Za cenę własnego życia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Za cenę własnego życia
Za cenę własnego życia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Za cenę własnego życia
Za cenę własnego życia
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
19,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanisław Goszczurny

Za cenę własnego życia

Saga

Za cenę własnego życia

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 1982, 2021 Stanisław Goszczurny i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728023518

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

ROZDZIAŁ I

Stał odwrócony plecami do drzwi. Dłonie oparł na szorstkim murze. Czuł chłód chropawego tynku i przynosiło mu to ulgę. Głowę musiał unieść lekko w górę, żeby móc patrzeć w ten mały, wąski pasek nieba. Przed twarzą miał grube kraty, za nimi brudną szybę, a dalej, po zewnętrznej stronie, jeszcze drobną, drucianą siatkę. Od dołu okno przesłaniały deski, ale wyżej, nad nimi, był wąski pas światła. Zostawiono tyle, by w ciągu dnia przedostawało się nieco blasku. Reszta była zasłonięta, nie można więc było dostrzec podwórza, ludzi, którzy tam się pojawiali, niczego, co nazywało się światem zewnętrznym.

Ale i ten wąski pas nie zasłoniętego okna był darem bezcennym; pozwalał widzieć niebo, wycinek niewielki, jednak cudowny, budzący tęsknotę i nadzieję. Tęsknotę chwilami tak wielką, że z trudem tłumił w piersi narastające łkanie, właśnie do nieba błękitnego, majowego, do drzew okrywających się o tej porze roku nieśmiałą zielenią, do obłoków zawieszonych wysoko, pękatych, ledwo dostrzegalnie przesuwających się gdzieś w swej wędrówce po tym błękicie, do głosu kukułki, która w maju przecież monotonnie głosi swoją wyliczankę przepowiedni, do wszystkiego, co zostało tam, za tymi deskami, za brudną szybą, za murami tak szczelnie odgradzającymi go od świata i ludzi.

A nadzieja? Sam sobie mówił, że jej nie może mieć, że to tylko mrzonka, ale jednak tkwiła głęboko, uparta, przyduszona rozsądkiem, jednak nie ustępująca nigdy. Że jeszcze wróci do tego świata za zakratowanym oknem, że pójdzie brzegiem małej rzeczki, że zobaczy pola, lasy, drzewa, że ktoś z nim razem będzie tak wędrował ramię w ramię, z dłonią w jego dłoni, bez słowa, bo w takich chwilach słowa są niepotrzebne. Rozum mówił, że nie wolno łudzić się, że lepiej nie hołubić w sercu tego obrazu, a nadzieja jest nieosiągalnym mirażem. Ale mimo wszystko tkwiła, nie ustępowała, dodawała sił, oznaczała czekanie na życie.

Najpierw instynkt ostrzegł go, że ktoś nadchodzi, a dopiero potem wyczulony słuch zarejestrował kroki. Odwrócił się, opuścił ramiona i patrząc na drewniane, solidnie okute żelazem drzwi czekał. Kroki dudniły coraz głośniej po betonie korytarza, w końcu ucichły z tamtej strony drzwi. Brzęk kluczy; znał to, widział je, duży pęk na metalowym kółku. Wielkie, zębate klucze wydające ten charakterystyczny chrobot, niosący zawsze uczucie lęku i zagrożenia.

Drzwi otwarły się na całą szerokość i stanął w nich strażnik. Szybkim spojrzeniem zlustrował celę. Prycza okryta kocem, szarym, brudnawym, wystrzępionym po brzegach, stół w pobliżu okna wmontowany na stałe, twardy zydel, w kącie kibel przykryty drewnianą pokrywą i miednica. Wszystko na swoim miejscu. Wzrok strażnika zatrzymał się w końcu na jego twarzy. Skrzyżowali spojrzenia. To nie ten najgorszy — pomyślał. — Nie wiem, jaki jest, ale rzadko poszturchuje, nie rzuca obelg, burczy tylko i twarz ma wiecznie chmurną, jakby miał za złe, że musi się zajmować takimi jak ja...

— Pokaż się — powiedział strażnik. Nim zrozumiał, o co chodzi, już został obejrzany ze wszystkich stron: ręce, twarz, ubranie. — Popraw koszulę, obciągnij marynarkę — chmurnie rzucił strażnik, a on, nie rozumiejąc tych poleceń, odruchowo wykonywał je, doprowadzając się nieco do porządku. Nawet przejechał palcami po włosach, starając się je choć trochę uporządkować. Nie bardzo mu się to udało — były czarne, gęste, kręcone i uparcie unosiły się tworząc bujną, trochę zadziorną czuprynę.

