Arabska księżniczkaTekst

Z serii: Arabska saga #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Arabska księżniczka
Arabska księżniczka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,40  54,72 
Arabska księżniczka
Audio
Arabska księżniczka
Audiobook
Czyta Katarzyna Anzorge
38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Tanya Valko, 2013

Projekt okładki

Sylwia Tymkiewicz

(studio-kreacji.pl)

Zdjęcie na okładce

© Laila Jihad

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Agnieszka Rosłan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7839-903-2

Warszawa 2013

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wszystkie przedstawione sytuacje oraz uczestniczący w nich bohaterowie są fikcyjni. Wszelkie podobieństwo do osób przebywających kiedyś lub żyjących obecnie w Libii czy Arabii Saudyjskiej jest przypadkowe.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy,

zgodnie ze złożoną obietnicą oddaję w Wasze ręce powieść Arabska księżniczka, która jest kontynuacją losów bohaterek Arabskiej żony, Arabskiej córki oraz Arabskiej krwi. Jednak w tej książce pojawiają się również nowe postaci, w tym tytułowa księżniczka Lamia, której losy wpływają na dzieje głównych bohaterek i diametralnie odmieniają ich życie.

W swojej powieści jak zwykle fikcyjne dzieje bohaterów wplątałam w faktyczne wydarzenia. Informacje czerpałam ze sprawozdań prasowych i internetowych oraz z relacji telewizyjnych w Al-Dżazirze czy lokalnej telewizji saudyjskiej. Kiedy usłyszałam o działalności dwóch arabskich księżniczek sponsorujących terroryzm, nie chciało mi się w to wierzyć. Było to podawane zarówno w telewizji katarskiej, jak i w prasie saudyjskiej. O działaniach feministek saudyjskich dowiadywałam się nie tylko z mediów. Byłam naocznym świadkiem akcji Women 2 drive siedemnastego czerwca 2011 roku, kiedy kobiety wyjechały na ulice saudyjskich miast. Przeprowadziłam liczne prywatne rozmowy z saudyjskimi studentkami, lekarkami, nauczycielkami i prawniczkami oraz kobietami robiącymi zawrotną karierę w Arabii, jak i osobami wysoko urodzonymi. Pragnę jednak podkreślić, że przedstawione przeze mnie w Arabskiej księżniczce sytuacje oraz uczestniczący w nich bohaterowie są fikcyjni. Wszelkie podobieństwo do osób realnych jest przypadkowe.

Bardzo często w mojej powieści odwołuję się do źródeł islamu. Dlaczego to robię? Chcąc zrozumieć kulturę arabską, najpierw należy zapoznać się z religią, na której opiera się rządzące w wielu krajach arabskich prawo szariatu. W żadnym względzie nigdy nie starałam się deprecjonować czy krytykować religii muzułmańskiej, gdyż uważam ją za wspaniałą wiarę, jedynie czasami źle interpretowaną czy wykorzystywaną do niecnych celów. Osobiście neguję przesadę w każdej wierze – muzułmańskiej, chrześcijańskiej czy judejskiej. Brak umiaru i zaślepienie zawsze prowadzą do wypaczeń, i to nawet najwyższych i najczystszych ideałów.

W przedstawionym przeze mnie świecie proszę nie dopatrywać się krytyki Arabii Saudyjskiej, w której spędziłam długich i szczęśliwych pięć lat. Bardzo tradycyjne wahhabickie państwo stara się na miarę swoich możliwości mentalnie zmodernizować swoje społeczeństwo; proces ten zresztą postępuje skokowo. W opisie i ocenie tego kraju nie kierowałam się tylko moją opinią, ale przede wszystkim wykorzystałam zdanie rodowitych mieszkańców oraz ekspatriantów, którzy nieraz żyją na saudyjskich piaskach po dwadzieścia, trzydzieści lat. Na kartach mej powieści nie ujawniam również żadnych tajemnic, prasa saudyjska bowiem pisze o wielu tamtejszych bolączkach. Na jej łamach przeczytałam o haniebnym wydawaniu za mąż dziewczynek, o procesie i karze dla ojca i męża – pedofila, o gwałcie dokonanym na dziewczynie z Qatif i zasądzonym na nią wyroku, który notabene król Arabii Saudyjskiej anulował, o nowo otwieranych uniwersytetach dla kobiet, o strajkach i petycjach saudyjskich feministek i o wielu, wielu innych drażliwych sprawach. Zmiany wymagają czasu, ale osobiście głęboko wierzę, że nadejdzie taki dzień, iż będę mogła do Arabii Saudyjskiej uzyskać wizę turystyczną i pojechać tam bez męskiego opiekuna. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości kobiety będą mogły chodzić po ulicach Rijadu, Chobar, Dżeddy, Mekki i Medyny bez czarnej abai i prowadzić samochód. Tego też wszystkim obywatelom, a szczególnie saudyjskim paniom, życzę.

