Pożegnanie z Paryżem

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Podziękowania

Czego słucha Grace

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: The Truths and Triumphs of Grace Atherton

Redakcja: Anna Brzezińska

Projekt okładki: Kav Studio Pola Rusiłowicz

Zdjęcia na okładce: © Rudchenko Liliia/Shutterstock, © ArtStudioBaku/Shutterstock, © otter x otter/Shutterstock

Zdjęcie autorki: © Andrew Hayes-Watkins

Ilustracja wiolonczeli: © Richard Friend

Korekta: Beata Wójcik, Agnieszka Al-Jawahiri

Copyright © Anstey Spraggan, 2019

Prawo Anstey Spraggan do uznania za autorkę tej pracy zostało potwierdzone zgodnie z ustawą Copyright, Desing and Patents Act z 1988 roku.

Copyright for the Polish translation © by Agata Ostrowska, 2018

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN: 978-83-8015-951-8


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Colina i Alby, bo jesteście moimi Najlepszymi Przyjaciółmi.

I dla Jane Aspden za to, że mogę na Ciebie liczyć nawet w najtrudniejszych chwilach.


Nazwa „wiolonczela” pochodzi od włoskiego violoncello. Instrument ten należy do rodziny skrzypiec, podobnie jak skrzypce i altówka, kontrabas zaś ma nieco inne korzenie – wywodzi się od violi da gamba.

Wiolonczelę buduje się z trzech materiałów.

Korpus wykonany jest z drzewa klonowego, płyta wierzchnia – ze świerka. Podstrunnicę, kołki i strunnik rzeźbi się z hebanu. Te elementy mają być jak najtrwalsze: heban to jeden z najtwardszych gatunków drewna na świecie. Klon i świerk nie są aż tak solidne, ale ważą mniej i w bardzo specyficzny sposób reagują na wibracje.

Instrument smyczkowy to właściwie komora rezonansowa w formie drewnianego pudła. Żaden lutnik – ani, swoją drogą, żaden fizyk – nie zdołał ulepszyć właściwości akustycznych oryginalnych projektów Stradivariego, Guarneriego i Amatiego z XVII-wiecznej Cremony.

Przód wiolonczeli nazywa się płytą wierzchnią. Wykonana jest ona z drewna świerkowego. W płycie tej wycina się otwory zwane efami, po obu stronach podstawka. To dzięki nim fale dźwiękowe wydobywają się poza wnętrze instrumentu.

Za efami znajdują się belka basowa oraz dusza. Bez tych dwóch elementów instrument nie mógłby działać. Dusza to cienki drewniany kołek łączący górną i dolną płytę pudła rezonansowego, który kontroluje siłę wibracji przechodzących między tymi dwiema płaszczyznami. Aby uzyskać czysty dźwięk, duszę trzeba umieścić we właściwym miejscu z dokładnością do ułamków milimetra. Dusza znajduje się nieco poniżej i na lewo od podstawka.

Belka basowa to gładka, wąska listewka sosnowa przymocowana od spodu do płyty wierzchniej wiolonczeli, po przeciwnej stronie podstawka niż dusza. Belka basowa podtrzymuje nóżki podstawka i przenosi wibracje wzdłuż płyty wierzchniej.

To właśnie wibracje tworzą dźwięk: charakterystyczny głos wiolonczeli.

Rozdział 1

Spędzaliśmy z Davidem weekend w Paryżu i właśnie wracaliśmy na noc do jego mieszkania, kiedy tamta kobieta wpadła na tory metra.

Był koniec lipca, jeden z tych wściekłych, zlanych potem wieczorów, kiedy puls miasta przyśpiesza, w miarę jak metropolia zbliża się do momentu przełomowego, przygotowuje się na gorączkową sierpniową ewakuację. Sprzedawcy poganiają klientów, obsługują ich z takim samym pośpiechem, z jakim lada dzień wyruszą na autostrady. Dzieci aż kipią z podniecenia, a w letnim powietrzu niosą się okrzyki młodych ludzi. Nim minie tydzień, wszyscy stąd wyjadą, już nie mogą się doczekać. Nigdy nie spędziłam w Paryżu wystarczająco dużo czasu, żeby żywić do tego miasta takie uczucia.

