Jeśli wróciszTekst

Z serii: Jeśli wrócisz #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jeśli wrócisz
Jeśli wrócisz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,98  43,98 
Jeśli wrócisz
Jeśli wrócisz
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nikodem Pałasz

Jeśli wrócisz

Saga

Jeśli wróciszZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2020, 2020 Nikodem Pałasz i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726507782

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

Dla Bereniki

W dniu w którym przyjdziesz po mnie

Nie umyję zębów

Nie będę musiał także zmieniać ubrania

Tylko buty włożę

Na długą drogę

(…)

Powoli wspinać się będziemy

A gdy osiągniemy szczyt

Zobaczysz miliony spadających czy wznoszących się gwiazd

Lecz nie będziemy mieli żadnych życzeń

Staniemy na skraju i nie patrząc na siebie skoczymy

Nasze cienie zostaną – może zawrócą

A my lecieć będziemy frunąć gdzieś

Jeśli przyjdziesz…

Grzegorz Przemyk, Jeśli przyjdziesz

Rozdział 1

Z trudem rozkleił oczy i spojrzał na budzik. 6:23. Nie biegam dzisiaj, pieprzę to. Dziewięć minut później telefon zagrał znany utwór Imagine Dragons. Z precyzją zombie trafił palcem w drzemkę. Nie odparł trzeciego ataku o 6:38. Spojrzał przez okno. Lekko prószył śnieg. Ten luty nie był na tyle ostry, żeby odpuszczać treningi. Szklanka wody i jazda. Zawlókł zwłoki do łazienki. Zęby, zimna woda na twarz, bezszwowa bielizna termo, dres, profesjonalny bezrękawnik utrzymujący ciepło, drogie najki. W uszach poranna playlista. Szybkie sześć kilometrów, które dziś nie były tak szybkie. Znowu łazienka, prysznic, jogurt z muesli, latte macchiato do kubka i w dalszą drogę.

Zanim dojechał do firmy na 8:45, odpisał na pięć maili, wysłał trzy esemesy i odrzucił cztery połączenia. Nie lubił gadać z klientami przed drugą macchiato, od której zaczynał funkcjonowanie w biurze. Ciekawe, czy Jezus też był tak zajechany w wieku trzydziestu trzech lat, pomyślał, między jednym mailem a drugim. O 11:00 kolejna rozmowa rekrutacyjna. To chyba bluźnierstwo, skonstatował, siedząc naprzeciw kolejnej kandydatki na swoją asystentkę. Naprawdę potrzebował asystentki. Od dwóch lat rozkręcał swoją firmę PR-ową i wreszcie zażarło. Posypały się zlecenia, kilka nawet bardzo dużych, a jedno ogromne – dla wielkiego koncernu kosmetycznego. Niedawno podpisał z nimi umowę i wreszcie czuł, że zaczyna żyć, tak jak chciał. Tak jak planował. Przeprowadzili się do nowego biura przy Kruczej. Musiał być blisko największego klienta.

Kandydatka się rozwijała. Nie słuchał jej, zastanawiał się, czy te dwa tysiące lat temu, bez komórek, maili i nawet faksów, mieli łatwiej czy trudniej niż my dziś. Ale gdyby Jezus miał smartfona, to pewnie by tak nie skończył.

– Oczywiście jestem bardzo sumienna, obowiązkowa i pracowita. Jestem otwarta na nowe wyzwania…

Nie powinienem tak myśleć o Jezusie, skarcił się w myślach. A może odbija mi, bo jutro kończę te chrystusowe trzydzieści trzy lata? Przecież to tylko cyferki.

– Dziękuję. Odezwiemy się do pani po przesłuchaniu wszystkich kandydatów.

Spojrzał w kolejne CV: Monika Szuster, 28 lat. Z takim wykształceniem to trochę za stara jak na asystentkę. Kiedy otworzyły się drzwi, momentalnie zmienił zdanie. Jeszcze zanim zaczęła mówić. Była zjawiskowa.

Ta rozmowa kwalifikacyjna minęła błyskawicznie. Miał wrażenie, że dopiero weszła i usiadła przed nim. A to już sześćdziesiąt minut. Studia na dziennikarstwie, roczne stypendium w Stanach, potem kolejny rok w Australii. Pół roku w Finlandii i powrót do kraju. Doświadczenie zawodowe niewielkie, ale czemu zwracać na to uwagę, jak się ma inne walory. Nad zbieranie doświadczeń zawodowych przedkładała zbieranie doświadczeń życiowych. Pół roku tu, pół roku tam. Wreszcie czas na etat. Okej, mnie to pasuje, pomyślał. Uśmiechnął się do niej, kiedy wychodziła. Miał nadzieję, że szybko znowu ją zobaczy.

