Na marginesie życia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Na marginesie życia
Na marginesie życia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 53,55  42,84 
Na marginesie życia
Na marginesie życia
Audiobook
Czyta Arkadiusz Bazak
19,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Autor o książce

Od czego zacząłby pan naszą rozmowę?

Od stwierdzenia, że jestem rodowitym warszawiakiem z Czerniakowa i że choć napisałem książkę Boso, ale w ostrogach, to w życiu tak nie chodzę.

Zapewnienie konieczne. A czy myślał pan kiedyś, że zostanie literatem?

Na Czerniakowie przed wojną nie myślało się o tym, żeby zostać literatem. Tam zaprzątała głowę tylko jedna myśl: Jak zarobić na chleb? O zawodzie literata nie myślałem nawet wtedy, gdy moja pierwsza książka Pięć lat kacetu znalazła się na półkach księgarskich. Poza tym naprawdę nie uważam się za zawodowego pisarza. Jestem ciągle amatorem i chyba takim pozostanę do końca. Ta cała impreza z moim pisarstwem – to wcale przyjemne nieporozumienie…

Wiem, że jest pan człowiekiem dowcipnym i pełnym humoru. Dlaczego więc w książkach pana tyle smutku?

Opisuję to, co przeżyłem. Niełatwe było życie chłopca z Czerniakowa, a przez pięć lat w kacetach smutek był moim chlebem codziennym. Ten mój dowcip i humor – to skorupa, którą przykrywam gorycz własnych przeżyć. Ból nie powinien być artykułem na pokaz.

Czy uważa pan, że literatura pamiętnikarska, ostatnio tak modna, ma przed sobą przyszłość?

Tak, chociażby dlatego, że jest jak najbardziej autentyczna, życiowa. Zresztą każda książka jest w jakimś sensie wynikiem przeżyć autora. Natomiast w książce o charakterze typowo pamiętnikarskim realność ta jest – rzec można – namacalna.

Nad czym pracuje pan obecnie?

Po wojnie spędziłem kilka lat w sanatoriach dla chorych na płuca. Okres ten chcę opisać w książce; będzie to powieść o ludziach na marginesie życia.

Wiktor Arpowski, „Żołnierz Polski”

rozmawia ze Stanisławem Grzesiukiem,

„Żołnierz Polski” nr 39, 24.09.1961

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Najważniejsze recenzje

Na marginesie życia ukazuje raz jeszcze Grzesiuka takim, jakim był naprawdę – człowieka nieobojętnego na bezmyślność, ignorancję i podłostki ludzkie. Grzesiuk nie jest bierną ofiarą czekającą w pokorze swego losu. Nie poddaje się nigdy i nie pozwala innym na kapitulację przed nieszczęściem, cierpieniem, obojętnością. Jego ostatnia książka stawia przed nami wszystkimi – przed służbą zdrowia i przed całym zdrowym społeczeństwem – problem chorych na gruźlicę, izolowanych przez otoczenie, pozostawionych niejako na marginesie życia. Stawia też Grzesiuk w zakończeniu swej książki jedno tylko pytanie: Czy tak być powinno?

Odpowiedzi już nie doczekał. W styczniu 1963 roku zmarł na gruźlicę, mając zaledwie 40 lat.

Celina Rybicka, Opowieść sanatoryjna,

„Służba Zdrowia” nr 33, 16.08.1964

Historia ciągłych zmagań z gruźlicą, życie w sanatoriach, ludzie, z którymi się tam stykał – oto tematyka ostatniej jego książki, pełnej realizmu, tak charakterystycznego dla pisarstwa Grzesiuka. Na marginesie życia jest kronikarską opowieścią o ludziach, którzy żyją pod ciągłą groźbą śmierci. Autor nie analizuje swoich cierpień, lecz widzi i interesują go przede wszystkim inni ludzie, wśród których żyje, ich postawa wobec choroby i wobec męczarni leczenia, wielokrotnych, często już nieskutecznych operacji i zabiegów. Obserwował uważnie, ile solidarności i pomocy w tej tragedii okazuje choremu społeczeństwo, rodzina, a ile bywa zapomnienia zdrowych o chorym, nieczułości, opuszczenia. Widzi w sprawach ludzi chorych na gruźlicę bardzo konkretne problemy społeczne i chodziło mu przede wszystkim o przełamanie tej dyskryminacji, dotyczącej każdego, kto po leczeniu w sanatorium wraca do pracy, do rodziny, do ludzi zdrowych.

