Żywina

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Żywina
Żywina
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,95  40,76 
Żywina
Żywina
Audiobook
Czyta Jacek Kiss
24,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

O tym właśnie Radek miał napisać reportaż. O tym, jak cwany, cyniczny populista z kryminalną przeszłością rozkochał w sobie wsiową ludożerę, wykorzystał bóle i rozczarowania ustrojowej transformacji i na tej fali sięgnął godności posła Rzeczpospolitej. O roszczeniowym elektoracie, czyli, po ludzku mówiąc, chamstwie zbuntowanym, i jego nienawiści do wszystkich, którym zdolności, wykształcenie, praca i przedsiębiorczość pozwoliły wykorzystać otwarte przez wolny rynek możliwości i odnieść życiowy sukces. I jak to wszystko zbiegło się, wynosząc do rangi lokalnego bohatera cwaniaczka, którego jedynym bohaterstwem było, że się głupio zabił. Więc nagrywając miejscowych, Radek nie próbował się spierać, dyskutować, przypominać, w co się zdążył w ciągu tych paru zaledwie lat ich „Stachu” poumaczać.

Tylko raz stropił rozmówczynię niewczesnym uśmiechem, ale to dlatego, że w jej opowieści o cnotach tragicznie zmarłego posła coś mu nagle zabrzmiało nieodparcie znajomo. Przypomniał sobie ten dzień, kiedy jakiś znajomy Abi, bo ona sama nie mówiła ani po polsku, ani po angielsku, zadzwonił z Paryża z informacją o śmierci Ojca. Powtórzył tę wiadomość matce, nie spodziewając się jakiejś szczególnej reakcji. A ona pobladła, zasłoniła rękami twarz i zaniosła się przeraźliwym płaczem. W pierwszej chwili nie wiedział, jak się zachować. Odkąd pamiętał, matka, jeśli już naprawdę musiała o nim wspomnieć, to zwykle słowami „ten bydlak, twój ojciec”. W najlepszym wypadku, gdy musiała się pilnować przy ludziach — „ten pan”. Na co dzień „ten pan” nie istniał, stanowił najściślej strzeżone domowe tabu. A teraz płakała po nim przez całe popołudnie. Wyszła ze swego pokoju wieczorem i przy kolacji zaczęła niepytana opowiadać mu o tym, jak się z Ojcem poznali, jak spędzali pierwsze wspólne wakacje i jacy byli w sobie zakochani. Właściwie wszystkiego, czego dowiedział się od matki o Ojcu, dowiedział się w ciągu tych kilku lat po jego śmierci.

Pewnie było to bezsensowne skojarzenie. Żywina nie przypominał w niczym Ojca. Po prostu przyszło nagle Radkowi do głowy, że gdyby grób jego starego był gdzieś bliżej, matka też miałaby potrzebę postawienia na nim jakiegoś pomnika, wysupłałaby na to ostatnie oszczędności i jak inne wdowy jeździłaby w wolnych dniach na cmentarz pucować godzinami kamień i toczyć przy tym długie rozmowy z nieboszczykiem, nareszcie mieszczącym się we właściwej roli, udomowionym, pojednanym i obdarzonym łaską niedostępnego dla żywych przebaczenia. Uśmiechnął się na tę myśl, a kobiecina, z którą rozmawiał, zjeżyła się cała, przerwała, i potem nie zdołał już odzyskać jej ufności, nie zdołał nawet sprowokować żadnego charakterystycznego zdania, które nadawałoby się do zacytowania.

Chronologicznie, wszystko zaczęło się właśnie od tej deklaracji Galosa, że władze gminy rozważają najstosowniejszy sposób uczczenia pamięci wybitnego mieszkańca Bykowa, tragicznie zmarłego posła Stanisława Żywiny, i chcą poddać tę sprawę pod konsultacje obywateli. To, co dla miejscowych było oczywiste, w redakcji doliczono do tej kategorii zdarzeń, o których informuje się jako o polskich kuriozach. Z artykułu Jakimczuka do wkładki lokalnej zrobiono tekst w wydaniu krajowym, a nazajutrz podczas codziennej burzy mózgów w dziale ktoś strzelił, że powinno się o tym Bykowie i o Żywinie napisać solidny reportaż do weekendowego wydania. Ktoś inny podchwycił, że to by mógł zrobić Derechowicz, bo niedawno zajmował się staraniami samorządów o pieniądze z Unii, to prowincję ma obadaną. A Radek nie mógł zaprotestować, bo od dłuższego już czasu nie oddał niczego nowego. Zresztą dlaczego miałby się bronić? Sprawy prowincji rzeczywiście znał, do Bykowa nie było daleko, a zadanie nie wydawało się trudne. Reportaż układał mu się sam, zanim jeszcze zaczął studiowanie wycinków. W Warszawie pozbierał trochę opinii od partyjnych kolegów i politycznych przeciwników bohatera, na miejscu uzupełnił to o wypowiedzi miejscowych notabli, Jakimczuk spisał się świetnie, umawiając mu paru działaczy, z którymi Żywina zaczynał, faceta, który organizował z nim blokady i z którym się potem pocięli, paru meneli, którzy go pamiętali ze szkoły i z pegeerowskiego podwórka, no i gościa, który z nim siedział w jednej celi. W dwa dni miał wszystko, co było potrzebne, no, jeszcze poza Arletą, która na pierwszym spotkaniu nic mu nie chciała opowiedzieć, ale ostatecznie umówiła się na wieczór i Radek był pewien, że na pewno wyciśnie z niej jakiś epizod z ich pożycia, coś, czym przyprawi cały tekst. A nawet gdyby to się nie udało, to i tak ma już dość materiału. Jutro wróci do Warszawy, w dwa dni machnie tekst, a za tydzień będzie już w Stambule na study tour Fundacji Matthieu Ricarda.

