Pąki lodowych różTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zbigniew Zborowski

Pąki lodowych róż


ISBN: 978-83-7785-810-3



Copyright © Zbigniew Zborowski, 2015

All rights reserved

PROJEKT OKŁADKI: Izabella Marcinowska

REDAKCJA: Joanna Brodniewicz


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

CZĘŚĆ I. TERAZ

GRUDZIEŃ 2014, WARSZAWA

GRUDZIEŃ 2014, MOSKWA

GRUDZIEŃ 2014, WARSZAWA

GRUDZIEŃ 2014, WARSZAWA

GRUDZIEŃ 2014, DONIECKA REPUBLIKA LUDOWA

GRUDZIEŃ 2014, JÓZEFÓW

CZĘŚĆ II. WCZEŚNIEJ

LATO 1939, MAJĄTEK ZAŁUGI, WOŁYŃ

CZERWIEC 1941, LWÓW

GRUDZIEŃ 1941, OKOLICE PIERWOURALSKA, OBWÓD SWIERDŁOWSKI, URAL

CZERWIEC 1943, ZONA FABRYCZNA NR 6619, OKOLICE PIERWOURALSKA

MARZEC 1944, ZONA FABRYCZNA NR 6619, OKOLICE PIERWOURALSKA

KWIECIEŃ 1944, SUMY W OKOLICACH CHARKOWA, UKRAINA

CZERWIEC 1945, RADOMIERZYCE NA DOLNYM ŚLĄSKU

LUTY 1957, MOSKWA

MARZEC 1957, MOSKWA

MARZEC 1957, POZNAŃ, ARESZT ŚLEDCZY URZĘDU BEZPIECZEŃSTWA PUBLICZNEGO

MAJ 1957, MOSKWA

LISTOPAD 1967, MILANÓWEK POD WARSZAWĄ

LISTOPAD 1967, MILANÓWEK POD WARSZAWĄ

STYCZEŃ 1974, MILANÓWEK POD WARSZAWĄ

MAJ 1982, DOLINA PANCZSZIRU, AFGANISTAN

WRZESIEŃ 1984, WARSZAWA, PRAGA-PÓŁNOC

WRZESIEŃ 1984, MILANÓWEK POD WARSZAWĄ

LISTOPAD 1985, OKOLICE WORONEŻA, ZSRS

SIERPIEŃ 1989, MOSKWA, DOM HANDLOWY GUM, OKOLICE KREMLA

MAJ 1992, MOSKWA, KRYMSKI WAŁ, PARK GORKIEGO

SIERPIEŃ 1992, WARSZAWA, ANIN

WRZESIEŃ 1992, MILANÓWEK POD WARSZAWĄ

STYCZEŃ 1993, JELENIA GÓRA

STYCZEŃ 1993, MILANÓWEK POD WARSZAWĄ

LUTY 1993, MOSKWA

MARZEC 1993, GROZNY, CZECZENIA

CZERWIEC 1993, WARSZAWA

LUTY 1994, DOLINA KONDRATOWA, TATRY

GRUDZIEŃ 1994–STYCZEŃ 1995, GROZNY, CZECZENIA

29 LUTEGO 2000, SZATOJ, POŁUDNIOWY KRANIEC DOLINY ARGUŃSKIEJ

LIPIEC 2001, JASTARNIA

LISTOPAD 2014, DONIECK, PROSPEKT DZIERŻYŃSKIEGO

CZĘŚĆ III. TERAZ

WIGILIA ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA 2014, WARSZAWA

WIGILIA 2014, WARSZAWA

WIGILIA ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA 2014, GODZINA 21:30, SZPITAL W MIĘDZYLESIU

WIGILIA ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA 2014, GODZINA 22:30, MIĘDZYLESIE

PIERWSZY DZIEŃ ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA 2014, MILANÓWEK POD WARSZAWĄ

OSTATNI DZIEŃ 2014 ROKU, WARSZAWA

SIERPIEŃ 2015, MILANÓWEK/MOSKWA

Dla Izy, Bruna i Jeremiego

CZĘŚĆ I. TERAZ

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

GRUDZIEŃ 2014, WARSZAWA
Anna

— Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent dziewczynka.

