WilczycaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 3

Minęły dwa dni, odkąd zostałam wyrzucona z domu. Matka, rzecz oczywista, wcale mnie nie szukała i nie próbowała dzwonić do Jagny; pewnie marzyła, żebym już nigdy nie wracała do domu. Tak bardzo jej przeszkadzałam! Niestety, nawet wizyta u przyjaciółki miała swój kres, przecież nie mogłam przebywać u niej w nieskończoność. Choć byłam tam mile widziana, czułam się źle, siedząc na karku jej rodzicom. Miałam przecież gdzie mieszkać, miałam dom, choć uważano mnie w nim za intruza.

– Ej, jak chcesz, to zostań! Dzisiaj przecież sylwester... – Jagna zawsze próbowała mnie zatrzymać. Współczuła mi i chciała, abym zaznała choć odrobiny szczęścia.

– No właśnie – przytaknęłam. – Rodzice idą na bal, a ty pewnie gdzieś wychodzisz, przecież wiem, że spotykasz się z Maćkiem. Nie chcę, żebyś dla mnie z tego rezygnowała. A do tego od dwóch dni chodzę w twoich ciuchach, które są na mnie za małe. Muszę wracać, matce na pewno już przeszło.

– Jak wolisz. W takim razie może wpadniesz jutro na obiad?

Uśmiechnęłam się, bo zawsze przychodziłam do nich pierwszego stycznia. Tylko tak mogłam dobrze rozpocząć kolejny rok życia.

Pożegnałam się z mamą Jagny i ruszyłam piechotą w drogę powrotną. Patrzyłam, jak buty zostawiają mokre ślady na śniegu, i starałam się nie myśleć o tym, co zastanę.

Mój dom nigdy nie kojarzył mi się z ciepłym gniazdkiem, bo Regina urządziła go jak rezydencję. Dwuskrzydłowe okazałe drzwi zapowiadały, że zaraz znajdziesz się w miejscu, które mogłoby robić za pięciogwiazdkowy hotel. Łącznie tysiąc trzysta metrów kwadratowych działki z furtką do pobliskiego lasu. Ta furtka też nieraz ratowała mi życie, bo prawie całe dzieciństwo spędziłam w ogrodzie, wśród drzew, gdzie matka raczej rzadko zaglądała. Chyba tylko dlatego przetrwałam we względnie dobrym zdrowiu psychicznym.

Pchnęłam drewniane skrzydło. Moim oczom ukazały się schody, a za nimi duży, przestronny hol, w całości wykonany z popielatego marmuru. Po tym właśnie holu siostra jeździła na wrotkach, a z piętra dobiegł skrzekliwy wrzask Reginy:

– Elwira, nie po holu, bo się wypierdolisz!

Zachichotałam, bo akurat to mnie bawiło. Istny dom wariatów, prawie jak u Mrożka. A może nawet tak samo? Spojrzałam na balustradę, ale matki nie było. Czyli siedziała w swojej sypialni, do której nie miałyśmy wstępu. Troszkę mi ulżyło, że nie będę musiała konfrontować się z nią od razu.

Wracając jeszcze do naszej willi Carringtonów: dom był piętrowy. Na podłodze leżały marmury i parkiety. Na ścianach wisiały lustra i obrazy w złotych ramach, a meble wykonano z wysokiej jakości drewna. Wszędzie można było się natknąć na złocone lub mosiężne popielnice nabite cuchnącymi petami. Moi rodzice kopcili nałogowo, Regina prawie nie rozstawała się z papierosem. Smród niedopałków unosił się w powietrzu i do dziś robi mi się niedobrze na samą myśl o tym zapachu. W życiu nie mogłabym mieszkać z kimś, kto pali nałogowo!

Nie chciałam na razie wchodzić na piętro, więc zajrzałam do kuchni, gdzie akurat krzątała się gosposia. Jej widok mocno mnie zaskoczył. Nie znałam tej kobiety. Szybko jednak połączyłam w głowie fakty.