Uznał w końcu, że już wystarczy tego dreptania z mądrą miną wokół starej wierzby, kontemplowania oleistych zacieków i krajobrazu. Odwrócił się w stronę szosy, gdzie przy błyskającym światłami awaryjnymi radiowozie Tywoniuk cierpliwie palił papierosa. Zamachał do policjanta gestem ni to „cholera, zamyśliłem się”, ni „gotowe, możemy jechać”, i ruszył z powrotem.

Tywoniuk należał do takich ludzi, których trudno się zauważa i łatwo zapomina. Średniego wzrostu, z zaczątkami otyłości, o pospolitej, okrągłej twarzy, na której jedynym przejawem indywidualności był przemykający od czasu do czasu grymas znudzenia albo zniechęcenia.

— Ciekawe, że nawet nie próbował hamować — zagaił podczas drogi powrotnej.

Nie brzmiało to jak pytanie, ale coś w głosie policjanta sprawiło, że Radek nie umiał zbyć tej uwagi milczeniem. Choć trudno było tu o błyskotliwą ripostę.

— Pewnie nie zdążył — mruknął, zdając sobie sprawę, że na tym się nie skończy, że policjantowi zebrało się na gadanie i nic nie zdoła go powstrzymać przed wypełnieniem drogi powrotnej męczącą paplaniną. Większość ludzi nie potrafi wytrzymać w ciszy, jeśli tylko ma w pobliżu kogokolwiek, komu może zawracać głowę. Radek potrafił i lubił. Dobrze się czuł ze swoimi myślami i nie potrzebował ich zagłuszać ani gadaniną, ani łomotem głośników. W tamtą stronę policjant zdawał się to szanować, ale widocznie dłużej już nie mógł.

— A pan go znał? — Nie pozostało nic innego, niż przejąć inicjatywę. Skoro już muszą rozmawiać, może przynajmniej przyda się to jakoś do reportażu.

— Tyle co wszyscy — odparł Tywoniuk, nie odrywając oczu od drogi. Jechał dziwnie powoli, jakby pilnował się przy gościu z Warszawy. — Czasem się było na zabezpieczeniu, jak robił jakiś wiec, przemawiał.

— Podobno przemawiał dobrze?

— Ja wiem… Nie tyle dobrze, co o tym, co ludzie chcieli słyszeć. Jakby podsłuchał, co mówią między sobą, i powtarzał na głos. Pewnie dlatego mu wierzyli. A może dlatego, że po prostu komuś muszą wierzyć.

— A pan? Co pan o nim myśli?

Tywoniuk odpowiedział dopiero po dłuższej chwili:

— Taki sam jak oni wszyscy. Ale przynajmniej nasz, tutejszy. W takiej dziurze to się liczy. Niech pan zwróci uwagę na to miejsce, o, tutaj.

Radek obejrzał się. Zakręt jak zakręt. Spojrzał pytająco na policjanta.

— Potem panu wyjaśnię. Niech pan powie, panie redaktorze, u was naprawdę jest tak, że nie podajecie swoich źródeł informacji?

— No, oczywiście. Chyba że przed sądem, jak zażąda.

— Tajemnica zawodowa?

— No tak.

— Ale przed swoimi? Myślę, wie pan, jak redaktor naczelny spyta, skąd pan wie to albo tamto, to musi mu pan podać nazwisko, dane osobowe?

— Jeśli sprawa naraża redakcję na proces, to raczej powinienem. No, chyba że jestem umówiony na szczególną dyskrecję.

