Bodaj BudkaTekst

Z serii: Salamandra
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Motto

2  Dedykacja

3  Przydenne życie bezgłośnych

4  Nie ciskaj kamieniami, Boże

5  Rzucaj ziarna wiadomości

6  Budka

7  Purchawki i twardzioszki

8  „Do willi Budka w uroczysku Lisi Chwost”

9  Petro powiedział

10  Oblicze Boga, kątem oka

11  Korzyści z konferencji naukowo-praktycznych

12  Natałka mówiła

13  Strach

14  Złote szaty

15  Chude dni

16  Wyprawa do Stradczów

17  Proste, w istocie, życie

18  Sahajdak, Niemcy i Halzheimer

19  Kot powiedział

20  Ktoś cichy milczy w ciemności

21  Spotkanie z wiadrem oświecenia

22  Nie, niech was cholera weźmie

23  Huby. Pozbywam się smutku z głębi oczu

24  Kocisko

25  Uważaj, nie przewróć się

26  Wpadłam do nory…

27  Powrót

28  Przedzieram się przez czas

29  Mało dnia, mało nocy. Zbierzcie się przy ognisku

30  Gdzie szukać ocalenia?

31  Kasjan Kasencza i jego teoria wielkości skończonych

32  Mińsk i nasze państwo

33  Teoria korpuskularno-falowa prezbitra Petra

34  Teoria działania bezpośredniego Mariji Sierhuc

35  Moja teoria

36  Sierpień bieżącego roku

37  Pierwiastek z 2. –uk/-iuk

38  Poczekaj na mnie, Marijo

39  Poszukiwanie sojuszników

40  Długa krótka walka

41  Niech odpoczną słowa – 1

42  Niech odpoczną słowa – 2

43  Ludzie błękitnej ziemi

44  Przychodzi do mnie przyjaciółka Śmierć

45  Cztery kobiety w czerni, dla których jest to najważniejsze

46  Ziemia nadziei i chwały

47  Jak wpadać do nory

48  „Ale” w znaczeniu „tak”

49  Martwi walczą o życie

50  Młodzi Homo sapiens

51  Wieczór długiego dnia

52  No i wszystko się skończyło

53  Od nowej strony

54  Polecamy

Ty myślisz, że prawda rodzi język?

Ja myślę, że język rodzi prawdę.

Ł.U.

Mariji Sier­huc i Pełażce Pana­siuk – kim­kol­wiek by były i jakie­kol­wiek by były

Przy­denne życie bez­gło­śnych

Długo waha­łam się, jak i od czego zacząć tę histo­rię.

Może od momentu, gdy zna­la­złam moją drogą Oksanę w tak opła­ka­nym sta­nie?

Albo od tego naj­więk­szego w życiu, śmier­tel­nego, mro­żą­cego krew w żyłach stra­chu, który odbiera wła­dzę w rękach i nogach, a który czu­łam, obser­wu­jąc desant Anty­go­mów?

Albo od chwili, kiedy nagle odzy­ska­łam przy­tom­ność w „matce miast ruskich”, tra­fia­jąc do redak­cji dużej kijow­skiej gazety, gdzie pró­bo­wa­łam zna­leźć pracę, nie mając poję­cia, jak się tam w ogóle dosta­łam?

Albo od tej dłu­giej, bodaj naj­dłuż­szej na świe­cie sekundy, kiedy to prze­ży­łam miłość, któ­rej nie spo­dzie­wa­łam się już prze­żyć w swym nie tak prze­cież mło­dym wieku?

Sama nie wiem. Nie­sa­mo­wita ta histo­ria, raport z przy­den­nego mułu – z zatoki, gdzie od czasu do czasu z dna wynu­rzają się ogromne bańki, w imie­niu i z upo­waż­nie­nia tych, któ­rzy nie potra­fią mówić, raport o żar­ciu i przy­nę­cie, o tym, jak się nie dać zła­pać na haczyk – repor­taż-notatka z pro­lo­giem i epi­lo­giem, z mora­łem i z amo­ral­no­ścią, szepty i krzyki sumów i jazga­rzy, dzi­kich saza­nów i udo­mo­wio­nych kar­pią­tek, kija­nek i tra­szek – ta nie­sa­mo­wita histo­ria roz­po­częła się rów­nież wtedy i dla­tego, że nie wycho­dziła mi powieść.

W tym miej­scu star­tuję.

A więc pew­nego miłego, cichego popo­łu­dnia w mie­siącu lipcu bie­żą­cego roku…

Nie ciskaj kamie­niami, Boże

…ode­rwa­łam się od kompa, zdję­łam oku­lary, prze­tar­łam oczy i spoj­rza­łam przez otwarte okno. Z pię­tra roz­ciąga się cudowny widok na nasz las. Na leciut­kim wie­trze chwojki1 deli­kat­nie poru­szają gałąz­kami o sub­tel­nie zie­lo­nym odcie­niu, wokół roz­ta­czają się pia­ski pokryte siwym mchem islandz­kim, gdzie­nie­gdzie prze­bi­jają się ciem­no­zie­lone świeczki jałow­ców. To nasze Dobra­ty­cze, stara leśna wio­ska, z któ­rej dziś pozo­stało kilka chat, oży­wa­ją­cych jedy­nie latem – Brest region, Bela­rus.

