Arabska wendetaTekst

Z serii: Arabska saga #10
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Tanya Valko, 2020

Projekt okładki

Prószyński Media

Zdjęcie na okładce

© Laila Jihad; Anna Poguliaeva/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-533-9

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PRZEDMOWA

Moi Drodzy,

Arabska wendeta miała być ostatnią powieścią z Arabskiej i Azjatyckiej sagi, cyklu opowiadającego o losach kobiet z szalonej i niezwykłej rodziny Salimich – protoplastki Doroty, pięknej Marysi vel Miriam i zbłąkanej owieczki Darii vel1 Darin. Jednak w wyniku wielu przeprowadzonych ankiet i burzliwych dyskusji moi kochani fani zadecydowali, że mam kontynuować pisanie sagi, bo bez moich bohaterek i ich rodzin nie wyobrażają sobie życia. Cieszy mnie to ogromnie, bowiem jestem do nich tak samo, albo nawet bardziej, przywiązana. Żyję z nimi nie dwa–trzy dni w roku, bo tyle potrzeba zwykle na przeczytanie każdej z moich książek – towarzyszę im przez kilka miesięcy, gdy przelewam myśli na papier, a i później cały czas o nich dumam i pamiętam, kiedy fabuła kolejnego tomu kształtuje się w mojej głowie. Aktualnie mam pomysł na co najmniej trzy powieści, które powstaną w niedalekiej przyszłości.

Arabska wendeta kończy wątek znienawidzonego przez wszystkich dżihadysty Jasema Alzaniego, który pojawił się w Arabskiej krucjacie. Ale czy tylko on kieruje się starą biblijną, a także koraniczną zasadą: Oko za oko, ząb za ząb? Czy chęć zemsty nie tkwi w każdym z nas i przy złych wiatrach nie bierze góry nad uczciwością i chęcią spokojnego, prawego życia? Kiedy zostaniemy zranieni, czy nie mamy ochoty na rewanż? Czy wystarczy nam przeklęcie kogoś: „Niech ci w pięty pójdzie” albo „Niech twoje dzieci odpłacą ci pięknym za nadobne”? W przypadku moich orientalnych bohaterów taki łagodny odwet nie jest możliwy. Choć zasada wendety prawie nigdzie na świecie nie jest już przestrzegana, w krajach arabskich nadal możemy się z nią spotkać. Jasem Alzani, choćby nie chciał, musi się odegrać za zdradę, a przede wszystkim za odbicie mu żony. Największą winą za wszystkie swoje nieszczęścia obciąża księcia Anwara al-Sauda. Ten nowoczesny Saudyjczyk daje swojemu wrogowi szansę na szczęśliwe życie, radość i odejście z tego świata, kiedy wybije jego czas. Jasem próbuje, ale nic nie da mu takiej przyjemności i satysfakcji jak wyrównanie rachunków.

Daria Salimi vel Darin Alzani vel al-Saud jest godną przedstawicielką swojej nacji. Z ojca Libijczyka i matki Polki wyrosła kobieta o zdecydowanie arabskich genach. W Arabskiej wendecie będzie szukała zemsty na zabójcy swojego ukochanego księcia i pierwszego dobrego człowieka, z którym się związała. Zostawi za sobą praworządny świat, przyjmie na barki niesłuszne oskarżenie o zabójstwo męża, porzuci kochającą rodzinę i uwielbianego synka Ahmeda. Pomsta za zmarnowane lata i krzywdy – nie tylko jej, ale setek czy tysięcy ofiar terrorysty Jasema – stanie się celem jej życia. Nieważne, czy przeżyje, czy zostanie zabita, uwięziona i torturowana, musi dokonać zemsty.

Pandemia COVID-19 ogarnia też arabski świat. Czy koronawirus zaatakuje członków rodziny Salimich, tego dowiecie się już niedługo. A może ta siła wyższa dokona wendety na ich wrogach, ale też zabierze im tych, których kochają?

W powieści, którą trzymacie w rękach, występują także partnerzy kobiet z rodu Salimich, mąż Doroty, uroczy i nowoczesny doktor Aszraf al-Rida, któremu spada na głowę ogromny problem z nieoczekiwanie rozprzestrzeniającą się w Arabii Saudyjskiej pandemią, Hamid Binladen, który pomimo nowego związku z Marokanką Salmą i życia w poligamii nadal opiekuje się Marysią i dba o bezpieczeństwo jej rodziny, oraz beztroski i uważający się za bezkarnego mściciel Jasem Alzani, którego dni są policzone.