Tywoniuk zwolnił jeszcze bardziej. Zastanawiał się.

— Zawsze się tak można umówić, że informator zastrzega sobie pełną anonimowość — podjął Radek. — Wtedy, jeśli kierownictwo redakcji będzie miało zastrzeżenia, najwyżej mogę tej informacji nie publikować.

Policjant nadal sprawiał wrażenie, jakby się zastanawiał.

— Dlaczego pan pytał? — odezwał się wreszcie Radek.

— Sam bym chciał wiedzieć dlaczego. To znaczy, dlaczego człowieka czasem kusi, żeby komuś wygadać — wyrzucił z siebie, a potem, jakby pękł w nim worek ze słowami: — Niby nie może narzekać, źle mu nie jest, a że się na różne rzeczy napatrzy, no to, co by nie gadał, każdy za siebie i tylko jeden Pan Bóg za wszystkich. A tu nie wiedzieć czemu żre pokusa, żeby rozgadać, co się wie, pan rozumie? Pan pomyśli, że to plotkarstwo. Ale nie. To taka zwykła, ludzka potrzeba, żeby coś zmienić. Tylko pomieszana z taką zwykłą, ludzką ostrożnością: zmienić, ale żeby bez wysiłku, bez ryzyka. Żeby przyszedł ktoś inny, kto coś zmieni, a ja mu tylko powiem, co jest do zmiany i jak to zrobić. Człowiek tak ma: i nie może na to wszystko już patrzeć, i zrobić niczego z tym też nie może. Nie wiem, czy panu się też tak zdarza?

— Szczerze mówiąc… Nie zastanawiałem się nad tym.

— To jesteśmy umówieni? — podjął Tywoniuk. — Ani słowa nikomu, że to ja panu powiedziałem?

— Oczywiście. Jesteśmy umówieni.

Tak naprawdę zupełnie nie był ciekaw, co policjant chce mu zdradzić. Spodziewał się jakichś nudnych i zupełnie nieprzydatnych do pracy żalów na układy w komendzie, na przełożonych, utyskiwań tyleż namiętnych, co pozbawionych konkretów. Tak zazwyczaj było, ludzie w pojawieniu się dziennikarza z Warszawy dostrzegali szansę załatwienia swoich z dawna rozgrzebanych spraw, tak jak to wkrótce potem było z panem Sewerynem. W ogóle nie przyszło Radkowi do głowy, że policjantowi chodzi o posła Żywinę.

Rasowy dziennikarz zapewne poczułby w tym momencie ekscytację. Jak myśliwy znajdujący świeży trop. Ale Radek nie czuł się rasowym dziennikarzem. Wcale nie zamierzał spędzić całego życia w tym światku, na dyżurach i kolegiach, nad klawiaturą i na konferencjach prasowych. Nie marzył o dochrapaniu się z czasem nazwiska albo redakcyjnej funkcji. Miał inne plany na życie, dużo ciekawsze.

 

Ale o tym później.

Młodszy aspirant Tywoniuk, nie odrywając oczu od drogi, poprawił się na fotelu, zdjął prawą dłoń z kierownicy i starannie wytarł ją o spodnie, potem zrobił to samo z lewą, w końcu oznajmił:

— Chodzi o to, że on nie był wtedy sam.

— Kto? — zdziwił się Radek.

— No, Żywina. Poseł Stanisław Żywina, oczywiście.

— Ale… we wraku samochodu były przecież tylko jedne zwłoki. A przecież przy takim…

— Tak, w chwili, kiedy wypadł z szosy, to już był sam. Ale od Pasztelana wyjeżdżali razem z Kurzejewską. Z tą prokurator, no wie pan, od spraw gospodarczych. Tą, co wykończyła Hachlicę.

— Hachlicę?

Policjant był wyraźnie zdziwiony.

— To pan nie zna tej sprawy? Pisze pan o Żywinie i nie zna pan sprawy Hachlicy?

— No, wie pan — Radek miał do siebie żal, że poczuł się zawstydzony, a raczej, że dał to po sobie poznać. — To znaczy, mam to w riserczu. Ale chodzi mi raczej o opisanie jego wyborców, jak mu się udało zdobyć takie zaufanie, no wie pan… A szczegóły…

— Wyjechali od Pasztelana razem. A za piętnaście piąta ktoś… no, ja się domyślam kto, ale na sto procent nie wiem, zadzwonił do oficera dyżurnego komendy, żeby zabrać panią prokurator z drogi. Że się jej podobno samochód zepsuł. W tym miejscu, gdzie panu pokazywałem. Patrol, oczywiście, zostawił normalną robotę, no i pojechał ją zabrać. Ale tam nie było żadnego popsutego samochodu. Po prostu się o coś pokłócili i Żywina ją wywalił z wozu. A niecały kilometr dalej się rozwalił.