Rozpoczynając swoją książkę, Grzesiuk napisał: „Nie jestem lekarzem, lecz od piętnastu lat chorym na gruźlicę. Byłem dziesięć razy w sanatorium i przeszedłem dwie operacje. Dlatego chcę opisać życie gruźlików obserwowane z pozycji chorego. W opowiadaniach swych będę chciał pokazać codzienne życie chorych – tych słabych psychicznie i tych silnych”.

Chciał autor napisać książkę o życiu i ludziach w sanatorium, ale czego nie wiedział – jest ona dzisiaj i wspomnieniem o nim samym, o zawadiace-romantyku, który nie chciał i nie umiał poddać się aż do końca.

Barbara Mróz, „Na marginesie życia”,

„Wieczór” nr 211, 09.09.1964

Obecnie ukazała się nowa książka Grzesiuka Na marginesie życia. Niestety ujrzała światło dzienne już po jego przedwczesnej śmierci. Grzesiuk umarł bowiem na gruźlicę, której nabawił się w obozie hitlerowskim.

Ta ostatnia książka ma właśnie ścisły związek z jego długoletnią chorobą. Jej akcja toczy się w sanatoriach dla gruźlików (autor przeszedł przez dziesięć sanatoriów polskich).

Książka o ludziach zamkniętych w sanatorium i odciętych tam w pewnym sensie od życia nie jest w literaturze nowością. Dość wymienić głośną Czarodziejską górę Tomasza Manna czy Choucas Zofii Nałkowskiej. Ale myliłby się ten, kto by usiłował szukać podobieństwa pomiędzy tamtymi dwiema książkami a Na marginesie życia. Grzesiuk nie podchodzi do smutnej sprawy środowiska skazanych na wegetację, nękanych lękiem śmierci od strony filozoficznej, jak tamci autorzy. Jego opowieść, mimo że zawiera wiele interesujących obserwacji psychologicznych, jest na ogół realistyczną, chwilami do granic naturalizmu, relacją życia tych ludzi, którzy znaleźli się nagle w warunkach tak odrębnych od normalnego życia.

Bohaterowie Grzesiuka to niemal wyłącznie przedstawiciele proletariatu miejskiego i wiejskiego, ludzie reagujący w najrozmaitszy sposób na cios zadany im przez życie i ratujący się każdy po swojemu. Bardzo ciekawa jest rola samego Grzesiuka, który wśród towarzyszy niedoli jest czynnikiem optymistycznym, wprowadza wszędzie, gdzie się dostanie, humor i piosenkę.

W książce znajdujemy też realistyczne odtworzenie terapii stosowanej w gruźlicy i interesujące, a bardzo różnorodne sylwetki lekarzy i całej obsługi szpitalnej. Najmocniejszy jednak akcent położony jest na stronę społeczną związaną z problemem ludzi, którzy wbrew swojej woli znaleźli się „na marginesie ­życia”.

Sam Grzesiuk, mocny chłopak, który nie poddaje się nieszczęściu i walczy do końca, został jednak zwyciężony przez gruźlicę.

Życie dopisało do jego książki tragiczne zakończenie. Nie doczekał jej ukazania się w druku.

„Rodak” z Czerniakowa,

„Express Wieczorny” nr 212, 03.09.1964

Jest to bowiem bardzo ludzka, tragiczna w istocie opowieść autobiograficzna, rysująca prawdziwy obraz przedwojennej powiślańskiej biedy, której egzotyka znacznie bardziej ponura i smutna była w rzeczywistości niż w zawadiackiej pieśni. Jest to obraz życia zniszczonego przez chorobę, z którą Grzesiuk uparcie walczył, to znów ją lekkomyślnie lekceważył. Jest to książka niezwykle prosto napisana, autentyczna, dokumentalna niemal, książka o doświadczeniach z lat minionych części pokolenia proletariackiego, które już odchodzi. Myślę, że ta książka jest ciekawa i pouczająca nie tylko dla nas, ziomków autora.

Bliżej książki współczesnej,

„Głos Pracy” nr 270, 12.11.1964

Przez kilkanaście lat pobytu w sanatoriach przeciwgruźliczych Grzesiuk zebrał niezwykle bogaty plon obserwacji i doświadczeń.