— W porządku, chodź — powiedział strażnik.

— Dokąd? — wyrwało mu się. Ciągle jeszcze nie mógł przywyknąć do tego, że tutaj jego pytania zostają bez odpowiedzi i musi bez wahania i dociekania wykonywać, co każą.

Strażnik spojrzał jakby zdziwiony pytaniem, wzruszył lekko ramionami i usunął się z przejścia.

— Chodź, prędzej — ponaglił.

Niechętnie ruszył ze swego miejsca pod oknem. Poczuł lęk, jakby opuszczał bezpieczne miejsce. Zaraz jednak sam uśmiechnął się w duchu, bo tutaj żadne miejsce nie było dla niego bezpieczne. Niepokój jednak narastał. Dziś odbyło się to nie tak jak dotychczas. Ta lustracja, troska strażnika o jego wygląd, nieco niezwykła pora wyprowadzania z celi — wszystko było inaczej. Do tej pory nie dbali, jak wygląda, nie kazali poprawiać ubrania. I niemal zawsze brali na przesłuchania nocą, nigdy wczesnym przedpołudniem. A zatem co? Koniec przesłuchań? Ostateczne oskarżenie? A może przeniesienie gdzieś indziej? Po co? Żeby zerwać ewentualne kontakty nawiązane pracowitym stukaniem z sąsiadami z innych cel? Nie wiadomo. Nic nie wiadomo. A może tym razem ktoś inny będzie przesłuchiwał? Gorszy czy lepszy od tych, którzy przesłuchiwali dotychczas? Czy to ma znaczenie? Czy może być ktoś lepszy? O jedno ciągle pytają, jedno chcą wiedzieć: dlaczego to zrobił, kto się za tym kryje, kim są jego towarzysze, gdzie są? Chcą wiedzieć wszystko to, czego jemu powiedzieć nie wolno.

Teraz obaj stukali butami po betonie korytarza. Strażnik szedł pół kroku za nim, z prawej strony, chciał go nieustannie mieć na oku, choć przecież szansa ucieczki w czasie tej wędrówki nie istniała. Lekko pobrzękiwały klucze, minęli drugiego strażnika, który miał służbę przed celami i od czasu do czasu zaglądał do środka przez judasze. Popatrzył na nich obojętnie, już teraz jego ukazanie się nie budziło tego pełnego nienawiści zainteresowania jak na początku — przywykli do niego, oswoili się w ciągu tych kilkunastu dni. Przestał budzić sensację, ale czuł wrogie spojrzenia i wiedział, że wśród tych ludzi nie znajdzie ani jednego, który by darzył go życzliwością czy choćby współczuciem. Zresztą nie oczekiwał tego od nich. Odwzajemniał im uczucia niechęci, a nawet nienawiści, patrzył na nich tak samo chmurnie i wrogo jak oni na niego.

Schody wyprowadziły ich z dolnych pomieszczeń na parter. Tu było trochę jaśniej, złagodniał zapach lizolu, kwaśnej kapusty i czegoś jeszcze, czego nie umiał zidentyfikować, a co ciągle sprawiało, że czuł mdłości.

Znów korytarz, drzwi, także grube, okute, podobne do wszystkich innych. A więc tylko zmiana celi? — pomyślał, gdy strażnik przekręcał klucz. — Po co? — nie zdążył sobie odpowiedzieć, bo drzwi otwarły się i strażnik usunąwszy się nieco powiedział:

— Wchodź!

To jednak nie była zwykła cela. Okno wprawdzie także zakratowane, ale bez desek. Na środku stół, przy nim dwa krzesła. Poza tym nic. Pusto, bez kibla, pryczy, miednicy. Spojrzał zdziwiony na strażnika, ale ten nie udzielił żadnej informacji, tylko zamknął drzwi, starannie przekręcając klucz.

Nie wiedział, co o tym sądzić. Stał w pobliżu drzwi zaniepokojony, czujny, napięty. Co tu się odbędzie? Po co go tu przyprowadzono? Czekał długą chwilę, nim znów usłyszał brzęk kluczy, zgrzyt zamka i odgłos otwieranych drzwi. Tym razem strażnik wpuścił do środka mężczyznę niezbyt już młodego, starannie ubranego, z płaską teczką w ręce.

— Proszę — powiedział strażnik jak zwykle chmurnie i bez cienia życzliwości — jakby co, to pan wie: wystarczy zastukać, będę za drzwiami.

