ZgredTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rafał A. Ziemkiewicz
Zgred


Wydawnictwo Zysk i S-ka

Kto mieszka w spomożeniu Najwyższego, ten w obronie Boga niebieskiego będzie przebywał. Rzecze Panu: Tyś jest obrońca mój i ucieczka moja; i same przeciwko mnie bramy nie przemogą piekielne.

Wespazjan Kochowski, „Psalmodia Polska” XXXVI

Kapitan Mac Whirr, będąc zupełnie pozbawiony wyobraźni, mając jej tyle tylko, ile potrzeba na przeżycie jednego dnia, był zupełnie spokojny i pewny siebie; z tego też powodu nie było w nim ani krzty zarozumiałości.

Joseph Conrad, „Tajfun”

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Zgred

ZAPISUJ TO WSZYSTKO, RAFALSKI — mówiłem sobie tyle razy. Już przecież wiesz, że z tego twojego opus magnum, z twojej księgi ksiąg nic nie będzie, nie ma kiedy, nie ma jak. Więc przynajmniej na bieżąco zapisuj, bo przepada.

Niby jak, odpowiadałem sobie. Nie będzie w tym żadnego ładu. Żeby zacząć zapisywać, trzeba mieć jakiś początek. A jaki tu początek, życia przecież nie upozujesz jak do pamiątkowej fotografii, proszę się ładnie ustawić, spojrzeć w obiektyw i przez chwilę nie ruszać, najpierw ekspozycja, za nią perypetie aż do punktu kulminacyjnego i pointa, z narastającym fabularnym napięciem, w logicznym ciągu przyczynowo-skutkowym. Nawet żeby zamieszać narracją, zacząć od środka i dozować retrospekcje — bo czemu nie, to przecież dla paperback writera elementarz — też trzeba mieć gdzieś początek, zawiązanie fabuły. Inni nie muszą widzieć szwów, nawet nie powinni, ale ty je musisz zrobić solidnie. Inaczej tylko marnujesz uwagę swoją i czytelnika, nie dogadacie się, drzewa zasłonią las. A przecież jesteś pisarz.

No więc dobrze, więc mam wreszcie jakiś początek. Mam nawet kilka, ale teraz ten jeden się narzuca.

Początek będzie taki:

— O zrzuciłeś parę kilo, no, świetnie!

— E, chyba ci się wydaje.

— Nie no, skąd, chu-uu-dniesz, chłopie, wyraźnie, przecież widzę, no gratulacje.

Zaczęła to zauważać żona. Zaczęły to w końcu pokazywać dziurki na pasku, coraz luźniejsze ubrania, zwłaszcza te starsze, w które od dawna ledwie mogłem się wcisnąć, a teraz nagle… Jeśli ktoś próbował już tyle razy rozprawić się z nadwagą, poczuł, ile to wymaga uporu i jak beznadziejny się on prędzej czy później okazuje, bo za każdym razem całe sadło odrasta z nawiązką, to w końcu musi się zgodzić, że coś jest nie tak.

Ja się, mimo wszystko, nie zgadzałem. No dobrze, przyznaję, nie przywidziało się wam. Schudłem. Bardzo fajnie. Były wakacje, morze, baseny, więcej się ruszałem, po prostu. Ale nie przesadzajmy, nic w tym nadzwyczajnego, zresztą tak jakby już powoli odrasta…

— Idź wreszcie zrób te badania, proszę cię — powtarza Oleńka.

Trudno żonie wytłumaczyć, dlaczego sprawa nie jest prosta. Nawet nie to, że trzeba się tłuc do przychodni na czczo bladym świtem. Trzeba by cały wcześniejszy dzień nie pić, bo inaczej całe badania na nic. To nie tak, żebym miał jakiś kłopot z alkoholem, ale kiedy trzeba coś napisać czy pozbierać się do występu w telewizji czy radiu, szklaneczka burbona jest nieoceniona, wprawia w nastrój, dodaje wigoru. A wieczorem też trzeba się jakoś odprężyć do snu.

— Pamiętam, słonko, w przyszłym tygodniu naprawdę się postaram.

A potem historia z mamą, nerwy, szpital, formalności pogrzebowe. I do tego wyjazdy, bo już się stały, nie wiadomo kiedy, częścią pracy, no i pisanie, terminy, robota przecież nie czeka, trzeba szuflować masę tekstową, i jeszcze łazić po mediach, żeby promować gębę i nazwisko. Pewnie, zawsze mogę odmówić, mam prawo nie mieć czasu, nastroju, siły. Zadzwonią do kogoś innego. Tylko następnym razem, jak będą potrzebowali tekstu, zadzwonią do tego kogoś, mnie już pomijając. Wolny zawód.

