WilczycaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 5

Ta chwila zbliżała się nieubłaganie i nie mogłam jej zatrzymać. W jedną ze styczniowych sobót Regina wstała, wypaliła kilka papierosów, zjadła śniadanie i zażądała, abym przedstawiła jej oceny semestralne. Struchlałam ze strachu, wiedząc, że szykuje się gruba awantura. Oczywiście znałam je już od czwartku, ale matka nigdy w życiu nie pofatygowała się na żadną wywiadówkę.

Nie miałam świadectwa z paskiem, ale nie uczyłam się najgorzej. Byłam zdolniachą. W szkole muzycznej, do której chodziłam, bo matka tak sobie zażyczyła, nazywano mnie geniuszką, bo choć nigdy nie zdołałam nauczyć się na pamięć utworów z nut, to jednak zawsze świetnie grałam ze słuchu! Nuty wygrały, więc ze szkoły mnie usunięto, ale do dzisiaj potrafię grać na pianinie.

– Co tak marnie z historii, ty debilu ty?! – wrzasnęła. Widziałam po niej, jak zaczyna się wściekać. To nie wróżyło najlepiej, bo dwa dni z rzędu ostro chlała, więc na pewno była na kacu. Właśnie w takich chwilach stawała się naprawdę niebezpieczna.

– Poprawię, mamo... Po prostu pani mnie nie lubi... – wydukałam.

To była święta prawda, nauczycielka szczerze mnie nie znosiła i zawsze stawiała mi najgorsze stopnie. Co za różnica, i tak matka miała w nosie moje usprawiedliwienia. Choć byłam prawie dorosła, to czułam się jak mała dziewczynka. Do oczu napłynęły mi łzy.

– Lubić? Ciebie? – parsknęła. – Jak ja bym wiedziała, że taka będziesz, to bym cię wyskrobała! Zejdź mi z oczu. Teraz!

Natychmiast skorzystałam z propozycji, przestępując po cztery stopnie naraz i zamykając drzwi pokoju na klucz. Wiedziałam, że piekło dopiero się zaczyna. Regina szukała pretekstu, choć nie potrzebowała żadnego powodu, by zamienić moje życie w piekło.

Miałam rację. Usiadłam na łóżku i w ciszy nasłuchiwałam, co się dzieje na dole. Po chwili usłyszałam kroki. Szła do mnie, rozjuszona jak byk.

– Otwieraj! – ryknęła jak demon z piekła.

Nie ruszyłam się z miejsca.

– Otwieraj natychmiast! – Tym razem jej wściekłość była bardziej przerażająca niż zwykle. Zastygłam. Nagle usłyszałam potworne łupnięcie. Zerwałam się na równe nogi, nie wiedząc, co się dzieje. Czy Regina miała taran?! Nie! Waliła pięściami w drzwi z taką furią, że aż się trzęsły. Nie przestawała... I znowu – łuuup! Spojrzałam na framugę i nie mogłam uwierzyć własnym oczom: zaczęła odchodzić od ściany! Pojawiły się gwoździe. Jeszcze jedno łupnięcie i wyważy drzwi.

W głowie miałam gonitwę myśli. Nagle zrozumiałam, że stoję przed wyborem: albo jej otworzę, albo stracę drzwi i nie będę mogła zamykać się w pokoju. Co było gorsze? Czy warto było ratować teraz skórę, by później za to pokutować?

Drżącą ręką przekręciłam zamek, a ona wtoczyła się do środka jak rozwścieczony gremlin. W dłoni trzymała łyżkę do butów, którą natychmiast zaczęła mnie lać.

– Mamo! – krzyknęłam pewna, że tym razem mnie zabije. Waliła na oślep i w pewnym momencie moją rękę przeszył ból o wiele dotkliwszy niż pozostałe ciosy.

– Aaaa! – Mój ryk zadzwonił w uszach. – Chyba złamałaś mi rękę!

Regina zastygła z uniesioną łyżką. Spojrzała na mnie półprzytomnie, ale widziałam, że się wycofuje. Dzika furia w jej oczach powoli gasła.

– A żebyś zdechła! – warknęła, odwróciła się na pięcie i wyszła.

