Czarownica ze wzgórzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Wielki Post jeszcze trwał i choć nie miałam apetytu, marzył mi się kawał sztufady albo miękkiego kurczaka na soli. Roger został na kolacji; zatarł ręce, kiedy służący wnieśli srebrne półmiski ze szczupakiem i jesiotrem. Wiedziałam, że nie tknę niczego, choć byłam głodna po polowaniu, z którego wróciliśmy z pustymi rękami, bo opadła chłodna mgła. Wciskała się teraz przez okna i w jadalni było zimno. Połamałam sobie chleb na kawałki i sączyłam wino, zastanawiając się, kiedy przyjdzie taki czas, że znów będę mogła zjadać wszystko z talerza. Nikomu ze służących nie mówiłam o swoim stanie, także Sarah, która pomagała mi się ubierać, ale pierwsza zawsze wie kucharka. Inni służący widywali, jak podaję Pukowi kawałeczki z talerza, ale robiłam to od jego młodych lat. Mój pies tył, podczas gdy ja się kurczyłam. Richard zauważył kiedyś, że Puk je lepiej niż większość mieszkańców Lancashire.

Kiedy już nie mogłam znieść widoku rybich głów, poszłam położyć się u siebie. Na najwyższym piętrze domu, daleko od pobrzękiwania sosjerek i noży, panowała cisza, w kominkach palił się ogień. Normalnie zaciągnęłabym zasłony, żeby zaradzić bólowi głowy, ale byłam zbyt chora i zmęczona, zrzuciłam więc tylko domowe pantofle, położyłam się z rękami na brzuchu i patrzyłam w okno. Miałam o czym myśleć, bo aż za wiele wydarzyło się tego ranka, ale przypomniał mi się list od doktora i zasnuł moje myśli jak mgła. Rzecz, jak przypuszczam, sprowadzała się do tego, kto przeżyje: ja, dziecko, oboje czy żadne z nas. Jeśli wierzyć doktorowi – a co do tego nie było wątpliwości – dziecko tyło jak kasztan w zielonej, kolczastej skorupie i w końcu miało mnie rozedrzeć. Najbardziej na świecie Richard pragnął dziedzica i choć zawiodłam wcześniej, może tym razem mi się uda… ale czy za cenę własnego życia? Kobiety, które zachodziły w ciążę, nosiły w brzuchu życie i śmierć, to istota naszego istnienia. Mieć nadzieję i modlić się, żebym nie dołączyła do zmarłych, miało tyleż sensu, co marzyć o gruszkach na wierzbie.

– Zostaniesz tu i zabijesz mnie? – spytałam, spoglądając na brzuch. – Czy pozwolisz mi żyć? Spróbujemy żyć razem?

Chyba zasnęłam, bo kiedy się obudziłam, przy łóżku stał dzbanek z mlekiem. Zanurzyłam w nim najmniejszy palec i oblizałam. Matka mówiła zawsze, że najpiękniejsze dziewczyny mają cerę jak świeże mleko, gładką i kremową. Moja wyglądała jak stary pergamin. Myślałam o całym zamieszaniu, jakie robiła matka, gdy Richard po raz pierwszy przybył do Barton ze swym wujem Lawrencem; krążyła wtedy wokół mnie nerwowo jak ćma.

– Pokaż mu ręce – powiedziała. – Spleć je.

Nie musiała mówić, że twarz nie była moją najmocniejszą stroną – o tym już wiedziałam. Zresztą nic z tego nie miało znaczenia, bo obie wiedziałyśmy, że moim najważniejszym atutem jest nazwisko i pieniądze, które ze sobą niosło. Matka zawsze mówiła, że ojciec jest skąpy, ale kiedy spytałam, dlaczego mieszkamy w domu pełnym przeciągów i mamy wspólną sypialnię, mocno zacisnęła usta i oznajmiła, że stary dom jest lepszy niż nowy.

Tamtego dnia wieczorem, gdy kładłyśmy się spać, spytała, czy Richard mi się podoba.

– A co to ma za znaczenie? – odpowiedziałam nadąsana.

– Ma, i to duże, dla twojego szczęścia. Spędzisz z nim resztę swoich dni.

Wyzwoli mnie z tego nędznego życia – pomyślałam. – Nie mógłby mi się podobać bardziej, choćbym próbowała.