Rozdział 2

Trzydzieści trzy lata. Nie zrobił imprezy urodzinowej. Zrobili ją za niego rodzice. Może w przyszły weekend wyskoczy ze znajomymi do knajpy. A może nie. Ojciec przygotował obiad. Kacper wiedział, że to będzie ciężki dzień. O 14:00 obiad z rodzicami, o 18:30 kolacja z Laurą. Wiedział, że dzień zakończy się katastrofą. Czuł to w kościach. A nawet planował to. Kontrolowana katastrofa zawsze jest lepsza od niekontrolowanej.

– A gdzie Laura? – zapytała mama, kiedy stanął w drzwiach.

Pocałował ją w policzek i bez słowa wszedł do domu rodziców. Domu, który kiedyś był dla niego całym światem. To nie był tylko dom. To była świątynia, a zarazem miejsce, które było świadkiem wielu jego przemian. Bezpieczeństwo, dzieciństwo, szkoła, potem pierwsza miłość i serce złamane po raz pierwszy. Kłótnie z przyjacielem, pierwsze udane i nieudane biznesy. Noce z kumplami, jackiem danielsem i konsolą, zakuwanie do egzaminów do białego rana, randki, imprezy, trawka. To wszystko tutaj.

Miał dwanaście lat, kiedy się tu wprowadzili. Firma ojca zaczęła się rozrastać w błyskawicznym tempie. Rodzice nie żałowali pieniędzy, ale mimo wszystko starali się nie przesadzać. Salon był obszerny, duże okna i wielkie drzwi tarasowe. Nowoczesne meble ze smakiem połączono z antykami. Empirowa komoda, kredens biedermeier, a na drugiej ścianie ogromny regał na książki prosto z ikei. Osiemnastowieczna lampa witrażowa stojąca obok kanapy Vimle czy Limle. Stół Nord coś tam, ale krzesła oryginalne, z czasów kongresówki. Na ścianach obrazy. Nie bajecznie drogie, ale wartościowe kopie. Większość z lat dwudziestych i trzydziestych zeszłego wieku. Po babci, dziadku, cioci. Tu i ówdzie srebra rodem z fabryki Norblina. Niby groch z kapustą, ale jakoś wszystko do siebie pasowało. To był klimat, który lubił. A może to tylko sentyment, wspomnienie z dzieciństwa, które budziło emocje? Nie widział. Nie dbał o to. Lubił tu być. Ale równie mocno kochał swoje teraźniejsze życie, w którym nie było miejsca na antyki. Mieszkanie na nowym osiedlu w sercu Warszawy, przerobione według jego pomysłu, trochę przypominające loft, a w nim nowoczesne meble. Na ścianach obrazy Bartka Kiełbowicza, po kątach rozrzucone sprzęty elektroniczne z nadgryzionym jabłkiem. Tu i teraz. To się liczy. Jedyne, co w jego mieszkaniu łączyło teraźniejszość z przeszłością, to polskie plakaty filmowe z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, w czarnych ramach. Elektroniczny morderca, Obcy – ósmy pasażer Nostromo, Seksmisja, Poszukiwacze zaginionej Arki, Czas apokalipsy, Kingsajz. Takie delikatne muśnięcie historii PRL. I mrugnięcie okiem do gości. Przynajmniej tych, którzy łapali klimat.

Byli tu ci, którzy mieli być. Których Kacper chciał dziś mieć przy sobie. On, rodzice i dziadek Rysiek. Ojciec przygotował kaczkę w jabłkach, swoje popisowe danie. Robił to raz, czasem dwa razy w roku. Mama ugotowała żurek z jajkiem. Jego ulubioną zupę. Na koniec tort. Kiedy mama pokroiła go na kawałki, zaczął się armagedon.

– Co się stało, że Laura nie przyszła? – zapytała, stawiając przed Kacprem talerzyk z tortem.

– Małgosiu, nie męcz go, widzisz, że jest nie w sosie – przyszedł z odsieczą tata. Ale to tylko podgrzało klimat.

– O co ci chodzi? – warknęła do męża. – Tylko pytam. Nie będzie chciał, to nie odpowie.

– Już za późno! – prychnął ojciec. – Już zapytałaś. Już otworzyłaś szafę z trupem.

