Cień góryTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie pomagasz. Spójrz na niego! Tak wyglądałby samochód po wypadku, gdyby ludzie byli samochodami.

– Dobra – mruknęła Kawita. – Tego obrazu naprawdę nie chcę widzieć.

Lisa zmarszczyła brwi i odwróciła się do mnie, trzymając moją głowę w dłoniach.

– Nie powiesz mi, co się wydarzyło, prawda?

– Co się wydarzyło?

– Jesteś chory – oznajmiła, odpychając mnie. – Zjadłeś coś przynajmniej?

– No... byłem zajęty...

– Kawita, ugotujesz nam coś? Ja jestem zbyt roztrzęsiona.

Kawita przyrządziła jedną z moich ulubionych potraw, żółty dhal i aloo ghobi, mieszankę z kalafiora i ziemniaków z przyprawami, bardzo smaczną. Nie wiedziałem, jak bardzo jestem głodny, dopóki nie zacząłem jeść. Kiedy sprzątnęliśmy ze stołu, usiedliśmy razem, żeby obejrzeć film.

Był to Uciekający pociąg Konczałowskiego na podstawie scenariusza Kurosawy, z Jonem Voightem nieustraszenie zmierzającym ku białemu niebu, które dla każdego wyjętego spod prawa staje się wcześniej czy później obiektem gorącego pożądania.

Kawita, która uznała film za testosteronowy terroryzm, wpadła na pomysł, żeby obejrzeć go drugi raz, ale z wyłączonym dźwiękiem, żeby każde z nas mówiło role bohaterów. Puściliśmy film ponownie i śmialiśmy się aż do jego końca.

Zmyślałem kwestie przydzielonych mi przez Kawitę postaci, bezczeszcząc ukochany film, ale gdy na nasze roześmiane twarze w ciemnym pokoju padło światło z tego uciekającego pociągu, zaatakowały mnie inne obrazy i inne twarze z innego ciemnego pomieszczenia, w którym byłem tego długiego dnia.

Gdy Lisa włożyła nowy film do odtwarzacza, wstałem, wziąłem kluczyki i schowałem dwa noże do pochew.

– A ty dokąd? – rzuciła Lisa z kanapy, na której umościła się obok Kawity.

– Mam sprawę do załatwienia – odparłem, pochylając się, by pocałować ją w policzek.

– Że co? Będziemy oglądać drugi film! Tym razem ja wybieram. To niesprawiedliwe, że musiałam obejrzeć ten twój testosteronowy terroryzm, a ty nie zobaczysz estrogenowej ekstazy.

– Niech idzie – rzuciła Kawita, przytulając się do niej. – Spędzimy babski wieczór.

W drzwiach do salonu odwróciłem się i spojrzałem na nie.

– Jeśli nie wrócę dziś na noc, nie oddawaj moich rzeczy – powiedziałem. – Zawsze wracam.

– Bardzo śmieszne – burknęła Lisa. – Powiedz, w dzieciństwie zbierałeś znaczki?

– Proszę cię – prychnęła ze śmiechem Kawita. – Nie odpowiadaj.

– Zacząłem. Ojciec to zakończył. Nawiasem mówiąc... czy ja jestem zrzędą?

– Co? – spytały obie.

– Ktoś, jeden znajomy chłopak, nazwał mnie zrzędą. Nie czaję tego. Myślicie, że to prawda?

Lisa i Kawita zaczęły się zaśmiewać tak bardzo, że spadły z kanapy. Na widok mojej miny zaczęły się śmiać jeszcze gwałtowniej, turlając się po podłodze z nogami w powietrzu.

– Dziewczyny, to nie jest aż tak śmieszne.

Zawyły, żebym przestał.

– Dzięki – mruknąłem. – Stokrotne dzięki.

Nadal się śmiały, gdy uruchomiłem motocykl, wyjechałem z podjazdu i skierowałem się przez Marine Drive do Tardeo.

Ulice prawie opustoszały. Zapach żelaza i soli, krwi morza, unosił się z grzyw fal uderzających o brzeg szerokiej zatoki. Nocny wietrzyk wnosił ten zapach przez każde otwarte okno przy bulwarze.

Ciężkie, kłębiaste czarne chmury kipiały i wzdymały się nad moją głową, tak nisko, że wydawało mi się, iż mogę wyciągnąć rękę i ich dotknąć. Błyskawica, bezgłośna, lecz przecinająca całe niebo, rozdarła welon nocy, każdym srebrnym uderzeniem wyławiając z mroku dramatyczny widok chmur.

Po ośmiu miesiącach suszy dusza Miasta Wysp błagała o deszcz. Serca wszystkich ludzi, śpiących czy czuwających, przyspieszały z nadzieją przy każdym pomruku nadchodzącej burzy. Krew starych i młodych tętniła w rytmie zbliżającego się deszczu, każdy oddech wtapiał się w porywisty wicher i sunące ławą chmury.

