozumieć słów ani rozpoznać głosu. To był arcyksiążę, na pewno tak! A ona nie zdoła stawić mu czoła.

Potem biegła, biegła i biegła za Anną. Ufała, że kapłanka zna wszystkie zakręty i rozdroża tunelu; musiała wierzyć, że gdziekolwiek ów tunel prowadzi, nie wyjdą z niego wprost na kompanię Tranawian.

W tym momencie rozległ się za nimi syk magii uderzającej o ściany. Coś otarło się o ucho Nadii, żar odbił się falami, a potem uderzył w łuk tunelu przed nią, wybuchając deszczem iskier. Książę był blisko, zbyt blisko.

Tek szalet wylkesz! — Krzyk, który gruchnął echem w tunelu, nie brzmiał gniewnie. Jeśli już, zdawał się raczej świadczyć o rozbawieniu. Rozległ się nawet donośny śmiech, czysty i sardoniczny.

Nadia zwolniła tylko na chwilę i spojrzała za siebie, w mrok. Z ciemności dochodził osobliwy dźwięk. Rozbrzmiewał powoli, ale jego intensywność rosła, jakby bębniła nie jedna, lecz wiele rzeczy jednocześnie. Wiele ruchomych rzeczy. Dziewczyna popatrzyła spod przymrużonych powiek. Tysiąc małych trzepoczących skrzydełek.

Anna szarpnęła ją w dół akurat, gdy w ciasnej przestrzeni tunelu zaroiło się od nietoperzy.

Zaklęcie światła przestało działać, rzucając je obie w żywą, ruchliwą ciemność. Nietoperze chwytały ich włosy i raniły każdy nieosłonięty centymetr skóry. Nadia szła za Anną na oślep i tylko ręka kapłanki w jej dłoni była czymś pewnym. Jakby ciemność pochłaniała je żywcem.

Zostały uwięzione w tumanie poruszających się skrzydełek i pazurów, aż wreszcie Anna zatrzasnęła drzwi i obie wraz z nietoperzami wypadły na śnieg.

Nietoperze, jak tylko znalazły się w gasnącym świetle dnia, zniknęły w smugach dymu. Nadia zerwała się na równe nogi i pomogła Annie wstać. Kapłanka utkwiła wzrok w wyjściu — zionącej czarnej kresce na tle oślepiająco białego śniegu górskiego zbocza.

— Musimy iść — powiedziała kleryczka, cofając się od wejścia do pieczary.

Gdy kapłanka nie zareagowała, Nadia przyjrzała się jej z niepokojem. Anna nie odrywała oczu od znów otwartych drzwi. Na szczęście nie stał w nich żaden Tranawianin.

„Jeśli się nie ruszymy, umrzemy”. — Nadia uniosła jedną dłoń, drugą natomiast szarpała różaniec, szukając właściwego koralika. Wysłała prostą modlitwę do Bożidarki, bogini przepowiedni. Oczyma wyobraźni zobaczyła żywy obraz. To był książę, oparty o kamienny mur, ze złośliwym, szyderczym uśmiechem na twarzy i rękami skrzyżowanymi na piersi. Towarzyszyła mu, wpatrującemu się w wejście do tunelu, niska dziewczyna o czarnych włosach ostro ściętych na wysokości podbródka i z cienką przepaską na jednym oku.

Nadia wróciła do teraźniejszości i swojego otoczenia. W głowie jej wirowało z wysiłku, a widok przed oczami rozmazywał się. Nie była w stanie dostrzec już niczego poza bielą śniegu. Chwiejąc się niepewnie na nogach, zrobiła wydech i skoncentrowała się. Tranawianie nie podążali za nimi. Nie znała powodów, lecz nie zamierzała o nie pytać. Wkrótce i tak się dowie.

— Jesteśmy teraz bezpieczne — oznajmiła wyczerpana.

Dość magii. Aż do czasu, gdy się prześpi.

— To nie ma sensu — mruknęła Anna.

Nadia wzruszyła ramionami, spoglądając na strome zbocze góry. Śnieg zalegał wysoko, a w miejscu, gdzie stały, drzewa były rzadkie. Kiedy Tranawianie w końcu odważą się wyjść z tunelu, dziewczynom trudno będzie znaleźć kryjówkę.

Anna sapnęła i Nadia się odwróciła. Próbowała się wyprostować, ale kiedy spojrzała ku szczytom gór, wciąż czuła się jak po uderzeniu w brzuch.