– Wojtek! – Mama niemal krzyknęła.

– Nie w tym sensie. – Ojciec przewrócił oczami.

– Dajcie spokój! – Kacper czuł, że nadszedł moment, kiedy trzeba interweniować, bo skoczą sobie do oczu. – Nic się nie dzieje.

Dziadek Rysiek uśmiechnął się wymownie. Ojciec spojrzał na niego i syknął:

– Co? Wiedziałeś? No, wiedziałeś? – Tata Kacpra wpatrywał się w staruszka z niechęcią. – Mogłeś jej coś powiedzieć, nie robiłaby scen. Chłopak ma urodziny!

– Przestańcie! – huknął Kacper. Nie pomogło.

Dziadek zaczął się śmiać, ale zaraz śmiech przeszedł w kaszel.

– No… – zaczął. – No… ja…

– Wykrztuś to wreszcie – powiedziała mama, próbując zachować spokój.

– Ja… – Staruszek opanował się i szepnął:

– Ja mam osiemdziesiąt dwa lata i trochę się znam na ludziach. I o swoim wnuku też coś tam wiem. W końcu znam go już trzydzieści trzy lata.

– Konkluzja, tato – zaproponował ojciec.

– Po prostu wyczułem coś i tyle. Nic nie wiedziałem. Ale też nie zamierzałem pytać. Co by to zmieniło?

– Sherlock Holmes się znalazł. Psycholog dusz normalnie – parsknęła mama i machnęła ręką, a potem spojrzała Kacprowi w oczy. – Synku, powiedz mamie, co się stało.

Kacper miał ochotę wstać i wyjść. Ale nie tak normalnie. Miał ochotę rzucić talerzykiem w ścianę i trzasnąć za sobą drzwiami. Już widział siebie, jak to robi.

– A co się mało stać? – wzruszył ramionami i nie rzucił tortem o ścianę. Szkoda tortu, dobry był. – Nie wiem właściwie.

Zawahał się. W zasadzie to nie wiedział, co dalej będzie. Ale czuł to. Zdawał sobie sprawę z sytuacji.

– To chyba koniec – przyznał Kacper.

– Co? – Oczy mamy rozszerzyły się do niewyobrażalnych rozmiarów. – Jak to? Jaki koniec? Z Laurą koniec?

Wiedział, że matka widziała w niej niezłą synową. Ładna, uśmiechnięta, pracowita, za dużo się nie odzywała na spotkaniach rodzinnych. Nadawała się.

 

– Dziękuję za przyjęcie. Wychodzę – oświadczył Kacper i wstał.

Matka wystrzeliła z krzesła jak rakieta z Cape Canaveral. Dopadła do niego i siłą usadziła z powrotem na krześle. Ojciec i dziadek spojrzeli na siebie.

– Już więcej ani słowa o tym – powiedziała. – Nie dzisiaj.

Ojciec chciał coś powiedzieć, ale matka wzrokiem zgasiła mu słowa w ustach. Zastygł jak rażony laserem. Dokończyli tort w ciszy. Kacper już myślał, że ocean się uspokoił. Był naiwny jak dziecko.

– Ojciec musi zamknąć firmę – wypaliła matka na osłodę. Tort był wystarczająco słodki, ale widocznie nie dla niej.

– Co? – Teraz Kacper szeroko otworzył oczy. Popatrzył na ojca, ten spuścił wzrok. Gdyby ktoś zerknął teraz na dziadka, dostrzegłby, jak cały zesztywniał. Ale nikt na staruszka nie patrzył. Ojciec studiował wzór na pustym talerzyku. Piękna porcelana, KPM Wałbrzych, połowa dziewiętnastego wieku. Matka wlepiła wzrok w obraz wiszący za plecami ojca. Chyba po raz tysięczny w swoim życiu kontemplowała geniusz malarski Jaracza, autora tego niebanalnego dzieła.

– Tato? – zapytał Kacper. – Co to znaczy? O co mamie chodzi?

Ojciec pokręcił głową, jakby sam nie dowierzał jej słowom.

– Co się tu, do cholery, dzieje? – Kacper podniósł głos. – Ktoś coś mi wytłumaczy?

Zrozumiał, że temat Laury miał przykryć inną prawdę. Chyba nie mniej bolesną.

– Dłużej już nie pociągnę – zaczął ojciec. – Takie czasy.

– Jakie czasy? – Zachrypnięty głos dziadka przeciął ciszę, która zapadła po wyznaniu ojca.