Nastrój mia­łam kiep­ski.

Nie byłam zado­wo­lona ani z sie­bie, ani z tek­stu, który mi wycho­dził. A wła­ści­wie nie wycho­dził. Był dla mnie bar­dzo ważny, cza­sem nawet wyda­wało mi się, że jest to naj­waż­niej­sza rzecz w moim gene­ral­nie dość bez­sen­sow­nym życiu. Tekst pra­wie wydzie­ra­łam z sie­bie, nie mia­łam poczu­cia, że wypływa poto­kiem jak czy­sta woda ze stu­dzien­nego wia­dra. Nie zacze­pia, nie kąsa, nie chwyta za serce, nie wali w splot sło­neczny. Nie potra­fię – cóż za gorzka myśl – poru­szyć serc przy­szłych czy­tel­ni­ków. Znów nasa­dzi­łam na nos swoje kółka i skie­ro­wa­łam wzrok na moni­tor.

Dzia­dek był odra­ża­jący, ale nie prze­ra­ża­jący. Twarz blada, bli­zna od cię­cia sza­blą, jedno oko wybite. Ni­gdy się nie golił, rzadko strzygł, cze­sał się od wiel­kiego dzwonu, a wszy łaziły po nim bez skrę­po­wa­nia. Teraz wła­śnie sie­dział na maleń­kim sto­łeczku koło roz­pa­lo­nego pieca i patrzył, jak docho­dzi kasza z prosa. Natałka nato­miast leżała na przy­piecy2 i spo­glą­dała raz na dziadka, raz na cie­lątko. Wcze­śniej to dzia­dek cały czas leżał na przy­piecy, wsta­wał rzadko, może tylko, by coś zjeść, wyjść za chatę czy do psz­czół, ale kiedy latem naj­pierw umarł tato, potem brat, a potem mama, dzia­dek wstał z pieca i zaczął robić wszystko, i spał już teraz na ławie.

Dzia­dek krucz­kiem3 prze­cze­sał grudki żaru, które zaświe­ciły, zaśpie­wały, zami­go­tały i pokryły się popio­łem – lubiły, gdy ktoś ich doty­kał. Zza żaru, zza dymu nie czuć było zwy­kłego mdłego dziad­ko­wego zapa­chu – zapa­chu sta­rego czło­wieka, woni moczu i krowy. Dziwne, dzia­dek pach­nie krową, a cie­lątko – kro­wie dziecko – nie. Cie­lątko jest prze­piękne, ma łatkę na czole i Natałka bar­dzo się cie­szy, że dzia­dek wziął je na noc do chaty.

 

Natałka sły­szała, jak w lecie dzia­dek mówił mły­na­rzowi, że ona, Natałka, jego wnuczka, zgi­nie jak mucha na mro­zie. Nie rozu­miała, czemu mia­łaby zgi­nąć, ale cze­kała na zimę z lek­kim stra­chem. I pro­szę bar­dzo, minęła Pokrowa, przy­szedł Święty Łuka, zaczął się post, a wczo­raj, na Świę­tego Andrija, mocno się ochło­dziło i spadł śnieg. Muchy zgi­nęły, ale z Natałką nic złego się nie stało. Tylko ręce jej od śniegu drę­twieją i nogi mar­zną, i to wszystko. Ale żadna cho­roba jej się nie cze­pia, nie.

Natałka tro­chę się uspo­ko­iła. Tym bar­dziej że ma teraz cie­lątko, takie ślicz­niut­kie!

A czym jest cho­roba i jak się ona zaczyna, Natałka dobrze wie. Kiedy tato ostatni raz spła­wiał tra­twy, jak zawsze obie­cał Natałce przy­wieźć gości­niec z Gdań­ska. Ale kiedy wró­cił, ani gościńca, ani nawet zaję­czego chleba4 z sobą nie miał. Był blady i od razu się poło­żył. Szar­pał nim kaszel, gonił żołą­dek i tor­so­wało go. Po dwóch dniach zaczął się dusić i umarł. Natałka tak pła­kała, tak pła­kała na cmen­ta­rzu, kiedy go cho­wano… a jak wró­ciła do domu, brat poło­żył się na ławie i zasnął. A obu­dził się od tego, że trzę­sła nim gorączka, i od tego, że mamę tor­so­wało. Potem Natałka przez jakiś czas bała się zasy­piać, bo myślała, że też zacho­ruje we śnie albo obu­dzi się, a dzia­dek będzie chory. Ale ani jej, ani dziadka cho­roba nie wzięła. Czemu więc dzia­dek powie­dział wtedy mły­na­rzowi, że ona, Natałka, zgi­nie? Natałka gotowa była pomy­śleć, że dzia­dek, przy całej swo­jej mądro­ści, tym razem się mylił.

A w ogóle dzia­dek był bar­dzo mądry. Wszystko wie­dział. Dobrze racho­wał i Natałkę nauczył. Kie­dyś, kiedy dzia­dek jesz­cze nie pra­co­wał, tylko leżał, poka­zał bratu Natałki, jak się pisze bukwę „A”, czy coś tam. Napi­sał ją na śniegu, tylko Natałka chutko5 to zapo­mniała. Zda­rza się, że prosi dziadka, by znowu jej tę bukwę poka­zał, ale on nie ma czasu. Wtedy dzia­dek powie­dział, że aby czy­tać, trzeba znać jesz­cze dużo innych bukw, ale dzia­dek zna tylko „A” i wystar­czy. Na pewno, posta­na­wia Natałka na przy­piecy, trzeba będzie jesz­cze raz popro­sić dziadka, by poka­zał to „A”.