Do głosu dochodzi też młoda generacja – niezwykle piękna wnuczka Doroty Nadia oraz jej przyjaciółka, księżniczka Wafa al-Saud. Dziewczęta przeżywają pierwsze młodzieńcze miłostki, są częściej ranione przez życie niż głaskane po głowach. Dzięki swojej nowej sympatii Saszy Cohenowi, amerykańskiemu Żydowi polskiego pochodzenia, Nadia podejmuje pierwszą poważną decyzję i planuje swoją przyszłość. Wafa zaś, doświadczywszy najgorszego ze strony najbardziej kochanych przez nią mężczyzn, powoli staje na nogi i poznaje człowieka, który zostaje jej przyjacielem.

W tej części sagi znajdziecie także kontynuację wątku saudyjskich księżniczek, trzech córek świętej pamięci króla Abdullaha, który z wyjątkowym okrucieństwem przez długie lata przetrzymywał je w złotej klatce. Czy uda im się z niej wydostać? Czy spotkają się z poszukującą ich przez całe lata matką?

Pamiętacie jeszcze księżniczkę Lamię z Arabskiej księżniczki, która bez pamięci kochała się w młodym Hamidzie Binladenie? Jej tragiczne i intrygujące losy być może odmienią się na ciut lepsze.

W Arabskiej wendecie zabiorę moich czytelników w szeroki świat. Oprócz znanych z poprzednich moich książek Libii i Arabii Saudyjskiej pokażę Wam włoską wyspę Lampedusa, na której lądują uchodźcy z Afryki, razem udamy się też do Mediolanu, na Gran Canarię i do mojego ulubionego kurortu San Agustin. Potem zahaczymy o Egipt, by ostatecznie wraz z Jasemem Alzanim i jego nową rodziną odkrywać cienie i uroki Maroka. Zafunduję Wam nawet niemożliwą do odbycia w obecnych pandemicznych czasach wycieczkę po marokańskiej, algierskiej i libijskiej Saharze.

Czytając Arabską wendetę, zetkniecie się z postaciami historycznymi i publicznymi, których losy i charaktery modyfikuję na potrzeby literackiej fikcji. Niektórych moich bohaterów sadzam na wysokich stołkach i nadaję im książęce tytuły lub wysokie stanowiska, choć są postaciami całkowicie przeze mnie wymyślonymi, a wydarzenia z ich życia powstały w mojej wyobraźni. Mam nadzieję, że niczyich uczuć tym nie urażę. Prawdziwe biogramy znanych polityków i władców znajdziecie w dodatkach na końcu książki w indeksie nazwisk.

Liczę, że po samej przedmowie jesteście na tyle zainteresowani, że nie oderwiecie się od Arabskiej wendety aż do ostatniej strony.

1 Vel (łacina) – lub, albo, raczej; często stosowane pomiędzy nazwiskami, co oznacza, że dana osoba znana była pod dwoma nazwiskami lub przezwiskami.

Jeśli niczego z siebie się nie daje,

to jest się większym żebrakiem niż ci,

co siedzą w pyle ulic z wyciągniętą ręką.

Człowiek bez serca jest najbiedniejszy

pod słońcem.

Wszystkie postaci występujące w powieści i przedstawione wydarzenia są fikcyjne. Losy osób publicznych lub postaci historycznych zostały zbeletryzowane na potrzeby fabuły.

PROLOG

Wparapetówce u książęcej pary, jaśnie wielmożnych Darin i Anwara al-Saudów, w nowo wybudowanym przez nich pałacu na obrzeżach Rijadu, stolicy Królestwa Arabii Saudyjskiej, bierze udział co najmniej tysiąc osób. Zarówno w domu, jak i w ogrodach są ponad dwie setki służby, kelnerów i kelnerek, barmanów, kucharzy i kuchcików oraz pomagierów, a dwa razy tyle ochrony, bo to przecież nie byle jakie party, lecz impreza zrzeszająca najważniejszych ludzi w Królestwie, prawie cały saudyjski establishment, korpus dyplomatyczny, funkcjonariuszy Royal Secret Service2 oraz GID3, nie wspominając o członkach rodziny królewskiej.

Książę przeczesuje gości wzrokiem i zauważa każdego, tylko nie swoją ukochaną. Gdzież ona jest? Gdzie się podziała?, denerwuje się już trochę. Miała być w krwistoczerwonej długiej do ziemi sukni z głębokim dekoltem. Takiego ciucha raczej by nie przeoczył! Poza tym Daria, jego Darin, ma niesamowitą zdolność wtapiania się w tłum. Czyżby to znaczyło, że niczym szczególnym się nie wyróżnia? Czy rudowłosą Nadię, słowiańską blond piękność, błękitnooką Dorotę lub arabską Miriam, o palącym wzroku, topiącą serca swymi czarnymi jak węgle oczyma, można by przeoczyć?