— Wiem, dziękuję — odpowiedział mężczyzna. Stał przy drzwiach wyraźnie czekając, aż strażnik je zamknie i zostawi ich samych. Klucz znów zazgrzytał, ale kroki nie oddaliły się, strażnik został z tamtej strony. Dopiero wówczas mężczyzna skinął głową, lekko się uśmiechnął i podszedł do stołu. — Siadaj — powiedział kładąc przed sobą teczkę.

Zignorował zaproszenie. Stał patrząc nieufnie, ze ściągniętymi brwiami. Bez przerwy myślał o tym, co to za człowiek i czego od niego chce. Mężczyzna, już siedząc, podniósł głowę i spojrzał mu w oczy. Znów lekko się uśmiechnął i powtórzył:

— Siadaj, Szymon, musimy porozmawiać.

Tym razem usłuchał. Usiadł sztywno, czujny, wyprostowany, dłonie położył na kolanach i nie spuszczał wzroku z twarzy tamtego. Miał przed sobą człowieka dobiegającego sześćdziesiątki, zażywnego, ubranego porządnie, ale bez przesadnej elegancji. Siwe włosy, przerzedzone mocno nad czołem, układały mu się nad uszami i z tyłu głowy w miękką, przezroczystą aureolę. Twarz, prawie bez zmarszczek, nie miała w sobie nic z wrogości ani tej odpychającej surowości, jaką tchnęły twarze wszystkich, którzy z nim dotychczas rozmawiali. Niebieskie oczy patrzyły uważnie, bystro, ale nie było w tym spojrzeniu chłodnego dystansu, dostrzegał raczej życzliwość, choć sam w to nie chciał uwierzyć. Nauczył się, że tu nie ma ludzi mu życzliwych. Pomyślał, że ten łagodny wygląd, życzliwy uśmiech, to spojrzenie przyjazne — wszystko może być pułapką. Zachętą do rozluźnienia czujności. Sposobem na zdobycie jego zaufania. A potem nastąpi zwykła seria pytań. Może zadanych w łagodniejszy niż dotychczas sposób, może zamaskowanych fałszywą troską o jego los, ale tak samo zmierzających do jednego celu: wydobycia z niego jak największej ilości informacji. Postanowił ani na moment nie stracić czujności: żadne przyjazne gesty i uśmiechy nie mogą go sprowadzić z drogi, którą obrał od początku. Nie ma innej drogi.

 

Siwy mężczyzna, jakby czytał w jego myślach, pokiwał głową. Długo patrzył mu prosto w oczy, widać było, że zastanawia się, od czego zacząć rozmowę. Wreszcie powiedział ciągle z tym samym przyjazno-zachęcającym uśmiechem:

— Mam nadzieję, że mi wybaczysz, że się zwracam do ciebie po imieniu. Jakoś mi łatwiej. Zresztą mógłbyś być moim synem...

Podstęp! Sygnał alarmowy w mózgu zadźwięczał jeszcze wyraźniej. Wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że jest mu obojętne, jak się do niego zwraca nieznajomy. Przywykł, że mówili tu do niego po imieniu. Zazwyczaj jeszcze dodawali do tego obraźliwy epitet albo złośliwie przekręcali imię, by ugodzić go boleśniej, rozdrażnić, okazać nienawiść i pogardę.

Mężczyzna milczał przez dłuższą chwilę. Z wolna uśmiech znikał z jego twarzy, teraz był skupiony, patrzył badawczo, jednak ciągle życzliwie.

— Mam dla ciebie pozdrowienia — powiedział.

Znów wzruszenie ramion. Stosowali już podobne chwyty. Pozdrowienia, rzekome prośby, by mówił wszystko, to jego los nie będzie taki straszny. Były nawet bałgania matki i prośby ojca, by nie narażał życia i mówił jak najwięcej, bo to dla jego dobra. Milczał. Nie reagował, choć były chwile, że znajdował się o krok od załamania. A potem szybko przekonywał się, że tamte słowa, namowy, podpowiedzi stanowiły pułapkę. Zza życzliwych rad i przekazywanych pozdrowień ukazywała się w końcu wściekłość, bluzgało przekleństwo rozczarowanego przesłuchującego, że podstęp się nie udał. Czekał teraz, kiedy i ten zareaguje w końcu podobnie. Jednak siedzący naprzeciwko człowiek pokiwał ze zrozumieniem głową i zapytał pochylając się nieco:

— Nie pytasz od kogo?

— Nie spodziewam się żadnych pozdrowień — po swojemu wzruszył ramionami.

Tamten skinął głową, dając do zrozumienia, że pojmuje, ale zniżając głos wymówił to imię:

— Od Juli...