Fakt fak­tem, nie bar­dzo wia­domo, kiedy można by to zro­bić. Po śmierci mamy dzia­dek jest wiecz­nie zajęty i zaga­niany. Razem z naj­mitą i naj­mitką udało mu się zżąć pole, zwieźć kapu­stę i dynie, i całą resztę z ogrodu, przed zimą snop­kami wyło­żyć strze­chę, zro­bić gro­blę z igli­wia… A młó­cił, a drwa rąbał i piło­wał, a cho­dził za krową, za ptac­twem… Raz Natałka widziała, jak dzia­dek walił głową w uszak6. Było to wtedy, gdy buła­nek zaczął padać na przed­nie nogi. Cza­sem, gdy była głodna, Natałka pro­siła o coś do jedze­nia, a dzia­dek krzy­czał na nią: „Obżar­tu­cha!” albo „Nasram ci do gar­dła!” i zama­chi­wał się lej­cami lub czym tam miał pod ręką. Ale Natałka wie­działa, że rano albo wie­czo­rem dzia­dek roz­pali piec i ugo­tuje jedze­nie, dla­tego cier­pli­wie cze­kała. Wła­śnie teraz cze­kała na pro­sianą kaszę, i to jak cze­kała.

Otwie­rają się drzwi i wcho­dzi baba Rajina z Char­sów, Natał­czyna bab­cia ze strony mamy Chry­stii. Na przy­wi­ta­nie robi znak krzyża:

– Niech będzie pochwa­lony Jezus Chry­stus!

– Na wieki wie­ków! – odzywa się dzia­dek, pod­no­sząc głowę.

– No i mróz przy­szedł! – mówi bab­cia Rajina, wcho­dząc głę­biej. – A ja już myśla­łam, że zima będzie letka. Ale nie. A wy jesz­cze w piecu pali­cie? – pyta nie wie­dzieć czemu, bo prze­cież widać, że palą.

Natałka od razu się nastro­szyła. Nie­spe­cjal­nie lubiła swoją bab­cię ze strony mamy. Była za bar­dzo „co to nie ona”, jak mówił o niej dzia­dek.

Bab­cia zdjęła kożuch, zro­biła kilka kro­ków, zosta­wia­jąc na pole­pie ślady śniegu, i sia­dła na ławie. Za oknem po tro­chu się roz­wid­niało. Ponad śnie­gami wsta­wał zimowy pora­nek, roz­pa­lała się zorza.

– Pro­szę, swaku, przy­nio­słam wam olej konopny – bab­cia roz­wią­zuje węze­łek i wyj­muje nie­wielki dzba­nu­szek – wczo­raj wyci­śnięty.

Natałka cie­szy się: może dzia­dek okrasi ole­jem proso. A może nie okrasi.

Dzia­dek nie chce gościńca, ale potem prze­lewa olej do obszczer­bio­nego gar­nuszka. Następ­nie wyj­muje proso z pieca, sta­wia na stole, no i okra­sza świe­żym ole­jem. Zapra­sza bab­cię Rajinę, woła też Natałkę. Teraz bab­cia odma­wia, i to nawet po dwa­kroć, ale potem siada do stołu. Natałki drugi raz wołać nie trzeba. Przy stole dzia­dek roz­py­tuje bab­cię, co tam sły­chać w Char­sach, bab­cia opo­wiada, że wszystko Bogu dzięki. Że już zmłó­cili żyto, że Fedora poda­ro­wała cer­kwi nową ikonę, którą kupiła w mona­ste­rze jabłe­czyń­skim, że sto­la­rze char­sow­scy dostali duże zamó­wie­nie z kahału bere­stec­kiego, że jej, Rajiny, synowa uro­dziła chłop­czyka…

– Oddaj­cie mi, swaku, Natałkę. Dopóki synowa, ska­ra­nie boskie, cho­dzić nie może, Natałka będzie mi poma­gać. I wam to ulży – nie będzie­cie musieli jej kar­mić. Jak czło­wiek sam żyje, to raz zje, raz nie zje, a o dziecko dbać trzeba. Sześć lat już ma?

Dzia­dek mil­czy, opusz­cza nie­cze­saną głowę, a po zasta­no­wie­niu odpo­wiada:

– Pięć. Sześć będzie na Zwia­sto­wa­nie w przy­szłym roku.

– No ot! – cie­szy się baba Rajina.

Teraz dzia­dek spo­gląda na Natałkę.

– Nie pójdę – mówi ona i łzy spły­wają jej po policz­kach do pustej już miski, którą przy­su­nęła bli­żej, by wybrać pal­cem resztki prosa. Ona nie chce iść od dziadka w obce miej­sce.