Przypomniałam sobie jego miłą, gładką twarz i jasne, szare oczy. Piękne klejnoty, które miał w uszach i upierścienioną rękę, którą wprowadzi mnie w nowe życie.

– Czy lubisz teatr? – spytał w bawialni matki.

Wuj Richarda i moja matka rozmawiali, stojąc przy oknie i od czasu do czasu zerkali w naszą stronę. Wiedziałam, że matka już wcześniej przygotowywała grunt pod to małżeństwo, ale gdyby Richard odmówił, nic nie dałoby się zrobić.

– Tak – skłamałam, bo nigdy nie byłam w teatrze.

– Doskonale. Będziemy co rok jeździć do Londynu. Tam są najlepsze teatry. Dwa razy w roku, jeśli zechcesz.

Czyż mógł nie oczarować i nie zachwycić mnie ten młody człowiek, który, w przeciwieństwie do całej reszty, nie traktował mnie jak małego dziecka? Myślałam o jego twarzy bez przerwy, na jawie i we śnie. W parafialnym kościele ustalono datę ślubu i odtąd nie mogłam się doczekać kolejnego poranka, a po nim zmierzchu, bo każdy z nich coraz bardziej mnie do tego dnia przybliżał. Myślałam o tym, jaką będę panią domu: uprzejmą i mądrą, bo nie jestem piękna. A pewnego dnia zostanę matką, uwielbianą przez dzieci i męża. Dam Richardowi wszystko, czego zapragnie. Zrobię wszystko, by mu było dobrze, jego szczęście będzie celem mojego życia. Złożył mi bowiem największy dar: wziął mnie za żonę i do końca moich dni będę mu wdzięczna. Usłyszałam, jak matka kręci się w łóżku.

– Fleetwood – odezwała się – słuchasz mnie? Pytałam, czy podoba ci się Richard.

– Chyba ujdzie – odparłam i uśmiechając się, zdmuchnęłam świecę.


Wstałam z trudem, zesztywniała i poszłam pospacerować po długiej galerii. Ku swemu zdziwieniu zastałam tam Rogera, który z rękoma splecionymi z tyłu uważnie oglądał królewski herb nad kominkiem.

– „Boga się bójcie, króla czcijcie, odwróćcie się od złego i czyńcie dobro. Szukajcie pokoju i dążcie do niego” – wyrecytowałam sentencję z pamięci.

– Bardzo dobrze, Fleetwood. Potraktuj to jako przyrzeczenie swojego sędziego pokoju.

– Umieścił to tutaj wuj Richarda, Lawrence. Pewnie liczył na to, że król Jakub o tym się dowie i nie odczuje potrzeby składania wizyty.

– Shuttleworthowie są oczywiście lojalni wobec Korony. – W głosie Rogera zabrzmiał cień ostrzeżenia.

– Wierni jak psy.

Roger stał zamyślony. – A jednak w tych stronach należałoby silniej zademonstrować tę lojalność. Tylko jak?

– Myślę, że jest to brak nie tyle lojalności, co zaufania. Poza tym król z pewnością będzie unikał tych stron, gdzie tyle jest przejawów starej wiary.

– Ten zakątek królestwa przysparza Jego Królewskiej Mości wielu trosk. Można zrobić dużo więcej, by uczcić swojego króla i wystrzegać się zła. – Pochylił się i zmarszczył brwi. – Nie zwróciłem uwagi na słowa wokół herbu króla. Co one znaczą?

– Honi soit qui mal y pense. Hańba temu, kto źle o tym myśli.

Zrobił minę, jakby się nad tym zastanawiał.

– Istotnie. Ale o czym ten ktoś źle myśli, Lawrence nigdy nam nie powie. Może zapytam o to króla.

– Wybierasz się na dwór?

Kiwnął głową. – Jego Królewska Mość oczekuje od wszystkich sędziów pokoju z Lancashire informacji o każdym, kto nie przystępuje w kościele do komunii.

– Po co?

– Och, Fleetwood, nie zawracaj sobie głowy sprawami dworu, one nie dotyczą życia młodej damy. Spełnij swoje obowiązki i daj mężowi gromadkę małych Shuttleworthów, a ja zajmę się moim zadaniem utrzymania bezpieczeństwa w Pendle. – Musiałam zrobić niezadowoloną minę, bo spojrzał na mnie życzliwiej i łagodniej. – Cóż, jeśli koniecznie chcesz wiedzieć, Jego Królewska Mość jest po wydarzeniach, do jakich doszło siedem lat temu w Parlamencie, bardzo… zaniepokojony. Być może słyszałaś pogłoski, że niektórzy ze zdrajców uciekli do Lancashire. Trzeba coś zrobić, by zamanifestować wierność hrabstwa wobec Korony, bo w tej chwili król z dużą nieufnością odnosi się do naszego małego skrawka północy i do tych, którzy tu nie przestrzegają prawa. W porównaniu z szacownymi lordami i damami z południa jesteśmy w jego oczach stadem zwierząt. Żyjemy tu daleko od świata i sądzę, że to go martwi. A wiesz, co jeszcze sprawia, że jest nieufny?

Potrząsnęłam głową.

– Czarownice.

Zobaczyłam błysk triumfu w jego oku i dopiero po chwili zrozumiałam.

– Masz na myśli Alizon Device?

Kiwnął głową. – Jeśli zdołam przekonać króla, że ludziom w Lancashire grozi to samo, czego on nienawidzi najbardziej, może okazać nam współczucie i stanie się mniej podejrzliwy. Jeżeli zobaczy, że wypleniam złe ziarno, że tak powiem, hrabstwo rozwinie się i będzie prosperować, a my zyskamy w królestwie nową reputację.

– Ale katolicy i czarownice to nie to samo. Katolików jest tu dużo, ale nie czarownic.

– Więcej niż myślisz – odparł spokojnie. – Poza tym dla króla to jedno i to samo.

– Och, bardzo wątpię, żeby król obawiał się, że gromadzimy gdzieś tutaj proch. Za dużo tu wilgoci – powiedziałam. Roześmiał się. Zastanawiałam się, czy powinnam mu powiedzieć o liście, złożonym głęboko w kieszeni. Czy mógł już coś wiedzieć? – Gdzie jest Richard? – zapytałam za to.

– Ma coś do załatwienia z rządcą, a potem pokaże mi nowego sokoła i pojedzie ze mną do Read. Dołączysz do nas?

– Spędza z tym człowiekiem więcej czasu niż ze mną. Nie, dzięki. Możesz jednak poprosić go, by kazał przyjść krawcowi. Potrzebuję nowych ubrań.

Zachichotał, gdy mijaliśmy wejście do moich komnat i doszliśmy do szczytu schodów.

– Jesteście z moją Katarzyną takie same. Ale i tak żadna z was nie zakasuje Richarda. Zaraz po królu ma największą kolekcję strojów. – Stanął. – Odwiedzisz w najbliższym czasie Katarzynę? Często pyta o ciebie i o twoje najnowsze stroje. Pasjonuje się tym, co noszą młode kobiety.

Uśmiechnęłam się i skłoniłam, gdy schodził w dół wieży krętą klatką schodową, ale nim zniknął, znów go zawołałam, bo nagle poczułam ból i rozpaczliwie chciałam, by mnie wziął w objęcia, jak ojciec. Roger rzeczywiście pachniał jak ojciec, albo tak sobie wyobrażałam – dymem z ogniska, końską sierścią i tytoniem. Zatrzymał się pod portretem matki ze mną, małą – nie powiesiłabym go w długiej galerii ani nigdzie indziej. Na schodach nikt na dłużej nie stawał, dzięki czemu goście mijali go i zapominali o nim, doszedłszy na kolejne piętro. Na obrazie, wielkości mniej więcej takiej jak ja, dominowała moja matka w haftowanej szkarłatem sukni z szerokim kołnierzem. Ja zajmowałam lewy dolny róg; matka wyciągała nade mną dłoń, jakby chciała wygonić mnie poza ramę. Na mojej ręce siedział unieśmiertelniony mały czarny jerzyk, którego trzymałam w klatce u siebie w pokoju. Wciąż miałam w pamięci pozowanie w nieprzyjemnej ciszy wielkiego hallu w Barton i szpiczaste rysy artysty z palcami poplamionymi kolorowo farbami olejnymi i z poczerniałym koniuszkiem języka wyskakującym z jego ust jak wąż.

 

– Rogerze – głos zamarł mi w gardle. – Czy myślisz, że John Law przeżyje?

– Nie martw się. Syn się nim opiekuje.

Wróciłam do swojej komnaty, zastanawiając się, jak Roger Nowell śpi pod jednym dachem z czarownicą i uznałam, że mocno i głęboko.


Schowałam miskę pod łóżkiem na wypadek, gdybym jej potrzebowała i nakryłam ściereczką, ale Richard i tak się wzdrygnął, gdy wszedł do naszej komnaty. Leżałam w nocnej koszuli, słaba, niemal na czczo, bo odrobina szczupaka, którą zjadłam na obiad, tkwiła przyklejona do dna miski. Richard westchnął i ukląkł obok mnie.

– Nie czujesz się lepiej? Prawie nic nie zjadłaś. Tak bardzo chciałbym, żebyś wydobrzała.

Naciągnęłam koszulę nocną tak, że wyraźnie zarysował się mały wzgórek brzucha. Richard spojrzał i delikatnie położył na nim rękę. Obróciłam złoty pierścień, który kiedyś dostał od ojca i którego nigdy nie zdejmował. Nie wiedziałam, co gorsze: moje fatalne samopoczucie, czy to, że nie wiem, czy mój mąż nie ukrywa przede mną tej wielkiej prawdy. W którymś momencie tamtego wieczoru, kiedy siedziałam w komnacie, mając za towarzystwo jedynie wesołe strzelanie świec, olśniło mnie: Richard oczywiście ceni życie swojego dziecka wyżej niż moje. Czy jakikolwiek mężczyzna mający sporo do pozostawienia w spadku myślałby inaczej?

– Richardzie? – spytałam. – Co będzie, jeśli nie zdołam urodzić ci dziedzica?

Pomyślałam o żonach dawnych królów, o ich szyjach na pniach katowskich. Co byłoby lepsze: odejść w bólach i brudzie, wijąc się na zakrwawionym łóżku, czy schludnie, pogodzona, w najlepszej sukni? Rozwody istniały już od kilkudziesięciu lat, ale samo słowo budziło śmiertelny lęk.

– Nie mów takich rzeczy. Tym razem tak nie będzie – Pan okaże nam łaskę. Wynajmiemy najlepszą akuszerkę.

– Ostatnio też mieliśmy akuszerkę. Nie zaradziła temu, że dziecko urodziło się martwe.

Wstał, żeby się rozebrać; światło świec, które przed chwilą pobłyskiwało na guzikach, padało teraz na jego nagą skórę. Patrzyłam, jak przebiera się w nocną koszulę; podszedł potem do mnie, ujął moją zimną dłoń i trzymał, róż obok szarości. Głos miał spokojny, ale na twarzy rysował się niepokój.

– Dopóki nie poczujesz się lepiej, będę spał w gotowalni.

Poczułam ścisk żołądka. – Nie, Richard, proszę, nie chcę o tym słyszeć. Nie będę już wymiotować. Każę pokojówce zabrać miskę.

Usiłowałam wyskoczyć z łóżka, ale mnie powstrzymał.

– Będę tuż obok, za ścianą, póki ci się nie poprawi, a to już bardzo niedługo…

– Richardzie, nie. Proszę. Nie lubię spać sama, wiesz przecież – koszmar.

Kiedy budziłam się, zlana potem i ślepa z przerażenia, trzymał mnie, dopóki nie przestawałam drżeć. Zdarzało się to zaledwie kilka razy w roku, ale Richard wiedział, że wpadnę w panikę, jeśli go przy mnie nie będzie.

– Proszę, nie śpij tam. Zostań ze mną. Boję się.

Pocałował mnie w czoło i z wyrazem bólu na twarzy wyszedł, trzymając w wyciągniętej ręce brudną miskę. Obsunęłam się w dół po wezgłowiu; czułam, jak łzy cisną mi się do oczu. Nigdy by tego nie zrobił na początku naszego małżeństwa. Po ślubie, w domu na Strandzie, nie mogłam spać z powodu zgiełku za oknem. Londyn i wszystko w Londynie było dla mnie nowością – nigdy wcześniej nie widziałam tak wielu powozów w jednym miejscu, nie słyszałam krzyku przewoźników dobijających do brzegu ani tak wielu głośnych dzwonów i tłumów ludzi. Richard siedział ze mną w nocy, czytał, rysował albo po prostu leżał, spokojnie głaszcząc moje włosy. Kiedy się ochłodziło i wyjechaliśmy pod bezkresne niebo nad polami Islington, powiedziałam Richardowi, że przywykłam do odgłosów Strandu i teraz nie będę mogła spać, bo jest za cicho. Roześmiał się i powiedział, że jestem okropnie rozpuszczona i że jedyne, co mu pozostaje, to specjalnie dla mnie robić hałas. Noc po nocy, kiedy właśnie miałam zasnąć, rżał w ciemności albo wydawał dźwięki ostrzenia noży, albo udawał sprzedawcę węgla, który poparzył sobie ręce. Nigdy w życiu tyle się nie śmiałam. Raz, kiedy padał śnieg, a ogień w kominku przygasał, poprosiłam, żeby pokazał mi, co rysuje w moim szkicowniku. Kazał mi poczekać, aż skończy. Przyglądałam się, jak pracuje; twarz miał skupioną, pełną napięcia, ręce wykonywały drobne, szybkie ruchy, którym towarzyszył cichy szelest kartki. Odwrócił ją i zobaczyłam siebie. Miałam na sobie pięknie przybrany kapelusz, kołnierz z kryzą i eleganckie hiszpańskie pantofle, a na ramionach spiętą guzikami paryskimi pelerynę, która wylewała się poza stronę. Niemal czułam jej mięsistość.

– Jakiego jest koloru? – szepnęłam, przesuwając palcami po konturach.

– Peleryna jest z pomarańczowej wełny podbitej atłasem – powiedział z dumą. Jutro ją każę uszyć. Pojedziesz w niej do domu. Do Gawthorpe.

Nikt wcześniej niczego takiego dla mnie nie zrobił. Skończyła się zima i przyjechaliśmy, tak jak zapowiadał Richard, do nowiutkiego domu, w którym nikt nigdy nie mieszkał. Podróż trwała dziewięć dni, a ja przez całą drogę potrafiłam myśleć jedynie o tym, że przybywam do Lancashire jako pani Shuttleworth, w stroju, jakiego nikt w tych stronach nigdy nie widział. Richard wyglądał równie pięknie, ubrany według własnego pomysłu, z rapierem i kordem u boku. Wzdłuż ulicy, którą podjeżdżaliśmy do nowego domu, stali mieszkańcy miasteczka, uśmiechali się i machali do nas. Z czasem jednak obraz zmienił się w mojej pamięci; widziałam jedynie dwójkę dzieci ubranych do zabawy.

Zdmuchnęłam świecę i nasłuchiwałam odgłosów z sąsiedniego pokoju. Po raz pierwszy od ślubu, choć byliśmy oboje w tym samym domu, spałam sama.


Nie przyszedł do mnie rano; nie obudził mnie, zszedł na dół na śniadanie. Czytał listy, a ja siedziałam naprzeciwko, wmuszając w siebie chleb i miód, i starając się utrzymać to w żołądku. Widziałam, jak w trakcie czytania twarz mu się marszczy albo rozjaśnia. Nie zapytałam, kto do niego pisał. Służący wchodzili i wychodzili z jadalni, a ja zastanawiałam się, kto z nich wie, że w gotowalni obok naszego pokoju sypialnego pojawiło się zapasowe łóżko ze świeżą pościelą. Jakby w odpowiedzi chwyciłam spojrzenie jednej z dziewcząt kuchennych; szybko odwróciła wzrok, a koniuszki jej uszu poczerwieniały. Zrobiło mi się zimno, nie mogłam jeść ani powiedzieć tego, co chciałam, więc jak tchórz poszłam pospacerować po długiej galerii i modlić się o znak od Boga. Patrzyłam na drzewa i na niebo, i chciałam być gdzieś tam, z nimi, a nie tu, ze swoimi myślami.

Dużo później znalazłam Richarda w wielkim hallu; siedział z Jamesem nad otwartą księgą domowych rachunków. W Gawthorpe księga rachunków była równie ważna jak Biblia Króla Jakuba: wszystko, co kupowaliśmy, każdy zapłacony rachunek, wszystko, co tu wjeżdżało lub wyjeżdżało z Gawthorpe na kołach, na grzbiecie konia lub toczone w beczce, było zapisywane na jej grubych kartach nieskazitelnym pismem Jamesa. Zbroje, gobeliny i inne błahostki, na które Richard chętnie wydawał pieniądze, powierzane były atramentowi na równi z rzeczami powszednimi: pończochami dla służby czy korkami do wina. Tyle że Richard, tak jak i ja, niewiele się tym interesował, wolał zostawiać to naszym ludziom, więc kiedy go znalazłam, wiedziałam, że będzie zniecierpliwiony; rozmowy o czynszach i zyskach go nudziły. Jakby upominając go, by poważnie traktował interesy majątku, surowo patrzył na nich z portretu wuj, wielebny Lawrence, z wymalowaną na ramieniu maksymą: „Śmierć drogą do życia”.

Przełknęłam ślinę. – Richard?

Spojrzał w górę, zadowolony z odmiany. I wtedy nastąpiły dwie rzeczy jednocześnie: James przewrócił kartę tak, że ukazały się puste strony, choć ostatnie były zapełnione tylko w połowie, a ja spostrzegłam, że Richard ubrany jest do podróży.

– Wyjeżdżasz?

– Lancaster. Ruszam wieczorem.

– Ach. Dostałeś dziś jakieś listy?

– Tylko od sióstr z wiadomościami z Londynu. Zawsze piszą do mnie osobno, choć równie dobrze mogłyby razem – w kółko o tych samych ludziach, zabawach i o ofierze najświeższego skandalu. Mają tam przynajmniej więcej rozrywek niż w Forcett, z matką; pewnie nigdy nie będą chciały wracać do Yorkshire. Potrzebujesz mnie?

– Tak. Potrzebuję cię.

W pokoju zapadła cisza. Pióro, umoczony w atramencie czubek, niecierpliwie drżało w ręce Jamesa.

Chciałam powiedzieć „Nie jedź”, ale zamiast tego spytałam: – Jak się miewają panny Shuttleworth?

– Eleanor wspomina, że jest czymś podekscytowana, ale Anne nie pisze na ten temat ani słowa.

– Może się zaręczyła.

– Subtelność nie jest w stylu Eleonory.

– To może ma nadzieję, że się zaręczy.

James wymownie chrząknął.

– Jadę rano do Padiham, do pani Kendall po płótno. Potrzebujesz czegoś?

– Dlaczego nie wyślesz kogoś ze służby?

– Przywiozą nie to, co trzeba. Dobrze się czujesz?

Szare oczy Lawrence’a patrzyły na mnie z ram obrazu. Śmierć drogą do życia.

– Tak.

Nie chciałam, żeby wyjeżdżał; zawsze wyjeżdżał, a ja zawsze zostawałam.

– Kiedy wrócisz?

– Za kilka dni. Mam zajrzeć po drodze do Barton?

– Po co? Matki tam już nie ma. Zostały puste pokoje i myszy.

– Powinienem od czasu do czasu sprawdzić, czy wszystko w porządku.

James sapnął i poruszył się na krześle. Zabierałam mu cenny czas spędzany z panem. Chyba wtedy Richard spojrzał na mnie uważnie, bo podszedł do mnie i palcem obrócił ku sobie mój podbródek.

– A co powiesz, żebyśmy się niedługo wybrali do Londynu? Przez te listy od Eleanor i Anne zatęskniłem do stolicy. Znajdziemy ci najlepszą akuszerkę, zabiorę cię do teatru; Bóg wie, jak bardzo brakuje nam w tych stronach rozrywek. Ten ponury hall mógłby posłużyć jakimś przyjemnościom. James, sprawdź, czy nie ma w okolicy jakichś wędrownych komediantów, którzy mogliby tu przyjechać i coś pokazać. Albo poślij po nich. – Objął mnie w talii i ujął moją rękę, jak do tańca. Puk przyczłapał do nas, chrząkając z zaciekawieniem. – W przeciwnym razie będę musiał wytresować Puka na tańczącego niedźwiedzia. Popatrz!

Odsunął mnie i podciągnął wielkie łapy psa w górę, aż oparły się mu na ramionach, a ogromny łeb Puka znalazł się na wprost jego twarzy. Musiałam się uśmiechnąć, kiedy ruszyli w niezdarny taniec; Puk z wywieszonym jęzorem dreptał chwiejnie po kamiennych płytach, na koniec niezgrabnie opadł na ziemię. I natychmiast przyszedł do mnie, oczekując w nagrodę pogłaskania.

– Beznadziejne stworzenie. Będziemy musieli popracować nad naszym występem – powiedział Richard.

Zostawił mnie z Jamesem, a Jamesa z niedokończonymi interesami. Wiedziałam, że nie jestem w domu jedyną osobą bezbronną wobec zmiennych nastrojów mojego męża. Patrzyłam, jak wychodzi, czułam jego leciutki jak piórko pocałunek na policzku i brzemię całej reszty, ciążącej na ramionach jak mokra peleryna.