Hokka hey – taniec z kołtuneriąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zbigniew Kozłowski

Hokka hey - taniec z kołtunerią

Saga

Hokka hey - taniec z kołtunerią

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2014, 2021 Zbigniew Kozłowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726834260

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od Autora

Jakiekolwiek podobieństwo osób,

zdarzeń czy miejsc do rzeczywistych

jest przypadkowe i niezamierzone przez autora.

Poza tym książka jako dzieło literackiej sztuki

nikogo i niczego nie może obrażać.

ROZDZIAŁ 1

Z lustra szpitalnej łazienki patrzyła na mnie twarz bezradnego cielaka prowadzonego na rzeź. Wielka, nieproporcjonalnie duża głowa, osadzona na krótkiej, cienkiej szyi, wystającej z masywnego korpusu, zakończonego niewielkimi odnóżami. Oczka w twarzy małe, zapuchnięte i podkrążone, ledwie widać ich niebieski kolor, usta ściągnięte i wąskie z obniżonymi w rezygnacji kącikami, cała zaś głowa wyciągnięta do przodu niczym bezradnie wystawiony do ścięcia łeb. I tak siebie oglądam, zagubionego, steranego, zrezygnowanego, tuż po przebytym zawale serca.

Gdzie podział się mój optymizm i pasja życia, gdzie zaginęła i dokąd uleciała moja „lekkość bytu”? Gdzież radość działania, jeszcze tak niedawno tryskająca ze mnie jak nadmiar soków z żywicznego drzewa? Czy aż tak pozwoliłem się zgnębić? Jakim cudem, dlaczego? Kto tak wpłynął na mój dzisiejszy stan i tak podłe samopoczucie? Kiedy nad tym wszystkim się zastanawiam, jawią mi się przed oczami obrazy tak niedawnej przeszłości, postacie ludzi – życzliwych, kiedy szedłem im na rękę, a zawziętych i wrogich, gdy naruszyłem ich interesy. Migają mi postacie Zbigniewa Kozłowskiego, Kargusia, Gehenny i sporej jeszcze gromadki innych. Chwilami mam wrażenie, że oglądam jakiś groteskowy film, w którym fikcyjni bohaterowie przeżywają niemożliwe w życiu zdarzenia, że to tylko teatr, że zaraz zapadnie kurtyna z napisem „Koniec”, a ja odetchnę głęboko, konstatując: no, ciekawa historyjka, chociaż dobrze, że tylko zmyślona.

Jednak niestety tak nie jest, wspomnienia pulsują mi pod czaszką, że to jednak prawda i ja autentycznie to przeżyłem. To ja stanowię podmiot liryczny, który znalazł się w samym oku cyklonu, to właśnie ja rozpadłem się na tysiące połamanych kawałeczków.

Cielak z lustra popatrzył na mnie tym swoim bezmyślnym, umęczonym wzrokiem, pokiwał razem ze mną łbem i w jego oku pojawiła się łza. Moja łza. – Chyba już jestem w piekle – pomyślałem. Więc to tak ma wyglądać koniec aktywnego i pełnego wiary w siebie Leszka, spiritus movens społecznego działania? Czy już całkiem obcięto mi skrzydła, brutalnie powalono na ziemię, a ja mam leżeć i ani ważyć się powstać? O to wam, kołtuńscy wrogowie, chodzi? I do cholery, jak mogłem pozwolić aż tak się zepchnąć?