Ale słońce jesz­cze wzejść nie zdą­żyło, jak już idzie z babą po jej śla­dach do Char­sów. Bab­cia nie­sie nie­wiel­kie zawi­niątko z pustym dzba­nusz­kiem i Natał­czy­nymi łachami. Natałkę ubrali w suk­manę po zmar­łym bra­cie, rękawy za dłu­gie, więc w dło­nie jej cie­pło, ale poły prze­szka­dzają, zamia­tają śnieg, plą­czą się pod nogami. Wiatr, na szczę­ście, wieje w plecy, tak łatwiej iść, ale cza­sem jego podmu­chy są tak silne, że Natałka ma wra­że­nie, jakby ktoś rzu­cał jej w plecy kamie­niami. Ona wie, co to zna­czy. Kie­dyś dzieci w Pry­łuku rzu­cały kamie­niami w nią i mamu­się i krzy­czały:

– Wiedźma! Wiedźma!

Natałka idzie za bab­cią, zgar­nia­jąc śnieg połami suk­many po bra­cie. Ogląda się – dzia­dek stoi przy kowo­ro­cie7, patrzy w ślad za nią.

…Nie wie­działa wtedy, że widzi dziadka po raz ostatni. I dopiero wiele lat póź­niej zro­zu­miała, dla­czego bab­cia Rajina zabrała ją do sie­bie.

W tym momen­cie war­kot samo­chodu za oknem ode­rwał mnie od czy­ta­nia. Nie­źle, ale i tak trzeba prze­ra­biać, wzmac­niać, za mało prze­ko­nu­jące – prze­kaz musi być bar­dziej pre­cy­zyjny, nie udaje mi się oddać prawdy i szcze­gó­łów z życia sie­dem­na­sto­wiecz­nych ludzi tak, by były zro­zu­miałe dla roz­piesz­czo­nego lek­ko­ścią naszego bytu współ­cze­snego czło­wieka – pomy­śla­łam i skie­ro­wa­łam uwagę na nad­wor8. O, Łenka przy­je­chała – Zorza nad Bugiem. Naci­snę­łam „zapisz”, kółka z nosa odło­ży­łam obok kla­wia­tury, by ich potem nie szu­kać, i zbie­głam na dół przy­wi­tać kole­żankę.

Łenka Zor­nycka to moja stara przy­ja­ciółka, do pew­nego stop­nia moja miłość i natchnie­nie. Łenka, Oksanka to nasze kole­żanki od zawsze. Dla mnie i dla mojej sio­stry bliź­niaczki Ulanki są bliż­sze niż nie­je­den bli­ski. Odwie­dziny Łenki – co prawda z cza­sem coraz rzad­sze – były dla mnie jak powiew świe­żej bryzy, bosko prze­wie­trza­ją­cej mózg i raz za razem zaszcze­pia­ją­cej w nim nowe pomy­sły. Ucie­szy­łam się więc, nastrój mi się popra­wił. Może i tym razem obec­ność Łenki roz­pali we mnie jakąś świa­tłą myśl, nową wizję? Czy bodaj mam kawę?

Na szczę­ście kawa się nie skoń­czyła, więc pięć minut póź­niej Łenka i ja sie­dzia­ły­śmy na ganku i popi­ja­ły­śmy ją z ogrom­nych meta­lo­wych kub­ków jesz­cze z cza­sów naszego dzie­ciń­stwa.

Po wie­ko­pom­nej burzy, która znisz­czyła wiele rze­czy w naszym regio­nie, a zwłasz­cza chatę naszej babci Mokryny w Dobra­ty­czach, posta­no­wi­ły­śmy z sio­strą ją odbu­do­wać. No jak „my”? Sio­stra posta­no­wiła, bo bab­cia Mokryna zosta­wiła chatę w spadku jej wła­śnie. I choć Ulanka zapro­po­no­wała, by w tym – bez wąt­pie­nia bli­skim memu sercu – Domu wydzie­lić pokój dla mnie, doszłam do wnio­sku, że może warto, byśmy jed­nak miesz­kały oddziel­nie. Bo wpraw­dzie jeste­śmy bliź­niacz­kami, i rze­czywiście jest mi bli­ska zarówno ona, jak i jej rodzina, ale każda z nas ma swoje życie… Im dłu­żej żyjemy, tym bar­dziej roz­ra­stają się nasze oso­bi­ste krzaki – i u każ­dej już kwitną swo­imi kwia­tami i swo­imi kolo­rami. Każda z nas coraz bar­dziej po swo­jemu zaczęła odczu­wać czas… A i bab­cia z jakie­goś powodu zapi­sała chatę tylko na sio­strę, a nie na nas obie… Dla­tego w tejże wła­śnie myniu­cie (tak, tak, myniu­cie – wła­śnie tak u nas mówią), kiedy sie­dząc na ganku odno­wio­nej chaty w Dobra­ty­czach, popi­ja­ły­śmy z Łenką Zorzą nad Bugiem kawę, z uwagą wysłu­chi­wa­łam wie­ści, że kolej sprze­daje Budkę.

A było to tak.

Wła­śnie dole­wa­łam z kaw­nika gorącą słodką czarną kawę, gdy zza rogu chaty wyło­nił się Ste­pan Petru­kiw – ziem­lo­mier z Pry­łuku, czło­wiek wielce rado­sny i kocha­jący życie – z jaki­miś swo­imi ziem­lo­miernymi przy­rzą­dami pod pachą. Zapewne albo szedł do roboty, albo – bio­rąc pod uwagę jego stan – z tejże roboty wra­cał. Zoba­czył nas, ostro zagiął tra­jek­to­rię i pod­szedł do płota.