Dopiero wtedy z moich oczu trysnęły łzy. Nadal byłam w szoku, ból docierał do mnie jak zza zasłony. Nie miałam jednak czasu, żeby się mazgaić. Wstałam o własnych siłach i wyszłam z pokoju. Byłam czujna, ale wiedziałam, że matka zaszyje się w sypialni przynajmniej do rana.

Zeszłam na parter, zamówiłam taksówkę. Musiałam pojechać do szpitala, by ktoś nastawił mi rękę i założył gips.

*

Powiedziałam lekarzom, że spadłam ze schodów. Tak barwnie opisałam te, które mamy w domu, że albo uwierzyli, albo nie chcieli wnikać, co się właściwie stało. I dobrze! Byłam zdana na siebie, nikt mi nie mógł pomóc, robiłam dobrą minę do złej gry. Pomyślałam, że skoro mam gips, to matka da mi spokój przynajmniej na trzy tygodnie.

Wróciłam do rezydencji, w dużej mierze wdzięczna losowi, że unieruchomił mi nie tę dłoń, którą piszę. Kiedy myślę o tym teraz, żal mi tamtej dziewczyny. Boże, matka złamała jej rano rękę, a ona tak po prostu wraca do domu i cieszy się, że będzie mogła pisać? To nienormalne! Taki jednak był mój dom. Wolałam trzymać się wersji, że mam kruche kości. To akurat prawda, ale umówmy się – nic nie usprawiedliwiało Reginy.

Na mój widok tylko uniosła brwi. Słowem się nie odezwała, żadnego „przepraszam” ani „jak się czujesz?”. Nic z tych rzeczy. Przestała się tylko dopytywać o oceny, jakby rankiem nasyciła się agresją i nic więcej nie chciała wiedzieć.

Na początku lutego zaczęłam ferie. Ku mojemu rozczarowaniu Regina nigdzie się nie ruszała z domu. Przychodzili do niej znajomi, wypijali kilka kieliszków i znikali, a ja siedziałam w swoim pokoju albo wychodziłam na miasto, byle nie stanąć jej przypadkiem na drodze.

To jednak nie wystarczyło.

Pewnego dnia, a pamiętam tę sytuację aż za dobrze, wtargnęła do mnie o piątej rano. Za oknem przestał padać śnieg, chwycił mróz i było jeszcze ciemno, a tu nagle rozległ się jazgotliwy głos jak z horroru:

– Ty kurewski darmozjadzie, wynoś się! – Jej wrzask umarłego postawiłby na nogi, stanęłam więc na baczność w ułamku sekundy. Bałam się, że znów zacznie mnie lać, a przecież miałam założony gips. Postanowiłam się ratować, nie mając pojęcia, jakie mam szanse. Nadal byłam zaspana, szok nie pozwalał mi racjonalnie myśleć.

– Dobrze, mamo, tylko pozwól mi zabrać jakieś rzeczy – krzyknęłam błagalnie.

– Wypierdalaj! – Dostrzegłam jej sylwetkę na tle korytarza. Wyglądała jak upiorna zjawa nawiedzająca ludzi w koszmarach.

Czym prędzej zaczęłam wyjmować ciuchy, byle jak najszybciej się ewakuować. Dopadła mnie w drzwiach. Nie spodziewałam się tego, dlatego zdołała wyrwać mi z rąk torebkę.

– Ty kurewski pomiocie, już tu nie wrócisz, słyszysz?! – warknęła. Wyciągnęła z kieszonki moje klucze.

– Honarata! – wrzasnęła. – Połącz mnie ze ślusarzem, ale już!

– Mamo, co ty... – Głos mi się łamał i nie zdołałam dokończyć zdania. Stałam bezradna i patrzyłam, jak gosposia wykręca jakiś numer.

– Nie masz już wstępu do tego domu! – syknęła Regina. – Zamki wymienię i już tu nie wejdziesz, rozumiesz?

Jeszcze nigdy nie zrobiła czegoś takiego. Nie wyrzucała mnie na zawsze, tylko na jakiś czas, aż przejdzie jej złość. Tym razem w jej nienawistnych oczach dostrzegłam upór i pewność siebie. Spełnił się mój najgorszy koszmar.

– WYNOŚ SIĘ! Zejdź mi z oczu!