Z wierzchołka unosiły się chmury czarnego dymu. Wypełniły niebo, jakby chciały je całkowicie połknąć. Kleryczce kolana odmówiły posłuszeństwa i upadła na śnieg.

Nie było już Kostii.

Wszystko zniknęło. Odniosła wrażenie, że w miejscu, gdzie powinna mieć serce, znajdowała się teraz otwarta rana, pustka w piersi, która zasysała wszystko wokół, zostawiając ją z niczym. Nie miała już absolutnie nic.

Wbiła sobie paznokieć w dłoń, pozwalając, by ostry ból na chwilę oczyścił jej umysł, i zapanowała nad wzbierającym płaczem. Łzy były bezcelowe. Choć pragnęła opłakiwać przyjaciela, nie miała czasu na żałobę. Nie mogli wygrać tej wojny; Tranawianie zamierzali wziąć wszystko, a Kalazin spalić na popiół. Walka wydawała się beznadziejna.

 

Dlaczego bogowie tego nie powstrzymają? Nadia nie chciała wierzyć, że ta destrukcja jest ich wolą. Nie, na pewno nie mogli tego pragnąć.

Przestraszyła się, gdy Anna nagle wsunęła w jej dłoń swoją.

— „Żelazo trzeba poddać próbie” — powiedziała kapłanka, cytując Kodeks. — Nie możemy poznać intencji bogów.

Intencji, które nie zawsze były życzliwe czy sprawiedliwe.

Jakby wyczarowana, ciepła obecność Marzeniji otuliła Nadię jak płaszcz, lecz bogini się nie odezwała. Dziewczyna była wdzięczna za to milczenie. Wszelkie słowa w jej śmiertelnych uszach zabrzmiałyby w tej chwili pusto.

Poddając się, sprawiłaby, że ci wszyscy ludzie z monastyru umarliby nadaremnie, a na to nie mogła pozwolić. Pogrzebała w kieszeni i wyciągnęła zeń mały wisiorek na delikatnym srebrnym łańcuszku. Przysuwając go bliżej do twarzy, odkryła w nim liczne przenikające się spirale, które znikały w środku. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziała, a przecież nauczyła się rozpoznawać każdy symbol bogów.

Co Kostia jej podarował?

— Wiesz, co on symbolizuje? — Wyciągnęła łańcuszek w stronę Anny, która biorąc wisiorek, zmrużyła oczy.

Kapłanka powoli pokręciła przecząco głową i oddała przedmiot Nadii. Kleryczka założyła sobie łańcuszek przez głowę i chłodny metal ułożył się na jej skórze pod ubraniem. Znaczenie wisiorka tak naprawdę się nie liczyło. Był ważny, ponieważ dostała go od Kostii. Ponieważ przyjaciel spojrzał na nią wtedy z miną, którą mogłaby nazwać jedynie tęsknotą, pocałował ją w czoło i umarł, by ona mogła uciec.

To nie było w porządku. Wojna nie była w porządku.

Nadia odwróciła się od swojego płonącego domu. Uciekła, żeby Kostia nie umarł na darmo. To musi wystarczyć. Na razie.

Będą podróżować całą noc, bo tylko w ten sposób dostatecznie oddalą się od Tranawian.

— Trzeba się udać do Twiru — powiedziała Anna.

Nadia zmarszczyła brwi i naciągnęła czapkę na uszy. Twir leżał na wschodzie. Na wschodzie znajdowała się też Tranawia. Był to rejon bezpośrednich działań wojennych.

— Nie byłoby mądrzej do Kazatowa?

Kapłanka poprawiła sobie na włosach chustę, opaskę i kabłączki skroniowe.

— Powinnaś dotrzeć do najbliższego obozu, a Kazatow leży zbyt daleko na północy. Dla mnie najważniejsze jest twoje bezpieczeństwo. Gdyby coś ci się stało, nasz władca skróciłby mnie o głowę.

— No cóż, Tranawianie ścięli już sporo głów w monastyrze.

Anna skrzywiła się i spojrzała na nią z wyrzutem.

— Generał Gołowka może zdecydować, dokąd się stamtąd udamy — oznajmiła powoli.

Nadii się to nie podobało. Nie chciała być ciągana z miejsca na miejsce, bez końca przenoszona do kolejnej bezpiecznej kryjówki tylko po to, by inni mogli umrzeć zamiast niej. Powinna walczyć. Ale skoro Twir był najbliższym obozem, w takim razie udadzą się do Twiru.