Drgnął, ale natychmiast się opanował. Poczuł tylko, że coś go dławi w krtani i nie wiedział, czy to nagle wzruszenie czy nadchodząca wściekłość, że odważyli się sięgnąć po to imię, użyć nawet tego chwytu, byle go złamać. Z trudem pokonując to dławienie w krtani i starając się, by glos zabrzmiał możliwie normalnie, odparł:

— Nie znam żadnej Juli.

— Ona ciebie zna — mężczyzna znowu się uśmiechnął po swojemu. — Prosiła, żeby cię pozdrowić i dodać otuchy...

— Nie znam żadnej Juli! — Z trudem panował nad głosem, powiedział to zbyt głośno i zaraz żałował, bo rozumiał, że może się zdradzić, okazując wściekłość albo wzruszenie, a jedno i drugie powiedziałoby zbyt wiele.

Mężczyzna znów pokiwał głową wyrozumiale i nie przestając patrzeć mu w oczy powiedział:

— Znasz. Nie musisz się tego wypierać. Wszyscy o tym wiedzą, oni także. To żadna tajemnica. Zbyt często was widywano razem, bywałeś w domu jej rodziców. Policja wie o tym doskonale. Tylko nie ma dowodów, że istniały między wami jakieś inne więzy poza uczuciowymi.

— Co pan! — poderwał głowę, chcąc rzucić w twarz temu człowiekowi, tak natarczywie czepiającemu się tej najbardziej intymnej dla niego sprawy, jakieś obelżywe, ostre słowo, jednak ugryzł się w język. Milczeć! Jak najmniej mówić! Nie zdradzić się słowem, gestem, uczuciem. Poczerwieniał tylko i zacisnął zęby. Ciemne, grube brwi zrośnięte pośrodku zbiegły się, tworząc jedną krechę. Opuścił wzrok, nie mógł patrzeć na tę pozornie życzliwą twarz, w te przenikliwe oczy, które zdawały się zachęcać do zwierzeń, na siwe włosy, które zdawały się namawiać do zaufania i szczerych wyznań. Po chwili usłyszał westchnienie i słowa, które wprawiły go w zdumienie:

— Nie ufasz mi, to dobrze. Nie powinieneś ufać ludziom, którzy cię przesłuchują. Ale ja cię nie przesłuchuję...

Podniósł głowę, po raz pierwszy okazał zainteresowanie.

— Kim pan jest? Po co pan przyszedł? — wyrwało mu się.

— Jestem adwokatem, twoim obrońcą — odparł mężczyzna.

Od razu wróciła nieufność. Spojrzał niemal szyderczo.

— Z urzędu? Przecież żaden adwokat w mieście nie chce mnie bronić.

— Tak ci powiedzieli?

— A czy to nieprawda?

— Właściwie prawda. Kilku odmówiło. Mogę ci powiedzieć, że nawet ci, których próbowano wyznaczyć z urzędu, także się powykręcali.

— A pan się nie wykręcił? — teraz nie ukrywał ironii. Już wiedział. On się zgodził, jest z nimi, wybada go, wyssie wszystko to, czego tamci nie zdołali wydobyć. Potem pozornie będzie go bronił, a w gruncie rzeczy pomoże tamtym. I przez to jest bardziej niebezpieczny od śledczego i prokuratora. Fałszywa maska przyjaciela, dobroduszny wygląd, pozdrowienia od dziewczyny, o której wiedzą, że jest mu bliska. Nagle meżczyzna wydał mu się wstrętny, miał ochotę pluąć mu w twarz, powiedzieć coś obraźliwego, ale powstrzymał się z trudem, wiedząc, że za to czekałoby go dalsze poniżenie, kara dodatkowa, zemsta tych, którzy teraz mieli nad nim całkowitą władzę. Nie miał tylko odwagi patrzeć tamtemu w oczy, bo obawiał się, że bez słów powiedziałby mu, jak bardzo nim gardzi. Tymczasem mężczyzna pokiwał głową, jakby aprobował jego postawę.

— Ja się nie wykręciłem — powiedział. — I nie jestem wyznaczony z urzędu.

— Więc jak się pan tu znalazł i po co? — nie wytrzymał. — Przecież nie dostanie pan pieniędzy za moją obronę, bo od kogo? Ja ich nie mam, rodzice też. Nikt bogaty za mnie panu nie zapłaci, panie mecenasie — po raz pierwszy użył tego tytułu. — Więc czego się pan spodziewa po tej obronie? Sławy? Rozgłosu, że pan bronił właśnie mnie?