I: PRZEŁOM

Macierzyństwo po saudyjsku

Jest ciemna libijska noc, niebo ma kolor granatu rozświetlonego miliardem gwiazd. Z dachu zbiornika na wodę, który stanowi mały punkcik w ogromie otaczającego go pustkowia, widok za dnia jest oszałamiający, lecz teraz można zobaczyć tylko odległe, z rzadka rozsiane punkciki światła. Dookoła unosi się muzyka natury – symfonia niemilknących cykad, pojedyncze piski dzikich królików, chrząkania jeży i dalekie szczekanie dzikich psów.

– Tak blisko do gwiazd. – Marysia wyciąga w górę rękę, próbując ich dotknąć.

– Pomyśl marzenie, a się spełni. – Raszid kładzie się obok na materacu i przymyka oczy.

Jakież on ma długie rzęsy, myśli dziewczyna, zapominając o gwiazdach i nie mogąc oderwać wzroku od towarzysza.

– Trzeba patrzeć w niebo, kiedy ma się ziścić. – Młodzieniec, czując jej spojrzenie, przekręca się na bok, podpiera głowę na dłoni i patrzy głęboko w oczy dziewczynie, która jest miłością jego życia. Po czasie spędzonym razem jest o tym święcie przekonany.

– Już niczego więcej nie pragnę – wyznaje Marysia przez zaciśnięte ze wzruszenia gardło. – To, co chcę, mam przy sobie. – Dotyka jego włosów, które kręcą się, opadając spiralkami i zakrywając do połowy jego piękne czoło. – Ten ktoś jest na wyciągnięcie ręki – szepcze i pochyla się, aby delikatnie pocałować zmysłowe usta mężczyzny. On jednak nie odpowiada jej tym samym, tylko patrzy bardzo poważnie przed siebie. – Raszid? Może ja się myliłam co do… – Kobieta czuje się zawstydzona swoją nachalnością i nie chce już wypowiadać tego najważniejszego. – Ależ ja jestem głupia!

– Wiesz, że nie, ale… – Raszid zawiesza głos, przybliża się do niej i obejmuje swoim silnym, acz szczupłym ramieniem. Leżą na boku twarzą w twarz, ich oddechy się splatają, usta są tak blisko, namiętne, rozchylone i gotowe do pocałunków, lecz mężczyzna, będąc uczciwym muzułmaninem, nie chce przekroczyć bariery poufałości. – Masz męża – wydusza w końcu z siebie i odsuwa się od Marysi, padając na plecy.

– To nie moja wina!

– Żadna wina, ale fakt – mówi Raszid podenerwowany. – Ja nie chcę być z tobą tylko ten jeden jedyny raz, chciałbym do końca życia, ale nie jest to możliwe.

– Czy nie słyszałeś o możliwości rozwodów? – Kobieta delikatnie kładzie mu rękę na nerwowo drgającym policzku. – On napisał liścik przed moim wyjazdem do Libii, dając mi pełne prawo wyboru i zwracając mi wolność – mówiąc te słowa, przybliża się i opiera swoją młodą pierś o tors mężczyzny.

– To nie byliście kochającym się małżeństwem? Nie rozstaliście się na dwa tygodnie urlopu wśród łez i pocałunków? – Dopiero teraz dochodzą do niego informacje, które Marysia już od jakiegoś czasu usiłuje mu przekazać.

– No właśnie, że nie! Nasz związek szlag trafił! – Po tych słowach Raszid aż się zrywa i turlając na bok, przykrywa swoim ciałem kruchą kobietkę. – Taka prawda. Inaczej by mnie tutaj z tobą nie było – wyznaje dziewczyna szeptem, bo nie jest w stanie złapać oddechu nie z powodu ciężaru szczupłego mężczyzny, lecz z podniecenia.

Pasja, uniesienie i pożądanie zalewają młodą parę jak ukropem. Wpijają się w siebie palcami, drapią paznokciami, ich usta piją miłość z tych drugich upragnionych ust wielkimi haustami. Cały świat dookoła przestaje istnieć, nic się nie liczy, tylko czarne niebo chłodzi ich splecione ciała zimnym deszczem mrugających gwiazd. Dotykają się, poznają językiem i opuszkami palców, ocierają o siebie i chcąc być jak najbliżej, wręcz we wnętrzu drugiego, splatają nogami, rękami, mocno obejmują, miażdżąc przy tym piersi i gniotąc pośladki. Idealnie do siebie pasują, stanowią dwie połówki tego samego owocu, dwie bliźniacze dusze o tych samych pragnieniach i upodobaniach. Nic ich nie dziwi i nic nie żenuje, robią to, czego pragnęli od zawsze. Blady świt zastaje ich otoczonych ramionami i zagłębionych w swoim małym świecie, ich małej kruchej prywatności. Różowa mgiełka szybko pierzcha rozgoniona ciepłym wiatrem od pustyni niosącym drobny niewidoczny piasek. Przysypuje on ich ciała cienką warstewką pyłu, ukrywając nagość przed zbliżającym się jasnym dniem.