Słowa lekarki jeszcze nie przebrzmiały, a ona już poczuła, jak obejmujące jej dłoń ciepłe, szorstkie, męskie palce delikatnie się zaciskają. Nic więcej, żadnych okrzyków „juhuu!” ani szalonych indiańskich tańców. A jednak w jego geście było tyle miłości, tyle bliskości i z trudem skrywanego szczęścia, że aż musiała zacisnąć zęby, żeby tu, w gabinecie nie poryczeć się ze wzruszenia. Powstrzymała się jednak i oddała uścisk za uścisk. Tylko tyle. Ale jemu to wystarczyło.

— A więc miałaś rację, czarownico — szepnął, siląc się na żart, lecz jego głos drżał z emocji.

— Całkowitej pewności nie mam. — Głos kobiety w białym kitlu wcisnął się w tę ich chwilę intymności. — W przypadku chłopców sprawa jest łatwa. Po prostu widać TO na ekranie monitora. A jeśli nie widać, to albo dziewczynka, albo TO się schowało, na przykład zasłonięte udem. Ale w pani wypadku właściwie nie mam wątpliwości.

Oboje spojrzeli na migoczący różnymi odcieniami szarości ekran USG. Ona z pozycji leżącej, on zza ramienia obsługującej aparaturę radiolog. Duża głowa, rączki, nóżki. Paciorki kręgów kręgosłupa, wstążki żeber, paluszki.

— Nasze dziecko… — westchnęli niemal równocześnie.

Tak było jeszcze latem. Kiedy po badaniu wyszli z gabinetu na rozedrganą upałem ulicę, objął ją i pocałował. A potem w końcu krzyknął to swoje „juhuu!”. Aż się ludzie z przystanku postukali w czoła.

Ale teraz była zima. I jego przy niej nie było. Za zasłoniętym roletą szpitalnym oknem zawodził wiatr. Drobny deszczyk bębnił w parapet. Tak samo jak wtedy leżała na leżance wsłuchana w odgłosy aparatury, a jej brzuch lepił się od medycznego żelu. I tylko ta różnica, że nikt jej nie trzymał za rękę. Nie było na palcach ciepłego, słonecznego kręgu jego uścisku.

Pyk-pyk, pyk-pyk — dobiegało z głośnika bicie serca ich dziecka. Badanie KTG, czyli kontrola tętna płodu. Końcówka ciąży. Co tam końcówka! Ostatni jej tydzień! Zosia — bo tak, po swojej prababci, dostanie na imię mała — rozpychała się wewnątrz jej przepastnego brzucha i kopała w co się da. Bach, w wątrobę. Łup w żołądek. Najgorsze jednak były trafienia w kręgosłup, które raziły niczym elektryczny prąd. Ale to wszystko nic. Śmiech, sama radość, powód do żartów. Tylko jakoś żartować nie było z kim.

Wypuścili ją w końcu z gabinetu na wielką salę zastawioną stolikami. Jak w kawiarni. A przecież to szpital. Przy tych stolikach, z kurtkami własnymi i paltami swych żon, czekali mężowie. Ciężarne wychodziły kolejno z gabinetu i ciężko opadały na krzesła obok. Ze spokojną wyższością odpowiadały na ich nerwowe pytania: „I jak?”, „Kiedy?”. Machały lekceważąco rękami.

 

Niezdarnie klapnęła przy stoliku, na którym spoczywało jej palto. Rozejrzała się, poprawiła na wąziutkim siedzisku krzesła. „Zaraz wyjdzie pan doktor i opisze wynik” — powiedzieli. Więc czekała. Chciała myśleć o dziecku. O tych jego rozkosznych ruchach, które czasami zginały ją wpół. Zamierzała zadawać sobie pytania: „Jakie będzie?”, „Czy zechce ssać cycka?”. Ale nie mogła się skupić na tych słodko-różowych rozważaniach. Zamiast płynąć z głównym nurtem, jej myśli meandrowały, utykały na mieliznach i w zatoczkach.

— Co się z nim dzieje? — zadała sobie samej bezgłośne pytanie. — Dlaczego jest taki: odległy, chłodny, niezaangażowany? Czemu się zrobił uprzejmy zamiast szczęśliwego i grzeczny w miejsce romantycznie szalonego?

Bartek, jej Bartek, którego bezwarunkowo pokochała kilkanaście lat temu, którego znała na wylot, który się sprawdził w działaniu — teraz jej się wymykał. Był śliski jak ryba. Jakby go to wszystko przestało cieszyć. Jakby się czuł tym przytłoczony. Jakby… się przestraszył.