„Sanatorium to nie tylko leczenie chorych. To również zbiorowisko ludzi żyjących odrębnym życiem małego społeczeństwa” – zapisuje przy jakiejś okazji autor. Wydaje się, że obraz tego życia, jaki odtworzył na kartach swojej książki, jest wyjątkowo szeroki i wyrazisty. Kreśląc losy ludzi dotkniętych społeczną chorobą gruźlicy, nie szczędził barw jasnych i ciemnych, nie próbował fałszować rzeczywistości. Wprost przeciwnie – starał się pokazać ją w całej grozie i ostrości, aby wstrząsnąć sumieniem społeczeństwa i dać świadectwo prawdzie. „Bo dotychczas – oświadczy pod koniec książki – istnieje tylko solidarność i wzajemna pomoc wśród samych chorych… W społeczeństwie ludzi zdrowych gruźlik czuje się jak wyrzucony wrak, nikomu niepotrzebny. Widząc i czując wokół siebie intensywne życie – sam znajduje się już tylko na jego marginesie”…

Swoją przejmującą opowieścią autor złożył protest przeciwko temu. Protest stanowczy i wzruszający. Nie używając wielkich słów i uogólnień, powiedział więcej, niż mówią suche sprawozdania i ścisłe statystyki. Powiedział to językiem prostym, barwnym i żywym, przesyconym elementami ludowości i humoru.

Władysław Błachut, Grzesiuk,

„Gazeta Krakowska” nr 290, 06.12.1964

Grzesiuk, stuprocentowy, niepodrabiany chłopak z Czerniakowa, który awansował na pisarza i pieśniarza, przyjął ton serio. I to nie ze względu na czas ani miejsce akcji. Grzesiuk jak zwykle gawędzi o sanatorium, zbiorowisku ludzi, kłębowisku charakterów, scenek, sytuacji. Ale wybiera materiał starannie, najbardziej nadający się do druku, w miarę możliwości przyzwoity, pozytywny. Wszelką drastyczność, eschatologię, codzienny przecież składnik sanatoryjnego życia, redukuje do kulturalnego omówienia. Dla pewności moralizuje, strofuje, upomina nierozsądnych, na włas­ną szkodę działających pensjonariuszy: wmawia w samego siebie konieczność, skuteczność walki. I pisze podobnie – to również pomaga mu żyć. Jako „mocny człowiek” zachowuje powściągliwość, delikatność. Nie zanurza się w swoim i cudzym cierpieniu, nie babrze w prywatnej ludzkiej słabości, którą zna przecież już od swojej czerniakowskiej kołyski. Na podobnej zasadzie utrzymuje swoją prozę w językowej czystości, wstrzemięźliwości. Wystrzega się gwary, żargonu, rezygnuje z powiedzonek. Chce się obejść bez stylizacji, folkloru, który utorował mu drogę do sukcesu. Czy mu się to udaje? Śmierć zaskoczyła go w niezręcznej sytuacji: kiedy próbował mówić inaczej, w pół słowa.

Tomasz Łubieński, Książka Grzesiuka,

 

„Współczesność” nr 176, 31.12.1964

Na marginesie życia jest trzecią, a zarazem ostatnią książką Stanisława Grzesiuka. Zawężając temat, stwierdzić można, iż jest to opowieść o walce ze śmiercią, jaką prowadził autor ciężko chory na gruźlicę. „Zawężając”, bo jest to książka poświęcona w zasadzie nie jednostce, a środowisku ludzi dotkniętych tą chorobą.

Grzesiuk podjął w swych kronikarskich zapiskach wiele problemów dotyczących tego środowiska: życie zamkniętych w sanatoriach i szpitalach ludzi, pełne cierpienia, lęku, walki prowadzonej z chorobą, tak często zahaczającej o stół zabiegowy, osobiste dramaty, i wreszcie – bodaj w książce problem najważniejszy – zjawisko społecznej izolacji gruźlików.

Książka ma dwojakiego adresata: środowisko gruźlicze i pozostałą społeczność. Słowa o potrzebie zachowania ludzkiej, bo odważnej i godnej postawy w obliczu choroby – adresowane są do pierwszej grupy czytelników, apel o zrozumienie dla środowiska chorych, o zaangażowanie społecznej troski w imię pomocy tym ludziom, przywrócenie ich społecznemu życiu – rzucony jest pod szerokim adresem.

Na marginesie życia jest książką typową dla pisarstwa Grzesiuka. Wykazując nieporadność warsztatową, tchnie autentyzmem, szczerością, pełna humoru i smutku zarazem, głosi postawę afirmacji życia, niepoddawania się.

Ostatnia książka Grzesiuka,

„Odgłosy” nr 38, 20.09.1964

Przez kilkanaście lat pobytu w sanatoriach przeciwgruźliczych (najdłużej – z przerwami – w Otwocku) Grzesiuk zebrał niezwyk­le bogaty plon obserwacji i doświadczeń, które bez niedomówień przekazano dziś czytelnikowi, prowokując go do przemyśleń i refleksji. W tych swoich impresyjno-reporterskich wynurzeniach jest Grzesiuk aż do przesady obiektywny i ani na chwilę nie opuszcza go poczucie rzeczywistości, także – z lekka wisielcze poczucie humoru. Jest to zresztą wynikiem jego postawy wobec życia. Dlatego również w sanatorium przeciwgruźliczym ten – jak się sam nazywa – „fachowy gruźlik” pragnie przynosić towarzyszom niedoli ulgę w cierpieniu, dodawać im otuchy, ratować dla życia. Niewdzięczne to zadanie, zważywszy, że ludzie ciężko chorzy niełatwo poddają się rygorom szpitalnej dyscypliny. W książce Grzesiuka znajdziemy na to niemało dowodów. Te partie jego pamiętnika wyróżniają się zresztą szczególnym znawstwem patologii nałogów i psychologii ludzi ulegających – mimo choroby – pokusom życia.

Kreśląc losy ludzi dotkniętych społeczną chorobą, autor nie próbuje fałszować obrazu, stara się ukazać go w całej grozie i ostrości. „Bo dotychczas – oświadczy pod koniec książki – istnieje tylko solidarność i wzajemna pomoc wśród samych chorych. W społeczeństwie ludzi zdrowych gruźlik czuje się jak wyrzucony wrak, nikomu niepotrzebny. Widząc i czując wokół siebie intensywność życia, sam znajduje się już tylko na jego marginesie”…

Swoją opowieścią autor założył przeciwko temu protest stanowczy i wzruszający. Nie używając wielkich słów i uogólnień, powiedział więcej, niż mówią ścisłe statystyki lub deklaracje. Powiedział to w sposób niezwykle frapujący, językiem prostym, barwnym i żywym, przesyconym elementami ludowości i humoru, na przemian chwytającym za serce i poruszającym sumienie.

„Na marginesie życia”,

„Życie Literackie” nr 50, 13.12.1964


Copyright © Izabela Laszuk & Kamila Chudzyńska, 2018

Projekt okładki: Mariusz Kula

Redaktor serii: Michał Nalewski

Redakcja: Irma Iwaszko

Korekta: Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8123-894-6

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

***

Mimo dużej propagandy „Jak unikać gruźlicy” społeczeństwo nie jest zapoznane z zagadnieniem gruźlicy, jej przebiegiem, możliwościami leczenia i możliwościami zakażenia. Wśród społeczeństwa niegruźliczego krąży wiele mitów na temat gruźlicy i gruźlików. Nie jestem lekarzem, lecz od piętnastu lat chorym na gruźlicę. W tym okresie byłem dziesięć razy w sanatorium i przeszedłem dwie operacje. Dlatego opisać chcę życie gruźlików obserwowane z pozycji jednego z nich, z pozycji chorego. Pokazać chcę życie chorych, ich radości i smutki, sprawy małe i problemy społeczne. W opowiadaniach swych będę chciał pokazać codzienne życie chorych, tych słabych psychicznie i tych silnych.

Czy mi się to udało, niech oceni czytelnik.

Stanisław Grzesiuk1

1 Pogrubieniem wyróżniono niepublikowane fragmenty przywrócone z rękopisu.

Jak się zaczęło?

Umierać na rozkaz nie miałem chęci.

W obozie regułą było uśmiercanie więźniów chorych na gruźlicę. Częsty i silny kaszel nasuwał mi myśl, że dostałem może choroby płuc. Toteż gdy w 1944 roku w Mauthausen-Gusen przeprowadzono masowe prześwietlenie więźniów – poszedł za mnie do rentgena inny więzień – zdrowy – któremu oddałem za to dzienną porcję chleba.

Po wyjściu na wolność zaczęła się zabawa. Ciesząc się powrotem do życia, wielu ludzi zatraciło hamulce. Dewizą było: Bawić się i używać życia.

Mimo że podejrzewałem u siebie chorobę, zastosowałem strusią politykę. Próba zdrowia polegała na tym, że pędziłem biegiem na czwarte piętro. Zmęczony jestem? Nie. No to jestem zdrowy, bo przecież człowiek chory tego nie dokona.

Pierwszy raz musiałem się obowiązkowo prześwietlić jesienią 1947 roku.

– Silne zaciemnienie lewego szczytu i pod lewym obojczykiem – brzmiało orzeczenie lekarskie2.

– Czy to coś poważnego? – zapytałem.

– To da się jeszcze zaleczyć – odpowiedział lekarz takim tonem, jakby chodziło o katar lub łupież. – Powinien pan jeździć każdego roku na dwa–trzy miesiące do sanatorium, przestać pić, nie palić, prowadzić uregulowany tryb życia…

Nie pić, nie palić i z „tych rzeczy” też może nic – to po co żyć? Czekać na zgon? Jak mnie Niemcy nie wykończyli, to gruźlica też nie da rady – dodaję sobie ducha.

– Panie doktorze – brawuruję – miałem brata: nie pił, nie palił, nie latał za dziewczynkami i… cztery lata miał, jak umarł. A ja żyję dwadzieścia dziewięć lat, nie odmawiając sobie tego i owego. I nie mam zamiaru umierać.

– Te rzeczy szkodzą – zapewniał doktor, nie powiedział jednak ani słowa, żeby zapisać się do poradni przeciwgruźliczej, nie wspomniał też nic o wystawieniu wniosku sanatoryjnego – a więc nie jest jeszcze ze mną tak źle! Jakiś tam naciek? Głupstwo. Będę żył z naciekiem. Nie pierwszy, nie ostatni.

I nadal jedynym sprawdzianem zdrowia był bieg po dwa stopnie na trzecie czy czwarte piętro.

Niczego sobie nie żałowałem z tych rzeczy, które szkodziły na zdrowie i pomagały w rozwinięciu się choroby, jak wódka, papierosy i te inne, o których dużo wiemy, lecz niechętnie mówimy.

Aż przyszła wiosna 1951 roku. Nasz ośmiomiesięczny syn zachorował na zapalenie płuc. Zapalenie wyleczone, ale chłopak wciąż kaszle.

Co mu jest? – zastanawiałem się. Może koklusz?

Koklusz się nie zwiększa, ale i się nie kończy.

– Musimy dać małego przebadać – powiadam do żony.

Po badaniach orzeczenie brzmi: naciek gruźliczy prawego płuca. Stan poważny. Należy wysłać dziecko do sanatorium. Rodzina i najbliższe otoczenie ma się prześwietlić, ktoś musi mieć otwartą gruźlicę.

Tego samego dnia kilkakrotnie przeprowadzałem swoje „schodowe” badanie. Jak zwykle nie wykazało odchyleń od stanu normalnego, a więc jestem zdrowy. Kto wobec tego zaraził mi dziecko? Może babcia? Bywa tak, że stara babcia ma przewlekłą gruźlicę, bawi wnuki, wnuki kolejno umierają na płuca, a babcia wciąż „zdrowa”.

Posyłam babcię na prześwietlenie. Nic jej nie brakuje. Żona? Tak samo.

Muszę pognać na prześwietlenie kilku kolegów, którzy często odwiedzali mnie w domu. Okazuje się, że wszyscy zdrowi.

Któż więc, u licha, zaraził?

– Pana jeszcze nie prześwietlaliśmy – przypomina doktor.

– Mnie? Po co? Przecież jestem zdrów.

– Chodź pan, chodź pan. Nie będziemy się targować. Tylko dla formalności, żebyśmy byli pewni.

Prześwietlił. Powiedział, że coś jest. Zrobił zdjęcie. Rzeczywiście jest. Dziury wielkości wiśni w obydwu płucach.

A więc „schodowe” badanie mnie zwiodło. Oszukało mnie dobre samopoczucie po przepiciu, gdy następnego dnia czułem się doskonale, jadłem śniadanie i bez żadnego kaca szedłem do pracy. Oszukała mnie silna kondycja fizyczna, którą utrzymywałem mimo przepitej nieraz lub częściej przepracowanej nocy. Oszukało to, że nie miałem stanów zmęczenia, nie pociłem się, nie plułem krwią. A tu raptem: dziury w obydwu płucach.

Jedynym objawem był kaszel, ale miałem go już w latach 1943–1945 w obozie i miałem go bez przerwy na wolności.

– To od papierosów – wmawiałem sobie i wszyscy mi przytakiwali.

No to, syneczku – pomyślałem – zaczynamy wspólny start w leczeniu. Tylko że ja już dużo przeżyłem, a ciebie trafiło to na samym progu życia. Jeśli będziesz cierpiał z tego powodu w przyszłości, to przez nierozsądek i nieświadomość ojca. Także wskutek powierzchownego potraktowania przez lekarza, który w 1947 roku po wykryciu nacieku mało zatroszczył się o pacjenta, nie pouczył, nie pokierował, nie nastraszył. Tym razem inny lekarz podszedł do przypadku z całą powagą i odpowiedzialnością.

Po tygodniu synek był już w sanatorium w Otwocku, a w tydzień po nim ja w sanatorium w Prabutach.

Tak się zaczęło.

2 Wszelkie określenia dotyczące diagnostyki i terapii, „diagnoz” stawianych przez pacjentów itp. pozostawiliśmy, w imię zachowania kolorytu książki, w brzmieniu podanym przez Autora – redakcja.

Wejście w życie

Z Warszawy wyjechałem nocnym pociągiem. Mimo że na dworzec przyszedłem na godzinę przed jego odejściem, wagon był już podstawiony i wszystkie siedzące miejsca zajęte. Czerwiec, okres wyjazdów na urlop nad morze. Zająłem siedzące miejsce w korytarzu, niewiele jednak z niego korzystałem, bo ścisk i obok stoją dwie stare zakonnice oraz jakiś starszy facet; wybałuszył na mnie oczy, dając mi znać w ten sposób, że nie wypada, aby młody facet siedział, a zakonnice stały. Ustąpiłem miejsca, ale powiedziałem, że jak mnie nogi zabolą, to się zamienimy. Zakonnice jechały do Gdańska, miały przed sobą dłuższą podróż, doszedłem więc do wniosku, że trzeba dać im posiedzieć. Nie znałem tej trasy, więc zapytałem o Prabuty i prosiłem, żeby mi ktoś obeznany z tą linią powiedział wcześniej, gdzie mam wysiąść.

– Pan do Prabut na urlop? – zapytała jedna z zakonnic.

– Nie. Do sanatorium gruźliczego – odpowiedziałem.

Nie zniżałem głosu do szeptu, stojący w pobliżu mogli mnie słyszeć.

– O, to przykre. Pan dawno choruje?

– Dowiedziałem się o chorobie dopiero przed paru tygodniami.

– To coś poważnego?

– Nie bardzo. Jeśli się gorzej nie rozchoruję, będzie mi ciężko w tym stanie umrzeć.

– Niech pan nie żartuje. Czy pan prątkuje?

– Chyba tak, zaraziłem swojego małego.

– Z Bożą pomocą wyleczy się i pan, i dziecko…

– Szkopuł w tym, proszę siostry, że ja w Bożą pomoc nie wierzę… Gdybym wierzył, nie jechałbym do sanatorium, lecz załatwiłbym sprawę z proboszczem swojej parafii.

– Oj, niech pan nie bluźni! – upomniała mnie zakonnica.

Od kilku chwil zaobserwowałem ruch obok siebie. Pomaleńku, nieznacznie, zaczęło się robić luźniej. Zrozumiałem. Ludzie odsuwali się z obawy, aby stojąc przy mnie, nie zarazić się… Trudno. Przynajmniej stoję swobodnie, a nawet mam możność usiąść na walizce. Wtedy to zjawiła się myśl, że choroba stanie się dla mnie przyczyną niejednej przykrości; że tak jak obcy ludzie w pociągu, odsuną się też i ci, których uważam za przyjaciół. Będą odsuwać się nieznacznie i powoli, jak ci tutaj, a niektórzy może uczynią to nawet szybko. Ale ja jestem twardy zawodnik. Znajomości przesieją się przez sito. Bojący odpadną, a zostaną wierni przyjaciele. Postanowiłem wtedy nigdy i przed nikim nie ukrywać swojej choroby.

Nareszcie Prabuty. Jest dopiero godzina piąta rano. Nie spiesząc się, wszedłem do budynku stacji. Z miejsca przywitał mnie duży napis na przeciwległych drzwiach: „Poczekalnia dla chorych z sanatorium w Prabutach”. Byłem już uczulony. Izolacja, zakląłem w myśli. Zajrzałem do poczekalni. Siedzą dwie osoby.

 

– Państwo też do sanatorium?

– Tak.

– Podobno do sanatorium jest trzy kilometry. Ciekaw jestem, jak się tam dostaniemy.

Wyszedłem poinformować się w kasie kolejowej.

– Proszę zadzwonić do sanatorium, to przyślą bryczkę.

Czekając, skracaliśmy sobie czas rozmową na wspólny, interesujący nas wszystkich temat: TBC.

Moimi rozmówcami byli: mężczyzna lat około trzydziestu pięciu i kobieta, której na oko można było dać trzydziestkę. Facet mizerny i widać, że schorowany. Babka – przy kości, dobrze wyglądająca.

– Dawno pan choruje? – zwróciła się do mnie.

– Dawno, ale się nie leczyłem.

– Pierwszy raz do sanatorium?

– Pierwszy.

– Pewno będą chcieli założyć panu odmę. Ja już leczę się sześć lat i nie dałam sobie założyć odmy.

– Dlaczego? – spytałem. – Jeśli lekarze w ten sposób chcą leczyć, to przecież wiedzą, co robią?

– Gdzie tam. Jak tylko zobaczą dziurkę, zaraz odma – tłumaczyła mi fachowo. – Co dwa tygodnie trzeba chodzić dopełniać, i to przez trzy lata. Żeby iść na dopełnienie, musi się pan na ten dzień zwalniać z pracy, a gdy w pracy dowiedzą się, że pan jest chory na gruźlicę, może pan mieć trudności ze strony kierownictwa i współpracowników.

Widzi pan, śmieszne to, ale prawdziwe: jak kto idzie raz na dwa lata do sanatorium, to mniejszą na niego zwracają uwagę, choćby ten człowiek nawet prątkował. Ale jeśli zwalnia się raz na dwa tygodnie, bo musi iść do lekarza na dopełnienie, uważają, że jest bardzo chory, i od takiego się odsuwają. Mimo że chory z odmą nie prątkuje, bo ma unieruchomione płuco i proces jest zatrzymany.

– To znaczy jednak, że odma pomaga?

– Jeśli się uda. Często okazuje się, że była nieskuteczna i dziura wyłazi z powrotem. Ale najgorsza jest przepalanka.

– Musi mi pani zrobić wykład, co to jest, bo ja ze słowem „przepalanka” kojarzę tylko gatunek wódki – bagatelizowałem mimo przykrych perspektyw na najbliższą przyszłość.

– Wkłuwają się do klatki piersiowej i przepalają zrosty, miejsca, w których płuco przyrośnięte jest do opłucnej.

– Teraz już jestem mądry, ale czy ja muszę mieć zrosty?

– Każdy człowiek dorosły ma zrosty. A komplikacje? Po odmie albo po przepalance zrobi się płyn. Płyn po pewnym czasie zamieni się w ropę, a jak już jest ropa, robi się przetoka, to jest dziura w oskrzelach. Przetoka się nie zlikwiduje, bo w komorze jest ropa, a ropy się nie zlikwiduje, bo przez przetokę następuje w komorze infekcja.

Dobrze – jeszcze nie dojechałem do sanatorium, a już wiem, co mnie czeka! Nie dam zrobić odmy – klops. Dam zrobić – to woda, ropa, przetoka i… klops. Więc w zasadzie wszystko jedno. Zobaczymy, co będzie dalej.

W tym punkcie instruktażu przyszedł furman od bryczki. Kazał nam się załadować i klip, klap, klip, klap – truchcikiem, pomaleńku, szosą przez liściaste lasy, gdzieniegdzie przetykane sosnami… Wreszcie bryczka zatrzymała się pod budynkiem administracji.

Przydzielono mnie do pokoju, w którym już było dwóch pacjentów. Jeden był szewcem z Bydgoszczy, drugi studentem z Włocławka. Po trzech dniach mówiliśmy już sobie po imieniu z Władkiem i Heńkiem.

Ordynator zapowiedział, że do czasu ukończenia badań zaleca mi „ścisłe łóżko”. To znaczy zakaz wychodzenia na korytarz, do stołówki, świetlicy i parku w godzinach wolnych od leżakowania. Posiłki w pokoju, a wychodzenie tylko tam, gdzie każdy musi.

Trudno. „Nie ma przyjemności bez bólu, rzekła małpa całująca jeża” – pomyślałem warszawskim powiedzonkiem. Piekielnie nie lubię leżeć, lecz postanowiłem ściśle stosować się do zaleceń lekarzy. To wbrew własnej naturze, która buntuje się przeciw wszelkim rygorom krępującym moją swobodę.

Po trzech dniach lekarz oświadcza:

– Dziury po obydwu stronach. Na stronę prawą proponuję odmę boczną opłucnową, o stronie lewej pomówimy później.

– Dobrze, niech pan doktor robi odmę – odpowiedziałem zdecydowanie.

Wyszedł i już po kilku minutach wrócił z pielęgniarką, która pchała przed sobą wózek lekarski z aparatem do zakładania odmy.

– Doktorze, a czy to boli? – zapytałem.

– Tak jak każdy zastrzyk, tyle tylko że igła jest trochę grubsza.

– A co będzie z lewym płucem?

– Tam są duże zrosty, których nie da się przepalić, więc będzie pan musiał iść do innego sanatorium, gdzie mają chirurgię, i zrobić odmę chirurgiczną, tak zwaną extrę.

– To może mi pan wyjaśni, co to jest extra?

– Wycina się na plecach kawałek żebra. W ten sposób robi się okienko, przez które doktor dostaje się do środka i odrywa opłucną od żeber, a potem między żebra i opłucną wpuszcza się powietrze jak przy normalnej odmie. No bo płuco jest przyrośnięte do opłucnej żebrowej, więc tylko w ten sposób można zrobić ucisk na chore miejsce.

– Dziękuję. Znam lepsze rozkosze od wycinania żeber i odrywania opłucnych. Zaczekam. Dziura wielkości wiśni. Zdążę to zrobić, jak będzie większa.

– A jak pan nie zdąży?

– No to wysiadka… Ale myślę, że pochodzę jeszcze po tym głupim świecie.

– Możemy zrobić odmę boczną i próbować przepalić zrosty.

– A ile procent szansy, że się da przepalić?

– Nie daję żadnej szansy.

– No to się nie zgodzę. Pięćdziesiąt procent dla pana i pięćdziesiąt procent dla mnie, to jeszcze mógłbym ryzykować.

Tymczasem pielęgniarka przygotowała aparat, igłę, wacik, doktor ułożył mnie na boku, pomacał, ponaciskał i…

– Wkłuwam się – powiedział.

Po chwili już igła przeszła przez ciało do środka. Przyglądałem się, jak do igły załączył gumową rurkę i z napompowanego gumowego pęcherza poprzez aparat wtłaczał mi do środka powietrze.

– Doktorze, nic nie boli – powiedziałem zadowolony i trochę zdziwiony.

– Później może trochę boleć, będą ciągnęły zrosty, bo płuco ściś­nięte, a zrosty trzymają.

– Czy mam dalej ścisłe łóżko? – zapytałem.

– Nie. Ale niech pan jeszcze poleży trzy, cztery dni, żeby się odma dobrze ułożyła.

Lekarz opuścił pokój, a w chwilę po nim wyszła pielęgniarka z wózkiem.

– No, to odmę już mam. Teraz czekam na ból zrostów, wodę, ropę, przetokę i koniec.

Pierwszy ma być ból zrostów. Leżę i czekam, kiedy się zacznie, a bólu nie ma. Odmę zrobiono o godzinie dziesiątej, a tu już południe, obiad, popołudniowe leżakowanie, a bólu wciąż nie ma. Gdy do końca leżakowania nic nie zabolało, doszedłem do wniosku, że wszyscy mnie oszukują, i postanowiłem wyjść do parku na spacer.

Ubrałem się i spacerkiem, powoli, chodziłem alejkami, zwiedzając teren. Oto weranda.

– No, no – zdziwiłem się głośno. – Ja bym to nazwał stajnią. Tylko porobić przegrody, żeby się konie nie pokopały.

– To prowizoryczne – powiedział chory, przy którym się zatrzymałem. – Mają budować nowe, ale przedtem muszą wykończyć pawilony. Leżeć można i w pokoju. Chorych jest znacznie więcej niż miejsc w sanatoriach. Ja pół roku czekałem na miejsce… A pan?

– Dwa tygodnie.

– To chyba po znajomości.

Zrobiło mi się trochę głupio. Odpowiedziałem jednak zgodnie z prawdą, że jestem pracownikiem szpitala, w którym leczono gruźlicę, że ordynator zajął się moją sprawą i po kilku dniach zawiadomiono mnie o miejscu w sanatorium. Ale czy to było po znajomości, czy nie, nad tym się nie zastanawiałem.

– Co to? – spytałem. – Ktoś gra na akordeonie?

– A tak. Jest tu jeden młody chłopak, który przywiózł ze sobą akordeon.

– Chodźmy tam, posłuchamy.

W drugiej leżalni, na polowych łóżkach zastępujących leżaki, siedziała grupa młodzieży. Jeden z młodych grał na akordeonie.

– Może zagramy razem? – zapytałem po przesłuchaniu kilku melodii.

– Jaki pan ma instrument?

– Bandżolę – odpowiedziałem. – Jest w pawilonie, w pokoju.

Pobiegłem do pokoju i po chwili wróciłem z bandżolą. Gdy dostrajałem się do akordeonu, wszyscy niecierpliwie czekali, jak to nam wyjdzie w duecie. Zaproponowałem kilka melodii, ale okazało się, że mój kolega dopiero się uczy grać i zna jeszcze mało piosenek.

– To graj pan, co się panu podoba. Ja będę ciągnął za panem.

Zagrał. Pociągnąłem za nim i wyszło dobrze. Już zebrała się wokół nas duża grupa chorych, gdy odezwał się dzwon wzywający na kolację. Dużą grupą wracaliśmy do pawilonu. Wszyscy prosili, żebym przyszedł jeszcze po kolacji pograć im trochę.