W domu gosposie były od zawsze, głównie po to, by usługiwać Reginie. Sprzątały, przygotowywały dla niej posiłki, prasowały, zajmowały się Elwirą. I oczywiście robiły porządki po pijackich libacjach, które matka urządzała regularnie. Te nasze gosposie bywały różne, mniej lub bardziej miłe, starsze lub młodsze – to właściwie temat na osobną książkę. Łączyło je jedno: prędzej czy później nie wytrzymywały z moją matką i uciekały ile sił w nogach. Bywały świadkiem różnych scen: jak matka wymierza mi karę, chłoszcząc mnie paskiem, smyczą dla psa, jak goni mnie po domu z kablem albo łoi swoją ulubioną łyżką do butów. Przypomniałam sobie, że dwa dni temu, kiedy wybuchła awantura, a ja wybiegłam z domu w piżamie i kurtce, poprzednia gosposia patrzyła na tę scenę z niekłamaną zgrozą. Doskonale ją rozumiałam, Regina potrafiła być naprawdę przerażająca i właściwie nikt normalny nie miał szans z nią wytrzymać. Dlatego najprawdopodobniej tamta odeszła, a na jej miejsce szybko pojawił się ktoś nowy.

– Dzień dobry – przywitałam się.

Kobieta rzuciła mi współczujące spojrzenie, ale nie odezwała się ani słowem. Stała nad zlewem i przecierała miodowe kubki z duraleksu. Nie czułam się skrępowana jej obecnością, bo jak mówiłam, byłam przyzwyczajona do obcych ludzi w domu. Ciągle ktoś wpadał z wizytą. Rodzice mieli mnóstwo znajomych, którzy wiedzieli, że nie muszą zapowiadać odwiedzin – z Reginą zawsze można było się czegoś napić i poimprezować. Z ojcem też, wtedy robiła się z tego mała dyskoteka, bo tata uwielbiał Abbę i zawsze, kiedy wracał z morza, puszczał ich płyty, a muzyka płynęła z głośników przez cały dzień.

– Dziecko, a ty gdzie byłaś? – odezwała się jednak. – Twoja siostra mówiła, że uciekłaś z domu.

Nie wiem dlaczego, ale postanowiłam być z nią szczera.

– Nie, nie uciekłam. Zostałam wyrzucona. Mama często tak robi, proszę się przyzwyczaić.

Na jej twarzy odmalowało się ogromne współczucie. Nie ona jedna mnie żałowała, nic dziwnego – działy się u nas dantejskie sceny.

– Czy mogę ci jakoś pomóc? – zapytała czule.

– Nie. Dam sobie radę. Zawsze się jakoś układa.

Skinęła głową, ale bez przekonania.

Zrobiłam się głodna, więc zajrzałam do lodówki i wyjęłam ser. Nie chciałam, aby kolejny dzień z rzędu karmili mnie rodzice Jagny. Było mi głupio ich objadać, dlatego odmówiłam posiłku i wróciłam do siebie, mając nadzieję, że matka da mi spokój chociaż na jakiś czas.

Mój plan był taki, że o siedemnastej zamykam się w swoim pokoju i udaję, że mnie nie ma. W sylwestra na pewno będzie głośno...

– O, wróciła, kretynka jedna. – Aż podskoczyłam z przerażenia. W progu kuchni stała moja matka w długim jedwabnym szlafroku, z papierosem w ręce. – Gdzie się szlajałaś?! Co ty sobie myślisz, że tu, kurwa, jest hotel jakiś czy co?

Od razu odechciało mi się jeść, ale nie przerwałam przygotowywania kanapki. Tymczasem za plecami Reginy pojawiła się Elwira.

– A ty tu czego? – warknęła na nią. – Miałaś wybierać sukienkę na wieczór.

– Wybiorę, mamusiu, ale jestem głodna. – Spojrzała na ser, którym właśnie okładałam kromkę chleba.

– Mamooo – zawyła ze złością. – Ona zabrała cały ser, a ja go chciałam zjeeeść!

– Czego się drzesz? – krzyknęła matka. – Oddaj jej ten ser. – Wycelowała we mnie palec. – A ty idź na zakupy – wskazała na gosposię – żeby dla gości też starczyło!