*

Gdyby to była bajka, pewnie zacząłbym ją w ten sposób…

Był sobie mały chłopiec. Śliczny, proporcjonalnie zbudowany, główkę mu okalała fala bujnych blond włosów, z twarzy wyzierały duże, niebieskie, marzycielskie oczęta. Kiedy chłopiec się uśmiechał, a zdarzało się to bardzo często, na policzkach robiły mu się śliczne dołeczki, a z ładnie zarysowanych ust błyskały białe ząbki. Gdzie tylko się pojawił, zaraz całe otoczenie jaśniało. Wypisz, wymaluj aniołek, żywcem wyjęty z jakiegoś barokowego kościelnego malowidła. Od samego początku, to znaczy od kiedy tylko chłopiec uszczęśliwił świat swoim zaistnieniem, rodzina i znajomi, słowem wszyscy przepowiadali mu wielką karierę. Męża stanu, artysty, przedsiębiorcy, co do tego zdania były podzielone, w każdym razie na pewno kogoś nietuzinkowego, ba, wybitnego. A chłopiec tymczasem sobie najpierw szczebiotał, potem zaczął mówić, w szkole został prymusem i jego harmonijny rozwój potwierdzał wszystkie pokładane w nim nadzieje. Rodzice i znajomi patrzyli nań z wielką dumą i sympatią, potakiwali z aprobatą głowami i oczekiwali od niego w przyszłości wielkich czynów…

No tak, życiorys autentycznie jak wyjęty z bajki. Rzeczywistość była jednak bardziej prozaiczna, naprawdę to tylko moja wyobraźnia, choć faktem jest, iż byłem dzieckiem raczej szczęśliwym i bardzo zdolnym. Nie stanąłem jednak nigdy na progu geniuszu, nawet tyłem – że zacytuję wspaniałego Franca Fiszera. Z dumą jednak stwierdzam, iż rodzice wpoili mi, niejako wmontowali w osobowość poczucie sprawiedliwości, uczciwości i honoru, co mam nadzieję z organizmu nie uciekło. Na dziś uzyskałem status specjalisty od ekologii i utylizacji odpadów oraz szeroko rozumianej ochrony środowiska naturalnego, więc chociaż nie były to specjalności moich marzeń, znajduję wiele satysfakcji w wykonywaniu tego zawodu. Zawsze też pragnąłem dokonać czegoś wielkiego i pożytecznego, co w miarę dojrzewania coraz bardziej prozaicznie się urealniało – najpierw chciałem zmieniać całą kulę ziemską, w końcu moja uwaga skupiła się na konkretnym własnym środowisku. Po prostu chciałem się światu i otoczeniu przydać. Dodatkowym motywem była moja żywiołowość i wrodzona potrzeba aktywności. Dysponując takimi atutami oraz sporym doświadczeniem zawodowym, uznałem, że należy swoich sił spróbować. Musiałem tylko jeszcze przedtem porozmawiać z Bratem Waldkiem…

*

Brat Waldek – tak go nazywam – to mój rodzony braciszek. Jest typem ironicznego obserwatora, filozofa i nieco powierzchownie patrząc – bon vivanta ze skłonnościami epikurejczyka. Jego rady i uwagi jednak bardzo cenię, są bowiem zawsze niezwykle trafne, wyważone i rozsądne, co czasami dziwnie koliduje z jego pozornie mylącym sposobem bycia. Zwłaszcza powiedzonkami i bon motami, rzucanymi w towarzystwie tak sobie i od niechcenia.

Waldek zawsze mawia, że na swoim nagrobku każe wyryć jedno słowo: „nareszcie”. Stałą pozycją w jego repertuarze jest też sposób przedstawiania się, gdy poznaję go ze swoimi kolegami i koleżankami. Wyciąga wówczas rękę i ze śmiertelnie poważną miną mówi:

– Jestem Brat Waldek.

– Duchowny, czy co? – zastanawia się osoba znajoma.

Braciszek zaś, o ile jest z Marylką, kontynuuje: – A to moja pierwsza żona.

Tak na marginesie, to żona pierwsza i jedyna. Waldek zdobył ją konkretnymi oświadczynami, gdy zapytał wprost: „Chciałbym zmarnować ci życie. Wyjdziesz za mnie?”

Wobec takiego dictum Marylka ochoczo zgodziła się na stadło. Z niej zresztą Brat Waldek też potrafił zażartować. Kiedyś szliśmy we troje przez miasto i Maryla zatrzymała się przed wystawą.