— Był pijany.

— Był. Jak u Pasztelana się bawią, to nikt trzeźwy nie wychodzi. Tylko większość przysyła po szoferów, a on widocznie… Wie pan, Kurzejewska podobno teraz jakieś leki bierze, i nie może. Pewnie to ona prowadziła. I po drodze się pożarli, kazał jej wysiadać, sam siadł za kółkiem, tak to widzę…

— Rozumiem — mruknął Radek.

— Z drugiej strony, bo ja wiem, czy on był aż tak pijany… Jeśli połowa tego, co o nim mówili, jest prawdą, to był po prostu za cwany, żeby się w takim towarzystwie urżnąć.

— Ale co pan sugeruje?

— Nic nie sugeruję. Wielu ludzi tutaj, po prostu, odetchnęło z ulgą, że on się rozwalił. Niech pan się nie przyzna, że pan wie o tym ściąganiu Kurzejewskiej z zakrętu przez nasz radiowóz. Bo się wtedy czepią chłopaków. Jakby pana przyciskali, to pan po prostu powie, że wie pan od kogoś, kto tam był, to znaczy u Pasztelana, że Żywina wsiadł do samochodu na prawe siedzenie, a Kurzejewska prowadziła. W to na pewno uwierzą, kupa ich tam była. A to, wie pan, taka ekipa, że niby wszyscy zblatowani, ale cichcem podsrywają się, kiedy tylko mogą.

— Sprawdzę — Radek skinął głową, choć w istocie wtedy jeszcze nie miał najmniejszej chęci tego sprawdzać. Nie wydawało mu się istotne, czy pijany Żywina wpakował się za kierownicę od razu, czy po dziesięciu kilometrach, z kim pił ani z kim jechał. Chciał napisać o tym, jak drobny złodziejaszek z pobliskich Rękowin został politykiem trzęsącym całym województwem i bohaterem dla sporej części jego mieszkańców.

Zagłuszanie ciszy. Życiorys

Do swojego reportażu Radek usiadł zaraz po powrocie, spieszył się, żeby móc jeszcze wprowadzić ewentualne poprawki redakcji przed wyjazdem na study tour. Pisało mu się łatwo — konspekt robił na bieżąco jeszcze w Bykowie, a ostateczny kształt tekstu ułożył sobie podczas jazdy pekaesem. Na reportaż nigdy nie jeździ się własnym samochodem, tylko pociągiem, pekaesem, okazją, jak najbliżej ludzi, uczyli go swego czasu w gazecie, powołując się na Kuśmierka, czy może Kuśmierek nazywał się właśnie ten, co ich uczył, takich szczegółów Radek nie pamiętał; jedna z głównych spraw, które nas różnią, to jego kompletny brak zainteresowania przeszłością, nawet własną. W każdym razie co do jazdy pekaesem nie miał nic przeciwko, mógł założyć słuchawki na uszy — wykosztował się na doskonałe, półsferyczne, wyszukane w internecie, żeby wyglądały niepozornie, a pozwalały całkowicie odciąć się od hałasów otoczenia — przejrzeć notatki i spokojnie pomyśleć. Zagadywanie współpasażerów czy inne próby bycia bliżej ludzi byłyby marnowaniem czasu. Może w czasach tego faceta ludzie w pociągu czy autobusie rozmawiali, i może nawet rzeczywiście było w tych rozmowach cokolwiek wartego wysłuchania. Teraz przeważnie patrzyli tępo przed siebie, słuchając wrzuconego na głośniki radia albo disco polo z kasety. Kiedy kaseta się skończyła i na chwilę zapanowała w autobusie nieznośna cisza, natychmiast ktoś leciał do kierowcy z interwencją. Kierowca widocznie nie miał więcej disco polo, zapuścił kasetę z koszarowymi kawałami, opowiadanymi przez trzech przepitych wesołków z remizy. Nikt się z nich nie śmiał, ale i nikt nie protestował, ludzie słuchali z takimi samymi tępymi minami, jak gdyby było to cokolwiek innego, póki już w pobliżu Warszawy kierowca znowu nie przełączył na radio.

Początek reportażu Radka szedł tak:

— Tu przychodziliśmy — Siwy, który z młodym Staszkiem Żywiną przesiedział podstawówkę w jednej ławce, pokazuje ogrodzenie dawnych carskich koszar, na granicy pomiędzy kolonią Rękowiny a Bykowem. W tamtych czasach mieścił się w nich wojewódzki zakład opieki społecznej. Niszczejący budynek częściowo już rozebrano, mur pozostał. Po wojennych zniszczeniach na długości kilkudziesięciu metrów zastąpiono cegły parkanem z wysokich, stalowych prętów.