— Pamiętam, kochanie. Może w poniedziałek — i w końcu naprawdę poszedłem w poniedziałek. Akurat trafiła się niedziela bez żadnej pisaniny, tylko z rodziną, i uważałem, żeby się nie napić.

A poza tym, teraz się przyznam, z czasem, w tajemnicy przed samym sobą, też się w końcu zacząłem niepokoić. Starałem się o tym nie myśleć, ale jednak — chudłem.

Następnego dnia akurat na mnie wypadło rozwożenie dzieci do szkoły i przedszkola, więc prosto stamtąd — po wyniki. Pomarańczowa koperta, pierwsze spojrzenie: OB — 2. Super. Morfologia, leukocyty? W normie. Ulga. Co tam jeszcze… Cholesterol, trójglicerydy — no, trzeba będzie… Cukier… Co?!

Komputerowe piktogramy ze strzelającą do góry strzałeczką po prawej stronie wydruku: „poważne przekroczenie normy”. Na czczo — 314? Po 1,5 godziny — 348? No tak, ślepy przecież nie jestem, stoi jak wół.

I dokładnie w tym momencie — dzwoni Oleńka. Telepatia. Bym się zdziwił, gdybym nie wiedział już od dawna, że ożeniłem się z czarodziejką.

— Tak kochanie, właśnie odebrałem. — Trzeba trzymać fason: — No, dobra wiadomość jest taka, że to nie rak.

Po drugiej stronie — słyszę, jak żona nerwowo nabiera powietrza.

— W sumie jest nieźle, jak na moje lata — mówię szybko. — Morfologia i OB doskonałe… No, będę jednak musiał pójść do lekarza. No wiesz, jak to u faceta w tym wieku, cholesterol, cukier… No, sporo. Sporo, kochanie. Nie aż tak, żeby coś wielkiego, ale trzeba będzie coś z tym zrobić… Więcej… Więcej, niestety. Ponad trzysta.

W końcu trzeba powiedzieć — kochającej kobiety nie da się zbyć byle czym. A potem trzeba natychmiast zacząć wypełniać ciszę w słuchawce pocieszającą paplaniną: jak już wiem, to sobie z tym dam radę, najgorzej, jak człowiek nie wie i się nie leczy. No, nie martw się, zmienię tryb życia, schudnę, co za problem, są lekarstwa, nic się wielkiego nie dzieje…

I żeby to sobie udowodnić — że nic wielkiego się nie dzieje — do roboty, dzień jak co dzień. Oczywiście, od tej chwili jestem na diecie, umawiam na jutro lekarza, ale poza tym normalnie, trzeba orać. Chociaż, pamiętam, że pierwsza pociecha, jaka mi przyszła do głowy, to było: przynajmniej mam teraz solidny powód przełożyć spotkanie z Irkiem. Choćby o tydzień. Przez ten czas może wymyślę, jak się wykręcić, przecież zawsze w końcu coś mi się udaje wymyślić.

Zresztą, o tym kiedy indziej.

— Ale obiecaj mi — powtarza Oleńka, to już później, w domu, gdy powoli oswajamy się z sytuacją. — Obiecaj, że tego nie zlekceważysz.

— No pewnie, że nie zlekceważę! Kotku, ja mam młodą żonę, małe dzieci, za dużo do stracenia — zapewniam z przekonaniem. I po raz nie wiedzieć który powtarzam zaklęcie: nic się wielkiego nie dzieje. Zmienię sposób życia, dietę, przejdę na abstynencję, zrzucę, ile tam będzie trzeba, nawet czterdzieści kilo, a co za problem, przecież wiem jak. I zapiszę się na siłownię. Albo na pływalnię, na kręgosłup lepsze pływanie.

A Mania, młodsza, zaraz potem włazi na mnie i podskakuje na moich fałdach — tluścinkach, jak to nazwała Zosia, starsza. Oleńka mówi „miszeleny”, bo rzeczywiście, trochę przypominam przez nie tego ludka z reklamy opon, ale wolę określenie córki.

— Duzi bziuch! Duzi bziuch! — woła Mania, zdaje się, że to dla wszystkich dzieci ulubiona zabawa: skakanie po tacie. Jak zwykle pyta przy tym co i raz: — Tataaa, dlacego mas taki duzi bziuch? A ja zawsze: bo za dużo jadłem. Teraz mówię: naciesz się nim, bo tata będzie musiał schudnąć.