— A przecież to tylko dziecko, do jasnej cholery! — wykrzyczała w głąb samej siebie, siedząc za rachitycznym stolikiem w przepastnej sali. — Coś, co się zdarza miliardom ludzi na świecie! Nie trzeba do tego zdać egzaminu, zrobić magisterki ani wziąć kredytu pod hipotekę. Po prostu dziecko. Mała kruszynka, która śpi, je i rąbie kupy. A kiedy podrośnie, to — choćbyś był palantem i głąbem — bezwarunkowo obdarzy cię miłością. Czego tu się bać, u licha? A może… Może on się nie boi? Może zwyczajnie… banalnie i prosto z mostu… przestał mnie kochać?

No dobra, owszem, przeżywali ostatnio gorszy czas. Najpierw te jej kłopoty z zajściem w ciążę, napięcie, w jakim żyli całymi miesiącami. A potem, kiedy udało im się jakoś posklejać ich pękniętą jak porcelanowa filiżanka miłość i znów spojrzeć z nadzieją w przyszłość — upadło prowadzone przez Anię przedsiębiorstwo, a firma, w której pracował Bartek, splajtowała. I nagle zostali niemal bez środków do życia. Akurat teraz, kiedy Ania nareszcie zaszła w ciążę!

Ale dawali sobie przecież radę. Stary dom w podwarszawskim Józefowie był ich własnością, czynsz więc odpadał. Bartek w ekspresowym tempie wynajął i wyremontował za unijne dofinansowanie dla firm pomieszczenie w domu stojącym na pobliskim osiedlu Gocław i otworzył tam serwis rowerowy. Rowery jesienią! Od razu mówiła mu, żeby z tym pomysłem poczekał do wiosny. Uparł się jednak. Że niby wynajem za okazyjną cenę, że coraz więcej ludzi jeździ aż do pierwszych śniegów. Krótko mówiąc, uniósł się ambicją. No i ubrał się w ten sklep oraz serwis. Siedział tam teraz sam i skakał z radości, jeśli w ciągu dnia pojawił się ktoś z przebitą dętką. Koszt wymiany na nową — 25 złotych. No po prostu biznes życia!

Mimo wszystko to nie tłumaczyło zmiany jego zachowania. Pieniądze na życie mieli dzięki Lenie, Ukraince, której wynajęli górę. Coś tam wpadało też z wynajmu mieszkania w bloku babci Zosi, która teraz mieszkała z nimi. Głodu nie było. A ten od rana do nocy chodzi z nosem na kwintę. Zawsze go miała za twardziela. Był przecież nurkiem, eksplorował zatopione na dnie Bałtyku wraki. A tu przytłacza go zwykłe życie. Czyżby tamten mocny i bezproblemowy Bartek to była tylko fasada? Czy za strzelistym portykiem kryło się kruche wnętrze? A może tęskni do poprzedniego życia? Tamtej wolności, mołojeckiej sławy? No tak, ale przecież to ją, Ankę, w końcu wybrał! A może już mu się znudziła? Straciła urok, kiedy wypiętrzył się przed nią brzuch, cycki napęczniały mlekiem, a szpilki zastąpiła rozdeptanymi łapciami?

„No i wracamy do zasadniczej kwestii” — pomyślała ponuro. „Czy facet mnie jeszcze kocha?”.

— Pani Czeplińska! — po sali rozniosło się echem wołanie.

A tak. Pan doktor. Wynik badania KTG. Z trudem dźwignęła swoje mocno zaokrąglone kształty zza stoliczka i ruszyła do udzielającego jej audiencji w drugim końcu poczekalni położnika-ginekologa.

— Wszystko w porządku — oznajmił lekarz. — Zapraszam za tydzień.

I już się rozglądał za następną pacjentką na swojej liście.

Kiwnęła głową, odebrała wyniki, zrobiła w tył zwrot i poczłapała do stolika po palto. Idąc, rzuciła okiem na zegarek. Godzina! Godzina oczekiwania, żeby usłyszeć cztery słowa. Nie mogła jej tego od razu po badaniu powiedzieć pielęgniarka?

Halsując na wiatr w drodze do zaparkowanego na ulicy Inflanckiej samochodu, znowu zaczęła myśleć o Bartku. Spłoszony, uciekający ze wzrokiem, zalatujący smutkiem i nieszczęściem — tak by go najkrócej scharakteryzowała. A przecież to ona miała ostatnio powody do rozpaczy! Zosia, jej kochana babcia, jedyna rodzina, jaką miała, kobieta, która przed kilkudziesięciu laty wkroczyła do dusznego sierocińca, gdzie się Ania wychowywała, i wydobyła ją z mroku na światło… umierała. Wylew, udar mózgu. Paraliż, afazja, całkowity brak kontaktu, jeśli nie liczyć krótkich zdań wypisywanych w rzadkich okresach polepszenia stanu zdrowia drżącą i nieporadną ręką. Kilka tygodni temu, w listopadzie, akurat kiedy Anka poszła po zakupy, a w domu była tylko Lena, Zosia nagle padła jak kłoda. Pogotowie, szpital, oddział intensywnej opieki medycznej i… nic. Brak poprawy. Każde pytanie o planowane terapie, rehabilitację czy leki lekarze kwitowali teatralnym rozłożeniem rąk i dobrotliwą przyganą: „A czego pani od nas oczekuje? Ona ma przecież dziewięćdziesiąt kilka lat!”. Po czternastu dniach uznała, że nie może już dłużej tego słuchać. Wypisała babcię na własne życzenie. Jak ma umierać, to w domu. Wśród bliskich.

Z pasją zatrzasnęła drzwi swojego terenowego auta, ostatniego świadka jej minionej przeszłości, kiedy była jeszcze rzutką i przebojową bizneswoman, i pojechała w dół ulicą Sanguszki w stronę Wisły. Potem skręciła w prawo, przejechała przez regularnie zatapiany przez deszcze tunel, minęła ślimak wiodący na most Poniatowskiego i wzięła wirażem następną estakadę, wiodącą na most Łazienkowski. Zdążyła przejechać przez rzekę na prawy brzeg, kiedy zadzwoniła jej komórka. Na wyświetlaczu przeczytała: Lena.

Lena? Pewnie znowu nie może znaleźć żelazka albo odkurzacza. Lekko się uśmiechnęła.

— Pani przyjeżdża, szybko! — usłyszała w słuchawce jej śpiewny, ale bardzo zdenerwowany zaśpiew. — Ona nie oddycha.

Czas zwolnił, świat zasłoniła czerwona mgiełka.

— Kto? — powiedziała najwolniej jak potrafiła. Przecież wiedziała, kogo tamta ma na myśli.

Wasza babuszka! Prijezżajtie!1

Gaz do dechy, ryk silnika, jakieś oburzone błyski światłami z wyprzedzanych samochodów. Kciuk wystukujący numer 112.

— Pogotowie ratunkowe, słucham.

Podała adres, wiek Zosi, rozpoznanie. Starała się być rzeczowa i kompetentna. Sekunda, dwie, pięć. Może o tyle przyjadą szybciej? Może to wystarczy, żeby ją jednak uratować?

Czerwone światła na skrzyżowaniu, błysk fotoradaru przy Fieldorfa, wiadukt nad węzłem Marsa pokonany bocznym pasem — to wszystko śmignęło w tył, nie zaprzątając jej uwagi. Już była na Płowieckiej, już gnała przez Wawer, Międzylesie, Radość. Już była w Józefowie. Skręcała w boczną, leśną uliczkę i zajeżdżała przed dom, pod którym właśnie zatrzymywała się rozświetlona niebieskimi błyskami karetka. Do pokoju wpadła, przepychając się z ludźmi w czerwonych kombinezonach. Babcia leżała na łóżku. Jej twarz, jak z wosku, była spokojna. Nieruchoma.

Tamci do niej przypadli, strzeliły jednorazowe rękawiczki wciągane na dłonie, coś zapikało, w kąt potoczyła się plastikowa osłonka po igle. Coś robili, po coś sięgali, czymś szeleścili. W końcu się wyprostowali i uciekli ze wzrokiem przed jej spojrzeniem.

— Reanimujcie ją, na co, do cholery, czekacie?! — darła się i szarpała ratowników. Wielkie chłopiska cofały się przed nią jak lekka konnica przed szarżą husarii.

— To już nie ma sensu — odważył się w końcu wydusić z siebie jeden z nich. — Ona nie żyje. Co najmniej od pół godziny. Przykro mi.