— Jak się nudziliśmy, to Staszek nas tu ciągnął drzeć łacha z wariatów — wspomina. — Ci niedorobieni z zakładu stali przy płocie i żebrali o papierosy. A Staszek mówił takiemu, że da, jak ten mu zrobi dziesięć pajacyków. To wariat skakał. A jak uskakał, Staszek wyciągał papierosa, ale nie dawał, tylko tak, o, powącha, w palcach obróci, i mówi: no, ale najpierw jeszcze pięć pompek. A potem przysiady. Godzinami tak. Czasem im w końcu co dał, ale przeważnie nic. Cieszyło go, że tak potrafi głupków kołować bez końca.

Siwy zamyśla się, popijając owocowe wino, wciąż zdecydowanie najpopularniejszy trunek w Rękowinach.

— Czasem to sądzę — zwierza się nieśmiało z myśli, która w tej okolicy trąci herezją — że może on sobie tak samo pogrywał z nami wszystkimi.

Tu przerwa akapitowa — w druku może to była gwiazdka, może kwadracik albo czarne kółko, tego nie mam na twardym dysku, a nie chce mi się szukać starej gazety, musiałbym iść po nią do biblioteki w MDK. Dalej szło o Galosie:

— O panu Żywinie porozmawiam zawsze z największą przyjemnością — zapewnia burmistrz Bykowa, Józef Galos. To on właśnie, zaraz po pogrzebie Żywiny, rzucił pomysł postawienia mu pomnika. Środowiska opiniotwórcze, dla których były poseł stał się symbolem degeneracji polskiej polityki, uznały, że to pomysł bulwersujący i niesmaczny. Ale tu, w rodzinnym Bykowie (Rękowiny kilka lat temu zostały administracyjnie włączone do miasta) Żywina jest dziś uważany za bohatera.

Sekretarka burmistrza podaje kawę zalewaną w szklankach; szklanki tkwią w misternych koszyczkach z paseczków tandetnie srebrzonej blachy, sekretarka stawia je na pokrywającym niski stolik cepeliowskim bieżniku. Stolik, podobnie jak szafy i biurko, to ciemne swarzędzkie meble na wysoki połysk — za czasów gierkowskich szczyt elegancji i luksusu.

— Bezczelny złodziej, gnida spasiona na ludzkiej krzywdzie, cwaniaczek, dobrze ustawiony kombinator… — Burmistrz nie pozwala mi dokończyć listy obelg, jakimi obrzucał go swego czasu Żywina, choć i tak pomijam te najbardziej soczyste.

— Po co dziś tym jątrzyć! Wszyscy wiedzą, że to był narwany chłopak. Ale był też zdolny, pracowity, cały czas się uczył. Wy tam w Warszawie umiecie mu tylko ciągle wypominać tę polityczną łobuzerkę na początku, zamiast docenić, że umiał wyjść z czarno-białych podziałów, zrozumieć, że jak się chce zrobić coś dla ludzi, to trzeba odłożyć różnice na bok i nauczyć się z ludźmi żyć, współpracować. Umiał się stać poważnym, odpowiedzialnym politykiem, i jako z posłem z naszego okręgu, mogę powiedzieć, współpracowało mi się z nim wzorowo. Nie był z tych, co jak pojadą do Warszawy, to od razu zapominają o swojej gminie. — Tu Galos zaczyna wymieniać zasługi Żywiny dla lokalnej społeczności, począwszy od dotacji na remonty komunalnych kamienic, przez sprzęt dla szpitala i komputery dla szkoły, aż po umieszczenie w planach zarządu dróg modernizacji szosy łączącej Byków z województwem. — Sam, niestety, nie zdążył z tego skorzystać — wzdycha.

Te same zasługi dla gminy, o których mówi Galos, podnoszą też prości mieszkańcy Bykowa, przypadkowi przechodnie, gdy zagaduję ich o pomnik dla tragicznie zmarłego posła. Żywina umiał zadbać, żeby krajanie wiedzieli dobrze, ile mu zawdzięczają; nie byliby w stanie policzyć, ile razy widzieli swego posła w lokalnej prasie i telewizji, w narzuconym na garnitur białym kitlu, przechadzającego się po korytarzach i gabinetach szpitala — szpitala, który być może dostanie jego imię i być może właśnie na skwerze przed nim stanie pomnik. Ale ich wypowiedzi nie zostawiają wątpliwości, że to nie tylko warszawiacy nie doceniają przemiany rolniczego watażki w odpowiedzialnego polityka. Jeśli mieszkańcy Bykowa chcą go dziś upamiętnić, to nie za ultrasonografy i zdecydowanie nie dlatego, że po wyborach nauczył się zgodnie współpracować z dotychczasowymi rywalami. Zaimponował im właśnie tym, że podczas gdy inni tylko gadali, on na czele wzburzonego tłumu wdarł się do budynku Rady, wywlókł z niego urzędników i pośród obelg i poszturchiwań wywiózł ich na taczkach. Tę scenę, która rozsławiła Żywinę w całym kraju, moi rozmówcy wspominają z aprobatą i bez cienia współczucia dla ofiar.