Tamtego wieczoru poszliśmy z Davidem na koncert do Konserwatorium. Zrobił mi niespodziewany prezent, bardzo romantyczny gest.

– To dla ciebie – powiedział przy śniadaniu i podsunął mi kopertę po blacie stołu. Widniało na niej „Dla Grace” wypisane jego starannym, nieco pochyłym charakterem pisma, czarnym piórem wiecznym, którego zawsze używa. – Za ciężko ostatnio pracujesz. A ja – wstał, przeszedł na moją stronę stołu, otoczył mnie ramionami i pocałował – byłem raczej kiepskim chłopakiem.

– Akurat.

David nigdy nie był i nie jest kiepskim chłopakiem. Myśli o wszystkim, niczego nie pozostawia przypadkowi; bardzo mi się to w nim podoba.

Otworzyłam kopertę i aż zaparło mi dech w piersiach na widok programu tak idealnie dobranego. David potrafi wnieść w moje życie rzeczy, których braku nie jestem nawet świadoma.

– Czym sobie na to zasłużyłam?

– Zaraz coś wymyślę – odparł David. – Może tym, że przyleciałaś taki kawał drogi, chociaż od tygodni pracowałaś bez chwili wytchnienia? Może tym, że wybaczyłaś mi odwołanie dwóch ostatnich przyjazdów do ciebie, że masz do mnie tyle cierpliwości? A może po prostu tym, że jesteś taka piękna. – Odsunął mój talerzyk, zostawiając na blacie smużkę dżemu morelowego. Pociągnął mnie do góry, żebym wstała. – Chcesz sobie zapracować na te bilety?

Ze śmiechem wróciliśmy do łóżka.

Siedziałam z szeroko otwartymi ustami w okazałej, urządzonej z przepychem sali koncertowej Konserwatorium Paryskiego i z zapartym tchem słuchałam recitalu najlepszych studentów na zakończenie roku akademickiego. Młody wiolonczelista, jeszcze nastolatek, tak wspaniale wykonał La Folíę Corellego, że miałam łzy w oczach. Kiedy byłam w wieku tego chłopaka, ćwiczyłam po sześć godzin dziennie, ale i tak nie potrafiłam tak grać – brakowało mi odpowiedniego stanu duszy.

 

David miał w kieszeni marynarki idealnie wyprasowaną białą chusteczkę, więc podał mi ją, gestem wskazując duże, ciche łzy, które lada moment miały potoczyć się po moich policzkach. Uśmiechnął się do mnie czule.

Mamy dla siebie tylko weekend: dwie noce i trzy cudowne dni w Paryżu, po których czeka mnie dwugodzinna podróż pociągiem do Anglii, a on wróci do Strasburga. Staramy się nie przepełniać tych krótkich wypadów atrakcjami. Spędzamy czas na gotowaniu i włóczeniu się po bazarkach, zastanawiamy się, które warzywa kupić, jaki będzie najlepszy sos do sałatki – prozaiczna, sielankowa codzienność.

Wstajemy późno i wcześnie kładziemy się do łóżka, śpimy wtuleni w siebie. Przez większość czasu nie wychodzimy z mieszkania, pijemy kawę na balkonie z żelazną balustradą albo wylegujemy się na wygodnych, szerokich kanapach i słuchamy muzyki. Nie chodzimy do restauracji, nie mamy tu żadnych znajomych; nie chcemy rozcieńczać tej malutkiej dawki wspólnego czasu, niezwykle cennego, bo jest go tak niewiele.

To zatem nietypowe, że znaleźliśmy się w metrze, że wracamy do domu w tłumie ludzi, którzy nie mogą się doczekać wyjazdu z miasta. Już w przedsionku stacji Porte de Pantin jest spory tłok; spodziewaliśmy się tego. Mogliśmy poczekać w pobliskim barze, usiąść na zewnątrz i patrzeć na jaskółki nurkujące nad naszymi głowami po komary, których pełno w wieczornym powietrzu, ale chcemy jak najszybciej wrócić. Jutro po południu wyjeżdżam; mamy tak mało czasu, jest tak skondensowany, że nawet błogie chwile podczas koncertu wydawały się zdradą.

David bierze mnie za rękę i przeciskamy się pomiędzy pasażerami. Idziemy korytarzem wyłożonym białymi kafelkami w dół, prosto w trzewia przepełnionej stacji.

Swąd gorącego smaru wisi w powietrzu na peronie niczym pociąg widmo. Staroświecki wyświetlacz ze stukotem pokazuje kolejne zapowiedzi: następny pociąg ma przyjechać za parę chwil. Szykujemy się do przepychania przez tłum złożony z dziewczyn o nieprawdopodobnie szczupłych nogach w jaskrawych spodniach, chłopców w marynarkach z podwiniętymi rękawami – na jedną idealną zakładkę – odsłaniającymi kościste nadgarstki, staruszek gotujących się w płaszczach z gabardyny.

Tuż przed nami stoi kobieta, stopami niemal dotyka krawędzi peronu. Ma na sobie czarny salwar kamiz, a na głowie i ramionach lśniącą chustę przetykaną złotą nicią.

Wszystko dzieje się tak szybko. Nie jestem w stanie zarejestrować nawet kolejności zdarzeń, nie mówiąc o ich skutkach. W jednej chwili kobieta stoi obok, stopy ma ustawione równolegle do moich, plecy tej samej szerokości co ja, jest tego samego wzrostu, a potem nagle znika. Opada na ziemię jak w jakiejś sztuczce magicznej. Widzę, jak uginają się pod nią kolana, i przygotowuję się na uderzenie głowy o podłogę, chociaż nie jestem na tyle zwinna, żeby ją złapać. Całe moje przygotowanie to raczej antycypacja na ułamek sekundy przed zdarzeniem niż jakiekolwiek działanie.

Ale nie ma żadnej podłogi, na którą mogłaby opaść. Stoi na samiutkiej krawędzi peronu.

Ktoś krzyczy, słyszę łoskot pociągu.

Patrzę na własne stopy, na szyny w dole, gdzie myszy czmychają na wszystkie strony, na jej bezwładne ciało zwinięte w kłębek w ciemnym kanale metra.

Obok niej widzę Davida.

Znów krzyki. Nie moje, ale krzyczą wszyscy wokół. Wykrzykują słowa, których nie rozumiem. Jestem całkowicie sparaliżowana.

À l’aide, bon Dieu! Au secours! – woła David do ludzi na peronie. Pół stoi, pół klęczy, jedną nogę ma zgiętą, a stopą zapiera się o szynę. Druga noga, sztywno wyprostowana, tkwi głęboko między torami. Trzyma kobietę na rękach jak niemowlę, głowa zwisa jej do tyłu, a szal ciągnie się po szynach.

W tunelu narasta smoczy ryk. Wszyscy aż podskakują na ogłuszający dźwięk. Z perspektywy czasu sądzę, że maszynista dostrzegł ich w świetle reflektorów, ale był całkowicie bezradny.

Na krawędzi peronu klęka trzech czy czterech mężczyzn. Zabierają kobietę z objęć Davida i układają za sobą. Znowu znajduje się tuż przede mną.

Dźwigają Davida za ręce i barki, wyciągają go na górę, a zaledwie sekundę czy dwie później pociąg hamuje przed nami z piskiem hamulców, dokładnie w miejscu, gdzie cień Davida zdaje się jeszcze ciepły, gdzie ciągle perlą się krople potu, które zostawił na torach.

Kobieta wciąż jest nieprzytomna, wokół niej kłębi się zbiegowisko. Leży na plecach i dopiero teraz widzę, mimo jej luźnego stroju, że David uratował życie dwóm osobom.

– Przekręćcie ją na bok. Musi leżeć w pozycji bezpiecznej. – Dochodzę do siebie. – W ciąży nie może leżeć na plecach. – Ale mówię po angielsku, więc nikt nie reaguje. Kupuję wszystkie książki o ciąży, jak tylko się ukazują, więc mam się za ekspertkę, chociaż jedynie z drugiej ręki.

Przeciskam się obok sporego faceta, który nad nią stoi, i zaczynam przekręcać ją na bok, do pozycji bezpiecznej. David krzyczy coś po francusku, domyślam się, że każe pozostałym się odsunąć, bo dam sobie radę sama.

Tak, dam sobie radę – kobieta jest drobna, drobniejsza nawet ode mnie. Mimo niemal całkowitego mętliku w głowie dochodzę do wniosku, że musiała zemdleć od upału i ciężaru w brzuchu. Tętno ma mocne i miarowe, oddycha prawidłowo. Przysuwam ucho do jej ust, żeby się upewnić, i dostrzegam króciutkie czarne włoski nad górną wargą, róż na policzkach.

Jakiś mężczyzna w uniformie przepycha się szybko między zgromadzonymi wokół miejsca zdarzenia i zatrzymuje się gwałtownie przy nas. Podejrzewam, że to maszynista.

David woła w gęsty tłum gapiów:

Est-qu’il y’a un médecin ici? Elle a besoin d’un medic.

Jakaś kobieta przeciska się przez ciżbę i klęka obok mnie.

Je suis sage-femme – mówi i dotyka twarzy kobiety.

Je suis Anglaise – uprzedzam, zanim powie coś więcej. David wyjaśnił mi później, że była położną, ale jak dla mnie równie dobrze mogła być kwiaciarką. Po prostu chciałam, żeby ktokolwiek inny przejął kontrolę nad sytuacją.

David ciągnie mnie za rękę.

– Wstajemy. – Pomaga mi się podnieść z ziemi i prowadzi na bok. Potem skręca w stronę wyjścia i zaczynamy przedzierać się przez tłum.

– Może powinniśmy zaczekać, sprawdzić, czy nic jej nie będzie?

– Musimy złapać zasięg, żeby zadzwonić po karetkę. – Pędzi ku ruchomym schodom, a ja, ledwo dysząc, próbuję za nim nadążyć. – Polecę pierwszy, zobaczymy się na górze. – Mimo pośpiechu odwraca się jeszcze i posyła mi uśmiech, upewnia się, że nie panikuję i zaraz wyjadę z tych ciemności na powierzchnię ziemi.

Patrzę, jak biegnie w górę po schodach: wysoki mężczyzna, w tłumie zwykle przewyższa wszystkich o ładne parę centymetrów, barczysty i wysportowany. Ma na sobie elegancką marynarkę, tak perfekcyjnie skrojoną, że materiał praktycznie w ogóle się nie porusza, choć David coraz energiczniej macha łokciami, w miarę jak zbliża się do szczytu wysokich schodów. Kiedy znika na górze, przyśpieszam kroku.

– Wszystko w porządku, Grace – mówi, kiedy docieram do przedsionka, gdzie to wszystko się zaczęło. – Maszynista wysłał sygnał alarmowy. Karetka już tu jedzie. – Przyciąga mnie do siebie, pochyla się i chowa twarz w moich włosach. Jest cały zesztywniały z napięcia, niemal czuję zapach adrenaliny. – Chodźmy do domu.

Skromność jest tak bardzo w jego stylu. Nigdy w życiu nie domagałby się pochwał. Zna siebie i wie, jakie ma wady. Pomniejsza i bagatelizuje swoje mocne strony.

Jak mówi jedno z nielicznych znanych mi francuskich wyrażeń, David jest całkowicie bien dans sa peau, czyli „szczęśliwy w swojej skórze”.

Wspinamy się po schodach do wyjścia i łapiemy taksówkę. Ulice wyglądają dokładnie tak samo jak wcześniej, mimo że tyle się w międzyczasie wydarzyło. Powietrze jest gęste, egzotyczne, chodnik suchy i miejscami brudnawy, kawiarniane ogródki pełne gwaru rozmów i dźwięków Paryża.

Zupełnie do nas nie dociera, że David o mały włos nie stracił życia, a ja, co gorsza, stałam z założonymi rękami i niewiele brakowało, żeby na moich oczach rozjechał go pociąg i na zawsze mi go odebrał. To wszystko uderzy nas dopiero później.

Docieramy do mieszkania i zamykamy drzwi na wszystkie spusty.

W taksówce próbowałam porozmawiać o tym, co się wydarzyło, ale David pokręcił głową i przyłożył palec do ust w geście nakazującym milczenie, zachowanie sekretu. To miasto, jego miasto, jest małe. Nie przyszło mi do głowy, że kierowca może znać angielski.

W domu zrzuca buty i patrzy na kolana lnianych spodni, czarne od brudu. Podchodzi do zlewu i dokładnie myje ręce, obraca je na wszystkie strony pod kranem, trzy razy namydla i spłukuje.

– Usiądź, kochanie – mówię, staję za nim i oplatam go w pasie.

– Boże, przepraszam. Jak się czujesz? – Odwraca się i patrzy mi w oczy. – Musiałaś być przerażona.

Obejmuję go mocno i czuję, jak jego ramiona odwzajemniają uścisk, wtulam twarz w jego tors.

– Ja? – pytam. – Jesteś stuknięty. Byłeś o krok od śmierci, a martwisz się o mnie?

– Pomyślałem wtedy, jak bym się poczuł, gdybyś to ty leżała na tych torach. Chociaż tak naprawdę wcale nie myślałem. To był instynkt. Gdzieś musi być ktoś, kto czuje do niej to, co ja czuję do ciebie. Byłem mu to winny.

W moich oczach wzbierają łzy i uświadamiam sobie, jak mało brakowało, żebym go straciła. Przez kilka chwil, kiedy serce zamarło mi w piersi, byłam przekonana, że tak właśnie skończy się dzisiejszy wieczór. Nawet nie chcę myśleć, jak to by się potoczyło, jak w ogóle miałabym przeżywać żałobę po Davidzie.

Przechodzi mnie dreszcz, jeszcze mocniej przytulam się do Davida. On całuje mnie w czubek głowy i rozluźnia uścisk.

– Myślę, że dobrze nam zrobi brandy. – Znowu się uśmiecha, jego twarz odzyskała zwykłą barwę, jest gładka i miękka. – Wypij, skarbie – mówi i wkłada mi w ręce pękaty kieliszek. Zauważam, że nadal trochę się trzęsę.

Dmucham na brandy i czuję, jak opary alkoholu spowijają mi twarz. Policzki mi się rumienią. Pociągam łyk.

David ma duże dłonie, więc swobodnie trzyma kieliszek jedną ręką. Drugą sięga do drzwi balkonowych i zwalnia blokadę. Otwiera drzwi i wsuwa je do szczeliny w ścianie, a do środka od razu wpadają hałasy znad rzeki i miejski gwar. To cudownie kojący dźwięk.

Mieszkanie ma jedną sypialnię, na końcu kredowobiałego korytarza, i łazienkę z wszelkimi możliwymi udogodnieniami. David wspomina czasem, że jego klienci mogą w razie potrzeby korzystać z lokum, ale z tego, co wiem, jeszcze żaden się na to nie zdecydował. Jednak na wszelki wypadek mieszkanie jest utrzymane w bardzo eleganckim stylu, ma tę nieco bezosobową, ale klasycznie paryską atmosferę, od momentu wyjścia z windy à la art déco – z ciężkimi metalowymi drzwiami i witrażami – aż po sięgające od podłogi do sufitu drzwi balkonowe z grubymi kotarami.

Okna wychodzą na cmentarz Passy z jednej strony i na Sekwanę z drugiej. Gdyby dało się wyciągnąć szyję i wyjrzeć za róg, za ściany sąsiedniego mieszkania na piątym piętrze, można by zobaczyć wieżę Eiffla; niestety, ponieważ to niemożliwe, trzeba uwierzyć, że naprawdę tam stoi.

– Ten koncert to było coś – mówi David i dopiero wtedy dociera do mnie, że w całym tym zamieszaniu zupełnie zapomniałam o recitalu.

– Wiedziałeś, że będą grali La Folíę? – pytam z zaciekawieniem. Sonata Corellego, oparta na prostej melodii ludowej, jest jednym z moich dziesięciu ulubionych utworów wszech czasów, ale nie pamiętam, żebym wspominała o tym Davidowi.