– Popatrz Waldek – mówi – jaka piękna bluzka.

Mąż spojrzał na nią:

– Tak? Podoba ci się? To kup ją sobie, kochanie.

– Przecież nie mam na nią pieniędzy – obruszyła się Maryla.

Waldek ze zrozumieniem pokiwał głową: – No widzisz…

Już miałem parsknąć śmiechem, ale kiedy spojrzałem w zaperzoną twarz Maryli, szybko zrezygnowałem. Ona zaś koniecznie chciała się odgryźć, więc rzuciła:

– Ale wybrałam sobie męża, nie dość, że skąpy, to jeszcze brzydki.

– Ooo… – odrzekł Brat Waldek – tak uważasz? Twierdzisz, że nie jestem przystojny? A czy wiesz, o czym to twoje zdanie świadczy? Że oka to ty nie masz…

Z czasem Maryla ten jego styl bycia zaakceptowała, przecież poczuciem humoru imponował jej od samego początku, a w małżeństwie wszystko się już dotarło.

Osobiście darzę Waldka oprócz braterskiej miłości wielką estymą, głównie z powodu umiejętności oddzielania spraw poważnych od tego pozornie ironicznego stylu bycia.

Jest w Waldku taka swoista dychotomia, wydaje się być zdystansowanym sardonicznym obserwatorem, a faktycznie funkcjonuje niesłychanie pragmatycznie i realnie. Zrobiony doktorat, wysoka fachowość, dodatkowa pasja – szachy, w których dwa lata temu zdobył mistrzostwo kraju, to wszystko stanowi niesłychanie atrakcyjną osobowość. Pamiętam cudownie wesoły, a jednocześnie tak wysokiej klasy postępek mojego braciszka, że z przyjemnością go przypomnę. Nie widziałem przedtem i pewnie już nie ujrzą oczy moje tak szarmanckiej kultury. Otóż jechaliśmy kiedyś pociągiem. Tłok był taki, że staliśmy w korytarzu, siadając na zmianę na rozkładanym przyściennym krzesełku. Pod siedzenie podkładaliśmy gazetę, by nie pobrudzić spodni, gdyż w pociągu za czysto nie było. Na którejś stacji wsiadła do pociągu kobieta w wieku, no, jeszcze całkiem godowym, choć nie była już młódką. Przepychała się w głąb korytarza wraz z innymi nowymi pasażerami i widząc, że wszędzie jest wielki ścisk, stanęła zrezygnowana akurat przy nas. Brat Waldek, który właśnie okupował krzesełko, wstał i zaproponował jej skorzystanie z tego od biedy siedzącego miejsca. Kobieta serdecznie podziękowała, dodając, iż z wdzięcznością zeń skorzysta. Waldek podniósł z siedzenia gazetę i z uśmiechem najsubtelniejszego dworaka zapytał:

– Na której stronie życzy pani sobie usiąść?

U takiego właśnie brata postanowiłem zasięgnąć porady.

*

– Do polityki? – zdziwił się lekko Waldek. – O bogowie – tego zwrotu z czasem używaliśmy wszyscy – to ciekawe. Ale jesteś już duży, wiesz, co robisz. – Przymrużył oczy i obejrzał mnie krytycznie. – Zdajesz sobie sprawę, co to dla ciebie oznacza? Że poświęcisz sporą część życia prywatnego, że to będzie koniec podrywania „na samotnego”, że będziesz jadał po knajpach, bo w domu pojawiać się będziesz tylko na nocleg? A czy wiesz, że w życiu publicznym będziesz z twoimi ideałami najczęściej wiatrakował jak ten Don Kichot? Jeżeli już osiągniesz jakiś cel, to chwałę przypiszą sobie inni, a jeśli doznasz porażki, to ci sami inni cię skopią. Polityka to walka o władzę, władzę dla dobra wspólnego albo też swojego. Domyślam się, że oczywiście chcesz tego pierwszego i zamiary masz szlachetne. No cóż, jeżeli tylko będę mógł w czymkolwiek ci pomóc, to możesz na mnie liczyć.

 

–Dzięki – odpowiedziałem – ale bardzo bym chciał, abyśmy temat omówili dokładniej. Uważam, że przyda mi się twoje oryginalne spojrzenie.

Waldek kiwnął głową.

–Dobrze, chodźmy gdzieś do knajpy pogadać, przy okazji coś zjemy. Maryla z dzieckiem wyjechała, a samemu nie chce mi się gotować.

Kiedy już siedzieliśmy przy stoliku i wybraliśmy dania z menu, Waldek wyraźnie zaznaczył kelnerce, że zupa nie może być za gorąca. – Najlepiej w temperaturze cielesnej – podkreślił w swoim stylu. Nie odpuścił i przy drugim daniu. – Co, wziąłeś braciszku bigos? – zapytał i zaraz mentorskim tonem dodał: – Nigdy nie jem bigosu w restauracji, bo nie wiem, co w nim jest. Pokiwał twierdząco głową i dodał: – W domu też nie jem, bo wiem, co w nim jest.

Bigos jakoś mi w niczym nie zaszkodził i po obiedzie przeszliśmy do dyskusji przy butelce czerwonego wina. Właściwie to był Waldkowy monolog, którego nie śmiałem przerywać, by jak najdokładniej pojąć jego pogląd na sprawę.

–Musisz wiedzieć – mówił Brat Waldek – w jakim środowisku będziesz działał. Znajdziesz tutaj wielką grupę ludzi uczciwych i inteligentnych, którzy z podobnych do twoich pobudek chcą zrobić coś pożytecznego, coś dla swojego otoczenia, miasta, regionu i kraju. Takich szukaj, z takimi się sprzymierzaj, takich pozytywnie zakręconych pasjonatów popieraj. Razem możecie zrobić coś naprawdę wartościowego i powiem szumnie – dla dobra nas wszystkich. Ale wiesz, w polityce jest tak jak z seksem u dojrzałych facetów. Człowiek pragnie postrzelać, a tu Pan Bóg erekcję nosi. Trafisz albo nie trafisz na uczciwych. Żyjemy w regionie, w którym poletko polityczne jest wyjątkowo zachwaszczone. Pamiętaj, że nasze województwo i całe ziemie zachodnie zasiedlili ludzie wypędzeni z kresów. To bardzo specyficzna populacja. Po pierwsze, prawie cała tamtejsza inteligencja została przez komunistów wymordowana. Przy życiu praktycznie pozostał element najuboższy i najmniej wykształcony. To ważna informacja, bo w olbrzymiej większości tacy właśnie byli osadnicy. Niestety, to nie wszystko. Spośród tych biednych exulantów władza komunistyczna zaczęła dobierać sobie współpracowników. Pomijano co zdolniejszych i uczciwych, angażowano natomiast element o najgorszych skłonnościach sadystycznych i przestępczych. Tacy niestety byli ówczesnej władzy potrzebni w partii, a już milicji w szczególności. Ci najpodlejsi zostali z czasem sekretarzami, prezesami, działaczami i to oni właśnie realizowali politykę przymusu, terroru i nienawiści. Ale to przeszłość – chciałbyś powiedzieć. Owszem, lecz co mamy teraz? Większość aparatu władzy to resortowe dzieci, w prostej i najkrótszej linii potomkowie tamtych kanalii. To właśnie te dzieci, po zdobyciu lub załatwieniu wykształcenia są teraz kolejnymi dyrektorami, prezesami i funkcjonariuszami. A że w swoim rozwydrzeniu chcą sami uchodzić za jakąś elitę, snobistycznie małpują zachowania inteligencji i dążą wszelkimi środkami do osiągnięcia tego statusu. My ich nazywamy wykształconymi w jednym kierunku. Osobników tych charakteryzuje prostackie pożądanie dóbr materialnych, zdobywanych nie pracą i mądrością, lecz na tak zwane skróty. Jeżeli uda się im kogoś oszukać czy wręcz ograbić, poczytują to za przejaw intelektu i przedsiębiorczości. Nie uznają takich pojęć jak prawo czy uczciwość, dla nich jest to synonim