Kilka minut później byłam już na zewnątrz, taszcząc ze sobą reklamówkę z ubraniami. Stanęłam pod budynkiem oniemiała z przerażenia. A więc naprawdę miałam iść pod most?

Zanim zdążyłam ruszyć przed siebie, coś upadło na ziemię. Spodnie? Zadarłam głowę, żeby zobaczyć, co się dzieje. Z otwartego okna ktoś z pasją wyrzucał moje rzeczy: bieliznę, swetry, dżinsy, kosmetyki. Regina wystawiła głowę przez okno.

– Jeszcze tu jesteś? Wypierdalaj! Ślusarz już jedzie.

Zaczęłam biec, byle jak najdalej od tego miejsca. W głowie wciąż rozbrzmiewało echo jej słów: „ślusarz już jedzie”. Wymieni zamki i już nigdy nie dostanę się do domu. Zaczęłam drżeć z zimna i rozpaczy. A najgorsze było to, że tym razem musiałam mocno się zastanowić, do czyich drzwi zapukać. Rodzice zabrali Jagnę do Warszawy na ferie zimowe, dokąd miałam pójść?

Ruszyłam przed siebie jak bezdomna. Lodowate powietrze znów wdzierało się do płuc, ale nie zwracałam na to uwagi. Postanowiłam skupić się na jakimś dobrym, ciepłym wspomnieniu. Na czymś, co pozwoli mi przetrwać ten koszmarny poranek.

ROZDZIAŁ 6

W takich chwilach jak tamta tylko jedno było w stanie ukoić moje nerwy: przywołane w myślach najpiękniejsze chwile z dzieciństwa.

Miałam zaledwie trzy i pół roku, ale i tak pamiętam doskonale każdy moment. Ojciec zaczął wtedy pracować na morzu, otwierały się przed nim nowe możliwości. Skorzystał z okazji i zaprosił nas w rejs – mnie i matkę. Miałyśmy spędzić na pokładzie statku rybackiego kilka miesięcy, odwiedzając europejskie porty.

Statek nazywał się „Frost Askot” i zachwycał wyglądem. Łajba bujająca się na zimnych wodach Bałtyku zajmowała się połowem i przewozem zamrożonych ryb. Dla małej dziewczynki stanowiła spełnienie marzeń. Weszłam na pokład oczarowana klimatem i załogą. Panowie marynarze wyglądali jak z obrazka, oszalałam na ich punkcie. Mieli brody, nosili żółte sztormiaki i gumowce za kolano. Był też bosman, z którym łowiłam ryby, i kapitan – szybko stałam się jego ulubienicą. Pewnego dnia pozwolił mi odświeżyć literki na kadłubie statku, do dzisiaj pamiętam, jak umazałam się farbą – ile to mi dało radości!

Zawijaliśmy do kolejnych portów, opływając Europę. Zdecydowanie najlepiej wspominam moment schodzenia na ląd, bo wtedy zawsze miałam jakąś przygodę. Pamiętam, że dostałam od rodziców przepiękny wózeczek dla lalek. Prawdziwe cacuszko z dużymi niklowanymi kołami, wyściełany welurową tkaniną. Nie mogłam się nim nacieszyć! W tamtych czasach Regina nie była aż tak upiorna, skoro potrafiła mi sprawić radość, ale już wtedy popełniała błędy. Jednym z nich było wypuszczenie mnie samej do portu, gdy zawitaliśmy do Anglii. Strasznie chciałam wypróbować wózek, a matka zgodziła się, pod warunkiem że nie będę odchodziła daleko.

No tak, tylko kto byłby w stanie powstrzymać czterolatkę przed czymkolwiek? Niewiele robiąc sobie z zakazów, ruszyłam raźnym krokiem przed siebie, pchając swój piękny wózek. Przechodnie mijali mnie z uśmiechem i machali do mnie ręką, wołając: How are you? Ja również obdzielałam ich uśmiechami i odmachiwałam radośnie. Ucieszyłam się, gdy podszedł do mnie pan policjant, który nosił na głowie czarny hełm.

 

– Gdzie masz mamusię? – zapytał po angielsku.

Oczywiście nic z tego nie rozumiałam, więc zabrano mnie na posterunek. Powiedziałam panom, jak nazywa się statek i jak ja się nazywam. Dzięki temu udało się odszukać moich rodziców i zaprowadzić mnie z powrotem na „Frost Askot”. Policja chciała wlepić im mandat, ale skończyło się na tym, że zostali zaproszeni na obiad i obyło się bez konsekwencji. Ja osobiście byłam tym wszystkim zachwycona, bo przecież poznałam tylu nowych przemiłych ludzi.

Przygoda spotkała mnie też w Norwegii. Znów ubłagałam mamę, by pozwoliła mi zejść na ląd. I znów wybrałam się na dłuższy spacer w głąb portu, aż dotarłam do miejsca, gdzie pewien weterynarz przeprawiał się łódką z wyspy na wyspę, by szczepić owce. Ten widok całkowicie mnie zachwycił, więc ochoczo wskoczyłam na pokład, by mu pomagać. Widocznie on nie miał z tym problemu, a ja patrzyłam wyłącznie na jedno: słodkie, cieplutkie owieczki! Gile zwisały mi aż do pasa, ale wcale się tym nie przejmowałam. Pływałam przez ładnych parę godzin, nie zdając sobie sprawy, że rodzice w panice przetrząsają port. Kiedy w końcu mnie znaleźli, ojciec wpadł w szał. Dostałam kilka klapsów i musiałam wysłuchać reprymendy, ale... no jasne, że było warto.

Tylko niech się nikomu nie wydaje, że pobyt na „Frost Askot” był wyłącznie przyjemnością. Wręcz przeciwnie, cierpiałam na wyjątkowo silną i nieustępującą chorobę morską. Wystarczyło, że odbijaliśmy od brzegu, a ja natychmiast dostawałam potwornych torsji. Wymiotowałam tak intensywnie, że tata wynosił z kajuty dosłownie całe reklamówki rzygowin. Trzeba było jakoś temu zaradzić. I właśnie tutaj kłania się pomysłowość moich rodziców, i, powiedzmy sobie szczerze – całkowita nieodpowiedzialność.

Wymyślili sobie, że oddadzą mnie pod opiekę emerytowanemu kapitanowi z tego statku i jego żonie. Ingol i Britta byli starszym małżeństwem, mieszkali w Kopenhadze, w przepięknej zabytkowej dzielnicy. Ach, to było bajkowe miejsce!

Kiedy zawitałam tam po raz pierwszy, nie mogłam oderwać oczu od widoków. Okolica pełna starych willi z gzymsami i szarymi dachówkami przypominała ilustracje z baśni. Z tyłu domu Ingola i Britty znajdował się najcudowniejszy ogród, jaki kiedykolwiek podziwiałam – bujny, gęsty, żyjący własnym życiem. Przypominał busz, wyobraźnia małej dziewczynki pracowała w nim na najwyższych obrotach. Nic dziwnego, że z radością tam zostałam.

Ojciec przytulił mnie na pożegnanie i powiedział:

– Do zobaczenia niebawem.

Teoretycznie miałam u nich zabawić kilka tygodni. Wyszły niecałe dwa lata.

*

Britta i Ingol mieli trzy owczarki collie, idealne psy dla małej księżniczki, za jaką bez wątpienia mnie uważali. Wychowywana w szarej wówczas Polsce, pod okiem nieczułej matki, nagle zostałam oddana do magicznej duńskiej krainy, w której wszystko było piękne i dobre. Zalała mnie fala miłości i ciepła, jakiej nigdy nie zaznałam, nawet od ojca.

Ingol wyglądał jak człowiek wycięty z dziecięcej książeczki: miał białą brodę, nosił musztardowe sztruksy, drewniane trepy i sweter z dekoltem w serek. A do tego palił fajkę, choć nigdy przy mnie! Czasem tylko z ogrodu dobiegał mnie jej przyjemny, wiśniowy zapach. Britta też była słodka, a obydwojgu dobrze patrzyło z oczu. To byli kochający, pełni ciepła ludzie, którzy tęsknili za dziećmi i nagle jedno dostali w prezencie. Nie mieli swoich. Z miejsca postanowili mnie rozpieszczać, a ja chłonęłam każdy dzień, bo oczywiście bardzo mi się to podobało.

Britta budziła mnie codziennie rano z uśmiechem. Radość sprawiał jej sam fakt, że otwierałam oczy. Przeciągałam się w miękkiej pachnącej pościeli, w moim pięknym pokoju. Dostawałam przepyszne śniadanie przygotowane specjalnie dla mnie, a kiedy już zjadłam, całe dnie biegałam po ogrodzie z prywatnym orszakiem Lassie. To było lato, więc Ingol i Britta zakupili dla mnie basenik, w którym mogłam się pluskać, ile tylko chciałam. W przerwach dostawałam smakołyki, w tym tradycyjną duńską przekąskę podawaną dzieciom – dojrzałego banana zagniecionego z mlekiem.

Dni upływały mi na zabawie i beztrosce, a moi opiekunowie zakochali się we mnie do szaleństwa. Szybko zaczęliśmy mówić tym samym językiem, bo opanowałam duński. Było mi dobrze, dzisiaj mówię o tamtym czasie „Dzieci z Bullerbyn”, choć bardziej pasowałoby porównanie do Małej księżniczki.

Kiedy okazało się, że mam zostać w Kopenhadze na dłużej, moi opiekunowie posłali mnie do międzynarodowego przedszkola. To było wyjątkowe miejsce, wręcz stworzone dla osoby tak ciekawej świata jak ja. Poznałam tam dzieci z Japonii, Chin, Stanów Zjednoczonych, z Afryki i oczywiście z Danii. Prawdziwe multi-kulti. Moją przyjaciółką została przesłodka Japonka, która spinała czarne włosy spinką z Hello Kitty. Bawiłyśmy się razem całe dnie, niczym się nie przejmując. Wszystkich nas łączyło to, że nikt nie mówił dobrze po duńsku, ale błyskawicznie znaleźliśmy nić porozumienia. W ciągu sześciu miesięcy opanowałam język i poczułam się częścią tamtego świata.

Przedszkole było takie, jakie powinno być – kolorowe i radosne. Nikt niczego nie musiał, a dnie upływały na przyjemnych zajęciach, mogłam na przykład rysować do woli. Opowiadam o tym nie bez przyczyny, bo później, kiedy wróciłam do Polski, czekało mnie szokujące zderzenie z rzeczywistością. Dosłownie jakbym walnęła w lodową skałę.

Po niecałych dwóch latach idylli rodzice w końcu mnie odebrali. Zakończyli swój rejs (nie wiem, co robili w tym czasie, być może nawet wracali do kraju), ale zależało im, abym poszła do zerówki w Gdańsku. Pożegnałam więc Brittę i Ingola, zostawiając za sobą kawałek swojego serca. Jestem wdzięczna losowi, że mogłam to wtedy przeżyć, choć rozłąka z nimi sprawiła mi wiele bólu. Długo ich wspominałam, nie mogąc przeboleć straty.

No dobrze. Kilkuletnia Karolina dopłynęła jakoś do Gdańska i była gotowa, by przekroczyć próg nowego przedszkola. Zrobiła to z uśmiechem na twarzy, bo tego uczono ją przez ostatnie dwa lata. I nagle – baaam! – dostała, że tak to określę, obuchem w łeb. Pani przedszkolanka na widok jej roześmianej buzi strasznie się zezłościła i kazała jej stanąć w kącie.

Ukarana za radość, zauważyłam, że dzieci wcale nie są takie fajne jak w Danii. I na dodatek potrafiły być wredne, bo kiedy poprosiłam o banana z mlekiem, a była to nadal moja ukochana przekąska, śmiały się ze mnie i wołały: „Zjada rzygi, fuuuj!”. Być może właśnie wtedy poczułam się po raz pierwszy odrzucona i zapałałam potrzebą akceptacji. Łatwo nie miałam. Cała reszta nosiła się biednie, a ja byłam „markowa” od stóp do głów.

Próbowałam zaskarbić sobie ich przychylność, przynosząc różne słodycze, na przykład gumy w kształcie kulek. Szybko się przekonałam, że kupowanie przyjaźni nie zdaje egzaminu. I tak byłam inna, często wyrzucana poza nawias. Jak bardzo tęskniłam wtedy za przyjaciółmi z duńskiego przedszkola...

ROZDZIAŁ 7

Wróćmy na chwilę do momentu, gdy jako nastolatka znów musiałam szukać schronienia.

Jakoś koło szóstej rano zapukałam w ten mroźny lutowy poranek do drzwi jednej z moich koleżanek na Niedźwiedniku. Podobnie jak mieszkanie Jagny, dom Ani wydawał mi się ideałem. Taki zwyczajny, ciepły, z mądrymi rodzicami. Jej ojciec był neurologiem. Wspaniały człowiek, świetny tata, zawsze zazdrościłam jej tego, że mają ze sobą taki dobry kontakt.

Trochę znali moją sytuację, kiedy więc jej mama otworzyła drzwi, wpuściła mnie bez zbędnych pytań. Chodzenie po ludziach z prośbą o wsparcie było wtedy częścią mojego życia.

Musiałam obudzić Anię, ale nie była zła, wręcz przeciwnie, ucieszyła się z wizyty, choć doskonale wiedziała, co mnie przygnało. Po chwili zajrzał do nas jej ojciec i na mój widok wykrzyknął zdumiony:

– Karolina, a co ty tak wcześnie u nas?

W tym samym momencie koleżanka rzuciła mu znaczące spojrzenie. Być może myślała, że tego nie widzę, ale zrobiło mi się trochę głupio. I przykro. Wstyd było powiedzieć na głos, że matka znów zamieniała moje życie w koszmar. W każdym razie powstrzymała go od zadawania pytań, a on szybko się zreflektował:

– Poranni goście są najlepsi! Dostają śniadanie i kubek gorącej herbaty. Dziewczyny, napijecie się herbatki? Wiem, że tak.

Pokiwałyśmy głowami z entuzjazmem, bo za oknem trzaskał mróz. Mam wrażenie, że w tamtych czasach zimy były srogie, nie to co teraz. Chwilę później wrócił, niosąc w rękach dwa kubki. Podał mi jeden, a ja przyjęłam go z wdzięcznością.

Gorąca herbata była słodka, pyszna, z cytryną – taka, jaką lubię najbardziej. Przez moment nie słuchałam, co mówią. Skupiłam się na tym, jak mi ciepło i dobrze wśród uprzejmych ludzi, którzy dali mi schronienie. Poczułam się bezpieczna, ale w sercu kłuło mnie na myśl, że to tylko ułuda. Wcale nie byłam bezpieczna i wiedziałam, że zapewne jeszcze kilka razy w ciągu kolejnych miesięcy zostanę wyrzucona z domu. Regina miała w tym jakąś przyjemność, wiem, że dawało jej to poczucie władzy. No i chyba się cieszyła, że dopieka mi do żywego, bo co mogło być bardziej przykre od poczucia bezdomności, zwłaszcza w zimie?

Upijałam małe łyczki herbaty, jakbym bała się usłyszeć, że powinnam już iść. Oczywiście mogłam zostać, ile chciałam, ale to nie zmieniało faktu, że stałam się podrzutkiem. Znowu.

*

W końcu nadszedł czas, by pójść do domu i przekonać się, czy naprawdę nie ma dokąd wracać. Nie było mnie cały tydzień, a każdego dnia drżałam z przerażenia na myśl, co zastanę w willi Carringtonów.

Do Jaśkowej Doliny wybrałam się na piechotę, aby jak najbardziej opóźnić moment, kiedy będę musiała pogodzić się z faktem, że jestem bezdomna. W sercu nadal tliła się nadzieja, że może Regina w szale nienawiści tylko rzucała słowa na wiatr, kiedy jednak stanęłam przed frontowymi drzwiami, serce ścis­nęło mi się z żalu. Zamki zostały wymienione! Zapasowy klucz, który szczęśliwie miałam ze sobą, mogłam wyrzucić do śmieci.

Zamknęłam oczy i pozwoliłam sobie na chwilę słabości. Co więcej mogłam zrobić poza płaczem? Po chwili jednak usłyszałam, jak ktoś puka w okno. Uchyliłam powieki i zobaczyłam, że z wnętrza domu zerka na mnie nasza gosposia, Honorata. Ruchem głowy dała mi znać, że mam podejść do wejścia od strony ogrodu.

Zrobiłam, jak kazała.

– To klucz dla ciebie. Specjalnie go przechowałam. Od razu od ślusarza wyprosiłam dodatkowy komplet.

– Ale... Co na to mama? – Wzruszenie złapało mnie za gardło. Ta obca kobieta właśnie uratowała mi życie!