Zaparkowałem u wylotu pustego zaułka. Pobliskie uliczki były bezludne, nieliczni śpiący wyciągnęli się w pobliżu rzędu wózków jakieś trzysta metrów dalej. Zapaliłem papierosa, czekając i obserwując cichą okolicę. Gdy się upewniłem, że wszyscy śpią, podstawiłem bawełnianą chusteczkę pod rurę wylotową zbiornika paliwa w moim motocyklu, odkręciłem kranik paliwa, zmoczyłem chusteczkę benzyną i zakręciłem kranik.

Otworzyłem kłódkę na łańcuchu na drzwiach magazynu, w którym dziś zostałem pobity, i wszedłem do środka.

Przyświecając sobie zapalniczką, dotarłem do tego leżaka z jadowicie zielonego i żółtego winylu. Obok leżała pusta beczka. Przyciągnąłem ją do leżaka i usiadłem.

Po paru minutach wzrok przywykł mi do ciemności. Zacząłem rozróżniać poszczególne przedmioty i meble. Wśród nich znajdował się duży zwój sznura z włókna kokosowego. Kawałkiem tego sznura przywiązano mnie do leżaka.

Wstałem, rozwinąłem sznur, który legł na podłodze splątaną, luźną stertą. Wsunąłem ją pod leżak, a między zwoje wcisnąłem nasyconą benzyną chustkę.

W magazynie znajdowały się także puste kartonowe pudła, stare książki telefoniczne, zatłuszczone szmaty i inne łatwopalne przedmioty. Ułożyłem je w rząd prowadzący od leżaka do rzędu szafek i stołów, na których leżały elektryczne narzędzia, i oblałem je wszystkim, co udało mi się znaleźć.

Kiedy zbliżyłem płomyk zapalniczki do chustki, natychmiast zajęła się ogniem, który zamigotał i nagle buchnął w górę, pożerając splątany sznur. W pomieszczeniu rozszedł się gęsty, lepki dym. Winylowy leżak stawiał opór. Zaczekałem, aż ogień popełznie wzdłuż szeregu łatwopalnych przedmiotów i opuściłem magazyn, ciągnąc za sobą ciężki zestaw do cięcia i spawania.

Położyłem butle z tlenem i acetylenem w rynsztoku, poza zasięgiem ognia, i podszedłem powoli do motocykla.

Płomienie w oknach magazynu przez jakiś czas falowały i pulsowały, jakby wewnątrz trwała bezgłośna impreza. Potem rozległ się mały wybuch. Być może eksplodowała puszka kleju lub rozcieńczalnika. Cokolwiek to było, sprawiło, że ogniste jęzory sięgnęły sufitu magazynu, a pierwsze płomienie i pomarańczowe iskierki strzeliły w ciężkie, wilgotne powietrze.

Z okolicznych sklepików i domów zaczęli wychodzić ludzie. Biegli w stronę pożaru, ale nie pozostało im nic do zrobienia. Nie mieli dość wody. Magazyn był budynkiem wolno stojącym. Przegrał walkę i wszyscy to wiedzieli, ale ogień nie mógł się przenieść na inne domy.

Tłum rósł; z czasem zaczęli się pojawiać jeżdżący na rowerach sprzedawcy czaju i paanu. Wkrótce po nich przyjechały straż pożarna i policja.

Strażacy usiłowali gasić płonący budynek, ale strumień, który wydobył się z węży, był cieniutki. Policjanci świsnęli bambusowymi trzcinkami w stronę paru widzów, zorganizowali punkt dowodzenia naprzeciwko magazynu i wezwali sprzedawcę czaju. Zacząłem się martwić. Chciałem spalić tę izbę tortur. Początkowo pomysł wydawał się dobry. Wisznu życzył sobie, żebym zostawił mu tutaj wiadomość i byłem pewny, że ta wiadomość do niego dotrze. Ale nie chciałem, żeby ogień się rozprzestrzenił.

Strażacy w mosiężnych ateńskich hełmach byli bezradni. Przez parę chwil wydawało się, że ogień przeskoczy w powietrzu do następnego budynku.

Grzmot zabrzmiał jak niebiański bęben. Wszystkie szyby na ulicy zadzwoniły. Wszystkie serca zadrżały. Huk rozdarł niebo jeszcze raz, i jeszcze, tak straszliwy, że kochankowie, sąsiedzi, a nawet obcy ludzie odruchowo chwycili się za ręce.

Błyskawica zapaliła latarnie chmur na całym niebie jednocześnie. Psy zaczęły skomleć. Zimny poryw wiatru smagnął rozprażoną noc, przenikając moją cienką koszulę. Lodowaty wiatr ustąpił i nagle ciepła fala powietrza wilgotnego jak wodny pył nad morzem przesunęła się przez ulicę jak dłoń po jedwabnej firance.