– Gówno rozumiesz! – wybuchnął ojciec. – Co ty możesz wiedzieć o tym wszystkim?

Ojciec zrobił się czerwony na twarzy, ręce mu drżały, głos się łamał. Patrzył na dziadka, a Kacper czuł nadciągający prawdziwy kataklizm. Nie jakiś sztorm, ale pieprzony armagedon.

– Synu… – szepnął staruszek, ale syn nie dał mu dokończyć.

– Przepraszam, to nie twoja wina, tato. Ani niczyja. Nie będę się nad sobą użalał. Mam 57 lat, firmę prowadzę od 1992 roku. Były lepsze i gorsze momenty… kawał życia. Od mniej więcej sześciu lat jest coraz gorzej, trudniej. Musiałem zaryzykować i – westchnął – no cóż… kredyty, pożyczki…

– Mamy blisko cztery milionów kredytów, a obroty spadły tak, że już nie możemy ich spłacać – dodała mama.

– Szkoda, bo wszystko tak sobie ułożyłem… ułożyliśmy, że po sześćdziesiątce mieliśmy z mamą tylko odcinać kupony – przyznał łamiącym się głosem ojciec.

– Ale co to znaczy? – zapytał Kacper. – Że co niby? Tracicie wszystko?

– Nie – odparł tata. – Wszystkie długi to długi firmy i moje. Dziesięć lat temu podpisaliśmy rozdzielność majątkową. Mama nie ma żadnych obciążeń. Dom jest na nią, jeden samochód też. Firmę kładę, a ja będę się starał o upadłość konsumencką.

– Kładę? Co kładę? – Kacper zdawał się nie rozumieć. – Kładziesz firmę, to znaczy, że co?

– Prawnik już nad tym pracuje. Składamy do sądu wniosek o upadłość i tak dalej… Za miesiąc, góra dwa praktycznie zawieszam funkcjonowanie. Sprawa jest bardzo skomplikowana i na dziewięćdziesiąt procent odpowiem własnym majątkiem. Prywatnie też mam kredyty i nie mogę ich spłacać. Łącznie moje zobowiązania mogą przekroczyć sześć milionów. Nie mam tyle. Nawet nie mam jednej trzeciej tej sumy. Lawina ruszy najdalej za trzy miesiące.

– Zostanie nam ten dom – dodała mama. – Więc spróbujemy go sprzedać, kupić jakieś mniejsze mieszkanie, ja będę dalej pracować w bibliotece, choć to w zasadzie zawsze było tylko hobby. Ojciec poszuka jakiejś pracy na czarno. Jakoś pociągniemy.

– Jakiej pracy na czarno? – zdziwił się dziadek.

– Sąd, komornicy i tak dalej… nie opłaci mi się pracować oficjalnie. Nie martwcie się, coś wymyślę. – Ojciec uśmiechnął się krzywo.

Kacpra zamurowało. Dziadek Rysiek też sprawiał wrażenie, jakby znalazł się w matriksie.

– To jest żart, tak? – zapytał Kacper. – Ukryta kamera?

– Nie, Kacper – powiedziała mama. – To nie jest żart.

Impreza całkiem zdechła.

Kiedy pożegnał się z rodzicami, mama odprowadziła go do bramy wjazdowej.

– Jak on to znosi? – zapytał, zerkając na dom, który wkrótce będzie tylko wspomnieniem.

– Źle – szepnęła matka. – Pieniądze są nieważne, ten dom jest wart z półtora miliona. Ja po trzydziestu latach pracy doszłam do przyzwoitej pensji. Da się żyć. Tyko boję się, że on tego nie zniesie. Sąd, szarpanie się z bankami, prawnikami, ZUS-em, skarbówką… sam wiesz, jak to jest. Prowadzisz firmę od dwóch lat. A on po przeszło dwóch dekadach harówki zostanie z niczym. Pamiętasz, jak trzy lata temu miał stan przedzawałowy i wszczepili mu te stenty? Wtedy się zaczął prawdziwy kryzys. Wycofał się ten kontrahent z Dubaju.

– Wycofał się? Ojciec mówił, że sam z niego zrezygnował.

Matka westchnęła.

– Aha. – Kacper zrozumiał.

– Straciliśmy wtedy dwa miliony złotych, całe nasze oszczędności. To miał być strzał życia. I był. Prosto w serce. Potem żyliśmy z bieżących zarobków firmy, ale wszystko zaczęło się sypać.