Burmistrz Galos miał wtedy sporo szczęścia — gdyby akurat był w swoim biurze, pobuntowany przez Żywinę tłum nie obszedłby się z nim łaskawiej. Ale gdy mu to mówię, nie daje się zbić z tropu. W takiej sytuacji, w jakiej jest nasz kraj, trzeba mieć wiele wyrozumiałości dla prostych ludzi, za to, że ulegają łatwym, złym emocjom wobec władzy, wyjaśnia i zręcznie wraca do przerwanego wywodu, jak wielką stratę poniosła lokalna społeczność. Widać, że powtarzał tę przemowę wielokrotnie, ale mimo to wyczuwam w niej szczery podziw dla niegdysiejszego rywala, który potem tak bardzo go przerósł. Może dlatego, że stanowi jego przeciwieństwo. Galos jest znacznie starszy od Żywiny, otyły, z niemodną fryzurą, wydaje się zupełnie bezbarwny i pozbawiony charyzmy. A mimo to trudno sobie wyobrazić lokalną politykę bez niego: wydaje się, że rządzi okolicą od zawsze, a w pierwszych bezpośrednich wyborach na burmistrza, mimo wyczuwalnego w gminie niezadowolenia, wygrał w cuglach.

Kolejna gwiazdka albo czarne kółko czy kwadracik i pierwszy z kilku przerywających tok reportażu głosów mieszkańców Bykowa:

— Pogrzeb miał piękny — wzdycha pani Wanda, emerytka. — Ilu tu ludzi przyjechało, jakie limuzyny… Minister zdrowia, wojewoda, prezesi… Sam marszałek Lepper przemawiał nad trumną. Jeszcze nigdy w Bykowie tak nikogo nie chowali. To czy taki człowiek nie zasługuje na pamięć?

Tekst przemowy przewodniczącego „Samoobrony” dostałem w miejscowej komórce partii, do niedawna biurze poselskim — jego powielenie to właściwie jedyne działanie, na jakie osieroceni współpracownicy zdobyli się od czasu śmierci szefa. Ze słów przewodniczącego wynika jasno, że w Bykowie pogrzebano obrońcę ludu poległego, gdy przewodził szturmowi na Bastylię, względnie zamordowanego skrytobójczo na zlecenie wyzyskiwaczy i obszarników, a nie człowieka, który po prostu rozbił się samochodem, wracając pijany po całonocnej wesołej imprezie. Ale pani Wanda nie pamięta już szczegółów przemówienia, pamięta tylko, że marszałek mówił pięknie i że nigdy się nie zdarzyło, żeby mieszkańca Bykowa żegnał ktoś tak ważny.

Znowu przerwa akapitowa, po niej pierwsze słowa: Żywina pochodził z zupełnie innego świata niż Galos. Ten wątek przewija się przez cały reportaż, i na miejscu Radka prawdopodobnie też bym konstruował dramaturgię na kontraście tych dwóch postaci. Galos, z ostatniego pokolenia peerelowskiego aparatu, przywodzący na myśl cytat ze starej komedii „mój mąż jest z zawodu dyrektorem”, i chuligan z pegeerowskich Rękowin własnym sprytem i pracowitością dźwigający się z samego dna. Oczywiście Radek musiał uszanować zadaną przez dział objętość, więc Galosa scharakteryzował kilkoma grubymi kreskami. Głównemu bohaterowi opowieści też nie mógł poświęcić tyle miejsca, ile by należało, i zmuszony był pominąć wiele spraw, uznawszy je za ogólnie znane albo mniej ciekawe.

Musiał skracać się zwłaszcza przy dzieciństwie — napisał tylko to, że Staszek wychował się w patologicznej rodzinie, a swego prawdziwego ojca w ogóle nie znał. Choć niektórzy twierdzili, że stary Burda (nazwisko Żywina wziął po matce), nim zapił się na amen, spotkał się z synem, wtedy już dorosłym i znanym w okolicy. Ktoś zaprzysięgał się, że Żywina kopnął wtedy ojca i powiedział, że powinien jak najszybciej zdechnąć, bo „tylko mu robi obciach”; ktoś inny, wręcz przeciwnie, opowiadał barwnie, jak to obdarował zgreda tyloma skrzynkami mózgojeba, że Burda przez kilka dni poił wszystkich kumpli, aż w końcu wykorkował z przedawkowania.