Zaczął padać deszcz. Płynna noc, ciężka jak kaszmirowy płaszcz. A deszcz padał i padał.

Zebrani zadrżeli i krzyknęli ze szczęścia. Zapominając o pożarze, skakali, wiwatowali i tańczyli ze sobą, śmiejąc się wariacko, a woda bryzgała im spod stóp.

Płomienie zasyczały, pokonane. Strażacy także ruszyli w tany. Ktoś włączył muzykę. Stojący rzędem policjanci kołysali się koło swoich jeepów. Tańczący śmiali się, a ich przemoczone, lśniące jak atłas ubrania odbijały się kolorowo w kałużach.

Tańczyłem na rzece mokrego światła. Grzmiało, a na ziemię spadał wodospad. Wicher szarpał nas jak sfora rozradowanych psów. Błyskawice rzucały na ulicę jeziora światła. Z każdego kamienia bił żar. Nasze twarze rozświetlała wiara w życie. Ręce poruszały się lekko jak śmiech. Cienie tańczyły, pijane deszczem, a ja tańczyłem z nimi, szczęśliwy głupiec, którym byłem, gdy ta pierwsza ulewa zmywała grzechy miasta.

III

14

– Śpisz?

– Nie.

– Śpisz.

– Nie śpię.

– Skoro śpisz, to jak możesz mi odpowiadać?

– Śni mi się koszmar.

– Ach, tak?

– Tak.

– Jaki koszmar?

– Straszny. Jakiś upierdliwy głos wyrywa mnie z pierwszego dobrego snu, który trafił mi się od tygodni.

– To ma być koszmar? – rzuciła kpiąco Lisa zza moich pleców. – Spróbuj wytrzymać rok w branży malarskiej.

– Robi się coraz straszniej. Ten głos nie chce zamilknąć.

Lisa ucichła. Po jej oddechu poznałem, że ma otwarte oczy. To możliwe, kiedy się kogoś lubi. Wentylator pod sufitem obracał się powoli, mieszając gęste monsunowe powietrze. Igły światła latarni przekłuwały drewniane okiennice, kładły się jak kreski między obrazami na ścianie koło łóżka.

Do brzasku zostało jakieś pół godziny, ale fałszywy świt już odebrał głębię cieniom w pokoju. Na wszystkich powierzchniach osiadła surrealna szarość, nawet na skórze mojej ręki, na poduszce obok mojej twarzy.

 

Efekt peyotlu, nazwała to kiedyś Karla. I miała rację. Oczywiście. Ten narkotyk maluje wszechświat na taki sam kolor, jak ten fałszywy, wyobrażony świt. Karla, zawsze taka inteligentna, zawsze taka zabawna...

Oczy mi się zamknęły. Prawie zasnąłem, trzymając grudkę peyotlu w dłoni. Prawie.

– Często myślisz o Karli? – spytała Lisa.

Cholera, pomyślałem obudzony. Jak te kobiety to robią?

– Ostatnio bardzo. W ciągu trzech dni już trzeci raz ktoś wymienia jej imię.

– Kto jeszcze o niej wspominał?

– Naveen, ten młody prywatny detektyw, i Randżit.

– Co powiedział Randżit?

– Lisa, a może byśmy nie rozmawiali o Karli i Randżicie, co?

– Jesteś o niego zazdrosny?

– Co?

– No, wiesz. Ostatnio ciągle przesiaduję z nim po nocach.

– Ostatnio mnie tu nie było, więc nie wiedziałem. Ile czasu spędziłaś z Randżitem?

– Bardzo mi pomógł z reklamą wystawy. Odkąd do nas dołączył, mamy o wiele więcej gości. Ale między nami nie ma absolutnie nic.

– Aha. Co?

– Jak często myślisz o Karli?

– Musimy to robić teraz? – spytałem, odwracając się do niej.

Oparła się na łokciu i przechyliła głowę na ramię.

– Widziałam ją wczoraj – powiedziała, przyglądając mi się uważnie oczami jak niewinne, błękitne niezapominajki.

Zmarszczyłem brwi.

– Wpadłam na nią w moim ulubionym sklepie z sukienkami. Tym na Brady’s Lane. Myślałam, że tylko ja o nim wiem, a tu nagle odwracam się i widzę Karlę stojącą tuż za mną.

– Co powiedziała?

– O co ci chodzi?

– O to, co ci powiedziała.

– To... trochę dziwne.

– Jak to „dziwne”?

– Nie spytałeś, jak wyglądała, co u niej, tylko co powiedziała.

– No więc?

– Więc... Nie widziałeś jej od prawie dwóch lat i w pierwszym odruchu pytasz, co powiedziała. Nie wiem, co jest dziwniejsze – że to zrobiłeś czy że to rozumiem, bo chodzi o Karlę.

– Więc... rozumiesz.

– Oczywiście.

– Czyli... to nie dziwne.

– Dziwne jest, jak to świadczy o mnie, tobie i o niej.

– O czym my tu rozmawiamy?

– O Karli. Chcesz wiedzieć, co powiedziała, czy nie?

– Aha. Nie.

– Właśnie, że chcesz. Najpierw powiem, że wyglądała wspaniale. Naprawdę świetnie. I wygląda na to, że wszystko u niej dobrze. Wypiłyśmy kawę w Madras Café i omal nie pękłam ze śmiechu. Karla w tej chwili ma hopla na punkcie religii. Powiedziała... nie, czekaj, żebym tego nie spaliła... a, już wiem. Powiedziała: „Religia to tylko bardzo długie zawody, kto wymyśli najdziwniejsze nakrycie głowy”. Jest strasznie zabawna. To musi być cholernie trudne.

– Bycie zabawnym?

– Nie. Bycie zawsze najbardziej inteligentną osobą w towarzystwie.

– Ty jesteś inteligentna – odparłem, kładąc się na wznak i zakładając ręce pod głowę. – Jesteś jedną z najbardziej inteligentnych osób, jakie znam.

– Ja? – prychnęła.

– A jak.

Pocałowała moją pierś i wtuliła się we mnie.

– Zaprosiłam Karlę do pracy w galerii – oznajmiła, poruszając stopami w rytmie słów.

– To nie jest najlepszy pomysł tego tygodnia.

– Przed chwilą powiedziałeś, że jestem inteligentna.

– Że jesteś inteligentna – rzuciłem przekornie. – Nie że mądra.

Dała mi kuksańca w bok.

– Nie, serio – dodałem ze śmiechem. – Nie... nie... no, nie wiem, czy chcę, żeby Karla wróciła do mieszkania mojego życia. Pokoje, które zajmowała, są teraz zabite deskami. W sumie chciałbym, żeby tak zostało... przynajmniej na jakiś czas.

– Karla nawiedza także mój dom – powiedziała Lisa z żalem.

– A, rozumiem. Ja mam wyimaginowane mieszkanie, a ty dom?

– Oczywiście. Wszyscy mają wewnętrzny dom. Z wyjątkiem tych, którzy mają problem z niską samooceną, jak ty.

– Nie mam niskiej samooceny. Jestem realistą.

Lisa parsknęła śmiechem. Śmiała się całkiem długo; na tyle długo, że zacząłem się zastanawiać, co właściwie powiedziałem.

– Bądź poważny – powiedziała, gdy się w końcu uspokoiła. – Zobaczyłam Karlę po raz pierwszy od prawie dziesięciu miesięcy i... spojrzałam na nią i... uświadomiłam sobie, jak bardzo ją kocham. To śmieszne, prawda? Przypomnieć sobie, że się kogoś kocha?

– Mówię tylko...

– Wiem – szepnęła i przysunęła się, żeby mnie pocałować. – Wiem.

– Co wiesz?

– Wiem, że to nie będzie na zawsze. – Jej wargi nadal dotykały moich, a błękitne oczy rzucały wyzwanie porannemu niebu.

– Po każdej twojej odpowiedzi rozumiem mniej.

– Ja nawet nie wierzę w „na zawsze” – oznajmiła, odrzucając wieczność potrząśnięciem jasnych loków. – Nigdy nie wierzyłam.

– A czy kiedy zrozumiem, o czym rozmawiamy, będę zadowolony?

– Jestem fanatyczną zwolenniczką „teraz”, jeśli mnie rozumiesz. Nawet fundamentalistką.

Zaczęła mnie całować, ale nie przestała mówić, podając mi słowa prosto do ust.

– Nigdy mi nie opowiesz o tej walce, którą stoczyłeś, prawda?

– To nie była prawdziwa walka. Skoro zależy ci na ścisłości, to wcale nie była walka.

– Owszem, zależy mi na ścisłości. Co się stało?

– Stało? – spytałem, nadal ją całując.

Odsunęła się ode mnie i usiadła po turecku na łóżku.

– Musisz przestać.

– No dobrze – westchnąłem, siadając z plecami opartymi o poduszki. – Wal.

– Firma. Wytwórnia paszportów. Firma Sanjaya.

– Daj spokój. Już to przerabialiśmy.

– Od jakiegoś czasu nie.

– Dla mnie to jak wczoraj. Słuchaj...

– Nie musisz tego robić. Nie musisz taki być.

– Owszem, muszę, jeszcze przez jakiś czas.

– Nie musisz.

– Jasne. I jako poszukiwany zbieg będę zarabiać, pracując w banku.