Marysia mruży oczy, światło ją drażni i nie może zrozumieć tego, co ją otacza. Gdzie ona jest? Co tutaj robi? Jej rozognione namiętnością serce prawie staje w miejscu. Do jej uszu dochodzą krzyki i płacz otaczających ją farmerów, którzy poddają się rządowym wrzeszczącym najemnikom jak bezbronne owce. Raszid… jej Raszid jako jedyny szamoce się, pada na ziemię, wierzga nogami i nie chce dać się skrępować. Żołdacy tracą cierpliwość i jeden z nich oddaje strzał wymierzony prosto w twarz młodego krnąbrnego mężczyzny. Pojedyncza kula z pistoletu przystawionego na odległość dziesięciu centymetrów czyni z jego przystojnego oblicza krwawą miazgę. Marysia zamiera w bezruchu, przykłada tylko ręce do ust i nie wydaje najmniejszego odgłosu, lecz spanikowane wieśniaczki zaczynają piszczeć i w panice rozbiegają się na boki jak turkawki. Dwie krótkie serie z karabinu zatrzymują je w miejscu. Kobiety padają – jedne na asfaltową pustą drogę, inne na pomarańczową ziemię pobocza, wijąc się w ostatnich śmiertelnych drgawkach. Pozostały tylko dwie z dwoma małymi dziewczynkami. Stoją jak wryte przy żywopłocie z opuncji, jednak po chwili przykucają, chowając w ramionach cicho płaczące dziewuszki z kucykami przewiązanymi kolorową wstążką, i spuszczają wzrok, nie chcąc już dłużej obserwować rozgrywającej się jatki. Najemnicy każą mężczyznom obrócić się do siebie plecami i klęknąć. Marysia wytrzeszcza przerażone oczy. Czemu to znowu do mnie powraca?!, krzyczy w duchu. Ja już tutaj byłam! Ja już to przeżyłam! Wallahi01, nie chcę ponownie, ja nie chcę, powtarza jak mała dziewczynka. Nagle wszyscy oprawcy padają jeden za drugim zastrzeleni przez niewidocznego sprawcę. Marysia idzie noga za nogą, dźwigając je, jakby każda ważyła tonę. Postanawia pożegnać się z Raszidem, który dzisiaj stał się niepotrzebną kolejną ofiarą reżimu Kaddafiego. Siada na brudnym klepisku przy chłopaku i będąc tak blisko, boi się spojrzeć w miejsce, gdzie kiedyś była jego przystojna uśmiechnięta twarz. Chwyta go delikatnie za zimną już rękę i ma pustkę w głowie. Mój Boże, jeszcze nie tak dawno ten człowiek był namiętnym, cudownym kochankiem, roześmianym beztroskim dowcipnisiem, miał plany na przyszłość i żarliwe uczucia, a dzisiaj co po nim pozostało? Już nic, ziemska powłoka, skorupa bez życia. Marysia przesuwa wzrok i spoziera na zmasakrowaną twarz, a łzy same napływają jej do oczu. Szlochając, zgina się wpół i dotyka czołem ramienia byłego przyjaciela. Dobrze, że przynajmniej zorientował się, iż jestem w ciąży, więc w ostatniej chwili swojego życia wiedział, że coś po nim pozostanie, stwierdza, lecz nie daje jej to pocieszenia. Co ja teraz zrobię?! Co ja zrobię?, w kółko zadaje sobie nurtujące ją pytanie. Jak z tego wybrnę? Co się stanie z tą małą istotką, którą noszę pod sercem? Iluż ludzi jeszcze skrzywdzę moim nieprzemyślanym i haniebnym postępowaniem? Jakaż ja jestem niedojrzała, nieuczciwa, smarkata, rozpuszczona pannica! Raszid, Raszid, jak mogłeś mi to zrobić?!, wrzeszczy na całe gardło. Jak mogłeś odejść? Raszid, Raszid, Raszid…

 

01 Wallahi (arab.) – na Boga.

Marysia prostuje się jak struna i chwyta spoconą dłonią za usta. Otwiera szeroko swoje piękne migdałowe, teraz załzawione oczy i patrzy w ciemność pokoju. Dochodzi do jej zmysłów szum klimatyzacji i chłód z niej się wydobywający. Czy ja to zakazane, grzeszne imię wypowiedziałam na głos? Czy ja krzyczałam?, struchlała pyta samą siebie. Jej mokre od nocnego koszmaru włosy przyklejają się do rozpalonej twarzy. Pierwszy mocny skurcz ogarnia ją, idąc od krzyża aż do podbrzusza. Kobieta wypręża ciało i obejmuje potężny ciążowy brzuszek dwoma rękami.