frajerstwa. Wiesz, co o nich mówimy? Że jak taki odda przypadkiem honorowo krew, to jest to jego jedyny objaw honoru. W życiu tych kołtunów liczy się tylko „fura, skóra i komóra”. Wobec oponentów i przeciwników swojej władzy posługują się grubiańskimi szykanami i dowcipami z kloaki. Pamiętaj braciszku, takie bydlę sprzeda cię przy pierwszej okazji, bo lojalność i jakiekolwiek honorowe zasady to dla niego głupota. Musisz za wszelką cenę wystrzegać się takich osobników, postaraj się z daleka ich rozpoznawać i od razu odsuwać. Szkopuł w tym, że to właśnie oni stanowią usankcjonowaną już większość aparatu władzy, co pośrednio wynika z ich proweniencji. Bądź więc ostrożny, wiedz, że kultura rycerska odeszła razem z ostatnimi Żołnierzami Wyklętymi. Lata zniewolenia spowodowały, że w dzisiejszym społeczeństwie cele, mentalność i priorytety, a zwłaszcza metody działania są bardziej zakamuflowane. Biorąc pod uwagę to wszystko, jeżeli już chcesz coś robić dla społeczności, bądź bardzo uważny. Tym bardziej że jest jeszcze jedna ważna rzecz. Jakby mało było śmieci w aparacie władzy, musimy liczyć się z rządzącą nimi, wrośniętą w nasze życie obcą agenturą. Istnieje duża grupa tak zwanych byłych Rosjan, wysłanych na ziemie zachodnie zaraz po wojnie przez Stalina pod płaszczykiem repatriantów. Oni także osiedli na naszej ziemi, ich dzieci wychowały się już w naszym kraju, mają polskie nazwiska i od lat udają naszych rodaków. Pracują jednak dla Ruskich, więc dla lepszego wykonywania zadań agentury są zainteresowani tylko własnym awansem społecznym. Oni będą najbardziej przeszkadzać w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego i wolnościowo-patriotycznego, bo ich zadaniem jest hamowanie rozwoju gospodarczego i wynarodowienie Polaków. Bardzo trudno ich zidentyfikować, ale musisz wiedzieć, że będą takim jak ty przeszkadzać i utrudniać jakiekolwiek pożyteczne dla naszego społeczeństwa działania. W sumie braciszku, dużą część twojego otoczenia mogą stanowić indywidua właśnie tej proweniencji. Na szczęście istnieje druga część prawdy i wcale nie musisz czuć się bezradny. Życzę ci powodzenia i działaj…

*

Okazało się na przestrzeni najbliższych dwóch lat, że trafiłem na bardzo wielu społeczników, ludzi gotowych poświęcić swój czas „pro publico bono”. Wspólnie udało się nam załatwić wiele istotnych i pożytecznych dla miasta i gminy spraw, w planie mieliśmy kolejne zadania, wydawało się, że rozwijamy skrzydła, a z czasem przesuniemy góry.

I wówczas, nie wiadomo skąd, zaczęły toczyć się na nas kamienie…

ROZDZIAŁ 2

Umówiliśmy się w kawiarence mieszczącej się w budynku tak zwanego lokalu partyjnego. Nazwano go tak, ponieważ właśnie tutaj znajdowały się siedziby wszystkich ważniejszych partii politycznych naszego miasta Żurawia. Całe pierwsze piętro wynajmowała nasza Rampa – jej członków, ku naszemu nieukontentowaniu zwano „burłakami” od czasu, gdy kraj obiegło zdjęcie czołowych aktywistów ciągnących na linie amber – samolot „ze złotem” i wszelkimi partyjnymi i rządowymi aferami. Muszę dodać, że narastające z każdym miesiącem oburzenie społeczeństwa mocno nas konsternowało i coraz bardziej czuliśmy, że trzeba jak najszybciej zmienić styl i zasady postępowania. Od samej góry aż – tu nasze zadanie – po najbliższe otoczenie, którym był Żurawski powiat i samo miasto.

Piętro kolejne zajął dla siebie nasz koalicjant: Wola Ludu, którego czcicieli określano mianem „fornali”, ba, antagoniści zwali ich wręcz metresami, ponieważ taka legnie w łóżku (wchodzi w koalicję) z każdym, byleby mieć z tego zysk i dostęp do władzy.

Mniej poczesne miejsce na trzecim piętrze budynku wynajmowała partia Uczciwość i Prawo, której członków zwano popularnie „uczciwusami”.

Ostatnią, najwyżej położoną kondygnację zagospodarowała Różowa Lewica, przez lud zwana potocznie „komuszkami”, a przez prześladowanych i pokrzywdzonych wręcz „bolszewią”. Cały budynek, właśnie ze względu na umieszczone w nim siedziby tylu partii, tętnił publicznym życiem, więc nic dziwnego, iż na parterze zainstalowała się prywatna kawiarenka. W niej to przedstawiciele różnych ugrupowań, polityczni petenci oraz zwykli bywalcy często przesiadywali przy kawie i nie tylko, wypełniając czas omawianiem bieżących spraw oraz dyskusjami na tematy niekoniecznie polityczne.

Tutaj właśnie umówiłem się ze Zbigniewem Kozłowskim. Sytuacja, w której się znaleźliśmy, wymagała, moim zdaniem, wyjaśnienia i wobec zaistniałego między nami rozdźwięku pragnąłem pojednania, dogadania się oraz podtrzymania dotychczasowej współpracy. Do kawiarenki wszedłem więc celowo kilka minut wcześniej przed umówioną godziną, by wybrać dogodne miejsce, w którym moglibyśmy spokojnie porozmawiać. Rozejrzałem się po sali. Zajęte były tylko dwa stoliki, przy jednym jakaś młoda para łapczywie pochłaniała lody, przy kolejnym dwóch facetów popijało piwo. Wybrałem miejsce nieco na uboczu i z dala od innych, zamówiłem kawę i czekałem. Układałem sobie w głowie sposób przeprowadzenia rozmowy ze Zbigniewem. Zastanowiłem się nad tym, co o nim wiedziałem. Chyba sporo. Przede wszystkim kłuła w oczy jego wybujała ambicja i pycha. Takie rozdęte ego, które bardzo utrudniało współpracę.

On i tylko on, reszta zawsze miała być co najwyżej tłem. No i pęd do kariery, Kozłowski już zaplanował, że zostanie co najmniej ministrem, z którym to zamiarem wcale się przed ludźmi nie krył. Hm, będzie więc bardzo trudno skłonić go do kontynuowania współpracy, zwłaszcza w obecnych okolicznościach. Miałem jednak cichą nadzieję, że Zbigniew również dla swojego dobra zrozumie, iż grając w zespole, powinien tylko zyskać. Przecież działając wspólnie możemy spróbować choć w części odbudować w Żurawiu zaufanie do burłaków. Pokazać, że u nas nie jest tak, jak w stolicy, że tutaj działają ludzie, którym obca jest korupcja, afery i złodziejstwo. Naprawdę nikomu nie jest potrzebne, żeby nasze drogi się rozeszły.

Dywagowałem tak sobie i nawet nie zauważyłem, że bezwiednie bębnię palcami o blat stołu. Niecierpliwiłem się, czekałem i byłem trochę niepewny wyniku negocjacji. W końcu w drzwiach kafejki pojawił się Zbigniew. Rozejrzał się po sali, dostrzegł mnie i podszedł do stolika. Przywitaliśmy się uściśnięciem ręki. Kozłowski usiadł, zamówił sobie kawę i kiedy tylko kelnerka ją podała, pytająco spojrzał na mnie. Wiedziałem, że to ja muszę zacząć, więc przystąpiłem do rzeczy.

– Posłuchaj mnie spokojnie i pomyśl – rozpocząłem. – Nie pchałem się na fotel przewodniczącego partii w powiecie Żurawskim. Startuję tylko dlatego, że to nasi członkowie chcą mnie wybrać. Jeżeli nie chcesz ustąpić to trudno, staniemy do wyborów obaj. Niemniej dla dobra burłaków, zresztą własnego również, powinniśmy dalej działać wspólnie. Także po wyborach. – Postanowiłem przejść wprost do meritum. – Mam konkretną propozycję. W kampanii normalnie gramy każdy na swoją kandydaturę. Koniecznie fair. Po wyborach, jeżeli ja je wygram, zrobię cię vice. Jeżeli wygrasz ty, vice zostaję ja. Ważne, abyśmy dalej stanowili tandem, bo jest to korzystne dla wszystkich. Razem możemy zrobić dużo więcej, będziemy też mieli większe pole rażenia. Tylko w takim układzie możemy wyjść na prostą. To jest dla tak zwanego dobra wyższego, dlatego proponuję ci taką możliwość. Zależy mi też, aby nie było żadnych rozdźwięków, podchodów i wewnętrznych wojenek jak w centrali. Przemyśl sprawę spokojnie i odpowiedz. Propozycja jest uczciwa, a przecież wiesz, że to raczej ja wygram wybory. Pomyśl, okay?

Spojrzałem w twarz Zbigniewa. Była zimna, bez wyrazu, oczy tkwiły nieruchomo i tylko lekkie zmarszczki w kącikach ust świadczyły o irytacji. Mimo to odpowiedział spokojnie:

– To ja zakładałem w Żurawiu Rampę, a ty tylko pod moim bokiem za duży urosłeś. Chyba nie sądzisz – zaczął cedzić słowa – że dopuszczę, aby ktoś inny był tu szefem. Jeżeli nie jesteś ze mną, to nie mamy o czym rozmawiać. Pożałujesz. Przegryzę ci aortę i rozgniotę jak robaka.

– Spokojnie – spróbowałem przerwać – nie unoś się, gdy robią z ciebie balona. To tylko żart – zaraz się poprawiłem, pamiętając o celu rozmowy. – Powtarzam jak najpoważniej, Zbigniew, byłeś przez całą kadencję przewodniczącym partii w powiecie, na pewno zrobiłeś dużo dobrego, ale popełniłeś wiele błędów. Działałeś tylko dla siebie, usuwałeś indywidualności, wynosiłeś się ponad wszystkich, dlatego ludzie chcą kogoś innego. To ma być demokracja, a ja z szacunku dla naszej współpracy proponuję ci właśnie taki układ, w którym nie zostaniesz odsunięty. Naprawdę zastanów się i dobrze wybierz. Jakikolwiek będzie wynik wyborów, powinniśmy być wszyscy razem.

Kozłowski wypił resztę kawy, rzucił zapłatę na stół, wstał i zimno dodał:

– Pogadamy, ale wtedy, kiedy ja wygram wybory. Cześć!

Pokiwałem głową. – Też żegnam cię ozięble – mruknąłem i zacząłem sytuację analizować. – Tak – myślałem – ludzie cię nie lubią, bo jesteś wyjątkowym egocentrykiem. Przypomnę ci – tokowałem bezgłośnie do pustego już miejsca przy stoliku – że ta twoja chęć bycia ponad wszystkimi bardzo odpycha ludzi. Pamiętasz swoje credo, jak zostałeś po raz pierwszy kierownikiem? Głoszenie, że nie potrzebujesz pracowników dobrych, tylko posłusznych? Cały ty, z jednej strony boski szef, z drugiej głupi, ale wierni pretorianie. Tutaj tak nie ma, ludzie myślą i sami także chcą mieć coś mądrego do powiedzenia. A te twoje szantaże: „Jak nie jesteś ze mną, to już nie żyjesz”, jakie to dramatyczne, „Przegryzę ci aortę, może nie umiem ludziom pomagać, ale na pewno potrafię zaszkodzić”. Wiesz co, niepotrzebnie z tobą rozmawiałem, jesteś typowym nadętym i zapatrzonym w siebie dupkiem. Jedyny i niezastąpiony, co? Nie chcą ciebie jako przewodniczącego, bo wykorzystałeś swoją funkcję, by zrobić żonę dyrektorką szpitala, mało tego, próbowałeś przejąć go na własność. Jak ta aferzystka Zawidzka. O tak, tutaj jesteście podobni. Ciekawe, kto za tobą stoi, że czujesz się taki pewny siebie i nietykalny. Naprawdę szkoda, że kieruje tobą pycha, bo jeżeli rozbijesz Żurawskich burłaków, zapłacimy za to wszyscy.

 

*

Bogumił Szlachcic przeciągnął ręką po nieco szpakowatej już czuprynie, podparł się ramieniem o mównicę i świadom wagi swoich słów oraz rangi wyborczego zebrania, zaczął:

– Rekomenduję pana Leszka Góreckiego na przewodniczącego Rady Powiatowej Rampy w Żurawiu. Jego zaangażowanie w pracę społeczną jest od lat wszystkim znane. Już w roku 1999 został radnym miejskim, później przewodniczącym rady. Nie będę przedstawiał szczegółowo jego dokonań, przypomnę tylko, że to w ich efekcie sami mieszkańcy nazywali go „ojcem Żurawia”, a czynili to z wielką estymą i sympatią. Za sprawą Góreckiego powstały u nas Uniwersum Polonicum oraz strefa ekonomiczna, a za utworzenie celowego związku gmin i dokonania w ochronie środowiska został on odznaczony przez prezydenta medalem „Mecenas Narodowej Ekologii”. Odnośnie cech osobowych, to Leszek Górecki jest powszechnie lubiany za bezpośredniość, ale istotne jego walory to pracowitość i konsekwencja w działaniu społecznym. Wobec kontrkandydata Zbigniewa Kozłowskiego, który chciał powtórzyć w Żurawiu aferę Zawidzkiej, rekomendacja kolegi Leszka Góreckiego wydaje się ze wszech miar właściwą. Dziękuję.

Rozległa się burza oklasków, gdzieniegdzie przetykana jednak gwizdami przeciwników Góreckiego i jednocześnie akolitów drugiego kandydata. Zarządzono głosowanie.

*

Głos Żurawia

RAMPA WYBIERA PRZEWODNICZĄCEGO

Leszek Górecki, wybrany przez radę powiatową na szefa Rampy, będzie musiał ponownie stawić czoła kontrkandydatowi Zbigniewowi Kozłowskiemu. Zarząd regionu w stolicy województwa unieważnił wybory. Przypomnijmy – pierwsze głosowanie przyniosło wynik 15:15, w drugim, po przerwie, Kozłowski otrzymał znowu 15 głosów przy 14 dla Góreckiego i 1 wstrzymującym się. Ponieważ według statutu partii zwycięzca musi mieć przewagę 50% plus 1 głos, zarządzono głosowanie trzecie. Tym razem spośród 30 elektorów na Góreckiego oddało głos 17, na Kozłowskiego zaś 13. Zarząd regionu uznał jednak głosowanie za nieważne z powodów proceduralnych i zdecydował, że wybory zostaną powtórzone za miesiąc na nadzwyczajnym zjeździe. Decyzja regionu wydaje się niezrozumiała, ale musimy jeszcze poczekać na końcowy werdykt, kto w naszym powiecie będzie tak zwanym burłakom przewodniczył.