To właśnie one – najbliższa rodzina księżnej – stanęły w pierwszym rzędzie, tuż przed podium. Anwar patrzy na swoją teściową, wciąż atrakcyjną, szczupłą i zgrabną Dorotę, której towarzyszy obecny mąż, Saudyjczyk, doktor i zarazem minister zdrowia. Książę może tylko mieć nadzieję, że jego młoda żonka nie odziedziczyła temperamentu po mamusi, która jednego męża Libijczyka pochowała, ponoć nawet zabiła, z drugim, Polakiem, się rozwiodła, a ilu kochanków i absztyfikantów przeszło przez jej łóżko, to jeden Bóg wie. Bo nie wie tego na pewno jej aktualny mąż Aszraf al-Rida. Zresztą chyba zupełnie go to nie obchodzi, bo wygląda na zadowolonego i szczęśliwego mężczyznę. Zaraz obok nich ledwo trzymający się na nogach staruszek Muhammad al-Rida, długoletni szef saudyjskiego wywiadu. Ściska pod rękę najcudowniejszy kwiat młodzieży saudyjskiej, dziewczynę tak piękną, że aż wzroku od niej nie można oderwać. Widać w niej podobieństwo do Doroty, lecz Nadia Binladen ma oczy nie jak babcia, błękitne niczym niebo, lecz chabrowe jak najlepszy cejloński szafir, zaś falujące włosy wyglądają jak świeżo muśnięte pędzlem Tycjana. Rodzice tej gwiazdy są nieopodal, Marysia vel Miriam, o urodzie i kształtach rajskiej hurysy4, i ojciec, Hamid Binladen, wojujący z międzynarodowym terroryzmem najlepszy saudyjski szpieg, który w czarnym smokingu wygląda na amanta filmowego w sile wieku i rozkwicie formy. Wigoru mu chyba nie brakuje, bo po jego drugiej ręce stoi druga żona, Marokanka Salma, również niczego sobie kobietka, przyjaciółka jego pierwszej wybranki serca.

 

Wszyscy szanowni goście zaczynają się niecierpliwić. Jak długo można zwlekać z oficjalną inauguracją? Piękny Ahmed, syn obecnej księżnej i jej niechlubnego byłego męża, dżihadysty, Jasema Alzaniego jest już w ramionach swego ojczyma. Kiedy razem pojawiają się na mównicy, następuje to, czego nawet najwięksi pesymiści się nie spodziewali. Szczelna jak mur ochrona nie jest w stanie nikogo przed tym ustrzec. W jednej chwili kończy się to, co dopiero się zaczęło. Gaśnie życie w młodym, dobrym człowieku, cudownym zakochanym mężu i niedoszłym, choć na pewno idealnym ojcu. Kula wymierzona prosto w serce wielkiego jak tur mężczyzny odbiera mu to, co najcenniejsze. Z tą chwilą świat wielu osób zebranych w tym elitarnym towarzystwie upada albo zmienia się nieodwracalnie. Wszystko idzie w niepamięć. Nikną miłość, pasja, stabilizacja i spokój, beztroska i równowaga. Ład i bezpieczeństwo odchodzą w zapomnienie. Osoby z najbliższego otoczenia księżnej Darii przypuszczają, czyja to sprawka. Kto stoi za tak haniebną zbrodnią.

Jasem Alzani vel dżihadi5 John vel John Smith vel Sean O’Sullivan vel Muhamad Arabi Muntasir nie zapomniał o swojej żonie, z którą nigdy dobrowolnie się nie rozwiódł, ale został rozwiedziony. Dzisiaj postanawia postawić ją do pionu i odebrać saudyjskiemu księciu to, co należy do niego. Daria, omotana przez mężczyznę za młodu, do dziś nie potrafi wyplątać się z toksycznego uzależnienia. Nie zna już człowieka, który stoi przy niej, w drzwiach dla służby, prowadzących do kuchni i na zaplecze pałacu. Nie zna tej twarzy, ale miażdżący uścisk dłoni i spojrzenie mówią jej wszystko. To jej zmora, ten, który potrafi z niej wydobyć najgorsze instynkty.