– Nie żyjemy wystawnie. Utrzymamy się z mojej pensji. Galeria zaczyna się rozkręcać.

– Robiłem to, zanim się zeszliśmy...

– Wiem, wiem.

– A ty to zaakceptowałaś. Przecież...

– Mam złe przeczucia – palnęła.

Uśmiechnąłem się i położyłem dłoń na jej policzku.

– Nie potrafię się go pozbyć – dodała cicho. – Mam... mam bardzo złe przeczucia.

Wziąłem jej rękę. Nasze nogi się stykały i Lisa zacisnęła palce u stóp na moich z zaskakującą siłą. Świt zaczął przepalać drewniane okiennice.

– Już to przerabialiśmy – powtórzyłem powoli. – Rząd mojego kraju wyznaczył cenę za moją głowę. I jeśli nie zginę podczas próby aresztowania, to wrócę do tego samego więzienia, z którego uciekłem, a tam przykują mnie do tej samej ściany i zaczną nade mną pracować. Ja tam nie wrócę. Tu jestem bezpieczny... przez jakiś czas. To już coś. Dla mnie, jeśli nie dla ciebie.

– Nie powiedziałam, że masz zrezygnować z wolności. Mówię, żebyś nie rezygnował z siebie.

– Co innego miałbym robić?

– Na przykład pisać.

– Piszę. Codziennie.

– Wiem, ale moglibyśmy się na tym mocno skupić, wiesz?

– My? – rzuciłem ze śmiechem.

Nie kpiłem z niej; po prostu po raz pierwszy wspomniała o moim pisaniu, a mieszkaliśmy razem prawie od dwóch lat.

– Nieważne – powiedziała.

Zamilkła. Jej oczy powoli spojrzały w dół, palce u stóp rozluźniły żarliwy uścisk. Odgarnąłem jej zabłąkany loczek z oka i przesunąłem ręką przez morską pianę jej jasnych włosów.

– Jestem im coś winien – powiedziałem sucho.

– Nie jesteś – odparła, ale w jej proteście nie było siły. Spojrzała mi w oczy. – Nie jesteś im nic winien.

– Jestem. Wszyscy, których znam, są im coś winni. Tak to działa. Dlatego nie pozwalam ci się z nimi spotykać.

– Jesteś wolny, Lin. Przeskoczyłeś przez ten mur, a nawet nie czujesz, że jesteś na wolności.

Zajrzałem jej głęboko w oczy, w jeziora odbijające niebo. Zadzwonił telefon.

– Czuję taką wolność, że nie odbiorę tego telefonu – oznajmiłem. – A ty?

– Nigdy nie odbierasz telefonu – warknęła. – To żaden argument.

Wstała. Patrząc na mnie, słuchała głosu po drugiej stronie. Patrzyłem, jak smutek spływa na jej ramiona niczym szal, kiedy oddała mi słuchawkę.

Był to człowiek Sanjaya, który przekazywał mi wiadomość.

– Zajmę się tym – powiedziałem. – Tak. Co? Mówiłem, że się tym zajmę. Za dwadzieścia minut.

Rozłączyłem się, wróciłem do łóżka i ukląkłem obok Lisy.

– Aresztowano jednego z moich ludzi. Jest w areszcie w Kolabie. Muszę go wykupić.

– To nie jest twój człowiek – odparła, odpychając mnie. – A ty nie jesteś ich człowiekiem.

– Przykro mi.

– Nieważne, co zrobiłeś ani jaki byłeś. Nieważne nawet, jaki jesteś. Liczy się to, jaki starasz się być.

Uśmiechnąłem się.

– To nie takie proste. Wszyscy jesteśmy, kim jesteśmy.

– Nieprawda. Jesteśmy tym, kim chcemy być. Jeszcze tego nie rozumiesz?

– Nie jestem wolny.

Pocałowała mnie, ale letni wiatr przeminął, a pole kwiatów w jej oczach poszarzało, jakby padł na nie cień chmury.

– Puszczę ci wodę pod prysznicem – powiedziała Lisa, wyskakując z łóżka i biegnąc do łazienki.

– Słuchaj, to nic takiego – powiedziałem, idąc za nią. – Tylko wykupię tego faceta.

– Wiem – rzuciła sucho.

– Nadal chcesz się spotkać? Później?

– Oczywiście.

Wszedłem do łazienki i stanąłem pod zimnym prysznicem.

– Powiesz mi, o co chodzi? – zawołałem. – Czy to nadal wielka tajemnica?

– To nie tajemnica, to niespodzianka – odparła cicho, stając w drzwiach.

– No jasne. – Roześmiałem się. – Gdzie i kiedy mam się zjawić, żeby dać się zaskoczyć?

– Bądź o wpół do szóstej przed Maheshem na Nariman Point. Zawsze się spóźniasz, więc zapamiętaj, że spotykamy się o wpół do piątej, to może zdążysz.