Nic wielkiego się nie dzieje, wieczór jak każdy. Ale Ola nie może się obronić przed powagą. A ja, dla odmiany, przed paplaniem, w kółko o tym samym — że teraz przecież jest zupełnie inaczej niż za czasów mojego taty, że medycyna, ho, ho, jak poszła do przodu, wszystko się w ogóle zmieniło, zresztą w ogóle, cukrzyca, co to za problem, niewygoda, owszem, ale tylko tyle. Za dużo tego gadania — uświadamiam sobie w końcu — żeby brzmiało wiarygodnie. Właśnie w takiej chwili człowiek najbardziej potrzebuje szklaneczki — a tu akurat się okazało, że limit na życie został wykorzystany, koniec. Kiedyś się zaprosi gości, żeby dopili niepotrzebne już zapasy, przynajmniej to, co już odkorkowane, resztę się z czasem rozda na prezenty. Dużo tego niewypitego zostało. Szkoda.

Poniewczasie do mnie dotarło, że to akurat 15 lutego. Dzień śmierci taty. Feralna data. „Dnia piętnastego Burns pozbierał wiosła / I wyszedł w zamieć, jakby wchodził w kościół”.

Dwa dni później, wieczorem

Dopiero teraz się przejąłem — po rozmowie z lekarką. Zapisuję, żeby się jakoś pozbierać. Nasza domowa lekarka, od zaglądania dziewczynkom w uszy i noski, oczywiście nie liczyłem, że się zajmie sprawą, niech tylko kogoś poleci. Wiadomo, jak jest z lekarzami, każdy na swój strój, a ty nie masz najmniejszej szansy tego zweryfikować — trzeba móc zaufać, albo robić z siebie idiotę, biegając między jednym a drugim.

Nasza pani doktor oczywiście nie chciała mnie dołować. Wprost przeciwnie — a co tam za choroba, ludzie z tym żyją latami, pan przecież jest odpowiedzialnym człowiekiem. Jest kilka rodzajów lekarzy, ona akurat należy do tych, którzy sposobem postępowania z pacjentem nieodparcie przypominają szwadronowego felczera: baczność, chory, przestańcie się nad sobą litować, wy nawet nie wiecie, co to naprawdę choroba, nic wam nie jest właściwie, szpila w siedzenie i nazad do szeregu. Na mnie ta obcesowa pewność siebie rzeczywiście działa uspokajająco. Pani doktor — oczywiście, bez problemu, ma bardzo dobrą koleżankę, proszę się nie przejmować, że bez profesorskiego tytułu i młoda, ale bardzo dobrze się zna, a poza tym pracuje na Komarowa, no, a trzeba będzie załatwić miejsce na oddziale.

 

Zaraz, co, nie przesłyszałem się? No niech się pan nie boi, chłop jak byk, a się boi szpitala, przecież nie będą tam pana operować. Nie boję się, ale po co od razu do szpitala? Ja nie mam czasu się wylegiwać w szpitalu, mam w opór roboty, umówione spotkania, i w ogóle po co, przecież to nic, co by trzeba z dnia na dzień, nie przewrócę się na ulicy. Ale proszę pana, to jest rutyna, tak się robi, trzeba ściągnąć ten cukier do normy kroplówkami, bez tego nie ma żadnego leczenia, nawet badań nie ma sensu robić. Ja znowu na to, ale po co, znajomy znajomego — dwa dni wystarczyły, mam już całą kolekcję takich casusów do opowiadania — samą dietą i zieloną herbatą, w kilka tygodni, i ma wszystkie badania jak złoto, a inny kolega kolegi, też samą dietą i ćwiczeniami, i już trzy lata, nawet żadnych leków nie bierze… Panią doktor raczej to rozbawiło, niż przekonało — a ile lat ten kolega ma? Trzydzieści? A ile miał tego cukru? Sto czterdzieści na czczo? Może nawet sto pięćdziesiąt? No, ale jak się ma lat czterdzieści sześć (pięć, poprawiam bezsilnie, sześć dopiero we wrześniu) i cukier ponad trzysta, to nie ma co gadać. Zresztą to koleżanka zadecyduje, ale na parę dni musi pana położyć, dla pana dobra, i niech się pan przestanie bać, duży chłop… Znowu jest w tym coś dragońskiego: wykon, i nie widzę inaczej! Powinienem na wyjście trzasnąć obcasami.

Nie, powtarzam sobie. No nie. Nie zgadzam się. Jak będzie trzeba, to oczywiście, nie jestem jakimś wariatem, co się będzie z poważnej choroby leczyć fazami księżyca czy brzdąkaniem w tybetańskie misy. Ale nie tak, żeby nie dać sobie najpierw szansy. W końcu dwa tygodnie czy miesiąc różnicy nie zrobią, i tak cholera wie, od jak dawna już chodzę z tym cukrem, co tu zmieni parę dni więcej?

Im dłużej o tym myślę, a o niczym innym myśleć chwilowo nie potrafię, tym bardziej się robię zawzięty. Najpierw — ostra głodówka. Zero węglowodanów, zero tłuszczu, zero cukru, same warzywa, bez ziemniaków i strączkowych, chude mięsko z folii albo z wody. Byłem na takiej kiedyś trzy tygodnie, więc wiem, że mogę, swobodnie. I dużo ruchu. Wycisnę to z siebie, tę zarazę, wypocę razem z sadłem. Jak to nie pomoże, to dopiero będziemy mogli mówić o kroplówkach. Nie wcześniej.

W nocy

Wracam jeszcze do zapisywania, bo zadzwonił Irek. Nie spodziewałem się. Zostawiłem mu wiadomość w biurze — proszę przekazać panu posłowi, że muszę odwołać spotkanie, przyczyny zdrowotne, nie wiem dokładnie, być może to poważniejsza sprawa, jak będę wiedział, to się skontaktuję. Odezwał się, jeszcze przepraszając, że tak późno, ale wcześniej nie mógł — co tam, stary, mam nadzieję, że nic poważnego? No co zrobić, sypiemy się. To znaczy, miał na myśli — my, rówieśnicy.

Przewijam w myślach tę rozmowę, czy aby się nie rozkleiłem. Bo jednak, nie chcę się przyznawać nawet przed samym sobą, ale trochę mnie to rozbiło, za dużo gadam, a on mnie zaskoczył tym gestem, zainteresowaniem — dzwoni po godzinach, prawie nocą, nie oficjel, którego zdrowy rozsądek dziennikarza każe traktować ostrożnie i podejrzliwie, ale stary kumpel z młodości, zmartwiony jednym nieopatrznym „być może to poważniejsza sprawa”. A może jednak właśnie polityk, oficjel, który robi pode mnie podchody, do czegoś mu jestem potrzebny, sam nie wiem do czego, żeby właśnie wykorzystać chwilę mojego osłabienia. „Kolega jest dla mnie kolega”. Pokazać: patrz, stary, do głowy mi nawet nie przyszło, że szukasz pretekstu, żeby odwołać spotkanie, każdy inny by tak może pomyślał, ale ja szczerze się zmartwiłem, bo wiem, że z byle powodu byś nie odwoływał, że coś się musiało stać. Bodaj nawet coś takiego powiedział, że jak mnie zna, to musi być poważna sprawa.

Chyba nie powiedziałem za dużo? Suche informacje — że takie a takie wyniki, że być może będę się musiał położyć na jakiś czas do szpitala, nic jeszcze nie wiem, dopiero mam umówioną wizytę u pani doktor, jednak trzeba będzie zrobić sporo badań, no i wszystko, o czym mówiliśmy, jest oczywiście aktualne, ale za parę dni, nie mam głowy. Coś tam jeszcze ze mnie wydobył takiego bardziej „my, starzy kumple”, chyba jednak nie za dużo.

Ale niebezpieczeństwo jest, człowiek w takim stanie cholernie potrzebuje starego kumpla z heroicznych czasów, choćby ten przez lata przepoczwarzył się w usadzonego przy dworze dygnitarza. Żonę mam cudowną, ale przede wszystkim trzeba o nią dbać, uważać, żeby jej nie przestraszyć — gdzież by tam zarzucać własnym lękiem. A kiedy rodzina już śpi, miałoby się ochotę zrzucić maskę twardziela. Wygadać się. Wobec kogokolwiek. A już Irek, gdyby nie jego obecna pozycja, byłby słuchaczem wręcz idealnym.

Pisanie okazuje się najmniej złym rozwiązaniem.

Więc, niepostrzeżenie — kapitulacja. Życiowa. Jak pisarz już nic nie ma do napisania, jak zupełnie już sobie nie umie poradzić z formą, to bierze się do dzienników. Gdybym nie miał tej świadomości, zacząłbym pewnie zapisywać wcześniej; może ocaliłbym trochę pięknych chwil i porywów, których dziś już nie umiem przywołać z przeszłości, może zdołałbym dobrze wyartykułować parę ważnych myśli, które rozdrobniłem i rozproszyłem po gazetowych bieżączkach — za cenę utraty szacunku dla siebie i tej wiary, że jeszcze znajdę czas i siły, by pozostawić po sobie jakąś ważną, wielką książkę.

A teraz — nagle zaczynam dziennik? I po co, przecież nie bawi mnie „opukiwanie złożoności szczegółu, tego co drobne”. A jeszcze mniej upiększanie „parszywych związków człowieka z epoką”; człowiek nie tego formatu, a i parszywość epoki godna co najwyżej splunięcia, nie analiz. A jednak, jak widać, zacząłem pisać i po raz pierwszy w życiu czuję potrzebę, żeby pisać dalej. Więc muszę powtórzyć — po co? I odpowiedzieć — po nic.

Nie „po co”, ale „dlaczego”. Bo pękasz, Rafalski. Nie chcesz się przyznać przed samym sobą, ale trząchnęło tobą. Nie strach, że umrzesz, nie, tego strachu nie ma, na to jeszcze, daj Boże, nie pora. Zresztą, co tu się bać umierania — żal by było, ale bo to niby ja pierwszy? Znacznie bardziej przeraża perspektywa niedołężnienia. Nigdy nie byłem typem sportowca, dorośli faceci biegający bezproduktywnie po parku albo tracący czas na ganianiu za piłką tylko mnie śmieszyli, ale dotąd mogłem być swojego organizmu pewien. A teraz się popsuł, trudno nad tym przejść ot tak do porządku. Chyba najbardziej poraża — jak to nazwać? — utrata tego przeświadczenia, że wszystko, co się przydarza, przydarza się innym, a ja jestem bezpieczny.

Naplotłem dalej w tym duchu jeszcze kilka stron, same straszliwe banały — więc cofnąłem się i wszystko wykasowałem. Zanotuję tylko decyzję, że od dziś staram się codziennie złapać godzinkę, co najmniej trzy kwadranse ostrego marszu. Bieganie czy siłownia to nie dla mnie, rundka na Myśliwiecką albo Woronicza i z powrotem w solidnym tempie pozwala spokojnie pomyśleć, a koszulka jest potem do wyżęcia.

Dziewczyny już dawno śpią, spróbuję i ja.

W nocy

Ze spaniem chyba się na pewien czas trzeba będzie pożegnać. Sam już nie wiem, nerwy czy głód. Chyba bardziej głód, pierwsze dwa–trzy dni są najtrudniejsze, potem wraca już tylko falami, niekiedy intensywny, ale na krótko.

Wsłuchiwałem się długo w oddech śpiącej żony, potem w pokojach dzieci posiedziałem przy jednej i drugiej córeczce, zmówiłem dla każdej „kto się w opiekę”, no i wreszcie nie zostało nic, tylko iść do siebie, usiąść przy biurku i stukać w klawisze. Chociaż akurat niewiele jest do zapisywania, dzień przeleciał jakoś między palcami, nie wiadomo, na czym zszedł. Głównie na kupowaniu, obieraniu i siekaniu warzyw. Głodówka zajmuje niewiarygodnie dużo czasu; żeby utrzymać rytm pięciu posiłków dziennie i w żadnym niczego konkretnego nie zjeść, trzeba się bez przerwy krzątać po kuchni. Trochę energii pochłonęło jeszcze odwoływanie wszystkich spraw i spotkań w najbliższych tygodniach, przesuwanie terminów — Paweł podszedł do sprawy ze zrozumieniem, układ z „Rzepą” mam taki raczej dżentelmeński, i dobrze, bo na handryczenie się o wierszówkę zupełnie nie mam nastroju. W innych miejscach też na razie poodwoływałem, nawet się zdziwiłem, że aż tyle mam tych bieżączek; jak tak człowiek mechanicznie, tu trzy tysiące znaków w poniedziałek do południa, tu tysiąc osiemset co środę, tu komentarz do radia, to przestaje zauważać. Tylko telewizja — trzeba będzie się pozbierać i jakoś poprowadzić. I tak już kombinują, jak by mi zabrać program, nie mogę dawać łatwego pretekstu.

Na razie udało mi się wyczyścić kalendarz, ale dłużej niż tydzień się tak nie da — pojęcia nie mam, jak pogodzę wymogi nowego życia ze wszystkimi bieżączkami starego. Pani doktor przyjmuje dopiero pojutrze, zresztą wcale mi nieśpieszno, im później, tym większa nadzieja, że głodówka da jakiś zauważalny efekt. Opowiadam sobie, siekając papryki i cebule, stale tę samą bajkę, wyobrażam to sobie na różne sposoby, jak odbieram pojutrze rano badania, i, okazuje się, wyszły doskonale, a pani doktor objaśnia, że to wszystko pomyłka, nieporozumienie, żadna tam cukrzyca, tylko jakiś, ja wiem, stan przedcukrzycowy, nasilone objawy, ale teraz już wszystko w porządku — pewnie, że nie jestem taki głupi, żeby na poważnie się czegoś podobnego spodziewać, po prostu miło sobie wyobrażać. Ale tak na wszelki wypadek, śluby jasnogórskie, niniejszym: jeśli by się okazało, to i tak wszystkie dotychczasowe postanowienia co do odchudzania i abstynencji pozostają w mocy. Nawet, gdyby było można, to przynajmniej do Wielkiej Nocy ani kropelki, a potem też już tylko symbolicznie, nigdy tak jak dotąd. Solidna oferta, dobry Boże, bez żadnych ukrytych haczyków — ale, oczywiście, bądź wola Twoja.