Kapłanka spojrzała na nią współczująco wąskimi, ciemnymi oczami. Później zerknęła przez ramię i mina jej jeszcze bardziej zrzedła. Nadia nie miała siły się odwrócić. Widziała już wystarczająco dużo zniszczeń i czuła, że jeśli jeszcze raz popatrzy na monastyr, zupełnie się załamie.

— Spróbujmy najpierw znaleźć schronienie, dobrze? W pobliżu stoi opuszczona kaplica. Możemy do niej dotrzeć mniej więcej w ciągu jednego dnia. Tam zastanowimy się, co robić dalej.

Nadia pokiwała głową ze znużeniem. Była zbyt zmęczona na kłótnie czy obawy, że — co być może było nieuniknione — schwyta ją akurat ta osoba, która nigdy nie powinna posiąść jej mocy, osoba, która nigdy nawet nie powinna dowiedzieć się o jej istnieniu.

Mogła jedynie stawiać jedną stopę przed drugą, udawać, że nie jest aż tak zimno, że nie czuje, jak szron osiada na jej rzęsach. I mogła się modlić. W modlitwach na pewno była dobra.

3

SEREFIN MELESKI

Swojatowy Ilja Gołubkin: Urodzony jako syn rolnika, Ilja został dotknięty chorobą, która uniemożliwiła mu chodzenie. Uzdrowiony przez pewną kleryczkę Zbyneuszki, został przepełniony nadludzką siłą i wstąpił w szeregi wojowniczych mnichów. W pojedynkę obronił miasto Korowgrod przed najeźdźcami zza morza.

— Wasiliew, Księga Świętych

ARCYKSIĄŻĘ TRANAWII, Serefin Meleski, oparł się o wejście do tunelu i mrużąc oczy, zapatrzył się w śnieg. Słońce już prawie zaszło, lecz promienie odbijane przez śnieg wciąż oślepiały na tle jego — bezsprzecznie straszliwej — wizji.

— Pozwalasz im uciec — jęknęła stojąca u jego boku Ostia.

Zignorował ją i zamiast odpowiedzieć, podniósł swoją księgę zaklęć z miejsca, gdzie była przywiązana do biodra, a potem ją otworzył. Kartkował stronice w milczeniu, aż w końcu jedną wyrwał. Upuścił książkę i wyciągnął rękę do Ostii.

Zmrużyła oczy i zerknęła na nóż w dłoni. Błyskawicznym ruchem złapała księcia za nadgarstek i przeciągnęła ostrzem po jego ręce.

— Nie dłoń! — zaprotestował Kacper spod przeciwległej ściany tunelu, o którą się opierał.

Serefin jego również zignorował i podniósł rękę. Obserwował, jak krew szybko wzbiera w ranie i spływa w dół dłoni powolnymi strumyczkami. Szczypało, ale przypływ magii, która nadejdzie, zrównoważy niewielki ból. Książę wsunął sobie stronę z księgi zaklęć w krwawiącą dłoń i poczekał, aż krew wsiąknie w papier. Magia rozpaliła żar w jego żyłach, a gdy stronica zmieniła się w pasma ciemnego dymu, Serefinowi wyostrzył się wzrok. Ślad prowadzący prosto do kleryczki doskonale wskazywały czerwone smugi na śniegu.

Książę się uśmiechnął.

— Dziewczyna potrafi uciekać.

— Czy mądrze jest przywiązać się do niej tym zaklęciem? — zapytała Ostia.

— Ona nie zdoła tego poczuć. To nie są pęta, tylko smuga.

Nie będzie miało znaczenia, jak bardzo kleryczka się oddali; Serefin będzie mógł ją śledzić dopóty, dopóki — co jakiś czas — będzie zasilał zaklęcie swoją krwią. Nic trudnego.

— Jesteś pewny siebie — wytknął mu Kacper.

Książę spojrzał na niego bez emocji.

— Nawet gdyby wyczuła zaklęcie, nie byłaby go w stanie przerwać.

— Nic nie wiesz o magii, której dziewczyna użyła. Skąd wiesz, że nie poczuje twojej?

Serefin zmarszczył brwi. Kacper miał rację, nie zamierzał jednak tego przyznać.

— Każ ludziom spędzić tutejszych, którzy jeszcze żyją — polecił Ostii.

Dziewczyna skinęła głową i zniknęła w tunelu.