– Dobra.

– Przyjdziesz, prawda?

– Nie martw się. Panuję nad wszystkim.

– Nie – powiedziała, a jej uśmiech zniknął jak deszcz w promieniach słońca. – Nieprawda. Nie panujesz nad niczym.

Oczywiście miała rację. Wtedy, przechodząc pod wysokim łukiem drzwi posterunku w Kolabie, nie rozumiałem tego, ale nadal widzę jej smutny uśmiech, chłodzący serce jak śnieg padający do rzeki.

Wszedłem po paru schodkach prowadzących na drewnianą werandę, która biegła wzdłuż bocznej i tylnej ściany budynku administracyjnego. Policjant siedzący przed gabinetem sierżanta znał mnie. Zakołysał głową z uśmiechem i pozwolił mi przejść. Ucieszył się na mój widok. Dobrze płaciłem.

Żartobliwie zasalutowałem Dilipowi Błyskawicy, sierżantowi z dziennej zmiany. Jego pijacko spuchnięta twarz nabrzmiała wstrzymywaną wściekłością; miał dziś zły humor. Kiepski początek.

Dilip Błyskawica był sadystą. Wiedziałem to, bo parę lat temu byłem jego więźniem. Pobił mnie wtedy, karmiąc się moją bezradnością. I kiedy zobaczył siniaki na mojej twarzy, zapragnął to zrobić jeszcze raz. Wargi zadrżały mu z pragnienia.

Ale mój świat się zmienił, nawet jeśli jego pozostał taki sam. Pracowałem dla firmy Sanjaya, a mafia przelewała mnóstwo środków na konto posterunku. Dilip nie straciłby takich pieniędzy dla zaspokojenia swoich chorych pragnień.

Rzucił mi coś w rodzaju uśmiechu i przechylił głowę, jakby pytał: „Co jest?”.

– Zastałem szefa? – spytałem.

Dilip obnażył zęby w uśmiechu. Wiedział, że jeśli porozmawiam z jego zwierzchnikiem, podinspektorem, strużka pieniędzy, która do niego spłynie z góry, ledwie wypełni jego spoconą dłoń.

– Podinspektor jest bardzo zajęty. Mogę w czymś pomóc?

– Hm...

Powiodłem wzrokiem po obecnych w pomieszczeniu policjantach. Udawali – mało przekonująco – że nie słuchają. Trzeba im oddać sprawiedliwość – w Indiach nie ma się wielu okazji, żeby ćwiczyć udawanie, że się nie podsłuchuje.

– Santosh! Przynieś czaju! – rzucił Dilip w marathi. – Zrób świeżego, yaar! Reszta niech idzie sprawdzić podkoszary!

Podkoszary były parterowymi zabudowaniami na tyłach kompleksu policyjnego. Trzymano w nich więźniów agresywnych oraz agresywnie protestujących przeciwko torturom.

Młodzi policjanci spojrzeli na siebie.

– Ale podkoszary są puste... – odezwał się jeden z nich.

– Pytałem, czy ktoś jest w podkoszarach? – poinformował się Dilip.

– N... nie.

– Więc robić, co powiedziałem, i sprawdzić dokładnie! Już!

– Tak jest! – krzyknęli szeregowcy, chwycili miękkie czapki i wybiegli, potykając się i popychając.

 

– Powinniście ustalić jakiś kod – podsunąłem po ich odejściu. – To nudne, tak wyganiać ich co godzinę.

– Bardzo śmieszne. Przejdź do rzeczy albo idź do diabła. Głowa mnie boli i chętnie sprawię, że kogoś innego też zaboli.

Wszyscy uczciwi policjanci są podobni do siebie. Natomiast jeśli chodzi o policjantów skorumpowanych, każdy z nich jest skorumpowany na własny sposób. Wszyscy biorą pieniądze, ale jedni niechętnie, inni łapczywie, jeszcze inni z urazą albo dobrotliwie. Żartują albo pocą się, jakby biegli pod górę, traktują cię jak przeciwnika bądź chcą zostać twoim najlepszym kumplem.

Dilip należał do tych, którzy przyjmują pieniądze z nienawiścią i mają ochotę skrzywdzić tego, który im je daje. Na szczęście, jak wszyscy, którzy lubią zastraszać słabszych, był podatny na pochlebstwa.

– Cieszę się, że możesz to załatwić osobiście – oznajmiłem. – Patil potrzebowałby na to całego dnia. Nie ma twojej finezji w załatwianiu spraw szybko i zdecydowanie, fatafat, jak błyskawica. Nie na darmo nazywają cię Dilipem Błyskawicą.

Tak naprawdę nazywano go tak ze względu na wypolerowane buty, które jak błyskawice trafiały przykutego człowieka, gdy ten się tego najmniej spodziewał, i nigdy nie uderzały dokładnie w to samo miejsce.