– Co się dzieje? – Hamid błyskawicznie zapala światło i pochyla się nad rozgorączkowaną, ogarniętą bólem żoną.

– To już – szepcze Marysia.

– Jak to? Przecież to dopiero siódmy miesiąc! – dziwi się jej mąż, marszcząc przy tym czoło.

– Prawie ósmy – poprawia rodząca. – A jak dziecko chce wyjść, to go nie powstrzymamy.

– Chodź do mnie, kochana. – Mężczyzna otwiera ramiona, a Marysia wpada w nie bez tchu, wtulając się jak biedne przerażone kocię. – Wszystko będzie dobrze. Nic się nie bój, jestem przy tobie.

* * *

Marysia zafascynowana patrzy na swoją małą córunię. To niesamowite, to najwspanialszy cud, w który aż nie chce się wierzyć! Jeszcze parę godzin temu dzieciątko było u niej w brzuchu, a teraz, mrużąc oczka, obserwuje otaczający je świat.

– Ależ ona maleńka! – Hamid pochyla się nad łóżeczkiem. – Jakby jeszcze trochę poczekała, to może byłaby większa. Czy jest zdrowa? Idę po pediatrę. Dlaczego tutaj w ogóle nie ma lekarzy?! – niepokoi się i już chce pędzić do dyżurki. – Gdybyś rodziła w renomowanym szpitalu, których w Arabii Saudyjskiej jest na pęczki, a w Rijadzie jeszcze więcej, a nie w prywatnej niewielkiej klinice, gdzie poród odbiera jakaś tam hinduska ginekolog, to bylibyśmy pewni wszystkiego. I opieka byłaby na nieco wyższym poziomie. – Krytycznie wygina wargi. – Ja ciebie nie rozumiem! Zaprzyjaźnić się z lekarką i ryzykować…

– Tatusiu, nie panikuj – zachwycona troską, lecz i trochę przestraszona dociekliwością męża młoda mama chwyta go za rękę.

– Sama ginekolog, choćby była najlepsza, nie może do końca określić, czy z dzieckiem jest wszystko w porządku. – Mąż się nie poddaje.

– Doktor Singh odbierała poród, ale kiedy tylko mała przyszła na ten świat, oddała ją w ręce specjalistów pediatrów. Spójrz na kartę, ma dziesięć punktów Apgar i wszystko na swoim miejscu.

– Ty patrz, tylko pięćdziesiąt dwa centymetry i trzy i pół kilo! Czy ty wiesz, ile jej brakuje do normy donoszonego dziecka?! – Mężczyzna prawie wyrywa sobie włosy z głowy.

– Chcesz zepsuć mi całą przyjemność najcudowniejszej chwili w moim życiu?! – Marysia siada na jednym półdupku i zdenerwowana podnosi głos. – Mógłbyś sobie niczym nieuzasadnione obawy zostawić dla siebie?!

– Ale czemu nie płacze? – Hamid zbity z pantałyku i skruszony siada ciężko na wielkim fotelu stylizowanym na czasy ludwikowskie.

– Aaaaa!!! – Marysia wścieka się nie na żarty. – Chcesz, żeby płakała, to zaraz zacznie, i to razem ze mną! – Pada oburzona na poduszki, przysuwa bliżej swojego łoża niemowlęcą kołyskę i daje córeczce palec do złapania. – Ależ ona ma uchwyt! – Uśmiecha się rozanielona, a troszkę już uspokojony Hamid przysuwa się do swoich kochanych dziewczyn, kładzie podbródek na wezgłowiu i chłonie każdy ruch, każde mrugnięcie swojej maleńkiej córeczki.

– Ale żeś się szwagier szarpnął! – ciszę i spokój przerywa Daria, która wpada do środka jak burza i pierwsze co, to rozdziawia buzię na widok apartamentu szpitalnego. – Ja cię chromolę! Po co to wszystko?! – Biega dookoła. – Trzy pokoje, dwie łazienki, aneks kuchenny?! – wykrzykuje, podnosząc do góry brwi. – Ależ ty masz, siostra, łoże, ja nie mogę! – Siada w nogach Marysi i podskakuje na pośladkach jak dziecko. – Łóżko szpitalne zamontowali w ciężką drewnianą tradycyjną obudowę, toż tak można chorować! Ale zaje drewniane szafy! Hej! Wy widzieliście ten telewizor? LCD i wielki jak krowa! Ileż on może mieć cali?