Osunęła się na kolana, klapnęła brzuchem o drewnianą, sosnową podłogę. Gdzieś w tle słyszała piskliwe słowa Leny:

— Ja weszła zobaczyć, czy pani starszej wody albo czegoś nie trzeba. No i od razu poznała, że to nie sen. Oczy jej tylko zamknęła.

Anna szlochała bezgłośnie, wciąż na podłodze półtora metra od łóżka, bojąc się — mimo całej odwagi, której jej przecież nigdy w życiu nie brakowało — podejść do zmarłej, dotknąć jej, pocałować. Jakby nie mogła jeszcze pogodzić się z tym, co się stało, jakby obawiała się, że kiedy zrobi choćby ruch, w jakiś sposób zatwierdzi tę śmierć.

I wtedy poczuła na plecach znajomy dotyk. Bartek. Jego palce, dłoń na swoim ramieniu. A niech to! W takiej chwili potrzebowała czegoś więcej niż mdławe klepnięcie! Chciała jego wściekłego ryku albo chociaż mocnego uścisku, wspólnych łez mieszających się na wciśniętych w siebie twarzach. A ten przebiera na jej ramieniu palcami…

Zdecydowanie strzepnęła więc jego rękę i podczołgała się, nie wstając z kolan, do zmarłej.

— Babciu… — zaczęła, ale nagle spostrzegła, że Zosia coś trzyma w zaciśniętej, kościstej piąstce. Chusteczka? Kartka? Modlitwa? Bezwiednie sięgnęła do jej kruchych palców, rozsunęła je i dotknęła przechowującego jeszcze resztki ciepła babcinej dłoni skrawka papieru. Ostrożnie rozprostowała zgniecioną kulkę. I zobaczyła napis. Drżące, koślawe i nieporadne litery. Z pewnością jednak postawione ręką Zosi.

„Strzeżcie się. Witold powrócił”.

Anka poczuła, jakby poraził ją prąd. Krótki, bolesny wstrząs. Witold? Witek? Ten… Witek? Ale przecież jego nie ma. I nigdy nie było. To tylko krwawy upiór z przeszłości. Duch. Wytwór chorego umysłu Zosi. Ktoś taki nie mógł powrócić.

Powoli uniosła głowę i zobaczyła pochylonego nad sobą Bartka. Przejrzała się w jego oczach. Ujrzała w nich odbicie swojego przerażenia.

1 Pani babcia! Niech pani przyjeżdża! (ros.). [wróć]

GRUDZIEŃ 2014, MOSKWA
Oksana

Spacerowały sobie Twerską, śmiejąc się i żartując. Od leżącego tuż przy Kremlu placu Maneżowego ulica lekko się wznosiła, ale to im przecież nie przeszkadzało. Były młode, szczęśliwe, a w papierowych torbach miały kilka ciuszków kupionych przed chwilą w luksusowym Gławnym Uniwersalnym Magazinie1. Dzieliła je różnica piętnastu lat, ale uważały się za przyjaciółki. No, może nie takie do końca równoprawne, jak dziewczyny z tej samej szkolnej ławki. Dla czternastoletniej Swietki Oksana była wyrocznią, imponowała jej. Dla Oksany Swietłana stanowiła źródło matczynej dumy. A przecież nie łączyły ich żadne więzy krwi. Po prostu, Swietka przypadła jej wraz z Arkadijem, któremu kilka lat temu wpadła w ramiona w samym środku spanikowanego ludzkiego tumultu.

No więc szły i machały torebkami z zakupami. Nogi same je niosły obok starego hotelu Nacjonal, ciężkiego gmaszyska Centralnego Telegrafu i jeszcze dalej w kierunku Teatru Jermołowej. Śmiały się, trochę wygłupiały, a Swieta doskonale parodiowała Arkadija, który z pewnością najpierw będzie robił wyrzuty, że wydały tyle pieniędzy na ubrania, a potem zacznie klaskać z zachwytu, gdy zaprezentują mu, jak pięknie w nich wyglądają.