– Nie da się tej firmy jakoś uratować?

Matka pokręciła głową.

– Musielibyśmy spłacić bankom co najmniej cztery miliony w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Ale skąd tyle wziąć? Jak potem spłacić, skoro firma zostanie zamknięta?

Pogłaskała go po policzku.

– Nie ma ratunku dla firmy. Ale nie martw się, żyj swoim życiem. Jakoś z tego wyjdziemy. Jakoś.

Rozdział 3

Jechali w milczeniu. Kacper jak zawsze odwoził dziadka z rodzinnej imprezy do jego mieszkania na Ochocie. Już był spóźniony na spotkanie z Laurą. Miał to w dupie. Mini Countryman z napędem na cztery koła jechało leniwie ośnieżoną Grójecką w kierunku placu Narutowicza.

– Powiesz coś? – zapytał w końcu Kacper.

– A co byś chciał usłyszeć? – odpowiedział dziadek pytaniem na pytanie.

– Nie wiem – przyznał szczerze chłopak. – Masz osiemdziesiąt dwa lata i trochę się znasz na ludziach.

Dziadek uśmiechnął się pod wąsem.

– Niewiele mi zostało… – zaczął.

– Nie na to czekałem. – Kacper zerknął na dziadka i dodał z ironią w głosie:

– Potrafisz pocieszyć człowieka.

Byli coraz bliżej placu Narutowicza.

– Zostawimy go z tym? – Chłopak nie dawał za wygraną. – Tylko znowu nie zaczynaj, że masz osiemdziesiąt dwa lata.

– O czym rozmawiałeś z matką przy bramie? – zapytał starzec.

– Cztery miliony muszą oddać bankom. Boi się o jego zdrowie. Wiesz, ten zawał sprzed trzech lat. – Kacper pokręcił głową. – Nie mam pojęcia, co robić.

Dziadek zgarbił się i zamyślił na chwilę, a potem zadrżał, jakby przeszedł przez niego prąd. Wyprostował się w niewygodnym, w jego ocenie, fotelu mini coopera i zapytał, zmieniając temat:

– Chcesz pogadać o Laurze?

– Nie ma o czym – burknął Kacper.

– Jest dla ciebie ważna?

– Dziadku, co ty mi z Laurą teraz wyjeżdżasz? Co to ma do…

– Czy jest dla ciebie ważna? – przerwał mu dziadek, cedząc przez zęby każde słowo.

– Nie chcę… – chłopak przełknął ślinę – nie chcę z nią być. To nie to. Między nami koniec, wypaliło się.

– Okej – dziadek westchnął i rozluźnił się, jakby zrzucił z pleców niewidoczny ciężar.

– Co prawda, ona jeszcze o tym nie wie – ciągnął chłopak. – Ale mam nadzieję, że zniesie to po męsku. Mam zamiar właśnie dziś jej to powiedzieć.

Rozdział 4

Czekała na niego z kolacją. Urodzinową. Mógł to być gorący lutowy wieczór. Bardzo gorący. Wynajmowała mieszanie na ostatnim piętrze nowoczesnej kamienicy. Ogromny ogród zimowy na tarasie z widokiem na Stadion Narodowy i wszystko dookoła. Widok jak z serialu TVN-u. Widok, o którym marzą ściągający do stolicy rekruci kapitalizmu, pomyślał Kacper. Na tarasie stolik, a na nim wino i świece. Zobaczył to i coś zakłuło go w środku. Laura wyglądała nieziemsko. Na ten wieczór włożyła obcisłą czarną sukienkę i buty na wysokim obcasie. Żadnych fanaberii, tylko prostota, która złamie każdy lód. No, prawie każdy. Na szyi miała perły, które jej kupił na Bali. Ich ostatni wspólny wyjazd, pomyślał. Tego lodu nie da się już przełamać. Nie polecą już więcej na Madagaskar. Ani do Kopenhagi. Ani nigdzie. Wiedział, że to ją może zniszczyć, ale nie miał wyjścia.

Przez głowę przelatywały mu setki myśli. Bankructwo firmy ojca, ten jego zawał sprzed trzech lat, zmęczona twarz dziadka, wakacje z Laurą na Bali, dzisiejsza rozmowa rekrutacyjną z tą… jak ona miała na imię? Monika? Monika Szuster. Patrzył na Laurę, ale jej nie słyszał. Przed miesiącem podpisał duży kontrakt, czuł, że właśnie łapie wiatr w żagle. Chciał płynąć dalej, bez obciążeń.