– Roz­kwi­tały jabło­nie i gru­sze. Prawy Sek­tor ku brze­gowi szedł – odśpie­wał na przy­wi­ta­nie, zasa­lu­to­wał tymże swoim ziem­lo­mier­nym jakimś przy­rzą­dem i poszedł dalej, w kie­runku drogi. Kilka sekund póź­niej usły­sza­ły­śmy, jak trza­snęły drzwi samo­chodu, który Ste­pan naj­wy­raź­niej zosta­wił za krza­kiem lesz­czyny, tam gdzie nasza stara droga sta­wała się nie­prze­jezdna. Zawar­czał sil­nik i ziem­lo­mier odje­chał.

Wła­śnie wtedy Łenka odpro­wa­dziła go wzro­kiem i rze­kła po rosyj­sku:

– A ty sły­sza­łaś, Ałła, że Budkę wysta­wiono na sprze­daż? Przy­po­mnia­łam sobie, jak zoba­czy­łam Ste­pana. Nie­dawno opo­wia­dał, że mie­rzył tam działkę, by można było przy­go­to­wać doku­menty. Tylko kto ją kupi? Tuż przy torach, bez wygód, bez niczego… Cho­ciaż z dru­giej strony, dobre miej­sce, czy­ste, pole, rzeka, las w pobliżu…

(Nie­zbędne wyja­śnie­nie. Tak, Ste­pan i Łenka, jak wielu z nas tutaj, na Bere­stejsz­czyź­nie, mówią po rosyj­sku. Dla Łenki jest to język ojczy­sty, jej dziad­ko­wie przy­je­chali do Brze­ścia z Rosji jesz­cze w cza­sie wojny jako mło­dzi leka­rze, a rosyj­ski mojego kra­jana i dale­kiego krew­nego Ste­pana to sku­tek dzie­się­cio­leci maso­wej rusy­fi­ka­cji i rosyj­sko­ję­zycz­nej szkoły. Co prawda Łenka, gdy tro­chę wypije i chce podrwić z mojego języ­ko­wego uporu, roz­ma­wia ze mną po ukra­iń­sku, a Ste­pan robi to wtedy, gdy jest zupeł­nie trzeźwy i dys­ku­tu­jemy na poważne tematy. Obecna sytu­acja była wręcz odwrotna).

Zamy­śli­łam się nad wadami i zale­tami Budki.

I tak to się wszystko zaczęło, i wła­śnie dla­tego już mie­siąc póź­niej…

1 Chwojka (dial.) – sosna (wszyst­kie przy­pisy tłu­maczki). [wróć]

2 Przy­pieca (dial.) – przy­pie­cek. [wróć]

3 Kru­czek (dial.) – pogrze­bacz. [wróć]

4 Zaję­czy chleb – małe bochenki chleba z dodat­kami, np. suszo­nymi jago­dami, jabł­kiem czy sło­niną, wypie­kane na liściach klo­no­wych lub kapu­ścia­nych. [wróć]

5 Chutko (dial.) – szybko. [wróć]

6 Uszak (dial.) – rama drzwi lub okna. [wróć]

7 Kowo­rot (dial.) – brama. [wróć]

8 Nad­wor a. nad­wór (dial.) – podwó­rze. [wróć]

Rzu­caj ziarna wia­do­mo­ści

…szłam po torach i recy­to­wa­łam:

Stoi góra pośród gaju,

 

Sama nie wiem, w jakim kraju.

Poto­czy­łam się jak śli­weczka,

Obu­dzi­łam się jak dzie­weczka.

Ja, pięć­dzie­się­cio­let­nia, tro­chę ułomna Ałka Boby­lowa, idę, kuś­ty­kam, po torach z Dobra­tycz do Budki, po roz­grza­nych let­nim słoń­cem pod­kła­dach kole­jo­wych, czła­pię mię­dzy dwiema gorą­cymi szy­nami. Czuję, że szczę­ście się do mnie uśmiech­nęło. Nasze tory poło­żono jesz­cze za cara – nawet wyglą­dają pra­wie tak samo jak wtedy i pra­wie tak samo jak wtedy są wyko­rzy­sty­wane. Rano i wie­czo­rem toczy się po nich pociąg spa­li­nowy rela­cji Brześć–Wło­dawa (choć do Wło­dawy, która została po pol­skiej stro­nie gra­nicy, od dawna już nie kur­suje, dojeż­dża tylko do Toma­szówki), a koło połu­dnia elek­tro­wóz cią­gnie nie­wielką towa­rową ciuch­cię. Zanim Dobra­tycze ozna­czono na mapach skró­tem nie­zam.1, dzieci spę­dza­jące waka­cje u dziad­ków pod­bie­gały do torów, by poma­chać pocią­gom – i maszy­ni­ści obo­wiąz­kowo gwiz­dali im na przy­wi­ta­nie. Na drobny żwir torów napły­wają fale mło­dych chwo­jek, roz­chod­ni­ków, polnych goź­dzi­ków. Pach­nie żywicą z pod­kła­dów i chwoj, tymian­kiem i roz­grza­nym pia­skiem. Zda­rza się, że wier­sze same cisną mi się do ust. Wła­śnie nad­szedł taki moment. I choć nie mam się do kogo ode­zwać, roz­ma­wiam sama z sobą, wygłu­piam się i cie­szę chwilą.