Adwokat słuchał tego spokojnie i z uwagą, nie przestając obserwować twarzy Szymona. I pod tym spojrzeniem z wolna zanikał jego gniew, mówił coraz ciszej, ale za to z coraz większą goryczą. W ostatnim pytaniu był już wyrzut, że adwokat dzięki niemu właśnie chce przysporzyć sobie rozgłosu, który przyda mu się w jego prawniczej karierze.

Po tym wybuchu zapadła chwila ciszy, mecenas jakby czekał jeszcze na dalsze jego słowa. On milczał jednak i tylko znów patrzył na tę dobroduszną twarz, tym razem już bez nienawiści, choć gniewnie.

— Powiedziałeś wszystko? — zapytał spokojnie adwokat. Odczekał chwilę, a nie usłyszawszy odpowiedzi wolno wyjął papierośnicę, otworzył ją, podsunął Szymonowi. — Zapalisz? — widząc przeczący ruch głową, sam włożył papierosa do ust, nie spiesząc się przytknął do niego płonącą zapałkę, przez chwilę rozglądał się za popielniczką, a nie znalazłszy jej, rzucił nie dopalone drewienko na podłogę. Gdy wydmuchnął chmurę dymu, znów się odezwał: — Dobrze, Szymon. Tak trzeba. Nie ufaj nikomu. Nie daj się zwieść przyjaznym słowom, nie daj się nabrać na fałszywe współczucie, nie pozwól się zastraszyć, bo i tego będą próbowali, a pewnie nawet już próbowali — pokiwał głową widząc, jak chłopak odruchowo dotknął palcami dużego sińca ciągnącego się spod prawego oka aż ku skroni. — No tak — kontynuował. — Nic im za to nie zrobimy, powiedzą, że stawiałeś opór, byłeś krnąbrny, trzeba cię było siłą przywoływać do porządku, skłamią, że rzuciłeś się na strażnika, nie znajdziemy na to rady. Zresztą nie to jest teraz najważniejsze. Musisz wytrzymać, musisz, choćby stosowali najróżniejsze sposoby, od łagodnej perswazji aż do brutalnej przemocy.

Słuchał z mieszanymi uczuciami. Znów wracało nieuzasadnione uczucie nadziei, którego doznawał w celi, gdy był sam, które też zrodziło się na moment, gdy usłyszał, że ten człowiek będzie go bronił. Ale równocześnie wzrosła nieufność. Nie wiedział, co sądzić o tych słowach adwokata. O zachęcaniu do wytrwania, do milczenia, o tym, że przetrwać trzeba wszystko, nawet brutalne krzyki, bicie i poniżanie. Dlaczego tak mówi? Czyżby nowy podstęp, bardziej perfidny niż wszystkie, jakie dotychczas stosowano? A może on mówi prawdę, daje szczere wskazówki, przenosi głos stamtąd, zza murów, może pozdrowienia od Juli są autentyczne? Nie odezwał się, czekał, co jeszcze usłyszy.

Mecenas sapnął głośno, zaciągnął się kilka razy i zdusiwszy o obcas nie dopalonego papierosa, oparł się łokciami o stół mówiąc:

— No dobrze, pora, żebyśmy porozmawiali rzeczowo i poważnie.

— Do tej pory było niepoważnie? — uniósł brwi szczerze zdziwiony.

— Badaliśmy się — mecenas pominął pytanie. — Ty mnie, a ja ciebie.

— I co z tego? To pan przyszedł do mnie, więc pan mnie bada.

— Nie, obaj się badaliśmy. I teraz wiem, że mogę ci zaufać, a trzeba też, żebyś ty zaufał mnie.

— Ja, panu? Z jakiej racji?

— Jestem twoim obrońcą. Wciąż mi nie wierzysz, ja to widzę, przez cały czas jesteś czujny, uważasz na każde słowo, nie chcesz się niczym zdradzić, to dobrze. Szymon, tak trzeba z nimi, ale nie ze mną.

Znów sygnał ostrzegawczy. A więc żąda szczerości, więc jednak chce coś wyciągnąć! Dobrze. Zatem uwaga! Niech mówi, co chce, ja będę milczał.

Adwokat znów odczytał jego myśli. Skinął głową, po swojemu uśmiechnął się i ciągnął:

— Nie obawiaj się, niczego od ciebie nie chcę wyciągać. Nie musisz mi opowiadać o niczym. Jednak trzeba, żebyś się zgodził ze mną współpracować. Bez tego nie będę mógł cię bronić.

— Współpracować? — czarne brwi uniosły się w górę. — W jaki sposób, po co?

— Żeby ratować twoje życie!

— A czy to w ogóle jest możliwe?

— Czy zamierzasz się poddać bez walki? — odpowiedział pytaniem mecenas. — Chcesz biernie czekać na stryczek albo kulę? Przecież o życie trzeba walczyć, póki jest szansa.