W chaosie i panice, które wybuchły, gdy zastrzelony przez snajpera książę upadł na podłogę, nieszczęsna matka widzi skrywaną pieczołowicie niespodziankę, jaką szykował dla niej ukochany mąż. Wbija wzrok w swojego umiłowanego syneczka, który dzisiaj miał dołączyć do ich szczęśliwego stadła. Ale to marzenie się nie spełni. Daria nawet nie może podbiec i wziąć dziecka w ramiona. Nie wolno jej się choćby do niego zbliżyć, bo z miejsca zostanie schwytana i uwięziona przez saudyjskie władze, które z dużą przyjemnością zasądzą jej najwyższy wymiar kary. Za dwie zbrodnie popełnione w Królestwie, z czego jedna na członku rodziny królewskiej. Z dziecinną łatwością udowodnią jej współudział w tym mordzie, bo Jasem nie jest dobrym wujkiem i pozostawił na wyciągnięcie ręki dla śledczych liczne dowody jej winy. Pół Polka, pół Libijka Daria Nowicka vel Darin al-Saud do świata prawa i sprawiedliwości już nigdy nie będzie mogła powrócić. Zostanie niechybnie okrzyknięta odpowiedzialną za swoje i nie swoje grzechy. Raz na zawsze wykreślona z praworządnego społeczeństwa.

– Idziemy – syczy przez zęby ten, który ostatecznie przeciąga ją na stronę zła i występku. – Już! – Popędza. – Jalla!6

Dawni małżonkowie wybiegają tylnym wyjściem prosto na parking, gdzie czeka na nich porsche taycan turbo w zabójczym stalowozielonym kolorze. Daria narzuca abaję7 i hidżab8, kelner zaś zamienia uniform na tradycyjną saudyjską tobę9, a głowę nakrywa kraciastą ghutrą10. Teraz wyglądają jak stuprocentowi obywatele tej ziemi.

Kobieta wskakuje za kierownicę.

– Droga na Mekkę – informuje mężczyzna, zapinając pas przy kubełkowym fotelu pasażera.

– Jasne. – Daria wie, gdzie ma jechać, bo ćwiczy tę trasę od miesiąca. Odkąd dostała takie polecenie i satelitarną mapę od swojego pana i władcy. Zna każdy kamień, każdą nierówność asfaltu.

Nie wiadomo, gdzie Daria nauczyła się tak perfekcyjnie prowadzić wyścigowe auto, a może po prostu teraz już nie zależy jej na życiu tak jak jeszcze tydzień temu? Bez strachu dociska gaz do dechy. Prowadzi jak zawodowy kierowca w wyścigu Gran Turismo. Pruje ponad dwieście na godzinę, spychając wszystkich użytkowników drogi na boki. Kierowcy, widząc numer jeden na rejestracji, od razu wiedzą, że auto należy do samej wierchuszki rodziny królewskiej, zjeżdżają więc lękliwie na pobocze. Kobieta opuszcza miasto i wjeżdża między góry. Wokół jest tak pięknie, lecz ani ona, ani jej oprawca tego nie zauważają. Gwałtownie skręca z autostrady na boczną szutrową drogę. Tam czeka już na nich wielkie amerykańskie auto z napędem na cztery koła. Porzucają wyścigowe porsche i przesiadają się. Wóz rusza. Po niespełna pięciu minutach karkołomnego rajdu po bezdrożach zatrzymują się pod uschniętym, karłowatym drzewem oliwki. Tuż obok stoi helikopter w krwistoczerwonym kolorze. Arabska zakwefiona kobieta i mężczyzna w białej jak śnieg sukni wsiadają na pokład śmigłowca. Maszyna z głośnym hukiem wirników wzbija się w powietrze.

Hamid wybiega z pałacu zamordowanego księcia. Za nim jego najbliżsi współpracownicy z secret service. Na końcu truchta stary Al-Rida. On z takimi akcjami już nie raz miał do czynienia. Zabić skurwysyna!, powtarza w myślach jak mantrę. Zabić!

Mężczyźni wskakują do podstawionego wojskowego samochodu.

– Czym się stąd wydostali?

– Porsche – odpowiada funkcjonariusz, śledzący przestępczą parę na ekranie swojego laptopa.

– Idioci! Tego auta raczej nie da się zakamuflować. – As saudyjskiego wywiadu czuje jakiś szwindel.

– Jadą jak na wyścigach. Już są na wylocie z Rijadu. Droga na Mekkę.

– Nie złapiemy ich! Uciekną?

– Szlag by to trafił!

– Nie złapiemy ich żywych – stwierdza doświadczony starzec.

Mężczyźni się denerwują. Obserwują nagrywaną przez wojskowego drona scenerię. Zielone auto – porzucone przy głównej drodze – aż bije po oczach.

– Czy oni bawią się z nami w podchody? – Nikt nie może uwierzyć w takie niedociągnięcia profesjonalisty Jasema. Za dobrze go znają.

– Myślę, że tak – potakuje z niesmakiem mundurowy.

– Zbiegowie wsiadają do śmigłowca.

– Czerwony? Głośny? Zwykły? Jak zabawka? – oburzają się zawodowcy.