Wstała, ręce otrze­pała,

Sukienkę ubrała,

Usia­dła na kratę –

Kupiła se chatę.

W pla­sti­ko­wej torebce, owi­nię­tej w płó­cienny worek scho­wany do małej kosme­tyczki leżą­cej w dużej tor­bie, niosę 20 tysięcy dola­rów gotówką. Gesze­fty i gestalty. Wła­śnie tyle kosz­tuje Budka, którą dzi­siaj sobie kupuję. Budka – miłość moja. Pierw­sza nie­ru­cho­mość, którą w ciągu pięć­dzie­się­ciu lat życia naby­wam dla sie­bie – wła­śnie ja, wła­śnie dla sie­bie. Bo wcze­śniej kupo­wa­łam dla kogoś albo ktoś dla mnie.

Pro­sił kupić mu na raty

Jak nie chatę, bodaj kwiaty.

Ani kwia­tów, ani chaty

Nikt nie kupił mu na raty!

Tak czy ina­czej, zia­renko wie­ści przy­nie­sio­nych przez Zorzę nad Bugiem padło na podatny grunt.

„Budka” to lokalna nazwa domu przy kolei. Za Pol­ski w biu­ro­kra­tycz­nym żar­go­nie „bud­kami kole­jo­wymi” nazy­wano typowe miesz­ka­nia służ­bowe dla rodzin kole­ja­rzy – budynki, które stały tuż przy torach. Jedna taka „budka kole­jowa” – nasza – znaj­do­wała się nie­da­leko Dobra­tycz, na sie­dem­na­stym kilo­me­trze odcinka Brześć–Wło­dawa. My nazy­wamy ją po pro­stu Budką. Kamienny, pobie­lony budy­nek z dwoma miesz­ka­niami, z zabu­do­wa­niami gospo­dar­skimi w postaci sto­doły i obory, z ław­kami przed domem i sta­rym sadem, gdzie jabłonki przy­po­mi­nają raczej dęby, z przy­bu­dówką, w któ­rej pozo­stał róż­nego rodzaju sprzęt kole­jowy.

Kiedy byłam dziec­kiem, miesz­kała tu „kole­jowa” Żośka i jej dzieci – Tonia i Taras. Ulanka i ja codzien­nie bie­ga­ły­śmy do nich, codzien­nie też Taras i Tonia przy­cho­dzili do nas. Wiele mnie łączyło z Budką. Wła­śnie w Budce po raz pierw­szy w życiu, w wieku sied­miu lat, skosz­to­wa­łam wódki, która trzy­dzie­ści lat póź­niej dopro­wa­dziła mnie do alko­ho­li­zmu… To tu Taras ura­to­wał mi życie, bro­niąc przed Much­ta­rem. Do tej pory noszę na mięk­kim, mówiąc deli­kat­nie, miej­scu ślady zębów tego wil­ko­łaka… Potem ich rodzina dokądś wyje­chała… Gdzie teraz jeste­ście, Tara­sie i Toniu?

Choć Budkę zbu­do­wali Polacy za sana­cji, to ponoć za cara, a może nawet i wcze­śniej, stała w tym miej­scu chata, w któ­rej od wie­ków miesz­kała rodzina nie­ja­kiej Natałki Czar­nej Książki, ale nie znam szcze­gó­łów; trzeba by Oksankę wypy­tać.

A w ogóle to miej­sce od dawien dawna nazy­wało się Lisi Chwost.

Chwost, chwost. Wsłu­cha­łam się w sze­lesz­czące słowo, kosz­tu­jąc jego smak. To było słowo z innej epoki, z cza­sów, gdy mżawka uno­siła się nad nie­wiel­kim polem i roz­le­głymi bło­tami, nad wąską ubitą drogą, po któ­rej jechała-dud­niła dru­żyna jeźdź­ców; z cza­sów, gdy sta­rzy ludzie byli zawsze mądrzejsi od mło­dych; z prze­szło­ści, którą utra­ci­li­śmy – w każ­dym tego słowa zna­cze­niu; odrą­ba­li­śmy jej głowę, pod­cię­li­śmy lisowi chwost. „Mykoło, a ty wiesz, jak te prze­klęte Moskale mówią na lisa? – Nie, jak? – Lisi-i-i-ca”.

No prze­cie. A ja jesz­cze pamię­tam tamte czasy – nie­po­tur­bo­wane.

Ale niech tam, chodźmy dalej. Nie ma do czego wra­cać.

W tej norze na górze

Ostrzy lis pazury.

Prze­biegł pod mostem,

Poma­cha mi chwo­stem.

To jest lis Mykyta –

Trzy­kroć dupa bita.

Teraz tu mówią po rosyj­sku. W Wiki­pe­dii piszą po rosyj­sku: „Lis Nikita2 – fik­cyjny lis z bajki Iwana Franki”… Kto tu pamięta teraz Iwana Frankę, Tarasa Szew­czenkę czy Kwitkę, zna­czy, Osnow­ja­nenkę? Kto tu sły­szał o eks­pre­syw­nym Sosiu­rze? O Stu­sie? O Łesi3, która miesz­kała tuż obok? Nie ma ani lisa, ani chwo­stu, ani Lisiego Chwo­stu, a nawet nazwa „Budka” koń­czy swój żywot. Ponoć to nie­istotny efekt wiel­kiego prze­su­nię­cia tek­to­nicz­nego. Nie znamy tych, ale znamy tam­tych; nie mówimy w swoim języku, ale mówimy w innym – jakie to ma zna­cze­nie?