Kacper patrzył, jak odchodziła.

— Dlaczego nie pójdziesz za tamtą? — spytał księcia. Podczas bitwy rękaw płaszcza Kacpra został niemal całkiem oderwany; trzymał się na kilku szwach, a złoty naramiennik zwisał mu byle jak z ramienia. Porucznik przesunął sobie brązową dłonią po ciemnych lokach i wyglądał na zaskoczonego, kiedy odkrył, że są lepkie i sklejone od krwi. — Od dawna szukamy jakiejś cholernej kleryczki i wreszcie coś mamy.

— Chcesz w ciemnościach kręcić się po górach w samym środku Kalazinu? — zapytał Serefin.

Członkowie ich kompanii na własnej skórze doświadczyli, jak zabójcza może być w tym kraju zima dla tych, którzy nie znają terenu. Poza tym książę w słoneczny dzień widział niewiele, a w nocy jego wzrok jeszcze bardziej się pogarszał. W ciemnych oczach Kacpra błysnęło zrozumienie i porucznik pokiwał głową.

Serefin Meleski przebywał na froncie w Kalazinie od prawie trzech lat, z rzadka tylko powracając do domu. Przez cały ten czas miał wrażenie, że zima nigdy się tutaj nie kończy. Nawet w porze roztopów w tym kraju zdawało się panować zimno. Były tu jedynie śnieg, mróz i lasy. Przez ostatnie pięć miesięcy książę kazał swojej kompanii szukać dowodów na istnienie kalazińskiej magii. Jego ojciec stanowczo twierdził, że ona istnieje i że Serefin koniecznie musi odnaleźć kleryka czy kleryczkę. Tacy ludzie mogliby przeważyć losy wojny na korzyść Kalazinu, co nie powinno się zdarzyć, szczególnie teraz, gdy decydujący atak na górzyste państwo w końcu przynosił efekty. Zaledwie kilka tygodni wcześniej Tranawia przejęła kalazińskie miasto Wołdoga, istotny przyczółek wroga. Był to pierwszy krok w kierunku ostatecznego zwycięstwa w tej niekończącej się wojnie.

— Przy odrobinie szczęścia zaprowadzi nas do innych, takich jak ona — wyjaśnił Serefin.

Zaczął cofać się do tunelu, ale po chwili się zatrzymał.

Nieznacznym ruchem dotknął dłonią blizny, która przecinała jego oko, a potem odwrócił się do Kacpra:

— Światło? — Słowo zabrzmiało protekcjonalnie, bardziej jak szorstka komenda niż prośba. Zwykle miałby nieco więcej poszanowania dla uczuć porucznika, ale wyczerpany bywał opryskliwy.

— Tak, wybacz. — Kacper na ślepo poszukał pochodni, która spadła na ziemię, a następnie ponownie ją rozpalił.

Minęli magazyn, w którym wcześniej ukrywały się kalazińskie dziewczęta, a który teraz przetrząsał generał broni Serefina, Teodor Kijek.

— Prześlij mojemu ojcu wiadomość o dzisiejszych wydarzeniach — polecił mu książę. Nie zamierzał wspominać o szczegółach sprawy z kleryczką. Najlepiej, gdyby ojciec myślał, że dziewczyna po prostu uciekła; nie musiał wiedzieć, że Serefin sam pozwolił jej odejść.

— Oczywiście, Wasza Wysokość.

— Policzyliście, ilu Kalazich przeżyło?

— Około tuzina — odpowiedział Teodor.

Słysząc to, Serefin cicho jęknął. Musiał postanowić, co zrobić z więźniami, i niespecjalnie podobało mu się to zadanie.

— Czy dziewczyna była jedynym klerykiem wśród nich? — Nie potrafił sobie wyobrazić, że w tej sprawie szczęście mogłoby mu dopisać jeszcze bardziej, ale zawsze mógł sobie pomarzyć.

— Jeżeli są inni, jeszcze się nam nie ujawnili — odparł generał.

— Można by ich do tego przekonać? — zadumał się Kacper, a ciemne oczy błysnęły mu z podniecenia.

Serefin naprawdę potrafił to robić.

Kiwnął szybko głową. Tak, spróbują ich przekonać.

— Zostaniemy tutaj na noc — zdecydował. Zerknął do magazynu; kalazińskie dziewczęta nie zabrały przed odejściem wszystkiego. — Uprzątnijcie pomieszczenie — rozkazał, machając wokół ręką.