Nie miałam wyjścia, zrobiłam, jak kazała. Elwira zawsze miała lepiej niż ja. Śmiem twierdzić, że z całej trójki swoich dzieci Regina tylko ją kochała. Nie była to oczywiście czuła, matczyna miłość, ale przynajmniej jakaś jej namiastka, czego w skrytości ducha zawsze jej zazdrościłam. Matka znacznie rzadziej na nią krzyczała i okazywała jej względy. Kiedy ją urodziła, może była bardziej dojrzała, by chociaż próbować być matką. I tak słabo sobie radziła, a mimo to byłabym gotowa wiele poświęcić, by zyskać choć trochę uwagi z jej strony. Elwira po prostu dostawała to w pakiecie.

Nie udało nam się nawiązać relacji. Mieszkałyśmy w tym wielkim jak smok domu i mijałyśmy się niczym obcy ludzie. Różnica wieku też dawała o sobie znać, bo przecież Elwira była jeszcze smarkulą, która ledwo nauczyła się poprawnie mówić. W tamtych czasach często mnie wkurzała, jak to młodsza siostra.

Został mi chleb z masłem, ale dobre i to. Z biciem serca wyminęłam matkę i pobiegłam do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi i odetchnęłam, choć mięśnie wciąż były spięte. Nigdzie nie byłam bezpieczna, a już na pewno nie pod tym dachem.

Włączyłam sobie muzykę i usiadłam na łóżku. Przeżuwając, zastanawiałam się, ile jeszcze z nią wytrzymam. Przecież prędzej czy później to musiało źle się skończyć. Często zastanawiałam się, jak będzie dalej wyglądało moje życie. Czy kiedykolwiek zaznam spokoju? Czy już do końca moich dni będę pod jarzmem Reginy?

Gdy ojciec kupił ten dom, najpierw remontowali go przez dwa lata. W tym czasie wynajmowaliśmy mieszkanie nieopodal, więc miałam tu blisko i często zaglądałam na budowę. Przyciągał mnie strych. Wysoki, niedostępny dla Reginy strych! Wdrapywałyśmy się tam z Jagną, brałyśmy prowiant, koc i potrafiłyśmy przesiadywać godzinami. Czułam się rewelacyjnie, bezpieczna, poza zasięgiem matki. Niestety w trakcie przebudowy strych został zlikwidowany i tym samym straciłam jedyną bezpieczną miejscówkę. Bardzo mi jej brakowało, bo mój pokój na pewno nie był azylem, pomimo tego, że mogłam zamykać go na klucz.

Nagle usłyszałam, jak na piętrze wybuchają jakieś głosy. Czy to już goście przyszli? Wybiła dopiero trzynasta! Po chwili jednak rozbrzmiała Abba, a moje serce zabiło szybciej. Tata wrócił!

Jak zwykle przywiózł same dobre rzeczy. Pobiegłam się z nim przywitać.

– Tatuś! – Rzuciłam mu się na szyję. Roześmiał się, przytulił mnie mocno, ale po chwili zerkał już tylko w stronę matki. Wiedziałam, co to oznacza – był w nastroju na imprezę. Po to przyjechał, by zabalować z Reginą, a nazajutrz wstać na kacu późnym popołudniem. Odpalił papierosa i poszedł pogłośnić muzykę. Lada moment mieli się zjawić pierwsi goście, więc zrozumiałam, że nic tu po mnie, lepiej zaszyć się w pokoju i jakoś to przetrwać.

Zdążyłam jeszcze zabrać z kuchni trochę smakołyków i podreptałam po schodach, jak zawsze rozglądając się ostrożnie, zachowując pełną czujność – nigdy nie mogłam przewidzieć, kiedy matka wyskoczy ze swojej sypialni w szale, by mi przyłożyć albo po raz kolejny wyrzucić mnie z domu.

Ze smutkiem stwierdziłam, że mam za sobą ciężki rok. Szkoła doprowadzała mnie do rozpaczy. Matka prześladowała i traktowała coraz gorzej. Szczerze mówiąc, w ogóle nie widziałam swojej przyszłości i nie miałam pojęcia, jak się uwolnię od Reginy. Czy to w ogóle możliwe?

 

Noc okazała się o wiele cięższa, niż zakładałam. Późnym wieczorem zaczęli się schodzić ludzie, w holu rozbrzmiewał gwar, który z godziny na godzinę przeradzał się w coraz większy harmider. Wiedziałam, że alkohol leje się strumieniami, a w powietrzu unosi się gęsta pajęczyna papierosowego dymu. Nienawidziłam tych libacji, wzbudzały we mnie lęk i jeszcze bardziej pogłębiały poczucie zagrożenia.

Jak zwykle czuwałam w łóżku, ale około pierwszej zmorzył mnie płytki, niespokojny sen. Nagle poczułam szarpnięcie. Otworzyłam gwałtownie oczy i przez kilka sekund nie wiedziałam, gdzie jestem.

– Karolina! Wstawaj, zagrasz nam – usłyszałam. Nad moim łóżkiem stała pijana matka, ćmiąc papierosa. Za nią stał ojciec, chwiejąc się jak stare rusztowanie w trakcie sztormu.

– No, perełko, nie daj się prosić. Zagrasz dla gości, chodź – wybełkotał.

Zerknęłam na zegarek. Dobry Boże, dochodziła trzecia nad ranem! Półprzytomna, wciąż zaspana, wygramoliłam się z łóżka i posłusznie powlokłam się za Reginą. Niczym zombi minęłam korytarz, zeszłam po schodach i trafiłam do salonu, gdzie na sofach zaległa garstka ludzi z kieliszkami w rękach. Och, jak dobrze znałam ten scenariusz! W trakcie swoich zakrapianych imprez matka uwielbiała chwalić się moją umiejętnością gry na pianinie. Nie dlatego, że była dumna, o nie! Po prostu lubiła błyszczeć.

– No już, graj. Dla Elizy – rozkazała.

Posłusznie uderzyłam w klawisze. Mój mózg pracował na zwolnionych obrotach, ale dłonie pamiętały, co mają robić. Gdy skończyłam, nikt nie bił braw. Wszyscy mieli to w dupie, zajęci dopijaniem resztek alkoholu.

– A teraz Fale Dunaju, perełko – poprosił ojciec, trzymając papierosa w ustach, a dłońmi polewając sobie ostatnią tej nocy porcję wódki.

Zrobiłam, jak prosił, choć szczerze nienawidziłam każdego dźwięku tego utworu. Jedyne, czego pragnęłam, to stamtąd uciec, ale czy ktoś pytał mnie o zdanie? Popisywałam się jeszcze przez pół godziny, a gdy tylko dostrzegłam, że towarzystwo odpłynęło, czmychnęłam do siebie.

ROZDZIAŁ 4

Tuż po Nowym Roku nastała w końcu upragniona chwila oddechu. Regina spakowała manatki i wyjechała na kilka dni do Danii. Jezu, jak cudownie było się obudzić i nie zaczynać dnia od kołatania serca. Ojciec też wyruszył w kolejny rejs, więc w domu zostałyśmy tylko ja i Elwira, którą zajmowała się gosposia.

Przeciągnęłam się w łóżku i postanowiłam, że oleję szkołę. Był piątek, a na samą myśl o przekraczaniu tych wysokich mrocznych progów robiło mi się niedobrze. O nie! W głowie od razu ułożył mi się całkiem fajny plan. Najpierw chciałam jak zawsze powłóczyć się po starówce, a potem zaprosić znajomych ze szkoły. Ten weekend miał należeć do mnie i cieszyłam się na tę myśl.

– Dzień dobry – przywitałam się z gosposią, kiedy zeszłam na późne śniadanie. – Będę miała wielką prośbę. Zrobi pani jakąś smaczną kolację? Zaproszę dzisiaj kilka osób, będą nocować i pewnie zostaną na weekend.

– Żaden problem, wszystko będzie gotowe. – Kobieta pokiwała głową z uśmiechem.

Dobry Boże, a więc ona też czuła ulgę, że Regina się zmyła! Trzeba było na serio to uczcić.

Elwira znów próbowała swoich sił na wrotkach, ale teraz nikt już na nią nie wrzeszczał. Ja na pewno nie miałam zamiaru zwracać jej uwagi. Ubrałam się, wzięłam trochę kasy i ruszyłam z domu na rynek. Pomimo mrozów wciąż odbywał się tam targ, miałam więc nadzieję, że złapię jakieś ciuchy dla siebie.

Starówkę znałam lepiej niż własny pokój. Każdą uliczkę, zakamarek, sklep – wszystko, a to dlatego, że właśnie tutaj zapuszczałam się na wagary, szukając wolności. Muszę przyznać, że po maturze miałam serdecznie dosyć tego miejsca i do dzisiaj kojarzy mi się ono z tułaczką.

Za to rynek – to było coś! Na straganach znajdowało się różne ciekawe rzeczy. Zimowe kurtki, buty, ozdoby, bibeloty, przyprawy. No i oczywiście całe zastępy płyt i kaset, wszyscy tym handlowali, nawet moi znajomi.

Na jednym ze stoisk zauważyłam ładne tureckie chusty. Moją uwagę przyciągnęły piękne kolory. Z pieniędzmi nie było problemu, w domu zawsze mogłam coś znaleźć, ojciec też dawał mi, ile chciałam, nigdy nie chodziłam bez gotówki.

– Mogę zobaczyć jedną?

– Jasne. Oglądaj sobie, ile chcesz. – Sprzedawczyni zachęciła mnie gestem ręki. Dopiero wtedy się jej przyjrzałam. Dziewczyna w moim wieku, bardzo wysoka, a do tego potwornie chuda. Było to widać, mimo że miała na sobie płaszcz, szalik i czapkę. Tyczka! Dzisiaj powiedziałabym, że modelka, ale w tamtych czasach nie tak mówiono na takie szkielety jak ona.

– Dzięki. Muszę dzisiaj czymś błysnąć na imprezie. Myślisz, że będę dobrze w tym wyglądać?

– Myślę, że super. – Uśmiechnęła się.

– I nie mówisz tego tylko po to, żebym kupiła?

– Ej, kupuj sobie, co chcesz, mnie tam wszystko jedno. Ale chusty ładne i ciepłe, dobre i na ramiona, i jako szalik. A gdzie ta impreza?

– U mnie w domu. Znajomi ze szkoły będą. Trzeba ich odstresować, bo w budzie jest ciężko.

– Ale ty nie jesteś w szkole. – Zaśmiała się. – Tylko tutaj.

– A ty? Chyba też jeszcze się uczysz? – Odwzajemniłam uśmiech, bo wydała mi się sympatyczna. Lubiłam poznawać ludzi i ze wszystkimi chciałam się zaprzyjaźniać. Tak o wiele łatwiej iść przez życie.

Wzruszyła ramionami.

– Muszę coś zarobić. W końcu mamy początek stycznia. – Zmrużyła oczy, lustrując mnie z góry na dół. Nie dało się ukryć, że moja kurtka do tanich nie należała, a jej płaszcz wyraźnie nosił ślady użytkowania. – To jak, kupujesz? Na pewno będziesz wyglądać pięknie. Aż bym to z chęcią zobaczyła.

– No to wpadnij! – wypaliłam spontanicznie.

– Serio? O której?

– O której chcesz. Będziemy w domu przez cały weekend. Gosposia robi jedzenie, więc będzie fajnie.

– Gosposia? – Jej oczy rozbłysły. – Dziewczyno, jesteś aż taka dziana?

– Ja? Nie, to rodzice.

Kupiłam chustę, podałam jej adres i poszłam na herbatę. Później zaczaiłam się pod szkołą, żeby poinformować znajomych o spotkaniu, i wróciłam do domu. Tym razem z chęcią, co zdarzało się przecież tak rzadko... Tego dnia z lekkością pchnęłam ciężkie drzwi i niemal przefrunęłam nad holem. W powietrzu unosił się zapach jedzenia. O ludzie, dopiero teraz miałam prawdziwe święta!