 

Wiele z tego, co miał na ten temat nagrane, Radek nieopatrznie skasował, zabierając jeden z dysków do Turcji i rejestrując na nim spicze tamtejszych oficjeli i działaczy. To dla mnie istotne, kiedy usiłuję zrekonstruować jego motywy i kolejne działania, bo świadczy o tym, że nawet wtedy, gdy już wybuchła sprawa z Agą, nie zamierzał się na poważnie zajmować Żywiną, a tym samym wracać do Bykowa, mimo obietnic złożonych Sandrze i Arlecie.

Pamiętam, że o biologicznym ojcu Żywiny rozmówcy Radka rzeczywiście nie mieli wiele do powiedzenia — jeszcze jeden alkoholik, nienadający się do żadnej pracy, potem żebrzący menel. Staszek, spłodzony w krzakach pod remizą podczas jakiejś potańcówki, był zwykłą wpadką i mniej pobożna kobieta po prostu by go wyskrobała. Jego matka miała w każdym razie dość rozumu — a może zadecydowała za nią rodzina — żeby nie wiązać się z ojcem dziecka. O człowieku, za którego wkrótce potem wyszła, opowiadano znacznie chętniej, w tym tonie, generalnie, że był lepszy tylko o posadę w parku maszynowym miejscowego PGR, wtedy wydawało się, że pewną. Pił niewiele mniej niż ten pierwszy, a na dodatek zaczął po pijaku wpadać w szał, tłukł wtedy żonę i bękarta, z którym ją wziął, ile wlazło, tak że chowała się przed rozjuszonym mężem po sąsiadach — ale gdy ci dzwonili po milicję, wrzeszczała na funkcjonariuszy, że to nie ich sprawa, i nawet nie chciała słyszeć o żadnych skargach. Ojczym Żywiny dostał tylko za naruszanie socjalistycznych norm współżycia w rodzinie oficjalną naganę partyjną od egzekutywy POP.

Trudno powiedzieć, czy częste bicie miało jakiś związek z przedwczesną śmiercią matki, w akcie zgonu zapisano jako jej przyczynę nieleczone zapalenie kłębków nerkowych. Umarła, ledwie skończywszy trzydziestkę. Żywina miał wtedy jedenaście lat i dwoje przyrodniego rodzeństwa, cała trójka wychowywała się w gromadzie na pegeerowskim podwórku, bo ojczym pił coraz bardziej, dopóki miał za co. Wytrzeźwiał dopiero, kiedy po 1989 PGR zbankrutował. I też nie od razu — najpierw pracownicy upadłego gospodarstwa dostali odprawy i przepuszczali je jeszcze przez jakiś czas. Picie skończyło się w Rękowinach wraz z tymi pieniędzmi. Ojczym Żywiny wyrobił sobie rentę inwalidzką, jak większość miejscowych trochę kradł, trochę pracował na czarno, trochę dorywczo — odkąd w okolicy pootwierano dyskonty, zaczęło go nawet być znowu od czasu do czasu stać na upicie się.

Wobec Radka, gdy ten chciał porozmawiać z nim o pasierbie, zachował się bardzo agresywnie i ordynarnie, nie zmieniła tego nawet propozycja honorarium za rozmowę. Przyrodni brat był uprzejmiejszy, ale rozmowy z dziennikarzem odmówił równie stanowczo. Radek żałował, spodziewał się, że najbliższa rodzina szczerze Żywiny nienawidzi i podrzuci dużo mięsa do reportażu. Ale nie zależało mu na tym aż tak, żeby szukać siostry, która wyniosła się do miasta i rodzina oczywiście nie chciała podać do niej żadnego namiaru. Wyliczył zresztą, że jest za młoda, aby mu opowiedzieć cokolwiek ciekawego.

Radek nie zastanawiał się nad przyczyną tej niechęci, jako dziennikarz z Warszawy spotykał się z agresją wystarczająco często, żeby przejść nad tym do porządku; zwłaszcza że szło przecież o rodzinę polityka, który kreował się na pogromcę establishmentu, także w mediach. Dopiero po dłuższym czasie dotarła do mnie ta oczywista sprawa, o której trzeba było pomyśleć od razu — że majątek Żywiny, niezostawiającego po sobie żony, legalnie uznanych dzieci i, zapewne, również testamentu, ustawowo przypadał do podziału pomiędzy członków rodziny. Poseł prowadził wystawny tryb życia, więc zapewne nie było tego wiele — działka budowlana pod Warszawą, być może obciążona jakimiś kredytami, i różne ruchomości. W tym być może takie, które ktoś miał chęć jak najszybciej przejrzeć; na przykład w zamian za ułatwienie formalności związanych z przejęciem majątku. Po czasie łatwo było się domyślić, kto mógł to być.