Wreszcie doszły do zdobnej w kolumny i pozłacane płaskorzeźby siedziby władz miasta z pomnikiem dumnie dosiadającego rumaka Jerzego Dołgorukiego naprzeciwko i lekko już zasapane umilkły. Oksana przypomniała sobie, jak w latach dziewięćdziesiątych, kiedy była małym dzieckiem, wyglądała Twerska. Szeroki chodnik był zastawiony samochodami tak, że matki prowadzące dziecięce wózki nie mogły się między nimi przecisnąć. Wszędzie wokół mieściły się jawnie ochraniane przez milicjantów kantory wymiany walut, a babcie w chustkach na głowach sprzedawały „spod spódnicy” wódkę niewiadomego pochodzenia, pozwalającą spragnionemu konsumentowi umrzeć, oślepnąć lub zabawić się na całego. Jeszcze gorzej było w pobliskim parku Gorkiego, niedaleko którego mieszkała wtedy z mamą. Nad zaniedbaną zielenią unosił się smród grillowanych szaszłyków, uryny i taniego piwa, a pod każdym krzakiem stali odziani w dresy mołodcy2, którym lepiej było nie patrzeć prosto w oczy.

Teraz wszystko się zmieniło. Chodnik przy Twerskiej był tylko dla pieszych, kantory zastąpiły butiki i kafeterie, babcie ze „spirtnym” zniknęły. To samo zresztą było w Parku Kultury i Wypoczynku im. Maksyma Gorkiego, w którym zamiast ulicznych szaszłykarni odbywały się festiwale, koncerty i lekcje tańca dla emerytów, a na równo przyciętej trawie, zamiast w dziób dostawało się darmowe Wi-Fi.

Oksana była dumna ze swojej Moskwy. Cieszyła się, że znów tu mieszka, kocha i jest kochana. A do tego ma obok siebie taką dziewczynkę jak Swieta. Mądrą, rezolutną, ciepłą. I tylko jedna rzecz psuła odrobinę ten jej sielankowy obraz — nie nazywała się Oksana. Jej prawdziwe imię budziło w niej tak silny lęk i tak bolesne wspomnienia, że go nie używała. A przez to z kolei, wszystko wokół — całe to szczęście i stabilizacja, uczucie Arkadija i przywiązanie Swietki — wydawało się jej nietrwałe niczym piękny sen, który ulotni się i zostanie zapomniany od razu po przebudzeniu. I do tego jeszcze — czuła to coraz wyraźniej — w jej życiu zanosiło się na kolejną zmianę. Nie chciała jej, bała się, co ze sobą przyniesie, ale nie potrafiła tego zatrzymać. Próbowała, owszem. Kilkanaście dni temu wysłała z kafejki internetowej ostrzegawczego maila pod adres, którego nie powinna nawet znać. Zrobiła to, złamała zasady. Boże, jak strasznie się wtedy bała. Ale to poświęcenie poszło chyba na marne. Nic się nie stało. Cóż. Nie zmienisz przeznaczenia…

 

Póki co jednak miała przed sobą kolejny cudowny wieczór z Arkadijem, który jako jedyny mężczyzna na świecie potrafił swoimi delikatnymi pieszczotami, czułymi pocałunkami i rozkochanym spojrzeniem sprawić, że jej ciało otwierało się niczym wiosenny kwiat w porannym słońcu. Oby tylko zastała go w ich mieszkaniu na siódmym piętrze przy Twerskiej. Żeby znów nie okazało się, że nieodpowiedzialnie wybrał się na spacer albo spotkanie z innymi nieprawomyślnymi. Areszt domowy nałożony przez prokuraturę, która mieściła się niedaleko stąd, w czteropiętrowym brudnobeżowym budynku, to nie żarty. Jeśli stale będzie go łamał, w końcu posadzą go w tym strasznym Lefortowie, więzieniu dla terrorystów i politycznych, a potem skażą na wieloletni łagier. Teraz jednak nie chciała się tym zamartwiać. Tak bardzo była zakochana. Taka szczęśliwa. Pod wpływem tych emocji sięgnęła po telefon i napisała mu to, co czasem zbyt trudno wyrazić słowami: „Kocham cię, Arkadij. Jesteś jedynym światłem mojego życia”. I zaraz zaproponowała Swietłanie, żeby zamiast męczyć nogi, wsiadły na placu Puszkina w trolejbus i ostatni odcinek do położonego obok Dworca Białoruskiego domu pokonały komunikacją miejską.

1 GUM — znany dom handlowy w Moskwie. [wróć]

2 Zuchy (ros.). [wróć]