Byliśmy grzecznymi dzieciakami. Przez te dwa dni siedzieliśmy w salonie, objadaliśmy się tym, co przynosiła gosposia, słuchaliśmy muzyki, gadaliśmy o życiu, żartowaliśmy i oczywiście narzekaliśmy na szkołę. Oceny semestralne były już prawie wystawione, dlatego każdy z nas ledwo zipał po ostatnich miesiącach wypełnionych zakuwaniem.

Przez chwilę byłam naprawdę szczęśliwa. Zimny i nieprzyjazny na co dzień dom ożył i stał się naprawdę fajnym miejscem. Najbardziej jednak cieszyłam się, że mogę nakarmić i napoić przyjaciół, korzystając z bogatych zapasów ojca. Zawsze próbowałam zjednać sobie w ten sposób serca ludzi, jakbym nie do końca wierzyła w to, że mogą mnie lubić i kochać tak po prostu, bezinteresownie, za to, jaka jestem.

Wpadły też Jagna i dziewczyna z rynku. Dopiero kiedy przyszła, zrozumiałam, jak bardzo się różnimy. Nie chciała od razu wejść, została w holu i anonsowała ją gosposia.

– O, cześć! – Ucieszyłam się na jej widok. – Jednak jesteś. Zdejmuj płaszcz i chodź do nas. Zrobić ci coś gorącego do picia?

Zamiast mi odpowiedzieć, kręciła się wokół własnej osi z rozdziawionymi ustami. Zapomniałam już, że willa Carringtonów robiła piorunujące wrażenie, zwłaszcza za pierwszym razem.

– Jezu, ty tu mieszkasz? – wypaliła jednym tchem.

– Tak, ale uwierz mi, nie zawsze jest tak fajnie jak dzisiaj. Na co dzień cuchnie tu petami. – Skrzywiłam się, próbując ukryć zmieszanie.

– W życiu czegoś takiego nie widziałam. – Pokręciła głową i dalej gapiła się jak kaczka w pusty basen.

– Hej, wiesz, że nawet nie powiedziałaś, jak ci na imię? – Zaśmiałam się, żeby szybko zmienić temat.

– Mów do mnie Ziela. – Podała mi rękę.

– O, fajna ksywka. A ja jestem Karolina.

Od tego dnia utrzymywałam z Zielą kontakt, choć złote czasy naszej przyjaźni miały dopiero nadejść. Nie spodziewałam się, że pewnego dnia przeżyjemy razem najpotworniejszą przygodę życia. Prędzej obstawiałabym, że przydarzy mi się to z Jagną, która w tamtym czasie była moją prawdziwą bratnią duszą.

W każdym razie przedstawiłam Zielę znajomym. Łypnęła na nich niepewnie okiem, bo widać było, że to towarzystwo kujonów ze szkoły orłów, ale na szczęście atmosfera nie zrobiła się sztywna. I chwała Bogu, bo przecież pod nieobecność matki chciałam się wyluzować i nacieszyć faktem, że nikt nie robi mi siepy, a Regina osiągnęła w tej dziedzinie mistrzostwo świata.

Pamiętam na przykład, jak wpadło do mnie z wizytą dwóch kolegów, żeby posłuchać muzyki. Katowaliśmy kasety magnetofonowe, przewijając je w przód i w tył. Niespodziewanie (choć przecież zawsze powinnam się tego spodziewać) matka wtargnęła do mnie po pijaku. Obdarzyła ich pogardliwym spojrzeniem, wykrzywiła wargi i wycedziła, wymawiając powoli każde słowo:

– Czy wy nie jesteście przypadkiem schwule1? – Zaciąg­nęła się papierosem, chwiejąc się lekko.

– Mamo, proszę cię, wyjdź. – Zaczerwieniłam się aż po kokardę.

– O tak – kontynuowała, nawet na mnie nie patrząc. – Wy to chyba pedały jesteście – zaakcentowała ostatnie słowo, aż mnie ciarki przeszły.