– O czym myślisz? – Laura wyrwała go z zamyślenia.

– O niczym – skłamał. – Tak sobie wspominam nasz wyjazd na Bali, jak patrzę na ten naszyjnik.

Uśmiechnął się do niej. Laura była ładna. Nie jakaś piękność, nie wychudzona modelka. Była ładna urodą zwykłej, świeżej dziewczyny, która mimo dwudziestu sześciu lat nie zawracała sobie głowy medycyną estetyczną. Nie powiększyła ust, nie zrobiła sobie cycków. Takie dziewczyny lubił najbardziej. Uprawiała sport, bo to lubiła, a nie dlatego, że tak wypada. Dwa razy w tygodniu wspinała się na ściance, w weekendy biegała, latem dużo jeździła na rowerze. Bez napinki. Pokochał ją. A może tylko tak mu się wydawało. Dlaczego to tak się kończy? I czy na pewno się kończy?

– Słuchaj, Laura – wziął się na odwagę. – Musimy poważnie pogadać.

– Czekaj – szepnęła i uciszyła go gestem dłoni. – Jest coś, o czym musisz wiedzieć.

Zabrzmiało poważnie. Za poważnie. Przeszył go dreszcz. Co, do cholery? Właśnie miał jej powiedzieć, że to koniec, a ona co? Co chce mi powiedzieć? Chyba nie jest w ciąży? Poczuł, jak jego ciało ogarnia znajomy paraliż wywołany stresem. Zaczyna się od nóg. Potem, jak niewidzialna chmura, centymetr po centymetrze pochłania ciało, aby na końcu zacisnąć się wokół gardła.

Ujęła jego dłoń. Czarna chmura podniosła się na wysokość brzucha.

– Kacper, proszę, wysłuchaj mnie. Proszę, nic nie mów. – Spojrzeli sobie w oczy. – Nie przerywaj, dopóki nie skończę.

Poczuł ucisk w klatce piersiowej.

– Ale… – nie dokończył, tylko skinął głową, że się zgadza.

– Kacper, kochany, to wszystko jest takie pokręcone. – Puściła jego dłoń. – Nie wiem, jak to powiedzieć.

Wzruszył ramionami, bo nie mógł już mówić.

– Jest ktoś… – szepnęła i jedną dłoń położyła na brzuchu, a wierzchem drugiej otarła łzę, wykluwającą się w kąciku oka.

Chmura zacisnęła się wokół gardła. A więc jednak! Dziecko! Ożeż… Próbował przełknąć ślinę. Przełknął ciężki kamień, który powoli zaczynał blokować przełyk. Brakowało mu powietrza. Świat miał zaraz runąć na niego całym swym jestestwem. Tak to teraz widział. Mam zawał, pomyślał na chwilę przed ostatecznym ciosem. Nie przeżyję Chrystusa. Trzydzieści trzy lata i finito. W ciąży? Teraz? Why?

– Ma na imię Cezary…

Już mu dała imię? Tak szybko? A więc chłopiec. Ale jak mogła sama zadecydować o tak ważnej rzeczy? Rodzice razem decydują o imieniu dla potomka. Cezary? Jak to? Przecież miałem z nią zerwać. Czuł, że oczy zasnuwa mu czarna zasłona. To niemożliwe! Ja umieram!

– Od miesiąca pracujemy razem przy tym nowym projekcie, o którym ci opowiadałam. Duża sprawa… to znaczy ten projekt, wiesz. A Cezary… no, musiałam ci powiedzieć. Między nami nic nie ma, nie było, ale wiesz, chcę spróbować… Kacper, przepraszam!

Świat stanął. Pauza w rzeczywistości. Wszystko wokół niego dosłownie zatrzymało się na kilka sekund. Laura rozpłakała się i zarzuciła Kacprowi ramiona na szyję. Ryczała jak bóbr, zawodząc tak głośno, że chyba cała ulica ją słyszała.

Czarna zasłona zniknęła. Paraliż również. Nie miał zawału. Przeżyje trzydzieste trzecie urodziny. Przytulił ją. Na jego usta zbłądził delikatny uśmiech triumfu. Kto właściwie wygrał? Oboje przegraliśmy, więc z czego się śmiejesz pajacu, skarcił się w myślach. To porażka miłości, a nie triumf wolności, jak sobie wmawiasz. Zaczęła go pieścić. Pożegnalny seks? Dlaczego nie.