Cień góry

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Widywałem Rowerowych Zabójców, śmigających na błyszczących chromem rowerach z samobójczą prędkością przez handlowe uliczki Bazaru Złodziei. Byli młodzi i zawsze ubrani w takie same uniformy – jaskrawe, obcisłe podkoszulki zwane banyanami, białe obcisłe dżinsy i najnowszy model butów do biegania. Zaczesywali włosy do tyłu, przygładzając je perfumowanym olejkiem, nosili ostentacyjne kastowe tatuaże na twarzach, chroniące ich przed złym wzrokiem, i zakrywali oczy identycznymi lustrzanymi aviatorami, równie błyszczącymi jak ich srebrne rowery.

Całe przestępcze podziemie zgadzało się, że byli to najbardziej skuteczni nożownicy, jakich można wynająć za pieniądze, ustępujący umiejętnościami tylko jednemu człowiekowi w tym mieście: Hathodzie, mistrzowi sztyletu pracującemu dla firmy Sanjaya. W plątaninie uliczek i zaułków, zatłoczonych towarami i gęstych od nawoływań sprzedawców, zaparkowaliśmy motocykle przed sklepem z ajurwedyjskimi lekami i jedwabnymi sakiewkami z tajemnymi ziołami, dającymi ochronę przed miłosnymi zaklęciami. Chciałem kupić taki, ale Abdullah mnie powstrzymał.

– Ochroną mężczyzny jest Allah, honor i obowiązek – warknął, biorąc mnie za ramiona. – Nie amulety i zioła.

Odnotowałem w pamięci, żeby wrócić do sklepu, kiedy będę sam, i poszedłem za moim surowym przyjacielem.

Weszliśmy w uliczkę tak wąską, że ocieraliśmy się ramionami o ściany budynków, a gdy zrobiło się w niej ciemno, Abdullah zatrzymał się pod niemal niewidocznym łukiem z napisem „Wieżowce Bella Vista”.

Za łukiem ujrzeliśmy sieć krytych ulic, które wydawały się przebiegać przez środek prywatnego domu. Jego właściciel, starszy mężczyzna w podartym banyanie, siedzący na szezlongu, czytał gazetę przez zbyt duże optyczne ciemne okulary.

Nie podniósł głowy ani nie przywitał się z nami, kiedy przeszliśmy przez jego salon.

Zagłębiliśmy się w jeszcze ciemniejszą uliczkę, skręciliśmy po raz ostatni w tym labiryncie i dotarliśmy do przestronnego, otwartego, zalanego słonecznym światłem dziedzińca.

Już o nim słyszałem. Nazywano go Das Rasta, czyli Dziesięć Dróg. Budynki mieszkalne i liczne uliczki otaczały niemal całkiem okrągły prywatny plac. Lokatorzy wychylali się z okien, spoglądając na to, co dzieje się na Das Rasta. Niektórzy opuszczali lub wciągali na górę kosze z warzywami, gotowanymi potrawami i innymi towarami. Wiele osób wchodziło na dziedziniec i opuszczało go promieniście rozchodzącymi się uliczkami, prowadzącymi do szerokiego świata.

Na środku placu piętrzyły się worki ziarna i roślin strączkowych. Tworzyły stertę dwukrotnie przewyższającą dorosłego mężczyznę. Na workach jak na małej piramidzie tronów siedzieli Rowerowi Zabójcy.

Najwyższy tron zajmował Iszmit, przywódca. Zgodnie z sikhijską tradycją nigdy nie obcinał swoich długich włosów – ale na tym kończyła się wierność zasadom. Jego włosy nie kryły się w schludnym turbanie, lecz spływały swobodnie do wąskiej talii. Chude, nagie ramiona Iszmita były pokryte tatuażami przedstawiającymi jego liczne morderstwa i zwycięstwa w wojnach gangów. Za paskiem obcisłych dżinsów miał dwa długie, zakrzywione noże w ozdobnych pochwach.

– Salaam aleikum – odezwał się od niechcenia, witając Abdullaha.

– Wa aleikum Salaam – odpowiedział Abdullah.

– Co to za psi pysk z tobą przyszedł? – spytał w hindi mężczyzna siedzący obok Iszmita, odwracając głowę, żeby głośno splunąć.

– Ma na imię Lin – odpowiedział spokojnie Abdullah. – Nazywają go także Shantaram. Był z Kadirbajem i mówi w hindi.

– Może mówić w hindi, pendżabskim i malajalam, mam to gdzieś – odparł mężczyzna w hindi, łypiąc na mnie złym wzrokiem. – Mam gdzieś, czy będzie mi tu deklamować wiersze i czy wsadził sobie w dupę słownik. Chcę wiedzieć, co ten psi pysk tu robi.