Uzyska informacje, mając jednocześnie na oku trasę uciekającej kleryczki. Uznał, że w ten sposób — zanim otrzyma odpowiedź od ojca — pożytecznie spędzi czas.

— Oczywiście, Wasza Wysokość — odrzekł Teodor.

Serefin dał mu znak, że może odejść, i kontynuował rozmowę z Kacprem.

— Dlaczego, u licha, nie odesłałeś go jeszcze z powrotem na front? — zapytał go porucznik.

Serefin spojrzał niewidzącym okiem na Kacpra, który stał właśnie po jego lewej, ślepej, stronie. Porucznik cofnął się o krok, a potem obszedł księcia i zjawił się przy jego drugim boku.

— Możesz sobie wyobrazić, co by zrobił mój ojciec, gdybym pozbył się jego szpiega?

Kacper się skrzywił.

— Cóż, przynajmniej kiedy złapiemy kleryczkę, będziemy mogli wrócić do domu. Król nie będzie miał powodu trzymać nas tu dłużej.

Serefin przeczesał sobie palcami brązowe włosy. Już dawno powinien je podciąć. Był zmęczony — nie, nie zmęczony, do cna wyczerpany! Odkrycie istnienia kleryczki było prawdziwym uśmiechem losu, nie zmieniało jednak faktu, że książę przebywał w królestwie wroga od wielu lat, tak długo, że na myśl o powrocie do domu czuł… strach. Znał się bowiem wyłącznie na prowadzeniu wojny.

Pozostałą część tunelu przeszli w milczeniu, aż wreszcie dotarli do cmentarza.

Klasztor był kompleksem większym, niż się Serefin spodziewał, teren okazał się też znacznie lepiej strzeżony. Znalazł Ostię pilnującą zgromadzonych na dziedzińcu więźniów. Wysłał Kacpra na poszukiwanie miejsca, w którym mógłby spędzić noc, chociaż podejrzewał, że w tym ponurym więzieniu nie znajdzie niczego lepszego niż kamienna płyta i wytarty koc. Dlaczego mnisi są tak cholernie ascetyczni? Nie ma wszak nic złego w wygodzie podczas snu. Ale wolał betonową płytę i wytarty koc niż kolejną noc spędzoną na śniegu.

Ostia przez chwilę bezmyślnie gmerała przy swojej przepasce na oku, po czym ją zdjęła i schowała do kieszeni. Poszarpana, brzydka szrama przecinała twarz dziewczyny nad okaleczonym pustym lewym oczodołem.

Kiedy Serefin i Ostia byli dziećmi, kalazińscy zabójcy przeniknęli do pałacu przebrani za mistrzów walki bronią wyznaczonych do trenowania młodziutkiego księcia i córki szlachcica. Zabójcy zaczęli od ich oczu. Być może oślepienie dzieci nieprzyjaciela przed ich zamordowaniem było jakoś związane z ich wiarą.

 

Ostia często lubiła zostawiać odkryty oczodół z blizną. Delektowała się tym, że wygląda przerażająco, i twierdziła, że oszczędza swoją przepaskę na dni na morzu, kiedy wojna się skończy. Teraz zerknęła na księgę zaklęć przy biodrze Serefina.

— Wygląda na cienką — zauważyła.

Westchnął i skinął głową, a potem podniósł księgę i przerzucił stronice. Kończyły mu się zaklęcia.

— Coś mi mówi, że w sercu Kalazinu nie znajdziemy introligatorki, która oprawia księgi z zaklęciami.

— Nie, prawdopodobnie nie — zgodziła się Ostia. — Poza tym — w jej głosie pojawiła się żartobliwa nuta — nawet gdybyśmy jakąś znaleźli, nie byłaby nawet w połowie tak dobra jak Madame Petra.

Serefin zadrżał na wspomnienie apodyktycznej starszej kobiety, która oprawiała każdą jego księgę zaklęć. Nie potrafił dociec, czy traktowała go jak dawno zmarłego syna, czy raczej jak kochanka. I niepokoiło go, że nie potrafi wskazać różnicy.

— Nie zabrałeś dodatkowych?

— I te mi się skończyły. — Co oznaczało, że być może utknie w środku wrogiego kraju bez księgi zaklęć.

— No cóż — podsumowała Ostia — przypuszczam, że jeśli zajdzie potrzeba, możesz przejąć jedną z ksiąg jakiegoś maga niższego rangą.