– Pewnie, że tak. – Stoi na balkonie, opiera się plecami o balustradę i patrzy na mnie przez wysoką szczelinę w rozsuniętych drzwiach. – Prawie zawsze masz tę płytę w odtwarzaczu, a kiedy ostatnio u ciebie byłem, zauważyłem nuty na pulpicie.

– Bardzo ci dziękuję. Uwielbiam ten utwór.

– Ale to nie dlatego kupiłem bilety. – Marszczy czoło pod ciemną grzywką, która sięga mu niemal do brwi. – La Folía, czyli szaleństwo. Zawsze, kiedy cię widzę, słyszę w głowie tę melodię. – Mówiąc to, patrzy w ziemię. To nie przechwałki ani zaloty; zdaje się wręcz zawstydzony taką intymnością, romantycznym wyznaniem. – No dobra, skarbie, zajmij się czymś. Muszę zdjąć te uświnione spodnie i w coś się przebrać. Przyda mi się też prysznic. Możesz zostać sama? Nie zajmie mi to więcej niż kwadrans.

 

– Mam co robić – odpowiadam. – Przez cały dzień nie sprawdzałam skrzynki mailowej sklepu. – Nie chcę, żeby się o mnie zamartwiał, więc wspominam o przyziemnych sprawach, siląc się na spokój, chociaż wcale go nie czuję.

Otwieram laptopa, a w tle słychać odgłosy ablucji Davida, woda uderza o wyłożoną kafelkami posadzkę pod prysznicem. Te dźwięki świadczą o tym, że jest blisko, dzięki nim czuję się szczęśliwa i kochana.

Kiedy jestem we Francji, na pulpicie komputera wyświetlają mi się nagłówki z „Metronews” – nieprzesadnie wymagające intelektualnie jak na moją słabą znajomość francuskiego, a tłumaczenie artykułów pomaga mi szlifować język. Nie potrzebuję tłumacza, żeby zrozumieć reportaż, który dzisiejszego wieczoru wisi na pierwszej stronie.

Ujęcia z kamer przemysłowych pokazują nieostrą sylwetkę mężczyzny na torach metra. To mógłby być praktycznie każdy. Przeklikuję się przez historię – l’homme mystère i héros du soir są całkiem jasne, nawet dla mnie. Udaje mi się rozszyfrować, że z młodą kobietą wszystko w porządku, zemdlała od upału i jest dozgonnie wdzięczna Davidowi za uratowanie jej życia.

Dziennikarze apelują do wszystkich mieszkańców Paryża o pomoc w odszukaniu tajemniczego mężczyzny, żeby podziękować mu za odwagę. Wyczyn Davida stanowi swego rodzaju odtrutkę na ponure i niepokojące wiadomości publikowane ostatnio w mediach. Na dole ekranu miga baner z napisem: Qui était-il?

Żadne ze zdjęć nie jest na tyle wyraźne, żeby ktokolwiek mógł z pełnym przekonaniem rozpoznać Davida. Widać, że mężczyzna jest wyjątkowo wysoki, wystaje głową ponad tłum, ma gęste ciemne włosy i elegancki jasny garnitur. Nikt nie zdoła wypatrzyć jego drobnej, niepozornej dziewczyny, rozpoznać jej po zupełnie zwyczajnej fryzurze – krótkie włosy, wystrzępione z przodu i po bokach – w spódnicy w kolorze jasnej zieleni.

Niżej na stronie zauważam nieostrą stop-klatkę z czarnym kwadratem, wewnątrz którego widnieje biała strzałka. Palce sztywnieją mi na klawiaturze. To nagranie z kamer bezpieczeństwa na stacji.

Włączam odtwarzanie. David wspina się wielkimi krokami po ruchomych schodach; każdy, kto go zna, rozpozna go bez chwili wahania. Za nim, co najmniej dwa razy wolniej, podąża niezbyt elegancka, niska kobieta w jasnej, kolorowej spódnicy, próbuje go dogonić truchcikiem.

Każdy się domyśli, że to on, to my. Po tym, jak raz po raz zerka przez ramię, widać, że coś go łączy z kobietą za jego plecami. Dla każdego będzie jasne, że jesteśmy parą.

Nawet dla jego żony.

Nawet dla jego dzieci.