Poza tym cały dzień myślałem o tacie. Dawno o nim tyle nie myślałem, ale teraz to najoczywistszy temat do rozmyślań. U niego też to wyszło mniej więcej w tym wieku. No nie, później, jak już był po pięćdziesiątce, ale trzeba wziąć poprawkę, że do lekarza poszedł dopiero, kiedy już się zaczął naprawdę męczyć, zasypiać nagle między jednym i drugim słowem, i nie dało się tego dłużej nie zauważać. Dlatego od razu bez żadnych lekarzy wiem, co znaczą te moje wyniki. Stara rodzinna tradycja, tato na to umarł, babcia też, to na pewno, bo pamiętam, że miała wszystkie objawy jak z podręcznika. Dziadek to nie wiem, ale może i on, bo właściwie nie wiadomo na co, na wsi, póki człowiek chodził, to był zdrowy, a jak umarł, to był umarły, po prostu, i co za różnica na co — na śmierć, kto by się tam ciekawił. Chociaż dziadek na jedynym zachowanym zdjęciu jest chudy, jak nikt w rodzinie, więc może niekoniecznie. A dalsi przodkowie, gdybym cokolwiek o nich wiedział — też by się pewnie paru znalazło. Niby zawsze dobrze wiedziałem, że skłonność do cukrzycy się dziedziczy, że się powinienem spodziewać, właśnie ja, bo z całego rodzeństwa jestem do ojca najbardziej podobny, wszystko mam po nim, więc można się było spodziewać, że to też. Powinienem o tym w porę pomyśleć i się tak nie zapuścić, zadbać o siebie, póki było łatwiej. Ale teraz nie ma sensu sobie robić wyrzutów, jak już i tak jest po klocach.

Ile czasu tato z tym żył? Tylko siedem lat. I męczył się coraz bardziej. Jednak do nas nie docierało, jak poważna jest sprawa. Niby się mówiło, że powinien być na diecie, ale gdzie tam — tato i dieta. Jakiś lekarz mówił matce, opowiadała, ręce tylko rozłożył — proszę pani, wojenne pokolenie, ilu ja takich znam; jak ktoś w dzieciństwie głodował, to nigdy nie będzie się umiał powstrzymać, nie ma co liczyć. Ojciec w czasie wojny rzeczywiście poznał, co to jest głód, wszyscy wiedzieliśmy, ale miałem wrażenie, że matka powtarzała to z jakimś trudnym do uchwycenia, a przecież wyraźnym lekceważeniem, że jak wszystko inne, także i to było dla niej okazją, żeby go w naszych oczach poniżać: no, żre i żre, przecież wie, że mu nie wolno, a nie umie przestać!

Nie wiem, nie umiał, czy nie chciał. Fakt faktem, że wszystkie wskazania lekarzy puszczał mimo uszu, jadł jak zawsze, tylko łykał jakieś tabletki, coraz więcej. I mówił, jeśli ktoś się tym zainteresował, że się czuje dobrze. A myśmy chętnie wierzyli — jak dobrze, to dobrze. W ogóle, wypchnąć go do lekarza, to była prawdziwa wojna, a jak już poszedł, to nic nie mówił, na starość lekarstwa nie wymyślili i nie wymyślą, ucinał co najwyżej, chował wyniki badań i nie przyjmował żadnej cukrzycy do wiadomości. Aż po prostu przewrócił się i już nie podniósł.

 

Teraz, od lat, nie mogę zrozumieć, jak mogłem mu na to pozwolić. Trzeba było go zmusić, wyrwać mu te kartki, sprawdzić, załatwić w porę szpital, badania, ale wygodnie było właśnie tak — skoro sam nie robił sprawy, to po co drążyć, każdy ma swoje problemy, a ja się wtedy urządzałem z pierwszą żoną, lata osiemdziesiąte, wszystko było problemem, byle zakichana szafka, kończyłem studia, działałem, więc skoro ojciec się nie domagał opieki, skoro matka, starszy brat, siostry, kupowali to jego „na starość lekarstwa nie ma”, jakby naprawdę był nie wiedzieć jaki stary, a przecież nawet emerytury nie dożył — więc dlaczego akurat ja miałem wszystko rzucać i walczyć z nim, żeby dał się zaprowadzić do lekarza i sobie pomóc?

Oczywiście, że powinienem to zrobić właśnie ja. Kto niby inny? Filip, co z tego, że pierworodny — o tym trzeba będzie kiedyś napisać więcej — darł z ojcem koty od dziecka, i tato też go ledwie tolerował, właściwie widywali się, jak już naprawdę musieli, i zawsze z awanturą, zresztą przy Filipie święty Franciszek by po minucie osiem zaczął kląć po maciach. Z matką z roku na rok żyli coraz gorzej, a siostry… Kaśka już wtedy była mężatką i pojechała na te swoje Dębiny, kawał drogi od Warszawy, a Martynka — szczawik, późna wpadka rodziców, o dziesięć lat ode mnie młodsza, to ile wtedy miała? Zero do gadania, tak czy owak. To ja powinienem się zachować jak chłop, wziąć go i powiedzieć: Tato, nie ma gadania, zabij jak chcesz, ale musisz i już. Ale wolałem udawać, że mu wierzę, choć, gołym okiem było widać, wyglądał coraz bardziej niezdrowo. Uciekłem od tego. „Skoczyłem… Tak sądzę”.

Może w tym było nie tylko wygodnictwo. Mnie się wtedy po prostu nie mieściło w głowie, że tato może potrzebować pomocy. To tato zawsze pomaga. Tato przecież jest wielki, silny, biceps ma jak mały Cygan nogę, a że gruby, to tylko jeszcze bardziej mu dodaje potęgi. To do niego zawsze po ratunek, po pomoc, po radę — lata niby mijają, ale człowiekowi się wydaje, że tak jest i będzie zawsze, ja malutki, a on — olbrzym. Tato, którym ja się muszę zająć, któremu ja muszę pomóc? Po prostu nie przyszło mi to do głowy.

Matka wściekała się potem, nawet po śmierci nie potrafiła mu odpuścić, że jak mógł, że nieodpowiedzialny zupełnie, o sobie myślał, a o niej nic, Filip krzywił gębę w tym swoim złośliwym grymasie, jak to Filip, siostry zawodziły, jak to baby, a ja milczałem, nie odważyłem się nawet wziąć go w obronę przed starą. A przecież wiem, że to nie było wygodnictwo. Pewnie, nie uśmiechały mu się szpitale, cewnikowania, smród i rzężenie na zbiorowej sali, nie chciał być zniedołężniałym starcem, ale zmusiłby się, gdyby był w tym jakiś sens. Tylko właśnie nie było. Dla niego, znaczy, nie było. Dzieci odchowane, wszystko, co było do wybudowania, wybudowane — niczego już się w życiu nie mógł spodziewać, poza przykrościami. Więc po co się miał czepiać życia pazurami? Pewnie się modlił o taką właśnie śmierć, szybką i lekką, pewnie od dawna był przygotowany, żeby już iść tam, dalej.

Ale nie zdobyłem się nawet, żeby go wtedy bronić. Uchlałem się, spłakałem, i tyle było. A potem, we śnie, wróciło do mnie takie wspomnienie: nie wiem, ile miałem lat, chyba jeszcze nie chodziłem do szkoły, albo do którejś z pierwszych klas, na jakichś rodzinnych imieninach, tato, troszkę podpiły, bardzo rzadko pił, zresztą na rodzinnych uroczystościach piło się takimi malutkimi kieliszkami, ręka mogła człowiekowi odpaść, zanim by się porządnie zaprawił, więc raczej nie tyle podpiły, co w nastroju — śpiewa. Na tych imieninach czy innym rodzinnym zjeździe, kiedyś tam, naprawdę, śpiewali razem ze stryjem i kimś tam jeszcze, śpiewali chyba co innego, coś na wesoło. Ale w tym moim śnie — on sam, i taką powolną, melodyjną pieśń, niesamowitą:

Zachodź, słońce, zachodź

Skoro masz zachodzić

Bo nas nogi bolą

Po tym polu chodzić

Nogi bolą chodzić

Ręce bolą robić…

Nie pamiętam dalej słów. Ale tę melodię, ten synkopowany zaśpiew z bluesową transakcentacją, mogę przywołać w pamięci w każdej chwili. Prosta i wzniosła zarazem, powolna, dźwięczna, chwytająca za serce. Pieśń zmęczenia. Pieśń ludzi grzebiących się w ziemi, depczących błoto i gnój, ludzi o rękach czarnych od pracy, o grzbietach obolałych od zginania. Pieśń pełnego godności pogodzenia, że tak trzeba, że trzeba orać, choć nie na swoim, orać nie dla zapłaty, nie dla pana, ale dla ziemi samej — trzeba, bo po prostu trzeba, póki słońce nie zajdzie. I tęsknoty za tą chwilą odpoczynku i ukojenia, i pewności, że ona w końcu przyjdzie, bo wszystko inne może zawieść, ale żeby słońce nie zaszło, jak ma zajść, o swoim czasie, to się jeszcze nie zdarzyło. Najprawdziwszy biały blues z samych bebechów Polski, gdzieś spomiędzy Łomży a Białegostoku. Aż mnie ciarki przechodzą, jak sobie przypominam ten śpiew — „zachodź, słońce, zachodź…”

Nigdy nie uwierzę, że to mi się mogło przyśnić tak przypadkiem, znikąd, jak zwykły sen. To tato tak właśnie chciał mi się przyśnić, tak mnie pożegnał — żebym nie myślał, że się bał czy nie umiał prawdzie spojrzeć w twarz, nic podobnego. Po prostu już go ręce bolały robić, już go nogi bolały chodzić, już był czas, żeby zejść z tego pola i odpocząć. „Praca wykonana”.

Więc to tak było z tatą. Ze mną jest zupełnie inaczej. Ja się jeszcze nie czuję zmęczony, jeszcze się ani trochę nie zestarzałem. Co to dzisiaj jest — czterdzieści pięć lat? Starsza ledwie co poszła do podstawówki, Oleńka jak pochyli dekolt albo zakręci tyłeczkiem, wszyscy się ślinią, małolaty na ulicy ukręcają sobie za nią szyje — życie mi się właściwie dopiero co zaczęło, gdzie tu miejsce na zmęczenie? Tato z tym żył siedem lat, bo tak chciał, a ja chcę pociągnąć jeszcze drugie czterdzieści pięć, i pociągnę, i to w dobrej kondycji, mogę przyjmować zakłady.

O tacie to jest w ogóle osobna powieść do napisania. Jedna z tych, którymi powinienem się zająć, zamiast komentowaniem tej świętej wojny mafioza z inkwizytorem, tego picerskiego tańca kabotynów, gangsterów i nawiedzonych, zwanego polityką. Ale za komentarze polityczne mi płacą, a brać się za powieść, to jakbym żonę i dzieci okradał. Zresztą poczekam; jak w końcu jedynie słuszna mafia weźmie ostatecznie wszystko, a to już mamy jak w banku, wielu jeszcze nie wierzy, ale ja już to widzę (i serdecznie to chrzanię — „ten jest mój azard”, i tyle), więc jak będzie już miała i mały pałac, i duży pałac, i całą kasę, i samorządy, i ostatnie jeszcze jej dzisiaj podskakujące media, to mnie szybko wykopią i dadzą szlaban na telewizję, i wtedy będę wreszcie mógł z czystym sumieniem usiąść do pisania książek.

Wtorek

Zaspałem po tym nocnym klepaniu w literki, Oleńka wymknęła się z dziewczynami cichutko, sza, na paluszkach, żeby tatusia nie budzić, bo w nocy pracował zamiast spać, i w drodze powrotnej nakupowała w markecie parę toreb różnych dietetycznych zapychaczy, żebym nie musiał się nigdzie fatygować. Akurat się obudziłem, jak była pod prysznicem, usłyszałem, jak się kąpie, potem zobaczyłem te siaty z zakupami złożone w kuchni, i tak mnie to nakręciło, że wyciągnąłem ją z łazienki prosto do łóżka. Tylko już w trakcie przestraszyłem się, że a nuż akurat trafimy, a w tej sytuacji może lepiej by najpierw wypytać lekarzy, jakie są perspektywy — więc jak już zrobiliśmy sobie nawzajem dobrze, skończyliśmy jak w pornosie; też przyjemnie. Strasznie ulżyło, że armatura mi nie nawala, nawet pomimo całego tego stresu, bo w tym, czego się naczytałem o cukrzycy, pośród innych plag egipskich straszą i impotencją. Więc dobry znak od samego rana, widać większych spustoszeń w organizmie jeszcze mi choróbsko narobić nie zdążyło.

Teraz Oleńka poszła w miasto, wydać trochę kasy na swoją urodę — przy wszystkich maminych zajęciach znajduje jeszcze czas na fryzjera, masaż, siłownię czy „pazurki”; jeszcze jedna rzecz, za którą ją kocham. Za to, że jej się ciągle chce walczyć z „umamieniem”, za zadbaną fryzurę, koronki, pończoszki. Moi rówieśnicy przeważnie mają żony zapuszczone jak pani marszałkowa, paradujące nawet przy gościach w jakichś powyciąganych dresach — „kobiety ekologiczne”, podśmiewamy się z Olą — i tak przywykli, albo zaniżyli oczekiwania, że nawet już tego nie zauważają.