– Och, pani Karolino! Ona nawet nie pamięta, że te zamki wymieniła.

Ferie minęły szybko, a ja usilnie próbowałam odpocząć przed kolejnym ciężkim semestrem. Tęskniłam za Jagną. Czekałam, aż wróci, żeby podzielić się z nią troskami. Bez niej życie było smutniejsze, naprawdę doceniałam, że mam ją blisko siebie.

Przyznaję, że ostatni numer Reginy dał mi w kość. Jak to jest, że ktoś rani cię tyle razy, w ten sam sposób, a i tak zawsze boli równie mocno? Czy nie powinnam się już dawno uodpornić? Zebrało się we mnie tyle żalu i bólu, że zasiad­łam do biurka i napisałam kolejny (bo zdarzało mi się to już wcześniej) list. Do mojej matki. Brzmiał mniej więcej tak:

Dlaczego nie potrafisz mnie kochać? Czy kiedyś dasz mi odpowiedź, znajdziesz jakieś wytłumaczenie? Co robię źle, Mamo? Czym sobie zasłużyłam na nienawiść?

Tak bardzo brakuje mi Twojej miłości. To głupie, jestem już prawie dorosła. Kiedy jednak oglądam się za siebie, kiedy wspominam te wszystkie lata, to nadal tęsknię. Za Tobą, za jakąś prostą miłością. Nie, nie musisz nawet mówić, że mnie kochasz, bo może nie jesteś osobą, która jest wylewna. Ja to rozumiem. Nie musisz nawet mnie przytulać, ale po prostu bądź dla mnie lepsza. Ja wszystko Ci już wybaczyłam, dlatego proszę, czy może być między nami inaczej?

Jedyne wspomnienie, dobre wspomnienie związane z Tobą to zapach Twojej różowej stylonowej koszuli. Gdy zostawiałaś mnie w nocy, spałam z tą koszulą, bo wtedy mi się wydawało, że jesteś blisko mnie. I tyle! Tylko tyle mi zostało, bo nic więcej nie chciałaś mi dać.

Po napisaniu tego listu ryczałam jak głupia. Każdy normalny człowiek, który ma serce, wylałby trzy beczki łez, ale Reginy nie można było wzruszyć, a przynajmniej mnie się to nie udało. Czy płakałam, czy prosiłam, czy byłam grzeczna, czy nie – nigdy nie spotykała mnie nagroda. Jagna też strasznie się poryczała po lekturze, za to moja matka... najpierw wybuchnęła szyderczym śmiechem, a potem wydarła się na całego:

– Ty jesteś, kurwa, pojebana! Żeby takie bzdury pisać! To wszystko kłamstwo. Nieprawda, rozumiesz? Zaraz zadzwonię do ciotki i powiem jej, jaka jesteś głupia.

Nie rzucała słów na wiatr. Natychmiast wystukała numer do ciotki, a ja siedziałam na sofie w salonie i nie mogłam jej powstrzymać. Serce waliło mi z żalu i upokorzenia.

 

– Halo? Baśka? – Regina zaciągnęła się papierosem i wzięła do ręki list. – Słuchaj, co ta moja durna córka wypisała. Do mnie, rozumiesz? Do własnej matki takie, kurwa, dyrdymały. „Tak bardzo brakuje mi Twojej miłości” – przeczytała, przedrzeźniając mój głos. – No, wyobrażasz sobie, co to dziecko ma w głowie? Ja myślę, że ona jest upośledzona. Może ją na jakieś badania wyślemy, ale pewnie już za późno.

Nastała chwila ciszy. Znów wzięła porządnego bucha, a potem zarechotała.

– No wiem, dzieci już takie są, ale ta to przechodzi samą siebie! Słuchaj tego: „Jedyne wspomnienie, dobre wspomnienie związane z Tobą to zapach Twojej różowej stylonowej koszuli”. No, kurwa, jakiej koszuli? Ja nie miałam takiej koszuli! – Zerknęła w moją stronę. – Ciotka Basia mówi, że masz się popukać w ten pusty łeb.

Założę się, że nic takiego nie powiedziała, ale... czy to stanowiło jakąś różnicę? Rozdarła moje serce na strzępy. I wciąż nie miała dosyć.