– Podejrzewam, że masz większe doświadczenie z psami niż ja – odparłem w hindi. – Przyszedłem tutaj nie z psami, ale w towarzystwie ludzi, którzy potrafią okazywać szacunek.

Mężczyzna drgnął, kręcąc głową z niedowierzaniem. Nie wiedziałem, czy chodziło o wyzwanie, które mu rzuciłem, czy o to, że biały cudzoziemiec przemówił językiem używanym przez ulicznych gangsterów.

– Ten człowiek jest także moim bratem – odezwał się Abdullah spokojnie, wpatrując się w Iszmita. – To, co mówi twój człowiek do niego, mówi do mnie.

– Więc może powiem to do ciebie, Irańczyku – rzucił mężczyzna.

– Powiedz, na Allaha – odparł Abdullah.

Zapadła zupełna cisza. Mężczyźni noszący worki ziarna, garnki z wodą, pudła napojów, paczki przypraw i innych towarów nadal krążyli po dziedzińcu. Ludzie nadal wyglądali przez okna. Dzieci wciąż śmiały się i bawiły się w cieniu. Ale w przestrzeni między Rowerowymi Zabójcami a naszą czwórką rozchodził się medytacyjny bezruch, tchnący z naszych bijących serc. Był to brak ruchu, decyzja, by nie sięgnąć po broń, cień przed rozbłyskiem słońca i krwi.

Rowerowi Zabójcy tylko czekali na wypowiedzenie wojny, ale szanowali Abdullaha i bali się go. Spojrzałem w uśmiechnięte oczy Iszmita, wąskie jak chytre szparki. On już liczył ciała, które legną wokół jego tronu z worków.

Abdullah bez wątpienia zabiłby co najmniej trzech ludzi Iszmita, a reszta z nas mogła zrobić to samo. I choć na dziedzińcu było dwunastu Rowerowych Zabójców i kilku innych w pokojach nieopodal – i choć Iszmit mógł ocalić życie – gang poniósłby zbyt wielkie straty, by w odwecie odeprzeć atak naszego gangu.

Oczy Iszmita rozszerzyły się nieco. Błysnął uśmiech zabarwiony szkarłatnym orzechem betela.

– Brat Abdullaha – powiedział Iszmit, spoglądając na mnie – jest moim bratem. Pójdź, usiądź obok mnie. Razem napijemy się bhangu.

Spojrzałem na Abdullaha, który skinął mi głową, nie odrywając wzroku od Rowerowych Zabójców. Wspiąłem się na tron z worków i usiadłem nieco poniżej Iszmita, na tym samym poziomie co mężczyzna, który mnie obraził.

– Radża! – rzucił Iszmit, zwracając się do człowieka, który polerował i tak już lśniące rowery. – Przynieś krzesła!

Mężczyzna szybko wrócił z drewnianymi stołkami dla Abdullaha, Fardina i Husseina. Drugi przyniósł bladozielony bhang w wysokich szklankach i wielką chillum.

Wypiłem paroma łykami mleko z marihuaną, podobnie jak Iszmit. Beknął głośno i mrugnął do mnie.

– Mleko bawolicy – powiedział. – Ze świeżego udoju. Daje dodatkowego kopa. Chcesz być królem tego świata, dój swoją własną bawolicę.

– A... ha...

Iszmit zapalił chillum, zaciągnął się głęboko dwa razy i podał ją mnie. Dym wysnuwał mu się z nozdrzy jak para z pęknięcia w kamieniu. Wziąłem bucha i podałem fajkę stojącemu niżej w hierarchii gangsterowi. Z jego uśmiechniętych oczu zupełnie zniknęła wcześniejsza wrogość. Zapalił, podał chillum dalej i klepnął mnie w kolano.

– Jaką heroinę lubisz najbardziej?

– Teraz czy kiedyś?

– Teraz.

– Karisma Kapoor.

– A kiedyś?

– Smita Patil. A ty?

– Rekha. Kiedyś, teraz, zawsze. To królowa wszystkiego. Masz nóż?

– Oczywiście.

– Mogę zobaczyć?

Wyjąłem jeden z noży i podałem mu go. Iszmit otworzył go sprawnie i musnął długą, ciężką broń o mosiężnej rękojeści, jakby był to kwiat.

– Ładny – orzekł, oddając mi go. – Czyja robota?

– Vikranta z portu Sassoon – odpowiedziałem, chowając nóż.

– A, Vikrant. Dobry rzemieślnik. Chcesz zobaczyć mój?

– Pewnie – powiedziałem, wyciągając rękę.

Mój długi nóż sprężynowy był stworzony do walki ulicznej. Nóż Rowerowego Zabójcy zaprojektowano tak, żeby zostawiał głęboką, szeroką ranę, przeważnie na plecach. Ostrze, gwałtownie zwężające się ku czubkowi, miało kanaliki ułatwiające spływanie krwi. Zakrzywione do tyłu zęby wchodziły w ciało gładko, ale przy cofaniu ostrza wyrywały kawały mięsa, nie pozwalając ranie się zamknąć. Rękojeść miała kształt mosiężnego półkola, dopasowanego do zaciśniętych palców. Ten nóż lepiej sprawdzał się podczas uderzeń pięścią niż dźgania czy cięcia.