— Czy jest szansa? — po raz pierwszy okazał prawdziwe zainteresowanie. Mecenas był poważny, teraz patrzyli sobie w oczy.

— Do końca jest szansa. I choćby była najmniejsza, trzeba ją wykorzystać.

— Jaką mam gwarancję, że pan naprawdę chce mnie bronić? Skąd mogę wiedzieć, że pan nie jest od nich? — odruchowo głową wskazał na drzwi.

Adwokat rozłożył ręce.

— Powiedziałem ci już i powtarzam: dobrze, że jesteś nieufny i ostrożny. Dobrze, że nic nie chcesz mówić. Ale musisz ze mną współpracować. Nie mogę ci przekazać żadnych haseł, znaków rozpoznawczych, pseudonimów, niczego stamtąd — teraz mecenas skinął głową w stronę okna. — Mogę ci tylko pokazać swoje dokumenty. I mogę cię zapewnić, że zrobię wszystko, żeby ci uratować głowę. I jeszcze mogę ci powiedzieć — teraz siwa głowa konspiracyjnie pochyliła się nad stołem i znalazła się blisko twarzy Szymona — że masz przyjaciół. Oni wiedzą, że będę cię bronił.

— Nie mam przyjaciół — żachnął się odruchowo.

— Masz. Tych, których znasz, i takich, których nie znasz. Ale to w końcu teraz nieważne. Zostawmy ich w spokoju. Ważne jest tylko, żebyś wiedział, że nie zostałeś sam. Są ludzie, którzy chcą walczyć o twoje życie. Ja będę pośrednikiem. Nie, źle powiedziałem, ja będę prowadził tę walkę razem z tobą.

— Cóż ja mogę zrobić? — Szymon wzruszył ramionami. Nadal nie dowierzał, był zdecydowany nie powiedzieć niczego, co by mogło zaszkodzić tamtym ludziom, o których mówił mecenas, sprawie. O sobie nie myślał. Uważał, że jemu już nic zaszkodzić ani pomóc nie może.

— Musisz mi pomóc — oświadczył mecenas.

— W jaki sposób?

— Ustalimy wspólną linię postępowania.

— Cóż tu ustalać? — wzruszył ramionami. — Niczego nie wiem, działałem sam, nic nie mam do powiedzenia.

— Dobrze — pochwalił mecenas. — To właśnie jest zarys linii. Ale to jeszcze mało. Nie wystarczy bierność, trzeba się bronić aktywnie.

— Jak?

— Człowieku! — po raz pierwszy starszy mężczyzna okazał, że ma nerwy. — Czy nie rozumiesz, że gra idzie o twoją głowę? Wiesz przecież, coś zrobił?

— Zabiłem psa!

— Nie mów tak. To pogarsza sprawę.

— Pan wie, kogo zabiłem!

— Zabiłeś człowieka. Kim był, to także ważne i posłuży nam w naszej walce o twoje życie. Ale przede wszystkim trzeba ustalić motywy. Trzeba udowodnić, że to nie był bandycki mord, jak wrzeszczy prasa i jak twierdzi prokurator.

— Pan wie, za co go zabiłem.

— Wiem. Oni także wiedzą. Ale prawda jest dla nich niewygodna. Wolą z ciebie zrobić bandytę, czerwonego oprycha, który kulą chce zmienić świat i dlatego zasługuje na salwę plutonu egzekucyjnego.

— Po co pan mi to mówi, przecież wiem.

— Ale nie wiesz, że bronić się musimy głośno krzycząc, dlaczego go zabiłeś. Kim był. Co zrobił. Musimy mieć dowody, że był prowokatorem. Czy je zdobędziemy, nie wiem.

— Według tej linii chce mnie pan bronić? — w głosie jego zabrzmiała nuta powątpiewania.

 

— Chcę cię bronić wszelkimi sposobami. Oczywiście legalnymi, bo nie ma mowy o innych. Pierwsza rzecz to nie dopuścić, żebyś stanął przed sądem doraźnym.

— Co za różnica?

— Szymon — mecenas mówił jak do dziecka. — Nie zdajesz sobie sprawy. Sąd doraźny z reguły wydaje dwa wyroki: albo uniewinnia albo skazuje na karę śmierci! Przed zwykłym sądem jest o wiele większa szansa na uratowanie twego życia!