– To sama prawda – nadął się Dilip, rozwalając się na krześle. – Co mogę dla ciebie zrobić?

– Macie w areszcie pewnego człowieka, niejakiego Farzada Daruwallę. Chciałbym zapłacić za niego grzywnę.

– Grzywnę ustala sąd, nie policja – zauważył Dilip z chytrym uśmieszkiem na wilgotnych wargach.

– Oczywiście, masz całkowitą rację – przyznałem – ale człowiek tak dalekowzroczny jak ty wie, że załatwiając tę sprawę energicznie, tu i teraz, oszczędzisz cennego czasu sądu i publiczne pieniądze.

– Po co ci ten człowiek?

– O, przychodzi mi do głowy z pięć tysięcy powodów – odparłem, wyciągając z kieszeni przygotowany zwitek rupii i zaczynając je przeliczać.

– Człowiek dalekowzroczny znalazłby o wiele więcej powodów – burknął Dilip.

Za późno. Już pożerał wzrokiem banknoty.

– Błyskawico-ji – powiedziałem cicho, składając banknoty na pół i przesuwając je po blacie, przykryte dłonią. – Odbywamy ten rytuał od dwóch lat i obaj wiemy, że pięć tysięcy powodów to wszystko, co mogę podać podinspektorowi w ramach pełnego... wyjaśnienia... mojego zainteresowania. Byłbym wdzięczny, gdybyś oszczędził mi tego kłopotu i osobiście przyjął wyjaśnienie.

Rozległy się kroki głucho łomoczące na deskach drewnianej werandy i pojawił się Santosh z herbatą. Dilip Błyskawica błyskawicznie przykrył moją dłoń swoją. Cofnąłem ją. Dilip przesunął pieniądze na swoją stronę biurka i schował je do kieszeni.

– Ten uczony – rzucił do Santosha, gdy młody posterunkowy postawił przed nami szklanki. – Ten, którego wczoraj zgarnęliśmy z nocnego klubu. Przyprowadź go.

– Tak jest – rzucił Santosh i wybiegł.

Młodzi policjanci wrócili do gabinetu, ale Dilip powstrzymał ich uniesioną ręką.

– A wy tu czego?

– No... sprawdziliśmy podkoszary, tak jak pan sierżant kazał. Wszystko w porządku. I zobaczyliśmy, że zamówił pan czaj, więc pomyśleliśmy...

– Sprawdźcie jeszcze raz! – warknął Dilip Błyskawica, znowu spoglądając na mnie.

Młodzi policjanci wybałuszyli na mnie oczy, wzruszyli ramionami i znowu niechętnie poczłapali do wyjścia.

– Mogę pomóc w czymś jeszcze? – spytał Dilip sarkastycznie.

– Właściwie tak. Czy słyszałeś coś o mężczyźnie o śnieżnobiałych włosach w ciemnogranatowym garniturze, który przez ostatnie dwa tygodnie rozpytuje się na ulicach Kolaby?

Myślałem o Zodiakalnych George’ach i ich tajemniczym prześladowcy. Jeśli Dilip miał o nim jakieś informacje, warto było je kupić.

– Granatowy garnitur i białe włosy? – powtórzył Dilip w zamyśleniu. – A gdybym widział kogoś takiego?

– To myślę, że mam tysiąc powodów, dla których chciałbym się o nim dowiedzieć.

Dilip uśmiechnął się z lubością. Wyjąłem pieniądze z kieszeni i, tak jak poprzednio, przesunąłem je po blacie, osłaniając je dłonią.

– A ja myślę, że te powody powinny cię zaprowadzić do pana Wilsona w hotelu Mahesh.

Dilip wyciągnął dłoń, żeby przykryć nią moją rękę. Zawahałem się.

– Kto to jest? Czego chce?

– Kogoś szuka. Więcej nie chciał mi powiedzieć.

Cofnąłem rękę. Dilip zgarnął pieniądze.

– Pomogłeś mu kogoś znaleźć?

– Nie dostarczył mi odpowiedniego wyjaśnienia, więc go wyrzuciłem.

– Jeśli... – zacząłem; w tej samej chwili wszedł Santosh z Farzadem.

Młody parsyjski fałszerz nie był zakrwawiony, ale szedł pochylony. Oczy miał rozszerzone strachem, a pierś unosiła mu się i opadała gwałtownie w rwących się, płytkich oddechach. Widziałem to wiele razy: spojrzenie człowieka, który sądzi, że zostanie pobity. Potem zobaczył mnie, twarz mu się rozjaśniła, i rzucił się do mnie.

– Człowieku, ależ się cieszę, że cię widzę! Już...

Wstałem i położyłem mu rękę na piersi, powstrzymując go.