– Wiesz co – powiedziałem, oddając go. – Mam nadzieję, że nigdy, przenigdy nie staniemy przeciwko sobie.

Iszmit uśmiechnął się szeroko, chowając nóż do pochwy.

– Dobry plan! Nie ma sprawy. Ty i ja nigdy nie będziemy walczyć. W porządku?

Podał mi rękę. Zawahałem się przez chwilę, bo gangsterzy traktują takie rzeczy poważnie, a ja nie wiedziałem, czy zdołam dotrzymać słowa, jeśli nasze gangi się skłócą.

– A, co tam – rzuciłem, z rozmachem klepiąc w jego dłoń i zaciskając palce w mocnym uścisku. – Nigdy nie będziemy walczyć. Choćby nie wiem co.

Iszmit znowu się uśmiechnął.

– Więc... – zaczął w hindi. – Przepraszam... za tamtą uwagę.

– W porządku.

– Ja lubię psy. Każdy ci to powie. Nawet karmię bezpańskie psy.

– W porządku.

– Ajay! Powiedz mu, jak bardzo lubię psy!

– Bardzo je lubi – poświadczył Ajay. – Nawet kocha.

– Jeśli nie przestaniesz mówić o psach, kopnę cię w łeb – rzucił Iszmit, błyskając uśmiechem. Odwrócił się od niego godnie. – Abdullah! – zawołał. – Chciałeś ze mną porozmawiać, tak?

Abdullah miał już odpowiedzieć, gdy na dziedziniec weszła grupa robotników ciągnących dwa długie puste wózki.

– Z drogi! – krzyczeli. – Praca zbliża do Boga! Robotnicy wykonują bożą pracę! Zabieramy worki! Stare odjeżdżają, nowe przyjeżdżają! Z drogi! Praca zbliża do Boga!

Z brawurą, która innych kosztowałaby życie, zlekceważyli status i wygodę gangu zabójców i zaczęli zabierać worki z zaimprowizowanego tronu. Śmiertelnie groźni mordercy przewracali się i spadali ze swoich siedzeń.

Iszmit zeskoczył – na tyle szybko, na ile pozwalała mu godność – i stanął obok Abdullaha. Ja zszedłem w ślad za nim, by stanąć obok moich towarzyszy.

 

Fardin, nazywany Politykiem, natychmiast wstał i zaproponował swój drewniany stołek Iszmitowi. Przywódca Rowerowych Zabójców przyjął ofertę, usiadł obok Abdullaha i zażądał gorącego czaju.

Czekając na herbatę, patrzyliśmy, jak robotnicy rozbierają wysoką stertę worków, zostawiając na bruku dziedzińca tylko pojedyncze ziarna i słomki. Popijaliśmy adrak czaj, pikantną imbirową herbatę, tak palącą, że nawet najtwardszym łzy stawały w oczach.

Robotnicy położyli na dziedzińcu nowe worki. Po chwili zaczęła powstawać kolejna sterta, a ludzie pracujący dla Rowerowych Zabójców znowu zaczęli z niej kształtować podobne do tronów siedziska. Może po to, by zatuszować zażenowanie, że jego miejsce rezydowania można tak szybko usunąć, Iszmit znowu zwrócił na mnie uwagę.

– No to... cudzoziemcze... co sądzisz o Das Raście?

– Ji – powiedziałem, używając pełnego szacunku odpowiednika słowa „pan” – zastanawiałem się, jak to możliwe, że mogliśmy tu wejść bez przeszkód.

– Wiedzieliśmy, że nadchodzicie – odparł Iszmit z zadowoleniem – a także to, że jesteście przyjaciółmi i jak wielu was jest. Wuj Dilip, ten starszy pan czytający gazetę... pamiętacie go?

– Tak. Przeszliśmy przez jego dom.

– No właśnie. Wuj Dilip ma przycisk na podłodze pod fotelem. Ten guzik uruchamia dzwonek na dziedzińcu. Po liczbie sygnałów i ich długości poznajemy, czy nadchodzi wróg, czy przyjaciel i w jakiej sile. A mamy wielu wujów takich jak Dilip, którzy są oczami i uszami Das Rasty.

– Nieźle – przyznałem.

– Widzę po twojej minie, że masz kolejne pytanie.

– Zastanawiałem się, dlaczego to miejsce nazywa się Das Rasta. Dziesięć Dróg, skoro naliczyłem ich tylko dziewięć.

– Lubię cię, gora! – oznajmił Iszmit, używając słowa oznaczającego „białego człowieka”. – Niewielu to zauważyło. Tak naprawdę dziedziniec ma dziesięć wejść, ale jedno jest tajne, znane wyłącznie tym, którzy tu mieszkają. Pozna je tylko jeden z nas, albo ten, który ma zginąć z naszej ręki.

Abdullah wybrał sobie tę chwilę, żeby wyjaśnić cel swojego przybycia.

– Mam twoje pieniądze – powiedział, nachylając się ku lekkiemu uśmiechowi Iszmita. – Ale istnieje pewna kwestia, którą muszę wyjaśnić, zanim ci je dam.

– Jaka... kwestia?

– Świadek – oznajmił Abdullah na tyle głośno, żebym go usłyszał. – Podobno pracujesz tak szybko, że nawet dżinn nie widzi, kiedy uderzasz. Ale w tym zleceniu ktoś cię zauważył. Ktoś, kto przekazał policji dokładny opis twoich ludzi.

Iszmit zacisnął zęby i zerknął na swoich ludzi, zanim znowu wrócił spojrzeniem do Abdullaha. Jego uśmiech powoli wrócił, ale zęby nadal były zaciśnięte, jakby trzymał w nich nóż.

– Oczywiście zabijemy tego świadka – syknął. – Gratis.

– Nie ma potrzeby. Sierżant, który przyjął jego zeznania, to nasz człowiek. Zbił świadka i przekonał go do zmiany zeznań. Ale rozumiesz, że w takiej sprawie muszę przemówić w imieniu samego Sanjaya. Zwłaszcza że to dopiero drugie zlecenie, które od nas dostałeś.

– Jarur – syknął znowu Iszmit. „Oczywiście”. – I mogę cię zapewnić, że nigdy więcej, jak długo będziemy razem robić interesy, nie będziesz musiał poruszać tematu świadków.

Iszmit ujął rękę Abdullaha, trzymał ją przez chwilę, wstał, odwrócił się i zaczął się wdrapywać na szczyt nowego tronu z worków. Usadowił się na szczycie sterty i rzucił jedno słowo, zwracając się do tego zabójcy, który siedział obok mnie:

– Pankadż!

Fardin wyjął z plecaka paczkę banknotów. Podał ją Abdullahowi, który przekazał ją Pankadżowi. Ten odwrócił się, by wspiąć się na górę worków, po czym zawahał się i spojrzał na mnie.

– Ty i ja nigdy nie będziemy walczyć – rzucił z uśmiechem, raz jeszcze podając mi rękę. – Pukkah? – „Racja?”.

Gangsterzy i wyrzutkowie, których poznałem w australijskim więzieniu, wyśmialiby ten jego szeroki uśmiech i oczywistą, niewinną radość z zawarcia nowej znajomości. Ale byliśmy w Bombaju, a uśmiech Pankadża był tak szczery, jak przed chwilą jego gotowość, by ze mną walczyć – tak szczery jak mój.

Dopóki Iszmit nie wymienił jego imienia, nie zdawałem sobie sprawy, że człowiek, z którym obrzucałem się obelgami, był drugim najważniejszym z Rowerowych Zabójców i równie groźnym nożownikiem jak sam Iszmit.

– Ty i ja – oznajmiłem w hindi – nigdy nie będziemy walczyć. Choćby nie wiem co.

Jego szeroki uśmiech stał się jeszcze szerszy. Pankadż zwinnie wspiął się na stertę worków, by podać paczkę Iszmitowi. Abdullah uniósł rękę do piersi w pożegnalnym geście.

Poszliśmy za Abdullahem przez labirynt zaułków, a potem przez salon, w którym wuj Dilip nadal siedział, czytając gazetę, ze stopą tuż przy guziku w podłodze. W końcu dotarliśmy na ulicę.

Gdy uruchomiliśmy motory, Abdullah złowił moje spojrzenie. Odwzajemniłem je, a wtedy jego twarz rozświetliła się w nieczęstym szerokim uśmiechu szczęścia i uniesienia.

– Było blisko! – powiedział. – Shukran Allah.

– Od kiedy wynajmujecie podwykonawców?

– Od dwóch tygodni, kiedy byłeś w Goa. Wynajęliśmy prawnika, który wydał naszych ludzi policji, no nie?

Skinąłem głową, przypominając sobie gniew, który nas ogarnął, gdy ludzie firmy otrzymali dożywocie na podstawie zeznań zdrajcy. Złożono apelację, ale nasi ludzie nadal siedzieli.

– Ten prawnik dołączył do długiego szeregu swoich kompanów w piekle – powiedział Abdullah. Jego złote oczy lśniły. – I od tego wyroku nie ma odwołania. Ale nie mąćmy naszego spokoju rozmową o podłości. Cieszmy się przejażdżką i bądźmy wdzięczni, że Allah oszczędził nam dziś konieczności zabicia zabójców, którym płacimy za zabijanie w naszym imieniu. Życie to wielka i wspaniała rzecz, Alhamudlillah. Z łaski Boga.

Ale gdy wraz z Fardinem i Husseinem ruszyliśmy za nim na spotkanie w firmie Sanjaya, to nie myśli o bożej łasce zaprzątały moją głowę. Inne mafijne firmy wynajmowały czasem Rowerowych Zabójców. Nawet policjanci od czasu do czasu zlecali im robienie czystek. Ale Kadirbaj, założyciel naszej grupy, zawsze odmawiał. Wszędzie, gdzie gromadzą się ludzie – od sal konferencyjnych po burdele – szukają oni i uzgadniają moralne standardy. A jednym z nich był dla Kadirbaja ten, że jeśli trzeba kogoś zabić, to ma on prawo spojrzeć w oczy ludziom, którzy roszczą sobie prawo do jego życia. Wynajęcie zabójców, wyręczanie się z nimi, dla wielu stanowiło zbyt daleko idącą zmianę. Na przykład dla mnie.

Porządek i chaos tańczyły na wąskim ostrzu w wyciągniętej ręce sumienia. Wynajęcie Rowerowych Zabójców przechyliło to ostrze. Co najmniej połowa ludzi firmy była bardziej wierna kodeksowi niż Sanjayowi, który zmienił zasady.

Pierwsze spojrzenie na morze na Marine Drive przyniosło ulgę mojemu sercu, jeśli nie głowie. Odwróciłem się od czerwonego cienia. Przestałem myśleć o piramidzie zabójców i nieopatrzności Sanjaya. Przestałem myśleć o moim udziale w tym szaleństwie. I tak jechałem z przyjaciółmi w stronę krańca wszystkiego.

7

Gdyby Abdullaha z nami nie było, Fardin, Hussein i ja ścigalibyśmy się w drodze na zebranie, wymijając samochody aż do meczetu Nabila. Ale Abdullah nigdy się nie ścigał, nie wciskał się między samochody. Spodziewał się, że to one ustąpią mu drogi i przeważnie tak było. Jechał powoli, wyprostowany, z uniesioną głową, powiewając długimi czarnymi włosami, które spadały mu na szerokie ramiona.

Dotarliśmy do domu w dwadzieścia minut i zaparkowaliśmy motocykle na miejscach zarezerwowanych specjalnie dla nas przed perfumerią. Wejście do rezydencji było zwykle otwarte i niestrzeżone. Kadirbaj uważał, że jeśli wróg jest na tylko szalony, żeby zaatakować jego dom, należy wypić z nim herbatkę, zanim się go zabije.

Ale zbliżając się, zauważyliśmy, że wysokie, ciężkie drzwi wejściowe do budynku są zamknięte, a przed nimi stoi czterech uzbrojonych mężczyzn. Znałem jednego, Farukha, który zarządzał hazardem w dalekim mieście Aurangabadzie. Inni byli przybyszami z Afganistanu.

Otworzyliśmy drzwi i ujrzeliśmy za nimi kolejnych dwóch mężczyzn z bronią.

– Afgańczycy? – spytałem, kiedy ich mijaliśmy.

– Wiele się wydarzyło, bracie Lin, od kiedy pojechałeś do Goi – wyjaśnił Abdullah, kiedy weszliśmy na otwarty dziedziniec we wnętrzu zabudowań.

– Bez żartów.

Nie odwiedzałem tego dworu od miesięcy i teraz ze smutkiem ujrzałem, że stan brukowanego dziedzińca się pogorszył. W czasach Kadirbaja na jego środku znajdowała się fontanna z wielkim głazem, na który nieustannie spadał strumień wody. Bujne doniczkowe palmy i kwiaty tworzyły plamy koloru w tej biało-niebieskiej przestrzeni. Te rośliny już dawno uschły, a spieczona ziemia, w której tkwiły, znikła pod warstwą niedopałków papierosów.

Przy drzwiach sali konferencyjnej stali dwaj kolejni Afgańczycy z bronią. Jeden z nich zapukał w zamknięte drzwi, a potem powoli je otworzył.

Abdullah, Hussein i ja weszliśmy, a Fardin zaczekał na zewnątrz wraz ze strażnikami. Kiedy drzwi się zamknęły, znalazłem się w podłużnym pomieszczeniu wraz z dwunastoma innymi ludźmi.

Sala konferencyjna także się zmieniła. Podłogę nadal pokrywały pięciokątne kremowe płytki, a ściany i sklepiony sufit – mozaika przedstawiająca błękitne niebo z białymi chmurami. Ale niski intarsjowany stolik i obfite brokatowe pufy zniknęły.

Niemal przez cały pokój biegł ciemny stół konferencyjny, przy którym stało czternaście obitych skórą krzeseł z wysokimi oparciami. U szczytu stołu pysznił się jeszcze bardziej okazały fotel prezesa. Siedzący na nim mężczyzna, Sanjay Kumar, podniósł głowę z uśmiechem, który nie był przeznaczony dla mnie.

– Abdullah! Hussein! – zawołał. – Drobiazgi już omówiliśmy. Skoro przyszliście, możemy w końcu zająć się prawdziwymi problemami.

Założyłem, że Sanjay chce, żebym zaczekał na zewnątrz do zakończenia zebrania, więc chciałem się wycofać.

– Sanjaybaj – odezwałem się. – Zaczekam na dziedzińcu, aż będę ci potrzebny.

– Nie, Lin – odparł, machając ręką od niechcenia. – Usiądź z Tarikiem. A reszta – zaczynamy.

Tarik, czternastoletni siostrzeniec Kadirbaja i jego jedyny potomek płci męskiej, siedział w cesarskim fotelu wuja na końcu pokoju.

Szybko rósł; już niemal dorównywał wzrostem wszystkim mężczyznom w pokoju. Ale kiedy tak siedział w tym fotelu – dawnym tronie króla zbrodni z południowego Bombaju – nadal wydawał się mały i kruchy.

Za Tarikiem siedział Nazir z dłonią na rękojeści noża, obrońca chłopca i mój przyjaciel.

Obszedłem stół, by przywitać się z Tarikiem. Chłopiec na chwilę się uśmiechnął, gdy uścisnąłem jego rękę, ale szybko przybrał chłodne, obojętne spojrzenie, które od śmierci wuja dodawało twardości jego brązowym oczom.

Kiedy spojrzałem na Nazira, rzucił mi uśmiech rzadko goszczący na jego twarzy. Był to uśmiech zdolny ujarzmiać lwy, jeden z moich ulubionych.

Usiadłem obok Tarika. Abdullah i Hussein zajęli swoje miejsca i zebranie potoczyło się dalej.

Przez jakiś czas Sanjay kierował rozmowami w sprawach biznesowych: problem ze strajkującymi robotnikami w dokach przystani Ballard, którzy utrudnili dostawę narkotyków do południowego Bombaju, problem z niektórymi rybakami z portu Sassoon, mieszczącego największą flotę rybacką w Mieście Wysp, którzy utworzyli związek i odmawiali płacenia za ochronę, problem ze sprzyjającym nam adwokatem, złapanym podczas policyjnego najazdu na mafijny dom publiczny – wyciszenie skandalu i uratowanie kariery prawnika wymagało przysługi ze strony rady mafii. Rada mafii, która starannie zorganizowała najazd policji, by mocniej związać ze sobą adwokata, wyasygnowała sumę potrzebną na przekupienie policji i zdecydowała, żeby zażądać od rzeczonego prawnika dwa razy więcej za wyświadczenie mu przysługi.

Ostatnia sprawa była nieco bardziej skomplikowana i wykraczała poza kwestie biznesowe. Firma Sanjaya i rada, która decydowała o jej polityce, rządziła całym południowym Bombajem – rejonem rozciągającym się od Flora Fountain do Navy Nagar w pobliżu najbardziej wysuniętego na południe skraju Miasta Wysp i zawierającym wszystko, co się między nimi znajdowało, od morza do morza. Firma Sanjaya była tu jedyną organizacją rządzącą czarnym rynkiem, ale nie budziła nienawiści. Wiele osób wręcz zwracało się do niej ze swoimi problemami i zatargami częściej niż na policję. Mafia zwykle działała szybciej, często sprawiedliwiej i zawsze taniej niż legalny wymiar sprawiedliwości.

Gdy Sanjay przejął dowodzenie mafią, nazwał ją firmą, posłuszny modzie nakazującej gangsterom dzielić miasto według hierarchii biznesowej. Kadirbaj, zmarły założyciel grupy, miał tak wielką władzę, że mógł nazwać swoją organizację własnym imieniem. Jego echo dodawało firmie poważania, którego nie budziło nazwisko Sanjaya, i utrzymywało pokój.

 

Jednak czasem ktoś postanawiał wziąć sprawy we własne ręce. Takim buntownikiem był ambitny właściciel mieszkania w Cuffe Parade, w którym wysokie, drogie apartamentowce stały na ziemiach wydartych morzu. Mężczyzna zaczął wynajmować własnych zbirów. Firmie się to nie spodobało, ponieważ musiała dbać o reputację swoich gangsterów.

Prywatne zbiry wyrzuciły uzurpatora z okna mieszkania na trzecim piętrze. Facet przeżył, ale wylądował na sklepie z papierosami i haszyszem, własności firmy, robiąc krzywdę sprzedawcy znanemu jako Lśniący Patel oraz popularnemu klientowi, cenionemu śpiewakowi sufickich pieśni.