Zapadło dłuższe milczenie. Szymon zwiesił głowę i splótł dłonie. Słowa mecenasa zrobiły na nim wielkie wrażenie, choć nie chciał tego okazać. Pragnął żyć. Żyć pod błękitnym niebem, oglądać jeszcze pola, do których tak tęsknił. Nie okazywał tego podczas przesłuchań, starał się być obojętny, chłodny i spokojny, ale pragnienie życia żarzyło się w nim z ogromną siłą. Teraz zostało pobudzone wywodem adwokata. Podniósł wreszcie głowę, oczy miał przygaszone. Powiedział z rezygnacją:

— Pan wie, że to niemożliwe. Oni nie darują.

— Nie mów tak! — ostro zganił go adwokat.

— Więc jest nadzieja?

— Nigdy jej nie wolno tracić.

— Pan odpowiada tak dwuznacznie...

— A jak chcesz, żebym ci odpowiadał? Czyż mogę ci obiecać uniewinnienie? Czyż mogę z góry przewidzieć, jaki zapadnie wyrok? Nie mogę ci niczego obiecywać, byłbym nieuczciwy wobec ciebie, siebie i tamtych... Jedno ci mogę przyrzec: będę walczył o twoje życie. Jak w każdej walce tak i w tej jest jakaś szansa. Nie wolno nam jej zmarnować. Tym bardziej, że nie jesteśmy sami.

— A kto nam może pomóc?

— Jesteś odcięty od świata, to nic nie wiesz. Gazet ci nie dają, nie mówią niczego, co by cię mogło podtrzymać na duchu. To ich taktyka. Ale wiedz, że są ludzie, którzy występują w twojej obronie. Nie tylko najbliżsi. Piszą intelektualiści, protestują ludzie prawi, docierają głosy nawet zza granic. Wszystkie w twojej obronie. Ludzie żądają, żeby nie stawiano cię przed sądem doraźnym. Gdyby udało się tego dokonać, już byłoby dużo. Ale jeśli nawet nie, to i przed tym sądem będziemy walczyć.

Słuchał tego z rosnącym napięciem. Nadzieja znów rosła w nim, patrzył na adwokata z coraz większą sympatią, już niemal całkowicie znikła nieufność. Było w słowach tego człowieka, jego postawie, spojrzeniu, sposobie mówienia coś, co sprawiało, iż coraz bardziej nabierał do niego zaufania. Mimo wszystko jednak nie przestał mieć się na baczności. Adwokat, jakby nieco zmęczony swoim wybuchem, znów odsapnął głośno i zapytał znienacka:

— Co im powiedziałeś?

— To co panu — odparł szybko.

— A więc nic. Dobrze. Z grubsza wiedzą, kim jesteś, doskonale też orientują się, jakie tobą kierowały pobudki. Jednak za wszelką cenę chcieliby czegoś więcej. Chodzi im o powiązania, adresy, nazwiska. Nie odpowiadaj, Szymon. Myślę, że wiesz, co to znaczy, i jak masz dalej się zachować?

— Tak jak dotychczas. Cóż mogę powiedzieć, przecież nic nie wiem...

— Dobrze — pochwalił adwokat i znów się uśmiechnął. — Reszta należy do mnie. Sporo też będzie znaczył głos opinii publicznej. No, a co się da osiągnąć, zobaczymy.

Czuł, że rozmowa dobiega końca. Miał ogromną ochotę jeszcze raz zapytać, czy jest nadzieja, dowiedzieć się, jakie ma szanse, ale milczał rozumiejąc, że ani adwokat, ani nikt inny nie może mu odpowiedzieć na te pytania.

Mecenas otworzył teczkę, wyjął z niej arkusz papieru, podsunął mu ze słowami:

— To upoważnienie dla mnie. Potrzebne, żebym mógł cię oficjalnie reprezentować. Musisz podpisać, jeśli tego chcesz. — Podał wieczne pióro. Szymon wziął je w palce, obrócił kilkakrotnie, jakby się zastanawiał. Patrzył na formularz, ale nie widział liter. Przez jeden krótki moment zawahał się, nie wiedząc, czy dobrze będzie, jeśli się podpisze, ale zaraz pomyślał, że to przecież wszystko jedno: niczego nie powie ani jemu, ani tamtym. Szybko złożył podpis, oddał pióro i odsunął papier. — Dobrze — powiedział adwokat chowając upoważnienie. — Tyle na dziś. Postaram się być z tobą w jak najczęstszym kontakcie, o ile mi oczywiście pozwolą, bo robią wszelkie możliwe trudności. No, ale to już moja głowa. A twoja — trzymać się. Pamiętaj: usta nie zawsze są po to, żeby wszystko mówiły. Zresztą sam o tym dobrze wiesz. — Szymon skinął głową, mecenas zapiął teczkę i wstał.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy.