— I zostawić go bez żadnej ochrony? — Książę uniósł wzrok. — Ostia, jestem człowiekiem nieczułym, lecz nie okrutnikiem. Wystarczająco dobrze poradzę sobie z ostrzem w dłoni.

— Tak, a ja będę musiała się naharować, by zapewnić ci bezpieczeństwo.

Serefin posłał jej ostre spojrzenie. Wytrzymała je, bezczelnie się uśmiechając.

— Wybacz mój ton, Wasza Wysokość — powiedziała, dygając teatralnie.

Przewrócił oczami.

Rozdzielili więźniów na nieduże grupy, takie, które mieściły się w nielicznych, przypominających więzienne cele sypialniach. Serefin zmrużył oczy na widok młodzieńca w swoim wieku, który wspierał się na ramieniu starszego mężczyzny.

— Ten — powiedział, wskazując Ostii mężczyznę. — Wyciągnij go. Chcę go przesłuchać.

Jej twarz się rozjaśniła.

— Chłopaka?

— Nie. Już i tak ma bełt w nodze. Daj starego. Z młodym pomówię później.

Dziewczynie zrzedła mina.

— Czy Wasza Wysokość wybaczy mi, jeśli powiem, że w ogóle nie umie się bawić?

— Nie wybaczę.

Przyprowadziła do niego mężczyznę. Serefin domyślał się, że stoi przed nim przywódca monastyru. Czy mają tu jakieś tytuły? Nie był pewny.

— Czy przygotowujesz teraz wszystkich swoich ludzi do działań wojennych? — zapytał przymilnie, opierając dłoń na zbyt cienkiej księdze zaklęć. Zanim starzec zdążył odpowiedzieć, uniósł drugą rękę, powstrzymując go. — Wybacz, powinienem się przedstawić. Nazywam się Serefin Meleski, jestem arcyksięciem Tranawii.

— Ojciec Aleksiej — zrewanżował się mężczyzna. — I tak, nawet ci, których nie powołano do wojska, przechodzą elementarne przeszkolenie. To konieczne, nie sądzisz?

Może w przypadku Kalazinu taka taktyka była niezbędna, lecz co do Tranawii, wojna nigdy nie przekroczyła jej granic. Niezależnie od tego Serefina zaskoczyła uprzejmość w tonie starca.

— Święta wojna, która szaleje od blisko stulecia, wymaga poczynienia wyjątkowych kroków — kontynuował Aleksiej.

— Tak, tak, jesteśmy wstrętnymi heretykami, których trzeba zmieść z powierzchni ziemi, a wy po prostu robicie to, co właściwe — odburknął książę.

Kapłan tylko wzruszył ramionami.

— Taka jest prawda.

Stojąca u boku Serefina Ostia napięła mięśnie. Książę wsunął ręce do kieszeni i uśmiechnął się do starca.

— Ale macie własną magię, prawda? Powiedz mi, ilu z waszych magów… jak ich nazywacie, klerykami? Ilu z nich ukrywa się w Kalazinie? Wiemy o jednej kleryczce… stąd… nie próbuj jej chronić, i tak przed wieczorem znajdzie się w naszym areszcie.

Stary kapłan uśmiechnął się do niego.

— Tak, nazywa się ich klerykami. Niestety, młody książę, nie posiadam informacji, które mogłyby ci w tej sprawie pomóc.

Serefin zmarszczył brwi. Żałował, że mężczyzna nie traktuje go z wyższością, wówczas mógłby przynajmniej okazać mu słuszny gniew, lecz w głosie kapłana nie było nawet śladu protekcjonalności.

Nie zamierzał drążyć tematu, nie teraz i nie w rozmowie z tym starcem. To chłopiec z raną od kuszy osłonił wcześniej kleryczkę i pomógł jej uciec. Z nim sobie pogawędzi.

Polecił jednemu z żołnierzy zabrać kapłana.

— Chcesz przesłuchać kogoś innego? — zapytała Ostia.

— Nie. — Serefin wyczuł na sobie wzrok Kacpra, który rozmawiał z jakimś magiem niedaleko, i pomachał w jego kierunku. — Ten religijny ludek pije wino, prawda?

Ostia wzruszyła ramionami.

— W piwnicy są beczułki z winem — potwierdził Kacper.

Serefin skinął głową.

— Doskonale. Przed końcem nocy chcę się zatem upić do nieprzytomności.