Tak sobie myśla­łam, ska­cząc po torach.

Do Budki mia­łam już bli­sko – już widać było domo­stwo. Trzeba tylko przejść przez moste­czek nad dawno wyschniętą rzeką – a stam­tąd to już może z jakieś trzy­sta metrów. Bie­głam drob­nymi kro­kami, sta­ra­jąc się stą­pać po pod­kła­dach kole­jo­wych. I nagle usły­sza­łam czyjś płacz – cie­niutki, cichutki. Tak mógłby pła­kać syn Mariji Sier­huc, boha­terki powie­ści, którą wła­śnie piszę.

Zatrzy­ma­łam się. Co to? Rozej­rza­łam się wokoło. Żywej duszy. Jasny letni dzień, wiatr koły­sze trawą. Nagle ktoś zawo­łał mnie po imie­niu – wzdry­gnę­łam się i znowu rozej­rza­łam. Nie było nikogo. Prze­sły­szało mi się, pomy­śla­łam – zda­rza się, że w letni, koniecz­nie gorący dzień, koniecz­nie na pustej dro­dze nagle ktoś woła cię po imie­niu. Mówią, że to śmierć twoja… Mój rado­sny, poetycki nastrój pry­snął. Mia­łam wra­że­nie, że nagle tuż przy mnie coś mignęło – jakby jakiś ruch, jakiś prze­błysk. Ale nie, nikogo nie było. Sta­łam przy samym mostku; spod niego powiało chło­dem… Zro­biło mi się strasz­nie, ale wzię­łam się w garść, zeszłam na dół i zaj­rza­łam pod mostek. Nie do końca to był mostek, raczej beto­nowy tunel pod torami. Kie­dyś prze­pły­wała nim rzeczka, a teraz mógłby tędy prze­je­chać, powiedzmy, samo­chód oso­bowy albo przejść wypro­sto­wany czło­wiek. Ale w tej chwili tunel był zupeł­nie pusty, widzia­łam go na prze­strzał. Nie było w nim nikogo ani niczego.

Cisza. Czu­łam, jakby kryła się w niej groźba, więc ile sił w nogach pobie­głam do Budki. Wewnętrzny głos mówił mi, że ta cała sytu­acja to zły omen, że coś mnie prze­strzega, by nie kupo­wać Budki, że jesz­cze mogę zre­zy­gno­wać… Ale głu­pio mi było przed ludźmi, z któ­rymi się umó­wi­łam – nie­ład­nie, tak się nie robi, wyjdę na kre­tynkę.

Szkoda, że nie posłu­cha­łam wewnętrz­nego głosu.

Cho­ciaż tak naprawdę niczego by to nie zmie­niło – mogę to przy­znać po fak­cie.

No cóż, stało się, umowa kupna-sprze­daży Budki została pod­pi­sana, pie­nią­dze z tore­bek wyjęte, prze­li­czone i prze­ka­zane wiecz­nie ponu­remu sprze­da­ją­cemu, który na tęże chwilę lekko się roz­ch­mu­rzył.

Wró­ci­łam do domu po cał­kiem uda­nym i niczym nie­zmą­co­nym pro­ce­sie dopeł­nia­nia for­mal­no­ści oraz prze­ka­zy­wa­nia pie­nię­dzy byłym już wła­ści­cie­lom i znów zasia­dłam do kompa. Cią­gle męczyło mnie słowo „chwost”. Czę­sto mi się zda­rza, że jakieś cał­kiem obce słowo w zupeł­nie nie­zro­zu­miały spo­sób inspi­ruje mnie do pisa­nia i ini­cjuje pozor­nie nie­zwią­zane ze sobą histo­rie.