– Z pięćdziesiąt pięć. – Hamid patrzy na nastolatkę twardym wzrokiem. Po co tutaj przyszła? Podziwiać szpitalny apartament?, sceptycznie ocenia, ale nie wypowiada tego na głos, bo to przecież żony ukochana i jedyna siostra.

– Daria, czy ciebie coś pogięło? – Marysia jest bardziej szczera, i to w języku polskim.

– Można obejrzeć filmy na bluerayu, bo masz też odtwarzacz. Jak zostaniesz na dłużej, to ja przyniosę. W zasadzie można by tutaj spędzać wczasy. Wiesz, Marynia, że masz w zestawie jeszcze salon? Wyposażony jak w bogatym domu w skórzane sofy, fotele, ławy i z częścią jadalną ze stołem może na dziesięć osób. Wolno przyjmować gości i robić imprezki!

– Wyobraź sobie, że przyszłam do tego szpitala w innym celu – syczy Marysia przez zęby.

– Aaa, masz już dzidziusia? – Młoda w końcu podchodzi do niemowlęcej kołyski. – Ja to się takich małych dzieci boję – trochę spokojniej wyznaje. – Skąd one przyszły, skąd się wzięły, jakie mają wspomnienia…

– Nie stawaj z tyłu za głową, bo dostanie zeza! – Młodzi rodzice aż podskakują na dźwięk rozkazującego tonu. – Córuniu kochana, jakaś ty umordowana! – Dorota, która oczywiście przyszła z Łukaszem, przynosząc wielkiego różowego miśka siedzącego na parokilogramowym pudle z czekoladkami, podbiega, lecz nie ma zamiaru wycałować Marysi. Prezent wciska w ręce zięcia, a sama od razu zawisa nad dzieckiem. – Jakaż ona piękna, jaka cudna, jak mądrze patrzy, a ma jedynie parę godzinek. A jaka silna! – Dziecko ma odruch chwytny naturalnie wykształcony i teraz miażdży szczupły palec babci. – Coś nadzwyczajnego!

Hamid ustępuje miejsca w fotelu zachwyconej teściowej, lecz pomimo jej egzaltowanego zachowania uśmiecha się z zadowoleniem. Oczywiście, że jego córunia jest najpiękniejsza na świecie, tylko ani deka niepodobna do taty. Nie szkodzi, stwierdza, żeby tylko była zdrowa. Marysi to ona też nie jest, ja jestem dawcą, a moja żona surogatką… A może ją podmienili?, wpada w panikę, a serce z przerażenia staje mu dęba. Trzeba będzie zrobić testy DNA. Tak, koniecznie!, postanawia.

– Ty popatrz, maleńka Nadia to cała moja mama. – Marysia rozwiewa wątpliwości swojego męża.

– Wiesz, że też urodziłam się taką rudawą blondyną. – Dorota śmieje się przez łzy. – Ja nie mogę, jestem babcią! – Wybiega z pokoju, zalewając się łzami szczęścia.

– Ale kształt oczu ma migdałowy, orientalny, po was. – Łukasz głupio się czuje i postanawia pocieszyć młodych rodziców.

– Tylko że są niebieskie, ha! – Daria nie ma litości.

– Na jaką piękność ona wyrośnie! Och! – Świeżo upieczona babcia błyskawicznie pozbierała się i z czerwonym nosem podchodzi do rodziny. – Burza rudych kręconych włosów, błękitne oczy w czarnej oprawie, a wszystko przy ciemnej karnacji.

– Bardzo ciemnej – włącza się Hamid, przystawiając swoją jasną dłoń do śniadej rączki noworodka. – Nawet Miriam jest jaśniejsza, nie wspominając już o tobie.

– To po rodzinie ojca Marysi, Ahmeda – prędko tłumaczy Dorota, a jej wzrok staje się bardzo poważny i skupiony. – Jej ciotki Malika i Chadidża były mocno smagłe. I widzę, że nosek też po nich dostała – śmieje się.

– Dziecko to taki miks, a rysy kształtują się dopiero w wieku paru lat. Ja myślałem, że w naszym Adasiu ze mnie jest tylko kutasik, a teraz coraz bardziej się do mnie upodabnia. – Łukasz obejmuje Dorotę ramieniem.

– Ale na plastykę tego garbatego kinolka to już trzeba by zacząć zbierać. – Marysia delikatnie przejeżdża opuszkami palców po maleńkiej buźce córeczki, a ta zabawnie marszczy się i prycha jak kotek.

– Doroto, nie uważasz, że Nadia jest za mała? Powiedz mi, proszę – próbuje rozwiać swoje obawy Hamid. – Czemu urodziła się przed czasem?

– Bo spieszno jej było na ten świat. – Babcia uśmiecha się jak miód.

W tej chwili jak spod ziemi wyrasta zaprzyjaźniona doktor położnik, pani Singh.

– Witam państwa. Proszę nic a nic się nie martwić. Dzieci nieraz rodzą się nawet w szóstym miesiącu i wtedy to już jest problem, bo przeważnie nie wszystkie narządy mają działające prawidłowo i muszą przez jakiś czas przebywać w inkubatorze. Ale siódmy czy ósmy to już wszystko jest jak należy, a dziecko pozostaje jeszcze w brzuchu matki do dziewiątego miesiąca jedynie po to, aby się wzmocnić i urosnąć i… umordować kobietę do cna – żartuje. – Wasza malutka wzrostowo i wagowo mieści się w normie, a tylko nam dorosłym wydaje się, że noworodek jest taki mały. Jakiż wielki miałby urosnąć w tej biednej mamie? I tak miałyśmy spore problemy z wypchnięciem jej na świat, prawda? – zwraca się do Marysi. – Jak się czujemy, wszystko dobrze? Czy coś boli?

– Troszkę, na dole… – Speszona dziewczyna spuszcza wzrok, nie chcąc tak otwarcie mówić o swoim kroczu.

– O każdym dyskomforcie proszę od razu informować, zaraz przyślę siostrę z lekarstwem. Nie musimy cierpieć, ból to zło, już sama się o tym przekonałaś.

– Tak, dziękuję.

– Bo ta dziewucha nie wiem komu i co chciała udowodnić! – Dorota nie wytrzymuje, a lekarka z uśmieszkiem na ustach wychodzi.

– Mamo, nie mów takich rzeczy i przynajmniej nie opierniczaj mnie przy obcych.

Matka i dorosła córka zaczynają rozmowę po polsku, a Daria uruchamia komputer w kącie sali. Mężczyźni sadowią się przy małym kawowym stoliczku, nie chcąc przeszkadzać kobietom.

– Kto chce kawę, herbatę albo coś zimnego do picia? – oferuje Hamid, machając ręką na filipińską pielęgniarkę, która cały czas stoi w drzwiach i czeka na polecenia.

– Ja szampana, w końcu jestem ciotką! – Daria wyrywa się pierwsza.

– Dobrze, weźmiemy saudyjskiego szampana dla wszystkich. Ja kawę, czy ktoś jeszcze? Chyba nie śpię już drugą dobę – wzdycha mężczyzna, przejeżdża ręką po splątanych włosach. Wygląda naprawdę kiepsko, ma czarne cienie pod oczami, a zarost pokrywa jego blade, zapadnięte policzki. – Czuję się, jakbym sam rodził – śmieje się cicho.

– Ciężko było? – pyta Łukasz, głaszcząc się po łysinie.

– Człowieku, dwadzieścia siedem godzin! Masakra!

– A nie mówiłam ci, żebyś normalnie rodziła, po ludzku, poszła na oddział położniczy, wzięła albo znieczulenie zewnątrzoponowe, albo dała sobie zrobić cesarkę? – Dorota po pierwszej euforii dzidziusiem skupia się jednak na wyniszczonej córce.

– Mamo…

– Nie wiem, kto ci naopowiadał głupot, że poród to coś wspaniałego, a najlepszy to jest ten naturalny – nie daje sobie przerwać. – Idiotyzm! Jaki nowoczesny i dobry położnik jeszcze nadal będzie opowiadał niestworzone farmazony na temat szkodliwości leków?! Lekarze często namawiają kobiety, by przeżywały naturalny ból porodowy, ale tymi cudownymi doradcami przeważnie są mężczyźni, którzy o doznaniach kobiety wydającej dziecko na świat nie mają bladego pojęcia. Ale ty przecież byłaś pod opieką świetnej doktor Singh? To ona cię nakłoniła? Nie chce mi się wierzyć! – Dorota aż dyszy po wygłoszonej tyradzie.

 

– To była moja i Hamida decyzja – mówi Marysia po angielsku i na tyle głośno, żeby mąż zwrócił na jej słowa uwagę. – Ty, mamo, masz trójkę dzieci i twierdzisz, że poród to paskudztwo i okropność?! No wiesz! Nie spodziewałabym się tego po tobie!

– Tak narodziny, jak i śmierć Panu Bogu się nie udały i nikt nie zmieni mojego zdania. – Na te słowa Hamid zamyśla się i potakująco kiwa głową. – Coś, co wiąże się z gigantycznym, niewyobrażalnym bólem nie wzbudza u mnie radości, a tak pierwszy krok człowieka w życie, jak i ten ostatni są tym okupione. Patrz, jaka Nadia jest umordowana, nic tylko śpi! A czy ty byłaś szczęśliwa, czując spazmy rozrywające ci brzuch i krzyże? Chyba jednak nie, bo ostatecznie wyszłaś z tej wanny z hydromasażem, przestałaś się bujać na dmuchanych piłkach i wąchać kadzidełka, słuchając relaksacyjnej muzyki, i poprosiłaś o przeciwbólowe. Mogłaś sobie oszczędzić tych paru godzin cierpień i zrobić to od razu.

– Ładnych mi parę godzin! – Hamid nie wytrzymuje. – Chyba ze dwanaście, jak nie lepiej.

Marysia, denerwując się, wyłamuje palce.

– Niestety, byłam zmuszona podjąć taką decyzję, bo za cholerę nie mogłam jej wypchnąć, a wody były już zielone…

– Co?! – Matka i siostra wytrzeszczają zgodnie oczy.

– Szykowali mnie do cesarki, ale dali jeszcze podwójną prowokację. To była ostatnia szansa…

– Zielone wody?! – Dorota wrzeszczy dosłownie jak obłąkana. – Daria, zgoogluj to szybko, ja cię proszę! Może dlatego ona tak śpi? Przecież, do cholery, dziecko powinno płakać i jeść, jeść i sikać, płakać i walić kupkę, i jeszcze raz jeść, i tak na okrągło. Ona jest za spokojna!

Hamid skacze na równe nogi, Łukasz drepcze w miejscu i nie wie, co ma ze sobą począć, a zwariowana babcia zaczyna rozpakowywać niemowlę z pieluszki. Czekająca tylko na znak pielęgniarka przyskakuje i paroma sprawnymi ruchami przebiera noworodka. Rozbudzona Nadia zaczyna popiskiwać, coraz głośniej i głośniej, aż wpada w spazmatyczny szloch i wszystkim za chwilę popękają bębenki w uszach.

– Zielone wody płodowe mogą świadczyć o niedotlenieniu dziecka lub o tym, że zrobiło pierwszą kupkę, tak zwaną smółkę – przekrzykuje Daria, czytając informacje z internetu.

– I tak właśnie mi powiedziano, po prostu zesrała się z wysiłku i ze strachu, ale niestety nie mogłam w tej jakiejś kretyńskiej panice dojść do głosu. – Marysia jest bliska płaczu, bo przecież sama była i jest mocno zaniepokojona kolorem wód i zdrowiem dziecka. – Zresztą kto by mnie słuchał! – wykrzykuje żałośnie na koniec.

– Karmiłaś już małą? – Dorota na nic nie zważa, a z podekscytowania jej źrenice powiększają się do tego stopnia, że prawie zakrywają błękitne tęczówki. Wygląda upiornie.

– Ty, mamo, coś brałaś? – Marysia uważnie jej się przygląda.

Pielęgniarka bierze noworodka dwoma rękami, jedną chwyta za główkę, a drugą za pupę i zbliża maluszka do półsiedzącej Marysi. Młoda mama nie wie, jak ma przejąć dziecko, i koniec końców Nadia ląduje u niej na przedramieniu z niebezpiecznie opadającą do tyłu główką.

– Zostawcie tę moją nieszczęsną wnuczkę! – Dorota przyskakuje jak tygrysica, biodrem odtrąca Filipinkę i szybko porywa malutką. – Wy chyba chcecie jej kark skręcić! – wykrzykuje trzęsącym się głosem i wygląda, jakby zaraz miała wyskoczyć ze skóry. Szybko bierze kolorową kwadratową tetrową pieluszkę, składa ją na pół, kładzie na niej dzidziusia i zawija w ścisły pakuneczek. – Teraz możesz nią nawet podrzucać – mówi, ciężko oddychając. – No nakarmże ją w końcu!

Hamid z Łukaszem porozumiewawczo patrzą sobie w oczy i wycofują się do eleganckiego saloniku.

– No i co? Przydaje się taki pokój. – Hamid blado się uśmiecha, ciesząc się, że Polak wykazał się taktem i opuścił pokój, zanim jego żona obnażyła pierś. Wszystko rozumie i dużo jest w stanie zaakceptować, ale w końcu Łukasz nie jest ojcem Marysi, tylko jej ojczymem. Chyba nawet w europejskich warunkach byłoby krępujące, a tutaj w Saudi jest przecież całkowicie zakazane, żeby mężczyzna spoza rodziny oglądał nagość Arabki. Uf!, ciężko wzdycha, masując czoło. Bycie ojcem chyba nie będzie łatwe, a to jakieś szaleństwo, które ogarnęło wszystkich, jest nie do wytrzymania.

– Dorota jest ostatnimi czasy bardzo znerwicowana. – Łukasz, jakby czytając w myślach Saudyjczyka, usprawiedliwia żonę i stara się ją wytłumaczyć. – Zawsze była nadpobudliwa i roztrzęsiona, bo to kobieta po straszliwych przejściach… – smutno zawiesza głos – ale od powrotu z Libii, po miesiącach spędzonych w centrum walk podczas arabskiej rewolucji, jest jeszcze gorzej. Trudno też się jej dziwić, ale czasami nie wiem, co robić – skarży się.

– Wiem, że ona miała nieszczęście żyć w toksycznym związku, zabrano jej córki, o które później musiała walczyć. Rozumiem też, że dlatego tak nienawidzi Arabów, bo trafiła na felerny egzemplarz – bagatelizuje sprawę Hamid. – Ale przecież źli ludzie zdarzają się wszędzie, na całym świecie! Czytałem o ojcu, który w Szwajcarii przez dwa lata przetrzymywał w piwnicy i molestował swoją nastoletnią córkę. Mnóstwo Polaków czy Rosjan pije alkohol i bije swoje rodziny, nie mówiąc już o znęcaniu się nad dziećmi. W Czechach facet najpierw zabawiał się ze swoją sześcioletnią córką, a kiedy sprawa wyszła na jaw, utopił ją w jeziorze, bestialsko zamordował żonę, a potem się powiesił – opowiada przeczytane wstrząsające historie.

– Takie przykłady można by mnożyć – zgadza się Łukasz. – Kiedy dotyka kogoś jedna tragedia, ta osoba ma szansę się z tego jakoś podźwignąć, lecz Dorota przeżyła wieloletnią gehennę, podczas której multum krzywd na nią spadło. Brzemię nie do udźwignięcia przez jednego człowieka! Kiedy się spotkaliśmy na pustyni, ona właśnie uciekała ze swojej saharyjskiej zsyłki, gdzie była przetrzymywana w beduińskiej osadzie przez dwa lata i wykorzystywana jak niewolnica, a na koniec chciano ją wydać za upośledzonego umysłowo pastucha.

– Nie wiedziałem. – Saudyjczyk poważnie spogląda w niebieskie oczy rozmówcy. – Miriam niewiele mi mówi o swoich przejściach i swojej rodzinie, a jeśli nie chce, to ja nie będę naciskał. Czy to wszystko przez jej ojca?

– Niestety, tak. To on zabrał matce córki, a następnie, chcąc się jej pozbyć, wywiózł ją do swojej dalekiej rodziny na pustynię. Arabski… – trochę poniewczasie Łukasz gryzie się w język.

– Już ci mówiłem, że to nie zależy od nacji czy kraju. Na całym świecie są dranie, mordercy i szubrawcy! – ripostuje Hamid, nie zważając na rasistowskie podejście rozmówcy.

– Tak, zgadzam się z tobą! – Polak jest mocno wzburzony wspomnieniem krzywd, jakich doznała jego ukochana żona. – Ale arabski mężczyzna, jeśli jest łajdakiem, to ma za sobą muzułmańskie prawo szariatu02, które daje facetowi pełną władzę nad kobietą i rodziną, co czyni go bezkarnym. Sorry, że ci to mówię.

02 Szariat – dosł. droga prowadząca do wodopoju; prawo kierujące życiem wyznawców tak sunnickiej, jak i szyickiej odmiany islamu. Islam nie uznaje rozdziału życia świeckiego i religijnego i dlatego reguluje zarówno zwyczaje religijne, organizację władzy religijnej, jak i codzienne życie muzułmanina. Szariat opiera się na założeniu, że prawo musi dostarczać wszystkiego, co potrzebne dla duchowego i fizycznego rozwoju jednostki.

– Cóż, chyba masz rację. – Saudyjczyk nie czuje się urażony, bo przecież czytuje gazety, ogląda telewizję, śledzi wydarzenia w internecie i wie, gdzie żyje i co się dookoła niego dzieje. Jest jedynie bardzo zmęczony i teraz nie chce już dłużej słuchać o drażliwych sprawach, tragediach i niesprawiedliwościach, nawet jeśli dotyczą jego rodziny. – Pozwolisz, że pójdę wziąć prysznic.

– Okej, jak przyniosą napoje, jakoś je rozparceluję. Odpocznij. Przepraszam, że akurat dzisiaj poruszyłem taki trudny i delikatny temat – kaja się Łukasz, patrząc na poszarzałą twarz zięcia. – Nie mam deka taktu.