– Zestrzelimy? – Mężczyzna, który trzyma w ręku wojskowe walkie-talkie, zadaje kluczowe pytanie.

– Nie możemy ryzykować, ale… – Hamid się waha, nie chce zabijać przypadkowych niewinnych osób. – Wolałbym tego drania dostać żywego. Ją także…

– Zestrzelić! – szabbani11 Muhammad al-Rida wydaje rozkaz. – Natychmiast!

Czerwony piękny helikopter rozlatuje się na kawałki, kiedy uderza w niego zdalnie sterowana rakieta. Potem zapada cisza. Wszystko jest skąpane we wczesnym bliskowschodnim zmierzchu. Płomienie dogasają w poświacie zachodzącego szkarłatnego słońca.

2 Royal Secret Service (angielski) – Królewskie Tajne Służby.

3 GID (General Intelligence Directorate) – Centralny Oddział Wywiadowczy, główna agencja wywiadowcza w Arabii Saudyjskiej.

4 Hurysa (arabski) – dosł. wolna; ta, która ma czarne oczy. To wiecznie młode i piękne dziewice w koranicznym raju, kobiety idealne, duchowo i cieleśnie nieskazitelne, które stanowią jedną z nagród dla zbawionych wiernych. Każdy muzułmanin w ogrodzie Dżenna może mieć 72 hurysy.

5 Dżihadi (arabski) – przymiotnik od słowa dżihad – zwolennik dżihadu, dżihadysta.

6 Jalla (arabski) – pierwotnie: zawołanie na wielbłądy; kolokwialnie: ruchy, chodź, wychodź, w drogę.

7 Abaja (arabski) – wierzchnie tradycyjne okrycie w krajach muzułmańskich; szeroki, luźny płaszcz noszony przez kobiety i mężczyzn.

8 Hidżab (arabski) – noszona przez muzułmańskie kobiety kwadratowa chusta, zakrywająca włosy, uszy i szyję; może być kolorowa.

9 Toba (thoba) (arabski) – rodzaj długiej do ziemi męskiej koszuli, z tradycyjnym kołnierzykiem.

10 Ghutra (arabski) – chusta na głowę dla mężczyzn, biała, w biało-czerwoną lub biało-czarną kratę.

11 Szabbani (arabski, dialekt) – starzec, staruszek.

DROGA UCHODŹCY

WYSPA NIEDUŻA LAMPEDUSA

Fałszywy wygnaniec, pseudobanita przebył długą drogę, by dojść do zdezelowanego kutra, przewożącego uchodźców z wybrzeży Libii do Włoch. Urodzony w Damaszku w Syrii z arabskiej matki, genialnej i sławnej diwy operowej, i ojca Brytyjczyka, dorastał w Londynie jako zwykły chłopak, nie sprawiając swojemu tacie zbytnich kłopotów. Później krok po kroku zbliżał się do wodopoju, fundamentalistycznego źródła, którym jest dżihad12. Zanim jednak to nastąpiło, dobrze się bawił i hulał ze swoim rówieśnikiem, saudyjskim księciem Anwarem al-Saudem oraz starszym kolegą, petrodolarowym księciem Sajfem al-Islam Kaddafim13. Synem tego Kaddafiego, samego pułkownika Muammara14. Nieopatrznie, czystym zrządzeniem losu, poznał dilera narkotyków, świetnie zakamuflowanego fundamentalistę Moe z Pakistanu – to on poprowadził go za rękę w stronę zła i śmierci, a z czasem uczeń przerósł mistrza. Potem już wszystko potoczyło się skokowo, bo dżihadystyczną karierę robi się szybko i przeważnie trwa ona krótko. Jeden lub dwa sezony. Jasem jest w tym względzie wyjątkiem. Zresztą nie tylko w tym. Jego droga do kalifatu w Syrii była długa, bo wiodła przez Azję i Europę, przez Królestwo Arabii Saudyjskiej, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Indie, Egipt oraz Francję i Hiszpanię. Na drodze napotykał różnych ludzi, setki, tysiące osób. Niektóre pozostawiały w jego duszy ślad, inne przewijały się jak cienie, zresztą sam je do krainy cieni wyprowadzał. Pół Syryjczyk, pół Brytyjczyk doskonale pamięta dwóch brytyjskich dziennikarzy, których ściął maczetą, robiąc z tego medialny szum, bo nagranie umieszczono na YouTube i widział je cały oburzony świat. Tak samo nie zapomni jordańskiego pilota, którego likwidację zaplanował tak, jakby układał choreografię do spektaklu teatralnego. To był teatr! Była to poniekąd sztuka jednego aktora, a sam główny bohater zachował się jak artysta najwyższej klasy. Kiedy już całe jego ciało objęły płomienie, wstał i wykonał dwa ostatnie kroki ku wieczności. Potem jego ziemska powłoka się rozsypała, pozostały po niej proch i pył, a płonąca czaszka potoczyła się po dnie klatki, w której był uwięziony. W Palmirze dżihadysta15 też dał niezły popis. Nie pamięta wszystkich czterystu osób, na które wydał wtedy wyrok śmierci, ale jednego indonezyjsko-saudyjskiego lekarza na pewno. Skrócił go o głowę w starożytnym teatrum na oczach wiwatującego tłumu fanatyków. Lekarz bez granic zakończył tam w tragiczny sposób swoją ziemską wędrówkę. Wybitny zbrodniarz zagwarantował też ciekawe życie wybrance swojego serca, kobiecie, w której na swój chory sposób się zakochał, pół Polce, pół Libijce, Darii Nowickiej. Zupełnie nieświadomą dziewczynę pociągnął za sobą przez pół świata, by ostatecznie zniewolić w kalifacie i osiąść z nią w stolicy pseudo-Państwa Islamskiego16 w Rakce. Po upadku sztucznego, złego tworu ruszyli przed siebie, zacierając ślady i ukrywając swoją tożsamość. Kobieta, najpierw zakochana, a potem zniewolona sabija17, szła za swym mężem przez Liban, Katar do Arabii Saudyjskiej, by stamtąd przenieść się do Libii. W końcu wydawało się, że została raz na zawsze uwolniona od potwora, który gnębił ją latami, bowiem został on schwytany i osadzony w Abu Salim, więzieniu o zaostrzonym rygorze. Wyglądało na to, że najbardziej poszukiwany w ostatnim dziesięcioleciu terrorysta, który ma na swoim sumieniu zamachy zarówno w Europie, jak i Afryce Północnej oraz Azji, błyskotliwą karierę w kalifacie, zostanie na dobre odizolowany od praworządnego świata. Ale to byłoby zbyt proste, zbyt optymistyczne zakończenie.