Jesz­cze pamię­tano barok, winiety z tajem­ni­czej czerni cza­sów jesz­cze roz­cią­gały swe fali­ste ogony, jesz­cze prze­bi­jały mgli­ste wspo­mnie­nia o jezu­ic­kim teatrze baro­ko­wym w Kobry­niu z żakami akto­rami, gdy w Brze­ściu pano­wał już rów­no­le­gły i pro­sto­pa­dły kla­sy­cyzm rosyj­ski, dzi­waczne wały twier­dzy brze­skiej już ota­czały dawny Brześć, a brze­skie damy filan­tropki zarzu­ciły nosze­nie tur­niur. Nato­miast kobiety z Dywy­no­wego zre­zy­gno­wały z pod­wik, gdy gene­ra­ło­wie i konio­krady pierw­szej wojny świa­to­wej ruszyli chło­pów z miej­sca i prze­pę­dzili do Bataj­ska. Wygna­nie. Oto tak­tyka rosyj­skiej armii: zosta­wić Niem­com gołą i pustą zie­mię. W Bataj­sku, pośród stepu, nad Donem, pod­wik już nie noszono, a może nawet ni­gdy ich tam nie widziano, i dywy­no­wi­czanki po pra­wie czte­rech latach rów­nież nało­żyły chustki. Dwo­rzec w Brze­ściu zbu­do­wano jakieś pół wieku wcze­śniej i wła­śnie tu powra­cali wypę­dzeni dywy­no­wi­cza­nie w nie­nor­mal­nie cie­płym lutym, a może na początku rów­nież nie­zwy­kle cie­płego marca 1919 roku. Jechali w wago­nach towa­ro­wych. Ci, co mieli głowę na karku, wieźli ze sobą car­skie złote czer­wońce, ci bar­dziej nie­fra­so­bliwi – papie­rowe bank­noty, a takie jak Sier­hu­cowa i Pana­siu­kowa – dzieci, które uro­dziły się wśród kubań­skiego stepu, na żyznym czar­no­zie­mie, i w dodatku tego samego dnia – w święto Zwia­sto­wa­nia. Pierw­sza na peron brze­skiego dworca zesko­czyła Domna Sier­huc. Jej kole­żanka, Marfa Pana­siuk, naj­pierw podała omo­taną córkę Domny, Manię, a następ­nie swoje dro­gie zawi­niątko – Peła­hiję, po czym sama też wydo­stała się z wagonu. Po dłu­giej trzę­są­cej podróży posta­wie­nie stopy na twar­dym grun­cie było czymś nie­zwy­kłym – czło­wiek miał wra­że­nie, jakby cią­gle jechał, jakby cią­gle nim koły­sało… Marfa ode­brała swoją córkę od Domny. Młode kobiety rozej­rzały się. Ogromny peron wypeł­niony był ludźmi… Stali tu chłopi nie tylko z Dywy­no­wego, ale także z innych wsi Bere­stejsz­czy­zny. Mężo­wie Domny i Marfy pobie­gli już na plac przed dwor­cem, by wyna­jąć wóz z końmi, który zawie­zie ich do Dywy­no­wego. Tak naprawdę cały doby­tek dwóch rodzin mógłby się zmie­ścić na jed­nym wozie, choć wtedy mężo­wie pew­nie musie­liby iść obok, ale teraz, w takiej hur­mie, pro­ble­ma­tyczne mogło być zna­le­zie­nie choćby jed­nego fur­mana…

Głosy ludzi, któ­rzy prze­cho­dzili obok, stali w grup­kach, śmiali się i krzy­czeli, mie­szały się ze sobą, roz­pa­dały, wiro­wały jak maleń­kie cyklony i uno­siły wysoko, zapewne do Boga.

No idźże… No stójże… Zamie­sza­nie i otę­pie­nie.

Drobny stary Marko o prze­zwi­sku Trzy Sie­kiery zdjął czapkę i żegnał się na cztery strony świata.

Jego sta­reńka sąsiadka Sawieta tuliła do piersi wikli­nowe pudełko i rów­nież robiła znak krzyża. Kła­niała się i nie zwra­cała uwagi na nic, dopóki wnuk, chłop­czyk może dzie­się­cio­letni, w całym tym zamie­sza­niu nagle nie zaczął dokądś biec.

– A dokąd cię cho­lera nie­sie? – Zmiana porządku z boskiego na powsze­dni nastą­piła w oka mgnie­niu. – Stój, dokąd to? – Po czym Sawieta chutko niczym młódka rzu­ciła się za chłop­cem, prze­ci­na­jąc mu drogę i łapiąc ucie­ki­niera.

– Chwała Ci, Jezu Chry­ste – stara znów się modli, pod­czas gdy jej rodzina wyła­do­wuje z wagonu manatki.

Nikt nie wyszedł im na spo­tka­nie, bo nikogo nie było. Wszy­scy wra­cali. Mieli za sobą długą drogę, pra­wie pięć lat wymu­szo­nego wygna­nia… I choć ani Domka, ani Marfa ni­gdy wcze­śniej nie były w Brze­ściu – gdy je wypę­dzono, naj­pierw szły pie­szo, a do pociągu wsia­dły dopiero w Bobruj­sku, jak już oddały wła­dzom bydło, które począt­kowo szło razem z ludźmi – cho­ciaż ni­gdy nie były one w Brze­ściu, teraz, na tym pero­nie na tyłach sta­cji, gdzie wyra­stały pira­midy z wor­ków, skrzyń, waliz, obie jed­no­cze­śnie poczuły, że są w domu. Teraz już droga będzie lekka, teraz już wszystko będzie dobrze: prze­cież są w domu. Udręki prze­trą­co­nego przez wygna­nie życia, egzy­sten­cja w obcym kraju, strach przed śmier­cią – zbyt czę­sto dywy­no­wi­cza­nie cho­wali swo­ich krew­nych w płyt­kich gro­bach przy dro­dze, zbyt czę­sto na sta­cjach wyno­sili z wago­nów mar­twe ciała, zbyt wielu pozo­stało na cmen­ta­rzach Bataj­ska – strach przed utratą pier­wo­rod­nych, kolejne zmiany wła­dzy, nie­pew­ność i to nagłe poczu­cie, że wresz­cie nad­szedł kres tego wszyst­kiego, że wyrwana i zawie­ziona na kraj świata kalina znów nie­ba­wem zosta­nie wetknięta we wła­sny, wła­śniu­sieńki, ogró­dek i znów puści korze­nie – wzru­szone tymi myślami młode kumy mocno się objęły i uca­ło­wały.