— Czy trzeba ci czegoś? — zapytał adwokat. — Możliwości nie są zbyt wielkie, stosują wobec ciebie specjalne rygory, ale może udałoby mi się coś niecoś zrobić.

— Nie... — chciał odmówić, ale urwał, bo nagle przypomniał sobie, o czym marzył w długich chwilach samotności. Opuścił wzrok i zażenowany, jakby prosił o coś wstydliwego, powiedział: — A może by pan mecenas mógł załatwić, żeby mi pozwolili pisać...

— Pisać? — siwe brwi uniosły się, ale on tego nie zauważył, nadal patrzył w podłogę.

— Tak. Zawsze chciałem pisać, nawet próbowałem, ale nie było czasu. Teraz mam dużo czasu...

— Dobrze. Postaram się. Ale, Szymon — mecenas podszedł tak blisko, że dotykali się piersiami, znów zniżył głos — pamiętaj, to, co napiszesz, z pewnością będzie czytane. Bardzo uważnie. A liczy się każde słowo.

— Niech pan się nie obawia — podniósł wzrok. — Chcę pisać o tym, co czuję, o życiu, o świecie, może wiersze...

— Dobrze, postaram ci się to załatwić. — Wyciągnął rękę, mocno uścisnął dłoń Szymona. — No, chłopcze, trzymaj się. Tak jak dotychczas — zawahał się przez moment, potem zapytał jeszcze: — A tam... jej... czy mam coś powiedzieć?

— Niech pan podziękuje za pozdrowienia — odpowiedział cicho. — I... niech pan powie, że, no, że wszystko jest w porządku...

— Rozumiem — mecenas poklepał go przyjaźnie po ramieniu. — Powtórzę. Trzymaj się, chłopcze.

Zastukał w drzwi, które otwarły się niemal natychmiast. Już nie zamienili ani słowa. Mecenas odszedł w prawo, nie oglądając się za siebie, a jego strażnik poprowadził w lewo, z powrotem do celi.

Jeszcze nie mogę w to uwierzyć! Dotrzymał słowa! Załatwił to, o co go prosiłem! Kiedy wypowiedziałem tę prośbę, nie sądziłem, że zostanie spełniona. On sam przecież wspominał, że wobec mnie stosują zaostrzone rygory. Któż o tym lepiej może wiedzieć ode mnie! Mam to wypisane na własnej skórze, mam w uszach ich słowa obelżywe, pełne pogróżek, pogardy, czuję uderzenia, kopniaki i policzki, nie! nie chcę o tym myśleć ani pisać! Zapomnieć, przenieść się w inny świat, wrócić tam, skąd przyszedłem — o tym teraz marzę, o tym ciągle myślę, kiedy jestem sam i mam trochę czasu na myślenie i marzenia. I to teraz stało się możliwe! Mogę pisać, robić to, co zawsze chciałem robić.

Nie wiem, czy potrafię. Wszystko, co dotychczas napisałem, zniszczyłem. Próby, myśli, słowa układane w wiersze. Nic wiem, jakie to było, ale wiem, że wstydziłem się tego, nie chciałem nikomu pokazać, nawet jej. Może to było dobre, może złe? Sam nie mogę osądzić, a osądowi innych nie chciałem zaufać. Bałem się? Tak, śmieszności. Nic mnie tak nie rani jak śmieszność, ludzka drwina, pogardliwie pobłażliwy uśmieszek, wyczuwalny fałsz, gdy mówią mi słowa pozornie mile, ale w gruncie rzeczy raniące, sprawiające ból jak dłoń łaskawie poklepująca po ramieniu.

A teraz jest inaczej. Mogę pisać sam dla siebie. Wszystko, co chcę, co leży na sercu, co niosą myśli kłębiące się nieustannie w głowie. Wszystkie uczucia, marzenia, wspomnienia... Słowa, słowa, słowa. Mogę ich używać tak, jak chcę. Czy to znaczy, że nie zamierzam być szczery? Ależ nie! Jakże mógłbym być nieszczery wobec samego siebie? Bo przecież ten pamiętnik piszę dla siebie i tylko dla siebie. O, wiem, że z pewnością będzie go ktoś czytał. I to nie ten, komu chciałbym go pokazać. Ale to przecież nie wyklucza szczerości tego, co napiszę. Tylko chcę, aby to była rozmowa z sobą samym i o mnie. Tylko o mnie i moich najgłębszych myślach. Innych to nie dotyczy. Czemu? Bo ja nie piszę powieści o ludziach, nie zdaję relacji z żadnych faktów ani wydarzeń. Po prostu zamierzam rozmawiać z samym sobą i o sobie.