– Spokojnie – rzuciłem szybko z obawy, że powie coś, czego nie chciałem zdradzać Dilipowi Błyskawicy. – Pożegnaj się z sierżantem i idziemy.

– Sierżancie-ji – powiedział Farzad, składając dłonie. – Bardzo, bardzo dziękuję za twoją serdeczność i hojność.

Dilip rozparł się w krześle.

– Spierdalaj – warknął. – I nie wracaj.

Pociągnąłem Farzada za rękaw, wywlekając go z gabinetu przez szeroką bramę na ulicę.

Na chodniku, parę kroków od łukowatego wejścia, zapaliłem dwa papierosy i podałem jednego młodemu fałszerzowi.

– Co się wydarzyło?

– No, trochę się wczoraj upiłem. Właściwie bardzo. W Drum Beat była niesamowita impreza. Zajebista, człowieku. Szkoda, że mnie nie widziałeś. Tańczyłem jak skurwysyn. Możesz na to liczyć.

– Liczę na wyjaśnienie, dlaczego musiałem wstać z wygodnego łóżka o szóstej rano, żeby usłyszeć, że tańczyłeś jak skurwysyn.

– Tak, oczywiście. Przepraszam. No więc policjanci przyszli koło pierwszej, jak zwykle, żeby zamknąć knajpę. Ktoś się sprzeciwił i się zaczęło. Chyba ta cała tamasha sprawiła, że mnie poniosło i zacząłem rzucać bezczelne uwagi pod adresem policjantów.

– Bezczelne?

– O, tak. Słynę z bezczelnych uwag.

– Dorosły mężczyzna nie powinien się chwalić czymś takim.

– Nie, serio! Jestem znany z moich...

– O jakiej bezczelności mówimy?

– Jest taki bardzo gruby policjant. Nazwałem go funkcjonariuszem „Trzy świnie się jebią”. A o drugim powiedziałem, że jest głupszy niż ulubiony kokos małpy. A o trzecim...

– Dobra, łapię.

– No i ani się obejrzałem, a leżałem na ziemi. Potknąłem się albo ktoś mnie popchnął. A jak już leżałem, to nagle bach, ktoś mnie kopnął w głowę. Raz, ale wystarczyło, żeby mi odebrać przytomność.

– Dilip Błyskawica wyrabiał normę.

– Pewnie tak. Ten skurwiel sierżant. No więc obudziłem się na tyle policyjnego jeepa z nogą Dilipa Błyskawicy na piersi, a potem wrzucili mnie do celi. Nie pozwolili mi zadzwonić, przez te...

– Bezczelne uwagi.

– No. Uwierzysz? Myślałem, że czeka mnie cały dzień w areszcie i potem wpierdol. Skąd się dowiedzieliście, gdzie jestem?

– Firma płaci wszystkim sprzątaczom cel. W ten sposób zapewniamy naszym ludziom dostawy do więzienia. Jeden z nich cię zobaczył i zadzwonił do swojego kontaktu. A firma zadzwoniła do mnie.

– Cholernie się cieszę, że przyszedłeś, człowieku. To był mój pierwszy raz w pudle. Jeszcze jedna noc i by mnie wykończyli. Możesz być pewny.

– Sanjay się nie ucieszy. Wydaje mnóstwo pieniędzy na ten posterunek. Będziesz mu musiał kupić nowy kapelusz na pociechę.

– A... ale... ale, no... ja nie znam jego rozmiaru... – wykrztusił Farzad, rozpaczliwie zmartwiony. – Widziałem go tylko raz i, o ile sobie przypominam, jego głowa wyglądała... bez urazy... na dość dużą.

– On nie nosi kapeluszy.

– Ale... powiedziałeś...

– Żartowałem. Ale tylko w sprawie kapelusza.

– Bardzo przepraszam... spierdoliłem sprawę. To... to się nie powtórzy. Może mógłbyś szepnąć o mnie Sanjayowi dobre słowo?

Nadal się śmiałem, gdy obok nas zatrzymała się taksówka. Przednie drzwi od strony pasażera otworzyły się i wysiadł z nich Naveen Adair, który pochylił się, żeby zapłacić kierowcy. Następnie otworzył drzwi z tyłu i pomógł wysiąść pięknej młodej kobiecie. Odwrócił się i zauważył mnie.

– Lin! Cholernie dobrze, że cię widzę, człowieku. Co cię tu sprowadza?

– Sześć tysięcy powodów – odparłem, przypatrując się dziewczynie.

Jej twarz wydawała się znajoma, choć nie potrafiłem sobie przypomnieć, skąd ją znam.

– Ach... – rzucił Naveen. – To Divya. Divya Devnani.

Divya Devnani, córka jednego z najbogatszych mieszkańców Bombaju.

Inne książki tego autora