Mój kolega zmarszczył czoło i postanowił, że jednak się odezwie, choć wszyscy wiedzieliśmy, że to na nic.

– Pani Regino, proszę uważać, co pani mówi. To bardzo niemiłe.

Uniosła wysoko brwi i wycelowała w niego palec. Jeszcze nie skończyła swojej pijackiej tyrady.

– Jeżeli liczycie na jakiś majątek, to Karolina jest wy-dzie-dzi-czo-na.

Opadły nam szczęki. O co jej chodziło?

Innym razem matka narobiła mi wstydu przy mojej koleżance Klarze, która miała dosyć ciemną cerę, przez co wyglądała trochę jak Mulatka. W gronie przyjaciół nazywaliśmy ją Kizzy, bo tak miała na imię czarnoskóra bohaterka serialu Korzenie, w całej Polsce znanego jako „Kunta Kinte”. To przezwisko było ściśle tajne, ale matka, która miała uszy jak nietoperz, musiała je gdzieś podsłuchać. Kiedyś Kizzy i kilka koleżanek zawitały do mnie na herbatę, ale szybko musiały wyjść, bo Regina wpadła do pokoju i wypaliła jak rewolwer:

– Ty... Ty Kunta Kinte! Wypierdalać z mojego domu! To nie jest hotel ani kawiarnia!

Takie sytuacje zdarzały się często, ale i tak zapraszałam znajomych. Chciałam, żeby mnie odwiedzali, bo inaczej oszalałabym do reszty. Poza tym to były takie czasy. W podstawówce i liceum nie bywałam na mieście, w zwyczaju było odwiedzanie się po domach. Wspólne picie herbatki, pogaduszki, słuchanie muzyki, przeglądanie czasopism. Tym właśnie było szczęście nastolatków.

W niedzielę gosposia zrobiła dla nas śniadanie. To był ostatni dzień weekendowej posiadówki, więc zależało mi, żeby wszyscy wyszli najedzeni i usatysfakcjonowani. Na stole pojawiły się wędliny, sery, owoce, owsianka i kawa. Aż chciało się jeść. Cieszyłam się tymi ostatnimi chwilami spokoju, bo wiedziałam, że późnym wieczorem wróci Regina, a wraz z nią chaos. Celebrowałam każdą minutę, rozkoszując się miłą atmosferą.

Właśnie zasiadałam do stołu, gdy nagle poczułam coś dziwnego. Zimny dreszcz na plecach, skurcz stresu w żołądku. Odwróciłam głowę i zobaczyłam matkę stojącą w progu. Jej nozdrza drgały niebezpiecznie. Od katastrofy dzieliły nas zaledwie sekundy.

– A wy, kurwa, co?! – wydarła się na cały głos. Miałam wrażenie, że naczynia delikatnie się zatrzęsły. Koledze szklanka upadła na podłogę, a ona ruszyła na nas rozjuszona jak byk na korridzie. Wszyscy poderwali się na równe nogi i rozpierzchli po salonie, szukając bezpiecznego miejsca.

– Ja się za was wezmę, kurewskie bachory! – Zamachnęła się rękoma i zmiotła część talerzy ze stołu. Jedzenie wylądowało na parkiecie. – Wynocha, pókim dobra!

Nie musiała dwa razy powtarzać. Całe towarzystwo rzuciło się do wyjścia, nie mówiąc nawet „do widzenia”. Została tylko Ziela, która złapała mnie za rękę i pociągnęła w kierunku drzwi.

– Wiejemy!

Gdy udało nam się dotrzeć do schodów, usłyszałam jeszcze jedno zdanie z ust matki. Znałam je na pamięć:

– To nie jest, kurwa, hotel!

Bardzo się wstydziłam tego zajścia. Znajomi nigdy go nie komentowali, zdając sobie sprawę, że na Reginę nie ma mocnych. Mimo to miałam ochotę zapaść się pod ziemię i nie wracać do szkoły.

 

1 Schwul – pedał (z niem.).