 

Dzisiaj Jasem Alzani, więzienny zbieg, jako biedny uchodźca udaje się do Włoch na przeciążonej łodzi rybackiej, która wyrusza z libijskiej miejscowości Zuara nad Morzem Śródziemnym, i ma w planie dobić do portu na włoskiej wyspie Lampedusa. Wprawdzie aktualnie Włosi wybiórczo wpuszczają nowych przybyszy, lecz ta jednostka jest dobrze opłacona i wiezie samych libijskich dysydentów, a nie imigrantów z Czarnej Afryki. Nie ma na niej ani jednej czarnej twarzy, a spośród wszystkich pasażerów wyróżnia się blond ślicznotka Judith, która staje się symboliczną przewodniczką Beatrycze swojego męża, sprytnego głupka Libijczyka Abdula oraz dżihadysty Jasema Alzaniego. Abdul, pomimo młodego wieku – bo ma niespełna dwadzieścia pięć lat – również sporo przeżył. Wysłany przez rodzinę do kalifatu za swoją wściekłą na cały świat, fundamentalistyczną siostrą, działającą tam w brygadzie Al-Chansa18, wrócił po latach do domu bez siostry, która zginęła, w swoim i milionów innych fundamentalistów przekonaniu, za właściwą sprawę. Przywiózł natomiast żonę, piękną Amerykankę, którą uratował, zasłaniając ją własną piersią przed plutonem egzekucyjnym. Dziewczyna ta, nie wiadomo, czy tak głupia, czy naiwna, dała się zagnać losowi do ogarniętej wojną Syrii, by w obozie dla uchodźców w Aleppo pomagać pokrzywdzonym kobietom i dzieciom. Potem sama padła ofiarą gwałtu i przemocy, a teraz na libijskim kutrze siedzi razem z tymi, których było jej tak żal. Staje się jednym z milionów banitów tułających się aktualnie po świecie i szukających dla siebie miejsca. Judith pozostała Amerykanką tylko z wyglądu, bo duszę ma już arabską, a paszport wystawiony na skonwertowaną muzułmankę o imieniu Jasmin, Libijkę, żonę Libijczyka.

– Nie za dużo nas tutaj napakowali? – martwi się Jasem, rozglądając się po przerażonych twarzach towarzyszy niedoli. – Ta łódź jest zanurzona aż po burtę, woda przelewa się już przez pokład. Najmniejszy sztorm i idziemy na dno.

– Nie strasz, proszę. – Zatrwożona Judith aż szczęka zębami, a rozglądając się dookoła i widząc zapłakane libijskie kobiety, tulące do siebie pochlipujące dzieci, wpada w jeszcze większą panikę. – Przecież nie braliby nas na pewną śmierć. Codziennie tego typu łodzie przepływają Morze Śródziemne.

– Nie sądzę, żeby takie wraki dały radę. Wybrałeś chyba najtańszego przewoźnika, ty idioto! – Denerwuje się pół-Syryjczyk i strzela w łeb swojego kompana. – Dostałeś dość pieniędzy od moich popleczników, żeby kupić bilet na pierwszą klasę na włoskim promie. Co zrobiłeś z kasą, baranie?!

– Będziemy potrzebowali jeszcze paru groszy na zagospodarowanie się na miejscu, no nie? – broni się Abdul, który po prawdzie połowę gotówki zostawił rodzicom na dostatnie życie i opiekę nad Nazimem, synem jego i Judith. – Trzeba było mówić, że od razu pójdziesz do banku i wypłacisz obiecany mi milion. – Kpi bezczelnie, już nic a nic nie bojąc się niegdyś groźnego dżihadysty. – Wtedy nie musiałbym oszczędzać.

– Pożyjemy, zobaczymy – kwituje Jasem. – Jeśli przeżyjemy.

Judith chwyta pod ramię swojego męża i wbija mu paznokcie w skórę, bo zaraz po odbiciu od wybrzeża pojawia się długa fala. Mała, przepełniona łajba raz jest na jej szczycie, by po chwili w zawrotnym tempie ześlizgnąć się jak po zjeżdżalni na dół. Spanikowani ludzie zaczynają krzyczeć. Wrażliwe kobiety i dzieci takiej huśtawki nie wytrzymują i wyrzucają z kurczących się żołądków resztki niestrawionego jedzenia. Na siebie, na sąsiadów i na pokład, który robi się jeszcze bardziej śliski. Kiedy słońce skrywa się za horyzontem i świat ogarnia całkowita ciemność, na kutrze słychać coraz głośniejsze zawodzenie. Bałwany morskie przewalają się przez burtę, a że pompy na tym złomie nie działają, nabiera on coraz więcej wody. Już nikt nie może wejść do znajdującej się pod pokładem toalety czy kantyny, bo wody jest po kolana. Jej poziom podnosi się sukcesywnie.

– Jeszcze trochę… Byle do świtu… Byle do rana… Wallahi19 – szepczą pasażerowie, którym udawało się przez długie lata zachować życie w niebezpiecznej Libii, a teraz najprawdopodobniej tak tragicznie stracą je na środku nieprzyjaznego Morza Śródziemnego.

Upragniony świt rzuca światło na małą łupinę, która powoli zbliża się do europejskiego brzegu. Ludzie wstrzymują oddech. Uda się, łudzą się. Musi się udać. Już tyle przeszliśmy. Po kolejnych godzinach, które teraz są jeszcze tragiczniejsze, bo pasażerowie są wystawieni na palące promienie słońca i skwar, a żadnego zadaszenia czy wody pitnej oczywiście nie ma, na horyzoncie pojawia się duża stalowa łódź straży przybrzeżnej. Organizatorzy, podłe ludzkie hieny, obiecali biednym uchodźcom łatwą przeprawę i życzliwą gościnę, ale jedno i drugie to wierutne kłamstwo.

– Wpływacie na przybrzeżne wody Republiki Włoch – oznajmia ktoś po arabsku przez megafon. – Opuściliście wody międzynarodowe. Macie natychmiast zawrócić.

Bosman, niczym się nie przejmując, pruje dalej, jakby chciał staranować swoją przerdzewiałą łupiną włoską rządową jednostkę pływającą.

– Macie natychmiast zawrócić! Nie wpłyniecie do portu! – wydziera się twardy włoski funkcjonariusz, a pasażerowie są teraz jeszcze bardziej przerażeni niż na początku swej drogi, bo wiedzą, że kuter trasy powrotnej nie przetrzyma. Oni też nie. – Jesteście tu nielegalnie! Zawrócić!

Straż przybrzeża zastawia im drogę i łódka staje w poprzek fali, która niebezpiecznie przelewa się przez pokład, przy okazji zmywając z niego wymiociny i fekalia. Łódź coraz mocniej kolebie się z boku na bok. Fala moczy pasażerów, którzy w rytm napływających wód przesuwają się to w jedną, to w drugą stronę. Matki kurczowo trzymają w objęciach niemowlęta i małe dzieciaczki, ojcowie chwytają za ramiona, kark lub ubranie starszych. Nastolatkowie, zazwyczaj dumni i buńczuczni, teraz jawnie płaczą, a katar spływa im do ust i na brody. Nikt już nie wierzy w ocalenie. Bosman rzuca kotwicę.