Wracając do dzieciństwa Żywiny, w szkole podstawowej był przedmiotem drwin i niechęci. Szczególnie lubiła się nad nim pastwić nauczycielka od muzyki. Wyciągała go na środek klasy i kazała innym dzieciom wąchać, jak śmierdzi. Śmierdział chyba rzeczywiście bardziej od innych, chodził obdarty, nie zmieniał ubrań tygodniami, aż czasem zlitowała się i uprała mu coś któraś z sąsiadek. Nauczycielka muzyki ośmieszała go nie tylko jako brudasa, ale także jako głupka — zadawała mu podchwytliwe pytania, żeby wyszydzać odpowiedzi. Z większości opowieści wynikało, że w oczach innych dzieci Staszkowi niewiele to szkodziło — nauczycielka, obrażona śmiertelnie na cały świat, że zamiast być kimś, wylądowała w szkole na zadupiu, odgrywała swe kompleksy nie tylko na Żywinie i była przez wychowanków powszechnie znienawidzona. Przyszły poseł musiał jednak te szykany bardzo przeżywać, bo wielokrotnie przysięgał w gronie kolegów, że jak tylko będzie mógł, to tę kurwę zabije, i to tak, żeby się długo męczyła. Nie dotrzymał obietnicy. Kiedy jako poseł uroczyście wręczał szkole w Rękowinach komputery, odbierała je właśnie, już jako dyrektorka, jego była nauczycielka muzyki. Rozwodziła się przy tym ze łzami w oczach, jak bardzo ona i inni nauczyciele są dumni z takiego wychowanka. Żywina słuchał tego z kamienną twarzą, nie omieszkał w swoim przemówieniu podziękować wychowawcom za trud wyprowadzenia go na człowieka i w ogóle ani na chwilę nie wyszedł z roli. Może dlatego, że na sali były kamery lokalnej telewizji.

W połowie lat siedemdziesiątych partyjni włodarze Bykowa odnieśli wielki sukces: udało im się załatwić dla miasta dużą, socjalistyczną inwestycję — kombinat włókienniczy Poltekstil, który w zamierzeniach ministerstwa miał zaopatrywać całą północno-wschodnią Polskę. Duża inwestycja pociągała za sobą mniejsze, towarzyszące. Do takich należało osiedle mieszkaniowe, przeznaczone głównie dla ściąganej do Bykowa fachowej kadry dla kombinatu, które zlokalizowano w Rękowinach. Dzieci z tego osiedla chodziły do tej samej podstawówki, co Żywina, wśród nich także młodsza od Staszka dwie klasy dziewczyna, której imię i nazwisko za pierwszym razem przyprawiło Radka o paroksyzm śmiechu: Arleta Przykita. Jej ojciec był w kombinacie kierownikiem działu zaopatrzenia, matka pracowała w administracji zakładów mięsnych. W porównaniu ze środowiskiem, z którego pochodził Staszek — arystokracja. Na dodatek Arleta, rozpieszczana jedynaczka, posiadaczka pierwszego w Rękowinach magnetofonu kasetowego typu „jamnik”, marmurkowych dżinsów i trampek z „neonowymi” sznurówkami, była szkolną pięknością, o której względy rywalizowała cała okolica. Trudno w ogóle sobie wyobrazić kogoś, kto miałby mniejsze szanse ich zdobycia niż śmierdzący i obdarty Żywina.

Potem, kiedy już mu się to udało, opowiadał Arlecie, że marzył o niej, odkąd pamiętał, że tylko dla niej, żeby zwróciła na niego uwagę, postanowił stać się kimś i tylko dzięki miłości do niej nie zszedł definitywnie na drogę przestępstwa — a Arleta opowiedziała to w przypływie rozrzewnienia Radkowi. Bóg raczy wiedzieć, ile w tym było prawdy. Radek uważał, że nic, takie sentymentalne bajki zupełnie mu do Żywiny nie pasowały, zwłaszcza w kontekście tego, jak się potem z Arletą pożegnał. Uznał jego opowieści za zwykłe bajery, jakie opowiadają kobietom nawet ludzie niemający takiego manipulatorskiego talentu, jaki niewątpliwie miał Żywina. Być może Radek miał rację, ale wiedząc więcej od niego o tym, jak dziwnie potrafią się zmieniać ludzkie uczucia, nie jestem już tego tak bardzo pewien.