Lśniący Patel i jego sklepik z towarami z białego i czarnego rynku był dla firmy Sanjaya zwykłym interesem. Jednak krzywda, jaka spotkała wielkiego pieśniarza, kochanego przez każdego palacza haszyszu na południowym półwyspie, sprawiła, że uraza nabrała zabarwienia osobistego.

– Mówiłem ci, Sanjaybaj, że do tego dojdzie – powiedział niejaki Fajsal, zaciskając na stole pięść. – Ostrzegałem cię przed tym od miesięcy.

– Ostrzegałeś mnie, że ktoś spadnie na sklep Lśniącego Patela? – rzucił kpiąco Sanjay. – Chyba nie było mnie na tym zebraniu.

– Ostrzegałem, że przestają cię szanować – odparł Fajsal spokojniej. – Ostrzegałem, że dyscyplina się rozluźnia. Nikt się nas nie boi i wcale się nie dziwię. Jeśli tak się boimy, że stawiamy ochronę przy drzwiach, to sami jesteśmy sobie winni.

– Ma rację – dodał Mały Tony. – Weźmy choćby ten problem z firmą Skorpionów. To przez to tacy chutiya jak ten bahinchudh właściciel domu zaczynają sobie roić, że mogą nas pominąć i stworzyć własną małą armię.

– To nie jest firma! – rzucił wściekle Sanjay. – Tych pojebów Skorpionów nie uznała żadna poważna bombajska organizacja. To gang! Zwykłe cwaniaczki z północnego Bombaju, usiłujące wedrzeć się na południe. Trzeba to nazywać po imieniu – to tani, tandetny gang.

– Bez względu na to, jak ich nazwiemy – odezwał się cicho Mahmoud Melbaaf – nadal stanowią problem. Zaatakowali naszych ludzi na ulicy. Nie dalej niż kilometr stąd dwaj nasi najbardziej dochodowi pracownicy zostali zmasakrowani siekierami w biały dzień.

– To prawda – zgodził się Fajsal.

– Właśnie dlatego zatrudniliśmy naszych afgańskich braci – podjął Mahmoud. – Skorpiony chciały wtargnąć na nasze tereny w Regal i Nariman Point. Wykopałem ich stamtąd, ale było ich pięciu, a gdyby nie towarzyszył mi Abdullah, sprawy mogłyby się potoczyć inaczej. Moje nazwisko – i twoje także, Sanjay – nie wystarczy, żeby ich odstraszyć. A gdyby Mały Tony nie pociął twarzy temu dilerowi, nadal by sprzedawano narkotyki przed KC College, pięćdziesiąt kroków od naszych drzwi. Jeśli to nie jest problem, to ja już nic nie rozumiem.

– Wiem – powiedział Sanjay łagodniejszym tonem, zerkając na Tarika.

Zimne spojrzenie chłopca ani drgnęło.

– Rozumiem cię – powiedział Sajnay. – Czego oni właściwie chcą? Wojny? Naprawdę uważają, że uda im się ją wygrać? Czego te pojeby chcą?

Wszyscy wiedzieliśmy, czego chce Gang Skorpionów: wszystkiego plus naszej śmierci albo zniknięcia.

W ciszy, która zapadła po tym retorycznym pytaniu, spojrzałem na członków rady, usiłując ocenić ich nastrój i chęć przystąpienia do następnej wojny.

Sanjay spuścił oczy – zimne oczy we wrażliwej twarzy – rozważając dostępne opcje. Wiedziałem, że instynkt podpowiada mu, żeby unikać walki i negocjować rozejm, nawet z tak drapieżnymi wrogami jak Skorpiony. Dla Sanjaya liczył się rozejm, a nie to, z kim, gdzie i jak go zawierał.

Był odważny i bezwzględny, ale w pierwszym odruchu zawsze próbował się dogadać. To on wstawił do pokoju konferencyjnego ten długi stół, a ja, widząc jego zaskoczenie i bezradność, uświadomiłem sobie, że to nie symbol dumy ani megalomanii, lecz chęci negocjowania.

Krzesło po prawicy Sanjaya zawsze stało puste na cześć jego przyjaciela z dzieciństwa, Salmana, który zginął w walce podczas pierwszego wielkiego starcia z konkurencyjnym gangiem.

Sanjay oszczędził człowieka, który ocalał z grupy wrogów. To właśnie ten człowiek, Wisznu, stworzył Gang Skorpionów, a teraz zagroził Sanjayowi.

Sanjay wiedział, że członkowie rady, którzy nie pochwalali jego łagodności i upierali się, że należało zabić Wisznu, będą uważać te kłopoty za potwierdzenie słuszności swoich poglądów i słabości przywódcy. Widziałem, jak Sanjay powoli przesuwa rękę po lśniącym blacie stołu na prawo, jakby szukał dłoni i rady swojego zmarłego przyjaciela.

Po prawicy Sanjaya, za pustym krzesłem, siedział Mahmoud Melbaaf, szczupły, czujny Irańczyk, którego niewzruszonego spokoju nie mogła zmącić żadna prowokacja; nic nie było w stanie zachwiać jego równowagi. Ale był to spokój dziecka smutku; Mahmoud nigdy się nie śmiał i prawie nigdy się nie uśmiechał. Jakaś wielka strata zraniła mu serce i pozostała w nim, wyrównując góry i doliny emocji, tak jak wiatr i piasek ścierają w pył góry na pustyni.

Miejsce obok Melbaafa zajmował Fajsal, były bokser, niemal mistrz. Nieuczciwy agent, który ukradł wszystko, co Fajsal zarobił na walkach, wbił mu nóż w plecy jeszcze głębiej, uciekając z jego dziewczyną. Fajsal zabił go, a dziewczyna uciekła z miasta i nikt więcej o niej nie słyszał.

Po ośmiu latach Fajsal wyszedł z więzienia, mając instynkt równie szybki i śmiertelnie niebezpieczny jak pięści. Parę lat przepracował jako egzekutor długów dla firmy Sanjaya. Słynął z szybkiego rozwiązywania problemów. Choć czasem musiał korzystać z bokserskich umiejętności, często sam wygląd jego pociętej bliznami twarzy i płonące spojrzenie wystarczały, by dłużnicy nagle stawali się wypłacalni.

Po ostatniej wielkiej bitwie o teren, po której w radzie pojawiło się kilka wakatów, Fajsal otrzymał w niej stałe miejsce. Tuż obok niego siedział jego nieodłączny towarzysz Amir. Z dużą głową, okrągłą jak oszlifowany przez rzekę kamień, posiekaną bliznami twarzą, krzaczastymi brwiami i misternym wąsem miał tajemniczy urok hinduskiej gwiazdy filmowej. Pomimo wydatnego brzucha słynął jako dobry tancerz. Grzmiącym basem opowiadał różne historie, płatał figle wszystkim z wyjątkiem Abdullaha, był pierwszy do tańca i do bójki. Amir i Fajsal kontrolowali handel narkotykami w południowym Bombaju, a zarobki ich ulicznych dilerów stanowiły jedną czwartą całego dochodu firmy.

Obok Amira siedział jego protegowany, Andrew DaSilva, młody gangster, którego do rady wprowadził Amir. Kontrolował prostytucję i pornografię, przejęte od pokonanego gangu w ostatniej wojnie o teren. Ten ładny młodzieniec o jasnobrązowych włosach i karmelowych oczach miał uśmiech promieniejący fałszywą niewinnością, który rodzi się ze strachu i z przebiegłości pod wpływem okrucieństwa. Widziałem, jak ta maska spada. Widziałem jego spojrzenie tnące jak bat. Ale inni jakby tego nie dostrzegali: jego uśmiech tuszował wszystko tak szybko, że nie budził nieufności, choć powinien.

A on wiedział, że ja wiem. Za każdym razem, gdy nasze oczy się spotykały, widziałem w nich pytanie: dlaczego mnie widzisz?

Otarliśmy się o przemoc, DaSilva i ja, i obaj wiedzieliśmy, że pewnego dnia, pewnej nocy, w tej czy innej sytuacji dojdzie do dnia sądu, z którego ocaleje tylko jeden z nas. Teraz, patrząc na niego, byłem pewien, że gdy ten dzień nadejdzie, Andrew nie będzie sam. Oprze się mocno na silnych, szerokich barkach swojego przyjaciela Amira.

Dalej siedział Farid, znany jako Farid Złota Rączka, oddany Kadirbajowi nawet bardziej niż Nazir. Farid uważał, że jest odpowiedzialny za śmierć Kadirbaja w Afganistanie. Wmawiał sobie – choć my twierdziliśmy coś innego – że gdyby był z nami, Kadirbaj by przeżył.

Jego poczucie winy i rozpacz pchnęły go do bezwzględności, ale także zacieśniły więzy jego przyjaźni ze mną. Zawsze go lubiłem. Lubiłem jego furię i gotowość do rzucania się w każdą burzę, cień, który szedł przed nim, nie za nim. Gdy przyglądałem mu się w tej chwili przeciągającego się milczenia, kiedy Sanjay podejmował decyzję, jak postąpić ze zbuntowanymi właścicielami mieszkań, zbirami spoza mafii i drapieżnymi Skorpionami, Farid spojrzał na mnie z dopalającym się w oczach smutkiem. Przez chwilę znowu się tam znalazłem, na tej przysypanej śniegiem górze, spoglądając w martwą, zimną jak śnieg twarz Kadirbaja – mężczyzny, którego Farid i ja nazywaliśmy ojcem. Ojcem. Ojcem.

Inne książki tego autora