– Ja said!20 – Jeden odważny Libijczyk w średnim wieku wstaje, trzymając się metalowego takielunku. – Mister! – krzyczy, machając rękami. – Błagam! Tutaj są kobiety i dzieci! Litości!

Nikt z włoskiej jednostki pływającej nie ma jednak ochoty wdawać się w negocjacje i po osadzeniu w miejscu kutra odpływają, zostawiając libijską łódź na pastwę losu i żywiołów. Nie obchodzą ich kolejni banici. Mają dość tych, którzy już do nich przybyli i zrównują ich ukochany kraj z ziemią. A Lampedusa całkiem przez nich ginie.

– Wody! Jeść! Pić! – rozlegają się pojedyncze głosy, lecz nie zdławi to niezłomności posłusznych rządowi żołnierzy Republiki. – Na Boga!

Na ich tragiczne słowa reagują tylko siły przyrody, chcąc, widać, zmieść z powierzchni globu hańbę i zakałę ludzkości. Ni stąd, ni zowąd na błękitnym niebie pojawia się czarna deszczowa chmura, która rośnie w zastraszającym tempie. Morskie wody zaczynają chaotycznie bulgotać i przelewać się to w tę, to w drugą stronę. Po podniesieniu kotwicy prądy ciągną mały kuter jak zabaweczkę na sznurku, przegrzany silnik dławi się parokrotnie i gaśnie. Nikt z feralnych pasażerów już ani piśnie. Wszyscy wstrzymują oddech. Czekają na najgorsze. Na śmierć w czarnych odmętach. Kolejna wysoka fala podchodzi pod burtę, uderza w nią z hukiem, po czym wzbija się nad głowami uchodźców i smaga ich jak pejczem po twarzach. Potem zapada martwa cisza. Każdy oddala się myślą od miejsca tragedii i prawdopodobnego pochówku. Jedni wspominają rodziny zostawione w Libii, inni – zabitych podczas arabskiej wiosny, ktoś cicho przeklina, że nie zrealizował biznesowych planów, a dziewczyna żałuje, że nie dała się pocałować chłopakowi na pożegnanie. Dzieci beztrosko tulą do piersi misie, lalki i samochodziki i uśmiechają się, rozbawione bujaniem, bo kiedy już oswoiły się z morzem, wydaje im się, że są w wesołym miasteczku. I woda taka fajna, chłodna… Po chwili spokoju z wiszącej tuż nad ich głowami chmury nieoczekiwanie uderza grad. Tylko tu i teraz – i tylko w nieszczęsnych libijskich uchodźców – walą twarde kulki lodu, bo aż po horyzont nieboskłon jest błękitny, a słońce lśni na delikatnych falach. Kara boska dotyka tylko ich, przeklętych. Wysoki na trzy metry grzywacz czesze stłoczonych na pokładzie nieszczęśników. Pod wpływem ogromnej siły przyrody ręce trzymające liny i takielunek ślizgają się i wypuszczają ostatnią deskę ratunku. Najsłabsi wpadają w morze przy pierwszym uderzeniu.

– Gdzie łódź ratunkowa?! Ponton?! Masz przynajmniej koła ratunkowe?! – Jasem wydziera się do bosmana, ale ten tylko patrzy na niego z rozbawieniem i pogardą. – Ci ludzie w większości nie potrafią pływać!

– Ja też nie! – Abdul dołącza do krzyków. – Ratunku!

– Aiuto!21 Wracajcie! – Hurma ludzi krzyczy w kierunku jeszcze widocznych na horyzoncie Włochów. – Pomocy!

Ktoś na pokładzie kutra straży przybrzeżnej jednak zauważa tragiczną sytuację Libijczyków. Jednostka zawraca i nabiera tempa. Libijska łódź rybacka tonie.

– Moja córeczka… Gdzie jest moja córeczka? – Libijka siedząca obok Jasema bezradnie rozgląda się dookoła. – Tylko przecierałam oczy… Słona woda… Na Boga! Muna! Dzieciątko moje!

Starsze dzieci i dorośli, których zmiotła fala, usiłują utrzymać się na nagle uspokojonej powierzchni morza, rzucając się chaotycznie i bijąc bezładnie rękami o wodę. Ktoś z obsługi odnajduje trzy stare zdezelowane koła ratunkowe i rzuca je tonącym. Pół-Syryjczyk widzi w sporej odległości od ich łodzi dryfujące kolorowe ciuszki, spod których wyziera jedynie śniada pulchna rączka i mała nieobuta stópka. Dziewczynka nie porusza się, a złośliwy prąd oddala ją od jej bliskich w zastraszającym tempie. Matka odnajduje wzrokiem swoją zgubę i oszalała z bólu wykrzykuje prośbę pod niebiosa: