Cień góryTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

IV

18

Prowadzenie przestępczej działalności wymaga instynktu strachu, zdolności do kaprysów nieliczących się z niczym i nikim oraz talentu do zapędzania swoich ludzi na bujne pastwiska między podziwem a zazdrością. Jednocześnie prowadzenie przestępczej działalności opiera się wyłącznie na ciężkiej pracy.

Po nocy pod czerwonym łucznikiem obudziłem się wcześnie, z poczuciem, że zostałem przeszyty strzałą, która zostawiła po sobie czerwoną pustkę. Przy biurku w wytwórni paszportów usiadłem przed dziewiątą.

Po trzech godzinach wytężonej pracy z Kriszną i Villu fałszywe paszporty zostały ukończone. Zadzwoniłem do mojego kontaktu w bombajskiej radzie miejskiej i poprosiłem o dostarczenie blankietu pozwoleń dla szukającej skarbu rodziny Farzada, po czym poszedłem na Kolaba Causeway na biznesowy lunch.

Większość pięcio-, cztero- i trzygwiazdkowych hoteli w południowym Bombaju znajdowało się w promieniu trzech kilometrów od monumentu Wrota Indii. Ściąga tu dziewięćdziesiąt procent turystów zwiedzających Bombaj wraz z dziewięćdziesięcioma pięcioma procentami handlarzy nielegalnych paszportów i osiemdziesięcioma pięcioma procentami dilerów narkotyków.

Większość przedsiębiorców z południa płaciło haracz za ochronę, nazywany hafta – co znaczy „tydzień” – firmie Sanjaya. Firma zwolniła od opłaty właścicieli siedmiu restauracji i barów w tej okolicy w zamian za wpuszczenie na ich teren alfonsów, przewodników, kieszonkowców, dilerów i handlarzy z czarnego rynku. Lokale te stanowiły wygodne miejsce wymiany towarów, dokumentów i informacji. Moja wytwórnia paszportów miała obowiązek sprawdzać tych siedem miejsc przerzutowych w poszukiwaniu nadających się do wykorzystania dokumentów. Przeważnie to zadanie spadało na mnie. By zmylić wrogów i potencjalną konkurencję, codziennie zmieniałem kolejność, w jakiej odwiedzałem bary i restauracje, krążąc między nimi na tyle często, żeby nikt nie zdołał ustalić jakiegokolwiek schematu.

Tego dnia zacząłem od Trafalgar Restaurant, znajdującej się o rzut nożem od biurka Dilipa Błyskawicy na posterunku w Kolabie. W drzwiach wychodzącego na róg ulicy lokalu, u stóp trzech stromych schodków prowadzących do wnętrza, zatrzymałem się, by uścisnąć dłoń Zapamiętywaczowi Hriszikeszowi.

Zapamiętywacze stanowili w tamtych latach kryminalną podkastę – brakowało im brawury, by popełniać przestępstwa, za które grozi więzienie, ale dzięki inteligencji i wybitnej pamięci zapewniali sobie skromne życie, usługując tym nieustraszonym głupcom, którzy nie cofali się przed niczym. Stacjonowali w miejscach wzmożonej aktywności kryminalistów, takich jak ten deptak, poznawali najnowsze ceny złota, aktualne czarnorynkowe stawki wymiany sześciu najbardziej popularnych walut, cenę za karat białych diamentów, rubinów, szmaragdów oraz zmieniające się co pół godziny ceny wszelkich narkotyków, od trawki po kokainę.

– Co tam, Kesz? – spytałem, ściskając mu dłoń.

– Nie ma problemu, baba – oznajmił z uśmiechem, na chwilę wznosząc oczy ku niebu. – Ooperwale.

Słowo, którego użył, dotyczyło Boga i było jednym z moich ulubionych. Najczęściej używano go w liczbie pojedynczej, ooperwala, co można luźno przetłumaczyć jako „osobę na piętrze”. W liczbie mnogiej oznaczało „ludzi na piętrze”.

– Ooperwale – odparłem. – Do rzeczy.

– Dobrze – powiedział i, natychmiast poważniejąc, zaczął recytować najnowsze ceny i stawki.

Potrzebowałem tylko ceny za złoto i walutę, ale pozwoliłem mu zaprezentować cały repertuar. Lubiłem go i podziwiałem jego niezwykły geniusz, pozwalający mu zapamiętać setki faktów, które korygował co najmniej trzy razy dziennie, nie myląc się nawet o jedną dziesiątą.

Gangsterzy na ogół traktowali ludzi takich jak Kesz z pogardą. Nigdy tego nie rozumiałem. Drobni uliczni przestępcy byli nieszkodliwymi ludźmi, którzy przetrwali dzięki swojej inteligencji i zdolności przystosowania się do wrogiego środowiska, które często nie traktowało ich dobrze. Miałem także słabość do niezależnych wyrzutków – mężczyzn i kobiet – którzy nie chcieli funkcjonować w przestrzegającym prawa społeczeństwie i równie zdecydowanie odrzucali agresję prawdziwych kryminalistów.

Gdy Kesz skończył recytować, zapłaciłem mu podwójną stawkę, obowiązującą za mantrę Zapamiętywacza, a on obdarował mnie uśmiechem jak słoneczny blask, odbijający się od morza.

W restauracji usiadłem plecami do ściany. Miałem doskonały widok na ulicę. Kelner trącił mnie brzuchem w ramię. Zamówiłem wegetariańską kanapkę i kawę.

Nie musiałem dawać sygnałów, wystarczyło zaczekać. Wiedziałem, że uliczna sieć informacyjna już działa. Niejeden typ, nieustannie krążący po turystycznej dzielnicy, widział, jak parkuję motocykl, rozmawiam z Keszem i wchodzę do restauracji. W tej chwili w położonych w okolicy zaułkach i melinach rozchodzi się wiadomość: „Linbaba siedzi w Trafalgarze”.

Zanim skończyłem kanapkę, pojawił się pierwszy kontakt, Billy Bhasu. Stanął nieopodal mojego stolika, rozejrzał się nerwowo i szepnął ledwie dosłyszalnie:

– Witam, panie Lin. Nazywam się Billy Bhasu. Pracuję dla Dennisa, Śpiącego Baby. Pamięta mnie pan?

– Usiądź. Szef się denerwuje.

Billy zerknął na właściciela restauracji – opartego o bar i przesiewającego drobniaki jak kamyki w strumieniu – i usiadł.

Natychmiast pojawił się kelner, który rzucił przed Billy’ego lepkie winylowe menu. Zasady barów i restauracji służących jako lokale przerzutowe były proste: zero bójek i kłopotów, które mogłyby zaniepokoić cywilów, plus każdy coś zamawia, czy chce jeść, czy nie.

Zamówiłem dla Billy’ego herbatę i kanapkę na wynos. Gdy kelner odszedł, Billy szybko przeszedł do rzeczy.

– Mam łańcuszek – powiedział, sięgając do kieszeni. – Lite złoto, z medalionem.

Położył ozdobę na stole. Wziąłem ją, przesunąłem kciukiem po ogniwach, potem otworzyłem medalion. Ujrzałem dwa zdjęcia: młody mężczyzna i młoda kobieta, patrzący na siebie i uśmiechający się radośnie ponad zawiasami swojego małego światka – światka, który trafił do mojej ręki.

– Nie przyjmuję kradzionego, Billy.

– Co jest kradzione, baba? – obruszył się Billy. – To wymiana, uczciwa wymiana, medalion za prochy. Dobrej jakości. Czyste w prawie pięćdziesięciu procentach. Wszystko uczciwie i porządnie!

Znowu przyjrzałem się zdjęciom młodej pary. Oboje, promieniejący zdrowiem, z błyszczącymi oczami, wyglądali jakby pochodzili z Europy Północnej, z klasy społecznej, która gwarantuje idealne zęby i beztroskie uśmiechy. Mogli mieć po jakieś dwadzieścia lat.

– Ile chcesz?

– O, baba – rzucił Billy, przystępując do rytuału targów. – Ty mi to powiedz.

– Dam ci pięć dolarów. Amerykańskich.

– Ale... – wykrztusił z oburzeniem – To znacznie za mało, za takie coś!

– Chciałeś, żebym to ja powiedział.

– Tak, baba, ale miałeś powiedzieć uczciwą cenę.

– Dam ci sześćdziesiąt procent ceny za gram. Zgadzasz się, że to osiemnastokaratowe złoto?

– A... A może dwadzieścia dwa karaty, baba. Nie?

– Osiemnaście. Sześćdziesiąt procent. Albo spróbuj u Marwarich na Bazarze Zaveri.

– O, nie, baba! – zawołał Billy bez namysłu. – Jak ja spróbuję u Marwarich, to ja skończę z długiem u nich. Są za mądrzy. Wolę spróbować z tobą. Bez urazy.

– Nie obraziłem się. Pięćdziesiąt procent.

– Oddam za sześćdziesiąt.

Zawołałem kelnera, dałem mu medalion z łańcuszkiem i poleciłem zważyć go na jubilerskiej wadze właściciela restauracji. Kelner poczłapał do baru i podał właścicielowi ozdobę. Ten zważył ją na precyzyjnej wadze, trzymanej pod barem, zapisał wagę na papierze i podał go kelnerowi.

Kelner oddał mi kartkę, przez chwilę ważył medalion w dłoni, jakby sprawdzał wynik ważenia, po czym upuścił ozdobę na moją wyciągniętą dłoń.

Zerknąłem na liczbę na kartce i pokazałem ją Billy’emu Bhasu. Skinął głową. Posługując się danymi Kesza, zaokrągliłem końcówkę sumy do dziesięciu rupii i zapisałem ją na tej samej kartce, którą pokazałem Billy’emu. Znowu skinął głową.

– Wiesz, baba – powiedział, chowając pieniądze. – Widziałem tego Naveena Adaira, tego angielskiego detektywa. Dał mi wiadomość, na wypadek gdybym cię dzisiaj gdzieś spotkał.

– I akurat gdzieś mnie spotkałeś.

– Tak – potwierdził Bobby z przejęciem. – Więc mogę ci dać wiadomość.

Nastąpiła chwila ciszy.

– Chciałbyś jeszcze jedną kanapkę na wynos, Billy?

– Właściwie to tak, Linbaba. Dżamal czeka na zewnątrz.

Dałem znak, że zamawiam kanapkę.

– Czy możemy już przejść do wiadomości?

– O tak. Naveen powiedział, żebym powtórzył dokładnie: „Powiedz Linbabie, jeśli go zobaczysz, że w sprawie mężczyzny w garniturze nie mam nic nowego”.

– I już? Cała wiadomość?

– Tak, baba. Ważna, nie?

– Decydująca. Pozwól, że o coś cię spytam.

– Tak, baba?

– Czy gdybym nie kupił łańcuszka, przekazałbyś mi tę wiadomość?

– Oczywiście, baba – odparł Billy z uśmiechem. – Ale za więcej niż dwie kanapki.

Pojawiły się zapakowane kanapki. Billy Bhasu położył na nich rękę.

– Więc... więc teraz... sobie pójdę?

– Jasne.

Gdy wyszedł, znowu spojrzałem na zdjęcia uśmiechniętej młodej pary. Zamknąłem medalion i wrzuciłem go do kieszeni koszuli.

Przez następne cztery godziny obszedłem sześć pozostałych punktów przerzutowych w mojej dzielnicy, w każdym spędzając jakieś czterdzieści minut.

Był to przeciętny dzień. Kupiłem paszport, trzy sztuki biżuterii, sto pięćdziesiąt dolarów amerykańskich w gotówce oraz inne waluty, a także piękny zegarek.

 

Ten ostatni przedmiot, ostatnia transakcja dnia, w ostatnim z barów, wciągnął mnie w utarczkę. Człowiek, który przyniósł mi zegarek – Deepak – szybko wymienił cenę, dużo poniżej prawdziwej wartości zegarka, ale o wiele wyższą niż ta, którą dostałby od handlarzy w rejonie Fortu.

W momencie wymiany w barze pojawił się drugi mężczyzna, Isztiak, domagając się głośno swojego udziału. Jego strategia była prosta – narobić tyle hałasu, żeby wydusić z Deepaka zgodę, zanim ten zdoła mu się zgubić na zatłoczonej ulicy.

W innych okolicznościach zabrałbym moje pieniądze, wyrzucił obu mężczyzn z baru i zapomniał o nich. Moje kontakty z właścicielem były ważniejsze od wszystkich transakcji.

Ale kiedy przyłożyłem zegarek do ucha, usłyszałem budzący otuchę chrobot mechanizmu, zdążającego ku końcowi swojego cyklu, mechanicznego serca, które dziękuje swoim biciem za codzienną wierność nakręcającego je właściciela. Tak się złożyło, że był to mój ulubiony zegarek.

Zagłuszając głos instynktu, starałem się uspokoić Isztiaka. Ta chwilowa słabość zrodziła bezczelność i Isztiak rozwrzeszczał się jeszcze głośniej. Klienci przy innych stolikach zaczęli nas gromić wzrokiem, a restauracja nie była duża. Pospiesznie uspokoiłem Isztiaka, wyjąłem z kieszeni pieniądze i dałem mu. Chwycił banknoty, wyszczerzył zęby na Deepaka i opuścił bar. Deepak przepraszająco wzruszył ramionami i wymknął się na ulicę.

Wsunąłem metalową bransoletę na rękę. Zatrzasnąłem zapięcie na nadgarstku. Zegarek pasował jak ulał. Potem podniosłem wzrok na gapiących się na mnie właściciela i kelnerów. W ich oczach widziałem krótką wiadomość: straciłem twarz. Mężczyzna na moim stanowisku nie powinien uspokajać ulicznych rzezimieszków.

Zerknąłem na zegarek na moim nadgarstku. Chciwość mnie osłabiła. „Chciwość to kryptonit dla ludzi”, powiedziała niegdyś Karla, zgarniając naszą wspólną prowizję z utargu.

Poczułem potrzebę wysiłku fizycznego, więc śmignąłem motocyklem przez uliczne korki do mafijnej sali bokserskiej koło Ballard Pier.

Kierownik sali, Hussein, był emerytowanym gangsterem, który stracił rękę po ciosie maczetą, zadanym w walce z innym gangiem. Jego pociągła, posiekana bliznami twarz kryła się w biblijnej brodzie, spoczywającej na potężnym masywie piersi. Był odważny, dobry, zabawny, twardy i potrafił stawić czoło wszystkim trenującym u niego młodym gangsterom. Za każdym razem, gdy patrzyłem w jego roześmiane, niebezpieczne oczy, zastanawiałem się, jak on i Kadirbaj musieli wyglądać jako młodzi wojownicy, założyciele gangu, który stał się firmą.

„Niech mój wróg ujrzy tygrysa, nim zabierze go śmierć”, mawiali. Nie było wątpliwości, że świat wiele razy zobaczył tygrysa, gdy Hussein i Kadirbaj, młodzi i nieustraszeni, przemierzali miasto. I nadal wydawało mi się, że gdy patrzę w oczy koloru palonej gliny właściciela sali, widzę złowrogie mgnienie tygrysich pasków.

– Wah, wah, Linbaba – powiedział na mój widok. – Salaam aleikum.

– Wa aleikum salaam, Husseinie Jeden.

Ponieważ w początkach istnienia gangu wśród gangsterów Kadirbaja znajdował się inny Hussein, który otrzymał pozycję w radzie, czasem nazywano ich Husseinem Jeden i Husseinem Dwa – ze względu na liczbę ich ramion.

– Kya hal hain? – „Co u ciebie?”.

– Jestem bardziej zajęty niż jednoręki podczas bójki w barze – odparłem w hindi.

Ten żart powtarzaliśmy od dawna, ale on śmiał się za każdym razem.

– A co u ciebie, Husseinbaj Jeden?

– Nadal boksuję, Linbaba. Jak człowiek boksuje, to nie mięknie. Jak młyn staje, nie ma mąki.

– Masz rację.

– Przyszedłeś na całą sesję?

– Nie, Husseinbaj Jeden, tylko naładować broń.

„Naładowanie broni” oznaczało w gangsterskim slangu ćwiczenia, które pompowały bicepsy i tricepsy podczas tej samej sesji ćwiczeń.

– I bardzo dobrze! – rzucił Hussein ze śmiechem. – Broń musi być naładowana, yaar. Znasz dwie zasady walki wręcz: niech przeciwnik wie, że oberwał i...

– Niech nie przestaje obrywać – dokończyłem.

– Jarur!

Hussein podał mi ręcznik i wszedłem na salę treningową. Klub bokserski, który początkowo był małą, paskudną klitką, w której wielcy, paskudni gangsterzy uczyli się sztuk ulicznej walki, stał się tak popularny wśród młodych mężczyzn z firmy Sanjaya, że zajął cały pobliski magazyn.

W głębi pomieszczenia stały najróżniejsze przyrządy treningowe: ławy, wiosła, maszyny do wyciskania na leżąco, suwnice do przysiadów, wiszące i stojące drążki do podciągania, sterty obciążników do sztang i góry hantli. Dalej znajdował się otoczony lustrami, zakrwawiony ring bokserski.

Na nowo stworzonej przestrzeni leżała mata do zapasów i judo. Pod przeciwległą ścianą wisiał rząd ciężkich worków i gruszek treningowych. W kącie znajdował się korytarz prowadzący do drzwi wejściowych. Był tak szeroki, że mógł pomieścić idących obok siebie dwóch mężczyzn. Jego ściany wyłożono winylem. Korytarz stanowił miejsce do treningu walki nożem.

W klubie było gorąco. W wilgotnym powietrzu, gęstym od adrenaliny i tego przeraźliwego, przejmującego do szpiku kości zapachu testosteronu, rozchodziły się stęknięcia, jęki i wrzaski bólu.

Spędziłem sporą część życia w towarzystwie mężczyzn. Dziesięć lat życia w więzieniach, siedem w gangach, dwadzieścia na siłowniach, w szkołach karate, klubach bokserskich, drużynach rugby, gangach motocyklowych, no i lata dorastania w szkole dla chłopców: ponad połowa życia w męskim towarzystwie. I zawsze czułem się w nim swobodnie. To prosty świat. Potrzebujesz tylko jednego klucza do każdego zamkniętego serca: pewności siebie.

Skinąłem głową młodym mężczyznom na maszynach do ćwiczeń, wyjąłem długie pochwy noży zza paska dżinsów i położyłem je wraz z pieniędzmi, kluczami, zegarkiem i koszulą na szerokim drewnianym stołku.

Zapiąłem gruby skórzany pas z obciążnikami, rzuciłem ręcznik na pustą ławę i zacząłem serię ćwiczeń na triceps i biceps. Po trzydziestu minutach moje ramiona osiągnęły szczyt napięcia. Zebrałem rzeczy i poszedłem do korytarza do ćwiczeń walki na noże.

W tamtych latach, zanim każdy doliniarz zaczął się obnosić z pistoletem, technika walki na noże była poważną sprawą. Młodzi gangsterzy otaczali kultem mistrzów, którzy uczyli władania nożem, i zwracali się do nich z takim szacunkiem, jak do członków rady Sanjaya.

Hathoda, który uczył mnie tej sztuki przez dwa lata, był także nauczycielem Iszmita, przywódcy Cyklicznych Zabójców, który z kolei przekazał swoje umiejętności innym. W drzwiach korytarza spotkałem mistrza wraz z młodym ulicznym wojownikiem imieniem Tricky.

Obaj powitali mnie uśmiechem i serdecznym uściskiem dłoni. Młody gangster, wykończony, ale szczęśliwy, szybko nas pożegnał i poszedł pod prysznic.

– Dobry dzieciak – powiedział Hathoda w hindi, odprowadzając go wzrokiem. – I ma talent do noża, oby nigdy go nie użył w haniebnej sprawie.

To ostatnie zdanie było rodzajem mantry, której Hathoda uczył swoich podopiecznych. Odpowiedziałem odruchowo, jak kiedyś, z innym uczniami:

– Obyśmy nigdy nie użyli go w haniebnej sprawie.

Hathoda był sikhem ze świętego miasta Amritsaru. Jako młodzieniec zadał się z niewłaściwym towarzystwem. Porzucił naukę i niemal bez przerwy przebywał z miejscowymi gangsterami. Gdy krwawy napad doprowadził do konfliktu z przywódcami społeczności, rodzina wyparła się Hathody. Jego gang zrobił to samo. Była to część ceny za zachowanie pokoju.

Samotny, bez grosza przy duszy, ruszył do Bombaju i trafił do organizacji Kadirbaja, który przydzielił młodego sikha jako ucznia Ganeszbajowi, ostatniemu mistrzowi walki nożem, który przyłączył się do Kadirbaja w początkach lat sześćdziesiątych. Hathoda nie odstępował swojego mistrza na krok i po latach nauki sam został mistrzem. Był ostatnim nauczycielem walki nożem w południowym Bombaju, ale wtedy, w latach przed fascynacją bronią palną, nikt z nas o tym nie wiedział.

Był wysoki, co dla kogoś władającego nożem może być utrudnieniem. Gęstą grzywę wygładzonych olejkiem włosów nosił wiecznie zwiniętą w kok na czubku głowy. Jego migdałowe oczy, te same pendżabskie oczy, które od stuleci swoim gorącym spojrzeniem zwabiają podróżników do Indii, lśniły nieustraszoną odwagą i honorem.

Jego imię, pod którym znali go wszyscy w południowym Bombaju – Hathoda – w hindi znaczyło „młot”.

– Więc jak, Lin, chcesz ze mną poćwiczyć? Już wychodziłem, ale chętnie zostanę na dodatkową sesję, jeśli masz dziś refleks.

– Nie chcę cię zmęczyć, mistrzu-ji – odparłem.

– To nie żaden problem. Napiję się wody i zaczniemy.

– Ja z nim potrenuję – odezwał się za moimi plecami głos mówiący w hindi. – Niech gora spróbuje się ze mną.

Był to Andrew DaSilva, młody Goańczyk z rady firmy Sanjaya. Termin gora, oznaczający białego, choć bardzo popularny w Bombaju, był obraźliwy. Andrew oczywiście o tym wiedział i patrzył na mnie wyzywająco, z rozchylonymi ustami i wysuniętą szczęką. To, że użył tego słowa, było dość dziwne. Andrew miał bardzo jasną skórę, a płynąca w jego żyłach krew portugalskich przodków uwidoczniła się w rudawym brązie włosów i miodowych oczach. Natomiast ja, spędzając tak wiele czasu na motocyklu, na świeżym powietrzu, bez kasku, miałem twarz i ręce ciemniejsze niż on.

– Oczywiście – dodał Andrew, gdy nie odpowiedziałem – jeśli gora nie boi się ośmieszyć.

Wybrał złą chwilę złego dnia.

– Który poziom? – spytałem, odwzajemniając jego spojrzenie.

– Czwarty – odparł jeszcze bardziej wyzywająco.

– Niech będzie.

Podczas treningu walki nożem używa się trzonków młotków – stąd przydomek Hathody. Drewniane trzonki bez obuchów były zbliżone rozmiarami do ostrzy i rękojeści noży i można było nimi ćwiczyć, nie powodując poważnych ran.

Poziom pierwszy zakładał używanie tępego końca zwykłego trzonka. Na poziomie czwartym walczono trzonkami zaostrzonymi, tak że można było zranić przeciwnika. Przeważnie staczano pięć jednominutowych rund z trzydziestosekundową przerwą regeneracyjną między nimi.

Rozebrani do pasa weszliśmy na korytarz. Hathoda, pełniący funkcję sędziego, wręczył nam zaostrzone trzonki.

Przestrzeni mieliśmy niewiele: mogliśmy się przesuwać w lewo i w prawo zaledwie o parę centymetrów. Miało to nauczyć nas walczyć w ścisku, w tłumie wrogów. Korytarz kończył się ślepą ścianą; jedyną drogą ucieczki były drzwi.

Andrew ujął zaostrzony trzonek zwrócony ostrzem ku górze, jakby trzymał szablę. Ja swój skierowałem w dół. Przyjąłem postawę bokserską. Hathoda skinął głową, sprawdzając, czy jesteśmy gotowi, zerknął na stoper wiszący mu na piersi i dał sygnał.

– Start!

Andrew rzucił się na mnie, usiłując zaskoczyć mnie ciosem. Bez trudu uskoczyłem. Rozpęd poniósł go daleko, a ja pchnąłem go, tak że wpadł na Hathodę, stojącego w otwartym końcu korytarza.

Młody gangster, obserwujący nas zza pleców mistrza, parsknął śmiechem, ale mistrz go uciszył.

Andrew odwrócił się gwałtownie i zbliżył się do mnie, zachowując już większą ostrożność. Szybko skróciłem dystans między nami i rozpoczął się chaos dźgnięć, pchnięć i kontr.

Przez chwilę trwaliśmy w zwarciu, wparci w siebie głowami. Udało mi się zachwiać równowagą mojego przeciwnika, który zatoczył się w stronę ślepego końca korytarza. Znowu zaatakował, robiąc zwody. Za każdym razem unikałem ciosu, wyginając plecy, i uderzałem go w twarz wolną lewą ręką.

W wejściu do korytarza stanęło kilku młodych gangsterów, którzy ćwiczyli na maszynach. Śmiali się przy każdym policzku, doprowadzając DaSilvę do szału. Andrew był pełnoprawnym członkiem rady firmy Sanjaya i sama ta funkcja wymagała traktowania go z szacunkiem, nawet jeśli on sam go nie budził.

– Milczeć, kurwa! – wrzasnął.

Chłopcy natychmiast zamilkli.

Andrew łypnął na mnie, zaciskając zęby, jakby przegryzał kąsającą go nienawiść do mnie. Ramiona stężały mu z gniewu, pompowanego przez jego serce. Mięśnie ramion zesztywniały, zaczął cały dygotać z powstrzymywanej wściekłości.

Nie wygrywał i to go bolało. Sądził, że dobrze mu idzie walka nożem, a ja mu uświadomiłem, że był w błędzie.

Powinienem był mu pozwolić wygrać. Nic by mnie to nie kosztowało. W pewnym sensie był moim szefem. Ale nie potrafiłem. Kryjemy w sobie taki zakątek, w którym przechowujemy pogardę przeznaczoną dla tych, którzy nas nienawidzą, choć nie zrobiliśmy im nic złego, dla tych, którzy pastwią się nad nami bez powodu i mają do nas nieuzasadnione pretensje. Andrew dał się zapędzić w ten zakątek tak samo jak w ślepy zaułek tego korytarza. A pogarda niemal zawsze zwyciężą nad ostrożnością.

 

Andrew zadał cios. Obróciłem się, unikając ostrza, i skierowałem zaostrzony trzonek w jego plecy między łopatkami.

– Trzy punkty!– zawołał Hathoda.

Andrew odwrócił się do mnie. Znowu stracił równowagę; wystarczyło mu podciąć nogi, a runął u moich stóp. Spadłem na niego całym ciężarem i dziabnąłem go w plecy i nerki.

– Sześć punktów! – zawołał Hathoda. – Stop! Przerwa!

Odstąpiłem na bok. Andrew, nie zwracając uwagi na rozkaz Hathody, wstał i rzucił się na mnie z drewnianym ostrzem.

– Stop! – krzyknął Hathoda. – Przerwa!

Andrew z uporem zamachnął się, celując w gardło i twarz, wbrew regułom treningu. Usiłował skaleczyć mnie do krwi. Odparowałem cios i osłoniłem się, cofając się głębiej w stronę ślepego końca korytarza. Broniąc się pięściami i trzonkiem, uderzałem w każde miejsce, które odsłonił. Po paru sekundach nasze ręce i ramiona zaczęły krwawić. Uderzenia w piersi i barki zostawiły rany, z których sączyły się cienkie strużki krwi.

Odbijaliśmy się od miękkich ścian, pięści i broń migały, z ust wyrywał się przyspieszony oddech, zaczęliśmy się ślizgać na kamiennej posadzce, aż w końcu zwarliśmy się w zapaśniczym chwycie i runęliśmy na podłogę. Ja miałem więcej szczęścia. W czasie upadku udało mi się zarzucić ramię na szyję DaSilvy i zacisnąć je, odcinając mu dopływ powietrza. Był odwrócony do mnie plecami. Kiedy usiłował się wyrwać, otoczyłem nogami jego uda, unieruchamiając go. Miotał się tak gwałtownie, że obaj przesuwaliśmy się po śliskich płytach, ale trzymałem go mocno i nie potrafił mnie z siebie strząsnąć ani wyzwolić się z mojego uścisku.

– Poddajesz się?

– Wal się! – warknął.

Usłyszałem głos jakiegoś pradawnego instynktu: „To wilk w pułapce. Jeśli go wypuścisz, wróci do ciebie, wcześniej czy później”.

– Lin! – krzyknął nowy głos. – Bracie Lin! Puść go!

Był to Abdullah. Siła uciekła z moich kończyn i pozwoliłem DaSilvie odczołgać się ode mnie. Krztusił się, kasłał i charczał. Hathoda i paru młodych gangsterów zebrało się wokół niego, żeby mu pomóc.

Abdullah pomógł mi się podnieść. Zdyszany, poszedłem za nim do wieszaków, gdzie zostawiłem swoje rzeczy.

– Salaam aleikum – powitałem go. – Co cię tu, kurwa, sprowadza?

– Wa aleikum salaam. Najwyraźniej niebo, i to w samą porę.

– Niebo?

– No, na pewno byłoby tu piekło, gdybyś go wykończył. Przysłaliby kogoś takiego jak ja, żeby cię zabił.

Wziąłem moją koszulę, noże, pieniądze i zegarek. W drzwiach wytarłem mokrym ręcznikiem twarz, pierś i plecy. Przypasałem noże, narzuciłem koszulę na ramiona i skinąłem głową Abdullahowi.

– Przejeźdźmy się, bracie – powiedział spokojnie – i przewietrzmy umysły.

Andrew DaSilva podszedł i zatrzymał się o dwa kroki ode mnie.

– To nie koniec – wycedził.

Podszedłem blisko i szepnąłem tak cicho, że nie słyszał mnie nikt oprócz niego:

– Wiesz co, Andy, na tyłach tego klubu jest zaułek. Skończmy z tym w tej chwili. Tylko kiwnij głową, a to załatwimy. Bez świadków. Tylko ja i ty. Kiwnij głową, bufonie.

Zajrzałem mu z bliska w twarz. Nie poruszył się, nie odezwał się ani słowem. Znowu nachyliłem się mu do ucha.

– Tak sądziłem. Teraz wiemy już obaj. Więc wypierdalaj i daj mi spokój.

Zabrałem swoje rzeczy i opuściłem klub ze świadomością, że zachowałem się jak idiota, upokarzając DaSilvę, nawet bez świadków. Wilk uciekł z pułapki. Ten wilk pewnie wróci do mnie przy złym księżycu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora