Matki z Lovely LaneTekst

Z serii: Lovely Lane #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE MOTHERS OF LOVELY LANE

Copyright © Nadine Dorries, 2017

First published in the UK in 2017 by Head of Zeus Ltd

All rights reserved.

Projekt okładki

Madeline Meckiffe

Zdjęcie na okładce

© Colin Thomas and Popperfoto/Getty Images

Redaktor prowadzący

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8169-928-0

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla mojej najlepszej przyjaciółki Alison

i dla wszystkich matek na całym świecie.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Lipiec 1954 roku

Od wydarzeń, które wstrząsnęły szpitalem St Angelus i jego pracownikami, minęły trzy tygodnie. Teddy Davenport, jeden z najpopularniejszych młodych lekarzy, a jednocześnie ukochany Dany Brogan, jednej z najpopularniejszych studentek pielęgniarstwa, omal nie stracił życia. Jechał do portu, aby odebrać Danę, która wróciła właśnie z wakacji na rodzinnej farmie w zachodniej Irlandii, gdy nagle prosto pod koła jego rozpędzonego samochodu weszła młoda kobieta w ciąży. Dana siedziała nieopodal na walizce i widziała wypadek na własne oczy.

W ciągu kilku kolejnych dni po wypadku Teddy wiele godzin spędził na stole operacyjnym. Pacjenci i pracownicy wstrzymywali oddech, trzymając kciuki za jego powrót do zdrowia. Młody lekarz kilkakrotnie otarł się o śmierć, a do życia udawało się go przywrócić dzięki nowej technice resuscytacji odkrytej niedawno w Ameryce i wprowadzanej na grunt szpitala St Angelus przez doktora Anthony’ego Mackintosha. Gdy pod wpływem szoku serce Teddy’ego przestawało bić, wówczas doktor Mackintosh przywracał mu normalny rytm. Ostatecznie Teddy wymknął się śmierci dzięki sprawności doktora Mackintosha i heroicznym wysiłkom chirurga ortopedy, pana Mabbutta1. Wszyscy byli tego w pełni świadomi.

W trudnych chwilach Dana mogła liczyć na wsparcie najbliższych przyjaciółek i współlokatorek z domu pielęgniarek przy Lovely Lane – Pammy Tanner, Victorii Baker i Beth Harper. Teddy rozpoczynał właśnie długą rekonwalescencję na męskim oddziale ortopedycznym, a ona spędzała u jego boku tyle czasu, ile tylko mogła. Po dziewięciogodzinnej zmianie na oddziale zostawała jeszcze, za zgodą siostry przełożonej, cztery przy ukochanym, wspierając go w trudnych chwilach.

Znajomi i współpracownicy Teddy’ego byli głęboko poruszeni jego wypadkiem i poważnym stanem. W gazecie „Liverpool Echo” napisano o tym zdarzeniu na pierwszej stronie. Dla pielęgniarek, portierów i pracowników pomocniczych szpitala ten dzień stanowił punkt zwrotny w dziejach St Angelus. Był jak katalizator, który zmusił wszystkich do pogodzenia się z nowymi realiami powojennego świata, w którym istnieje NHS i narzucony przez agencję porządek. Dla przełożonej pielęgniarek i części kadry dzielnie stawiającej opór nowym zasadom stało się jasne, że nie da się z tą rzeczywistością dłużej walczyć.

Pan Mabbutt, fizycznie i psychicznie wyczerpany po wielogodzinnej operacji Teddy’ego, głośno domagał się zmian. Gdy po ostatnim zabiegu odszedł od stołu, stanowczym tonem oświadczył, że St Angelus nie może dłużej tak funkcjonować.

– Nie jestem w stanie operować w tak prymitywnych warunkach! – krzyknął, uderzając pięścią w lampę wiszącą nad stołem operacyjnym.

Oddziałowa z bloku operacyjnego z przerażeniem przyglądała się, jak wklęsła metalowa obudowa szaleńczo kołysze się na boki. Od ponad dwudziestu pięciu lat towarzyszyła panu Mabbuttowi podczas najtrudniejszych operacji, z wyprzedzeniem podsuwając mu sprzęty, których miał za chwilę potrzebować, ocierając mu pot z niegdyś gładkiego czoła, które z czasem pokryła coraz gęstsza sieć zmarszczek. To był człowiek, któremu nikt nigdy niczego nie odmawiał, bo wszyscy bali się jego ataków na „cholerne pielęgniarki”, „cholernych pacjentów”, „cholerny bajzel”, a nawet na „cholerną oddziałową”, ale tak wściekłego jego wieloletnia towarzyszka broni jeszcze nigdy go nie widziała.

– Ta cholerna wojna skończyła się lata temu, do cholery! Na litość boską, potrzebujemy nowych sal operacyjnych, lepszego sprzętu i więcej cholernych wykształconych pielęgniarek. Cóż jest nie tak z tymi cholernymi członkami zarządu, którym się wydaje, że naprawiają świat?

Oddziałowa w sali operacyjnej liczyła właśnie zakrwawione tampony, gdy zauważyła łzy w oczach młodej pielęgniarki porządkującej opatrunki. Pan Mabbutt ją przeraził. Przerażał ją zawsze, gdy krzyczał, ale teraz zarówno ona, jak i wszyscy w pobliżu struchleli na myśl o tym, że jeśli chirurg jeszcze raz się zamachnie, to lampa znad stołu spadnie i roztrzaska się na podłodze.

– Tu się operuje jak w cholernym szpitalu polowym. A mnie się wydawało, że te lata mam już za sobą. NHS obiecało coś poprawić, a nie utrudniać. Żądam, do cholery, nowej sali operacyjnej. Wszyscy potrzebujemy nowej sali operacyjnej, bo w przeciwnym razie połowa pacjentów, która tutaj trafi, umrze. To w sumie niewiarygodne, że doktor Davenport się wykaraskał. Niech tu przyjdzie cholerna siostra przełożona, i to już!

Wrzaski i przekleństwa pana Mabbutta było słuchać piętro niżej, niosły się echem po szpitalnym korytarzu. Chodzący pacjenci, którzy siedzieli na krzesełkach w poczekalni oddziału nagłych wypadków i czekali na doktora Mackintosha, unieśli głowy znad egzemplarzy „Liverpool Daily Post” i spoglądali na siebie z lekkim zaniepokojeniem.

Przełożona pielęgniarek dobrze znała pana Mabbutta, więc jego wybuchy i przekleństwa nie robiły na niej wrażenia. Zdążyła do nich przywyknąć. To ona tu wszystkim trzęsła, choć zapewne poza nią i panem Mabbuttem nikt nie zdawał sobie sprawy, że on boi się jej bardziej niż ona jego. Minęło już wiele lat od dnia, gdy zrugała go za zachowanie wobec jednej z młodych pielęgniarek. Był wówczas zaręczony, więc przełożona wezwała go do siebie i w ostrych słowach udzieliła reprymendy. On wtedy zmienił swoje postępowanie, a ona obiecała mu absolutną dyskrecję i nigdy nie złamała danego słowa. Pan Mabbutt nie lubił jednak, kiedy ktoś przypominał mu o tym, jak omal nie utracił miłości swojego życia, z którą od tamtej pory przeżył w małżeństwie wiele szczęśliwych lat. Dlatego starał się nie nastąpić siostrze przełożonej na odcisk. Jego dawna przewina stanowiła jej tajną broń przeciwko niemu. Dlatego chyba tylko ona jedna w całym szpitalu potrafiła zapanować nad jego wybuchami złości. Tym razem posłała po doktora Gaskella, najstarszego stażem i rangą lekarza, któremu ufała bardziej niż komukolwiek innemu.

Dwadzieścia minut później doktor Gaskell przekroczył próg saloniku konsultantów. Pan Mabbutt zdążył już nieco ochłonąć, choć jego wzburzenie wciąż napawało lękiem nową gospodynię doglądającą tego pomieszczenia.

– Proszę mi przynieść herbatę i grzankę. Ale migiem! Nie jadłem od dziesięciu godzin – zażądał nieuprzejmym tonem.

Gospodyni omal papci nie pogubiła, biegnąc do kuchni, aby bezzwłocznie spełnić jego polecenie. Konsultanci cieszyli się powszechnym szacunkiem, a wszyscy pracownicy szpitala odnosili się do nich z czcią niemal nabożną. To oni sprowadzali na świat nowe życie, to oni ratowali je w krytycznych momentach, to oni patrzyli, jak gaśnie. Trudno było w związku z tym się dziwić, że tym mężczyznom w białych kitlach przypisywano status bliski bogom.

– Doktor Davenport żyje i to jest cholerny cud – powiedział pan Mabbutt do doktora Gaskella, gdy ten rozsiadał się w fotelu. – Zwłaszcza że nie mamy w sali operacyjnej tych nowych respiratorów. Nie mamy też ani takich leków, ani takiego sprzętu jak nowe szpitale w Londynie czy Birmingham. – Wyrwał gospodyni z ręki talerzyk i pochłonął grzankę w trzech kęsach. – Mam tyle pracy, że mnie to wykańcza. Wiedział pan, ilu ostatnio ludzi przyjmuje się na oddziale nagłych wypadków? Codziennie składam złamaną kość albo doprowadzam do porządku osobę pokiereszowaną w wyniku bójki czy wypadku samochodowego. Mam wrażenie, jakby wszyscy mieszkańcy Liverpoolu kupowali te śmiertelnie niebezpieczne motocykle, a potem to cholerstwo rozbijali, żebym mógł ich poskładać do kupy w tej prymitywnej sali operacyjnej. Potrzebujemy, naprawdę bardzo potrzebujemy nowej sali!

Doktor Gaskell słuchał go ze zrozumieniem. Wprawdzie niedawno rozważał przejście na emeryturę, ale postępy w medycynie i dynamiczne zmiany zachodzące w szpitalnictwie za sprawą NHS na nowo roznieciły jego zainteresowanie zawodem.

– Zgadzam się z tobą w całej rozciągłości, stary wiarusie. Nie możemy przegapić żadnej szansy. St Angelus na pewno nie pozostanie z tyłu. W mojej dziedzinie już się mówi o tym, że lada moment nowa generacja antybiotyków zastąpi streptomycynę w leczeniu gruźlicy. Kiedy zaczynałem pracę w zawodzie lekarza, o takich postępach mogłem tylko pomarzyć. Musimy to w maksymalnym stopniu wykorzystać, póki jeszcze możemy.

Tak narodził się plan.

– Ja się tym zajmę. Porozmawiam z przełożoną pielęgniarek. Jak pan doskonale wie, na nią zawsze znajdzie się sposób. Akurat w tej sprawie warto zawalczyć.

Następnego ranka doktor Gaskell zastukał do drzwi gabinetu przełożonej pielęgniarek. Zaproponował, by bezzwłocznie zgłosić do zarządu szpitali okręgu liverpoolskiego potrzebę stworzenia w St Angelus nowego bloku operacyjnego.

 

– Moglibyśmy wspólnie ten projekt zainicjować – zaproponował z łagodnym uśmiechem. – Rada z pewnością wykaże się otwartością względem tak śmiałej i postępowej propozycji.

Przełożona pielęgniarek zbiła go z pantałyku.

– O, no proszę – odparła. – Widzę, że i pana przekabacił. Mabbutt i reszta. Pan nawet nie jest chirurgiem, doktorze Gaskell. Zajmuje się pan chorobami płuc. Przecież panu sale operacyjne właściwie nie są potrzebne, czasem tylko zleca pan usunięcie jakiegoś płata czy dwóch. Nie rozumiem, dlaczego staje pan po ich stronie. Mamy przecież idealnie sprawne sale operacyjne. Problemy są na bloku porodowym. Ta kwestia ma priorytet.

Doktor Gaskell był bliski rozpaczy. Znał przełożoną przez całe swoje życie zawodowe. Wiedział, że słynęła z uporu.

– Siostro przełożona… – zaczął i wziął głęboki oddech, po czym kontynuował: – Nie twierdzę, że położnictwo jest mniej ważne, że można je zaniedbywać albo odsuwać na dalszy plan. Pragnę natomiast podkreślić, że sale operacyjne są przestarzałe i to rodzi daleko idące problemy. A przecież nie chcemy, żeby o konsekwencjach takiego stanu rzeczy zaczęło się rozpisywać „Echo”.

– Nie pozwolę się tyranizować panu Mabbuttowi, nie ulegnę jego nierealistycznym żądaniom – odparła przełożona. – Kiepski to chirurg, który za trudności wini salę operacyjną, a mam głębokie poczucie, że pan Mabbutt wraz z ekipą radosnych popleczników jego głośnego protestu właśnie taką linię argumentacji obrali. Zapewne pan wie, że oni tu wszyscy po kolei do mnie zaglądali. Ja jednak zdania nie zmienię. Moja odpowiedź brzmi: nie. Absolutnie nie. Najpierw położnictwo.

Doktor Gaskell zaskoczył ją, a może nawet rozczarował swoją prośbą. Kierowali tym szpitalem wspólnie od tylu lat, że już nawet nie mieli ochoty ich liczyć. Przeprowadzili go przez najtrudniejsze i najmroczniejsze chwile. W okresie majowych nalotów w tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym roku oboje pracowali bez wytchnienia na oddziale nagłych wypadków. Tamten tydzień na zawsze wyrył się w ich pamięci. Przez lata pracy w St Angelus zaprzyjaźnili się ze sobą i ona bardzo niechętnie wchodziła z nim w spory. Ewentualne różnice zdań szybko rozwiązywali przy kieliszku sherry w jej saloniku.

Teraz przełożona pielęgniarek wstała z krzesła i podeszła do koszyka przy kominku, w którym leżał Blackie. Schyliła się bez wysiłku, jakby jej metryka pokazywała o połowę mniej lat niż w rzeczywistości, i zanurzyła palce w kępce włosów między oczami psa, aby po chwili przeciągnąć je nad jego lekko zaniepokojonymi oczami. Piesek najwyraźniej nic sobie nie robił ze swoich mało imponujących rozmiarów, a wszystkich gości traktował jako potencjalne zagrożenie dla swojej ukochanej pani.

– A dlaczego pan się tym w ogóle interesuje? Przecież pan w ogóle nie bywa na bloku operacyjnym. – Przełożona gładziła psa, który zamknął oczy, żeby napawać się tą pieszczotą. – Przecież pan ma wiele pilniejszych spraw na głowie, choćby związanych z przewodniczeniem regionalnej komisji do spraw walki z gruźlicą.

Mówiła już bardziej pojednawczym tonem. Liczyła na to, że on jednak nie będzie się kłócić ani spierać i po prostu ustąpi.

– Dla mnie osobiście to nie ma znaczenia. Ja ostatnio i tak połowę życia spędzam na zebraniach i tworzeniu różnych planów. Rzeczywiście mam sporo własnych spraw na głowie, na przykład pacjentów. Ta banda impertynentów z rady życzyłaby sobie, żebym oddał moich pacjentów innym konsultantom. Mam zrezygnować z leczenia ludzi, którymi zajmuję się od trzydziestu lat! Mnie osobiście nowa sala operacyjna nie interesuje, ale to kwestia ważna dla St Angelus. I myli się pani, jeśli myśli, że tu chodzi o Olivera, choć mój syn rzeczywiście połowę czasu spędza w sali operacyjnej i jego głos też się liczy, tak samo jak głos każdego innego.

Przełożona pielęgniarek uniosła brwi. Oboje wiedzieli, że Oliver Gaskell objął stanowisko konsultanta za sprawą swojego ojca. Z nepotyzmem akurat siostra przełożona nie miała problemu. W St Angelus nawet dosypywaniem węgla do pieców i wykonywaniem najdrobniejszych zadań pomocniczych zajmowali się wyłącznie chłopcy z rodziny St Angelus. Oliver Gaskell był niewątpliwie uzdolnionym lekarzem, choć może na zbyt wiele sobie pozwalał i zbyt wiele sobie wyobrażał. Przełożona zastanawiała się, czy doktor Gaskell zdaje sobie sprawę, jaką opinię jego syn ma wśród pielęgniarek. Była też nieco rozczarowana, że jako konsultant na oddziale ginekologii i położnictwa nie poparł jej zabiegów o nowy oddział dla ciężarnych i rodzących.

Westchnęła i wstała.

– Napije się doktor herbaty? – zapytała, otrzepując z nienagannie odprasowanego granatowego uniformu psią sierść, której tam nie było. – Mam wezwać Elsie?

Przełożona chciała za wszelką cenę zmienić temat. Bardzo jej doskwierało, że się nie mogą dogadać. Wbrew plotkom – budującym jej wizerunek kobiety, której należy się bać – nie lubiła konfliktów.

Doktor Gaskell nie dał się jednak zbić z tropu. Puścił jej pytanie mimo uszu.

– Interesuje mnie rosnąca liczba mieszkańców Liverpoolu, a co za tym idzie, rosnąca liczba pacjentów – kontynuował swoje rozważania. – Interesują mnie ludzie, którzy tu teraz żyją. Naprawdę pani nie rozumie? Te kobiety, które potrzebują cesarskiego cięcia, też mnie interesują. Przecież położnictwo skorzysta na modernizacji bloku operacyjnego. Poza tym musimy myśleć o źle zagojonych wojennych ranach i przewlekłych konsekwencjach różnych urazów. Niektórzy pacjenci zostali poddani zabiegom w warunkach polowych i uratowano im życie, ale teraz, dziesięć lat później, ciągle jeszcze odczuwają tego skutki. Nasi chirurdzy mogliby wielu z nich oszczędzić życia w bólu, mogliby wielu z nich uwolnić od przewlekłych dolegliwości. Mnóstwem różnych spraw trzeba by się zająć, Margaret. Przecież pani dobrze wie, że w protezowni nie ma wolnych terminów. Codziennie są tłumy. A to o czymś świadczy.

Doktor Gaskell zwrócił się do niej po imieniu, więc najpewniej musiał być zdesperowany. Przełożona uniosła brwi, a kąciki ust jej drgnęły, choć powściągnęła uśmiech.

Nacisnęła bakelitowy guzik przy kominku, żeby wezwać Elsie, następnie podeszła do krzesła i opadła na siedzisko z gracją młodej dziewczyny, a zaraz potem splotła ręce na piersiach.

Doktor Gaskell poczuł w tym momencie, że czeka go poważna przeprawa, bój trudniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Westchnął ciężko, po czym przycisnął palce do zaciśniętych ust. W tej sprawie będzie musiał wykazać się wyjątkową pomysłowością. Ale patrzył teraz na nią i coś mu mówiło, że pierwszy krok na tej drodze ma już za sobą.

Przełożona wyciągnęła szyję. On również uniósł wzrok. Czyżby wygrał? Nawet nie śmiał na to liczyć.

– A mnie interesują kobiety, które wciąż jeszcze rodzą w domach, a powinny trafić do szpitala. Nie tylko te, u których konieczne jest cesarskie cięcie. Następną pulę pieniędzy należy wykorzystać na stworzenie sprawnie działającego bloku porodowego, na którym można by skutecznie ratować ludzkie życie. To porody, a nie pęknięte wyrostki, są główną przyczyną zgonów młodych kobiet w Liverpoolu. Możemy i powinniśmy położyć temu kres, a pierwszym krokiem do tego celu będzie stworzenie nowego oddziału położniczego.

Tak oto prysły wszystkie jego nadzieje.

– Ale przecież są już w Liverpoolu specjalne szpitale ginekologiczno-położnicze. Pod tym względem akurat przodujemy jako miasto.

W jego głosie pobrzmiewało rozdrażnienie. On i przełożona pielęgniarek cieszyli się w szpitalu największym uznaniem i autorytetem, zapowiadało się więc na starcie tytanów.

– Owszem, ale imigranci z Irlandii mieszkający w okolicach portu nie chcą się tam zgłaszać. Oni ufają tylko St Angelus. Rozmawiał pan kiedyś z nimi? Na samą wzmiankę o wizycie w Mill Road Hospital bledną jak ściana. Nie znam chyba bardziej przesądnych ludzi. Mieszkamy i pracujemy pośród nich, a przez to zapominamy, jak to wpływa na ich życie.

Doktor Gaskell doskonale zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę. On i pozostali lekarze niestrudzenie starali się przekonywać tych ludzi, żeby nie korzystali z „butelek” przysyłanych z Irlandii, rzekomo zawierających uzdrawiające specyfiki. Najnowsza mikstura konkurująca z umiejętnościami lekarzy zawierała mocz kozy z farmy w Sligo, ponoć charakteryzujący się magicznymi właściwościami. Doktor Gaskell przypuszczał, że cała ta magia sprowadzała się do tempa, w jakim napełniały się pieniędzmi kieszenie rolnika, który całymi partiami wysyłał to ohydztwo do Liverpoolu.

– Sporo czasu minie, zanim z pamięci ludzi wymaże się straszliwe wspomnienie bombardowania Mill Road – powiedziała cicho przełożona pielęgniarek. – Tyle matek i tyle ich nowo narodzonych dzieci wtedy zginęło, a ich ciała zostały po prostu zalane cementem. Trudno się dziwić, że tutejsze kobiety nie chcą nawet zbliżać się do tego miejsca. Nie chcą rodzić dzieci na cmentarzu. Skutek jest taki, że rezygnują przez to z możliwie najlepszej opieki okołoporodowej. Pragnę, żeby nasze kobiety miały wszystko, co najlepsze.

Na chwilę zapadła cisza. Przełożona pielęgniarek i doktor Gaskell w milczeniu wspominali tamte tragiczne dni. Trzeciego maja tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego roku miasto w wyniku bombardowań straciło wiele budynków, a życie mnóstwa ludzi zmieniło się raz na zawsze. Największe straty odnotowano między innymi w szpitalu położniczym przy Mill Road, gdzie zginęły matki i ich nowo narodzone dzieci, kierowcy karetek, lekarze i pacjentki. W obliczu ogromu ofiar i zniszczeń nie wszystkie ciała udało się wydobyć, w związku z czym wiele ciał zabitych, a wśród nich matek z noworodkami w objęciach, trzeba było zalać wapnem i cementem. Mężczyźni, którzy walczyli wówczas na froncie i sami odnosili rany na polach bitewnych, nawet nie zdawali sobie sprawy, że w tym samym czasie w Liverpoolu na ich domy spadają bomby, a ich rodziny giną pod gruzami. Wciąż jeszcze trudno było to wszystko opisać słowami, więc rzadko kiedy się o tym wspominało. Pamięć o tamtych wydarzeniach towarzyszyła jednak na co dzień przesądnym Irlandczykom i ciężarne kobiety nie zgadzały się rodzić w szpitalu przy Mill Road nawet w przypadku komplikacji.

Elsie O’Brien, gospodyni doglądająca mieszkania przełożonej pielęgniarek, wtoczyła do saloniku wózek z herbatą i racuszkami drożdżowymi. Drzwi do sąsiadującej z tym pomieszczeniem niewielkiej kuchni zamknęły się z trzaskiem za sprawą wiatru wpadającego przez otwarte okno.

Słysząc dźwięk podniesionych głosów, Elsie wcisnęła hamulec przy wózku i postanowiła nie spieszyć się z podawaniem herbaty. Liczyła na to, że dzięki temu więcej się dowie. Zyska nowe ploteczki i ważne informacje, które będzie mogła przekazać Biddy Kennedy i pozostałym członkiniom mafii St Angelus. Mafia miała do odegrania niebagatelną rolę. Dbała o interesy kobiet, które wraz z rodzinami mieszkały w okolicy portu. Zależało im na tym, aby żadna nie straciła pracy i nie zabrakło pieniędzy na jedzenie dla dzieci.

– Sama naleję herbatę, dziękuję pani, Elsie – rzuciła zwięźle przełożona pielęgniarek.

Elsie była niepocieszona.

– Jeszcze muszę posmarować racuchy masłem, siostro przełożona. Może od tego zacznę. – Postanowiła spróbować jeszcze innego sposobu, więc zwróciła się do doktora Gaskella: – Panie doktorze, czyż to nie straszne z tym wypadkiem? Ponoć biedny doktor Davenport ledwo uszedł z życiem…

Po tych słowach przycisnęła sobie chusteczkę do oczu, ale przełożona nie dała się nabrać.

– Dziękuję, Elsie, poradzę sobie z masłem.

Elsie zdusiła w gardle pomruk niezadowolenia i niespiesznym krokiem ruszyła z powrotem do kuchni. Przełożona postanowiła wyręczyć ją w nalewaniu herbaty, więc Elsie teraz pozostawało tylko przyłożyć kieliszek do drzwi i nasłuchiwać wieści.

Przełożona podała doktorowi filiżankę na spodeczku. Ich spojrzenia na chwilę się spotkały. W przytulnym saloniku zapanował spokój. Oboje rozmyślali o wypadku doktora Davenporta i wydarzeniach ostatnich kilku tygodni. Deszcz znad rzeki Mersey stukał w szyby, a potem spływał strużkami smoły po sczerniałych ścianach z czerwonej cegły. Gdzieś w oddali krzyczały mewy, a czarne dębowe meble połyskiwały w blasku lamp z frędzlowatymi abażurami, dowodząc swoim lśnieniem, że Elsie przez ostatnich dwadzieścia lat polerowała je z należytą starannością.

Doktor Gaskell zaliczał się do najwybitniejszych brytyjskich specjalistów w dziedzinie leczenia gruźlicy, zyskał też opinię najwyżej cenionego konsultanta w północno-zachodniej Anglii. Był błyskotliwy i pomysłowy. Popijając herbatę, układał w głowie sprytny plan przekonania siostry przełożonej do swoich racji i nakłonienia jej do przedłożenia interesów chirurgów ponad interesy oddziału położniczego.

 

Rozejrzał się po dobrze sobie znanym pokoju, a potem odstawił spodek z filiżanką na wózek i podjął jeszcze jedną próbę. Zamierzał zrzucić na nią prawdziwą bombę. Była tak uparta, że właściwie nie pozostawiła mu wyboru.

– Proszę posłuchać, siostro, ja też popieram pomysł modernizacji oddziału położniczego, ale pieniądze z tego budżetu mogą zostać przeznaczone tylko na jeden cel. Bardzo bym chciał, aby nasza rozmowa nie wyszła poza ściany tego pokoju, i wiem, że do niczego takiego nie dojdzie, pozwolę sobie więc przypomnieć, że w najbliższym czasie przyjdzie nam mierzyć się z wieloma różnymi problemami. Nie muszę pani przecież przypominać, że jeszcze sto lat temu ten szpital był domem pracy. Budynek stoi nad samą rzeką, przez co mamy, jak by to ująć, pewne konkretne problemy. Bynajmniej nie chodzi tylko o myszy i szczury wodne. Z tymi, że tak powiem, stworzeniami musimy się uporać i żadne koty nam w tym nie pomogą.

Przełożona pielęgniarek również odstawiła spodek z filiżanką na wózek. Ręka lekko jej zadrżała, gdy doktor wspomniał o wstrętnych i brudnych stworzeniach, których nazwy nie miał nawet odwagi wymówić. Ona oczywiście doskonale wiedziała, co on ma na myśli. Wiedziała wszystko, ale nie chciała dopuszczać do siebie myśli o przeklętych mieszkańcach nadrzecznych slumsów, zakładów przetwórczych, doków i sklepów, ale też – wszystko na to wskazywało – jej szpitala.

– Stary blok operacyjny stoi zbyt blisko rzeki, tak po prostu nie może być. Znów mieliśmy dzisiaj na męskiej chirurgii pacjenta z ropniem podprzeponowym. Musiał wrócić na salę operacyjną w celu usunięcia ropy. Oboje doskonale wiemy, że jeszcze niedawno dla tego człowieka nie byłoby ratunku. Mogliśmy tylko usuwać ropę, nic więcej, prawda, siostro? Pozostawało nam zbijać gorączkę, otoczyć go opieką pielęgniarską i powierzyć modlitwie zakonnic z St Chad’s, ale pacjent i tak miał niewielkie szanse. To trzeci chory z pooperacyjnym ropniem w ciągu kilku miesięcy. Pan Davis jest wzburzony. Nie chce, aby ktoś zarzucił mu zaniedbania, a przecież takie oskarżenia nie znajdowałyby pokrycia w rzeczywistości. Lada moment Irlandczycy uznają, że i na nim ciąży jakaś klątwa, i już nie będą chcieli się u niego leczyć.

– W moim szpitalu nie ma tych paskudnych stworzeń! – Przełożona pielęgniarek nigdy jeszcze w całej swojej karierze w St Angelus nie podniosła głosu, ale teraz była tego bliska.

Coś takiego nie mogło przejść bez echa. Doktor Gaskell otworzył szeroko oczy ze zdumienia.

Ona tymczasem zbladła, cała się spięła, a oczy jej rozbłysły.

– Na pewno chodzi o pana Davisa, który najwyraźniej robi coś nie tak. – Przełożona sięgnęła po imbryk, żeby powtórnie napełnić filiżanki. Herbata jej się przy tym wylała, a gdy potem upiła pierwszy łyk, omal się nie zakrztusiła.

Doktor Gaskell mówił dalej, jakby nie zwracając uwagi na to, że ona wyciąga z kieszeni chusteczkę i ociera usta.

– Tu nie chodzi tylko o pana Davisa. Ten ostatni pacjent miał wcześniej usuwany wyrostek. Operował go pan Carter.

Lekarz nachylił się po filiżankę, po czym niespiesznie wypił jej zawartość, czekając, aż przełożona pielęgniarek oswoi się z tą informacją.

– Mamy poważny problem, siostro. A wydaje mi się, że wiem, z czego on może wynikać. Widzę tylko jeden sposób, aby panią przekonać. Może umówmy się, że wrócę tu po kolacji, o wpół do dziewiątej, i razem przeprowadzimy inspekcję sali operacyjnej? Życzy sobie pani jeszcze jednego racucha, siostro?

Przełożona spojrzała na niego strapiona. Nie podobał jej się ten pomysł, ale jakże by mogła odmówić? On najwyraźniej knuł jakiś podstęp, a ona musiała dać się w to wciągnąć. Znów sięgnęła po herbatę, tym razem chciała zyskać na czasie i uspokoić myśli.

Po słowie „racuch” Elsie pojawiła się w salonie jak dżin wywołany z butelki. Wsunęła głowę przez drzwi.

– Siostro, czy mam smażyć kolejne racuchy?

– Hm, nie, dziękuję pani, Elsie. Nawet ten talerz to za dużo.

Żołądek podszedł jej do gardła na samą myśl o paskudnych czarnych stworzeniach, o których między wierszami wspominał doktor Gaskell, a których ona za nic w świecie nie chciała kojarzyć ze swoim szpitalem.

Elsie wycofała się do swojego królestwa z nieskrywanym rozczarowaniem na twarzy.

– No dobrze – powiedziała siostra przełożona. – Chyba nie mogę odmówić. Choć przyznam, że na starość łowca przygód się w panu obudził, doktorze Gaskell.

– No cóż, to się dopiero okaże… – odparł, uśmiechając się najsubtelniejszym z uśmiechów.

Elsie żwawym krokiem pomaszerowała do garkuchni, gdzie personel pomocniczy spędzał poranną przerwę kawową. Przełożona co prawda wyprosiła ją z pokoju, ale i tak Elsie udało się usłyszeć kilka interesujących fragmentów jej rozmowy z doktorem Gaskellem. Gdy tylko otworzyła drzwi do stołówki, poczuła ciepło kuchni i zapach kawy z mlekiem. Przy ladzie nie było akurat nikogo, więc Elsie czym prędzej się tam udała.

– Kto chciałby jeść taki bekon? – zapytała młodą dziewczynę, która serwowała jedzenie. – Przecież to tylko pasek tłuszczu. Gdzie mięso?

Tamta spojrzała na nią ze smutkiem, a zarazem niepokojem w oczach. Najwyraźniej nie po raz pierwszy tego ranka musiała odpowiadać na to pytanie.

– Mam dołożyć plaster do kanapki? – zapytała.

– Plaster?! To ma być plaster? Pewnie nie ma innego wyjścia, ale ja za to zapłacę tylko połowę. Tłuszcz z boczku jest znacznie tańszy, niech pani idzie to powiedzieć kucharce. Ona ma najgrubsze dzieci na Vince Street i wszyscy doskonale wiemy, gdzie ten bekon się podziewa…

Dziewczyna skinęła głową. Jej matka grała z Elsie w bingo. Z zawstydzoną miną wyłowiła z pojemnika z tłuszczem dwa plastry bekonu i włożyła je do bułki. Podała talerz Elsie, która wyjęła spod fartucha portmonetkę. Dziewczyna rozejrzała się wokół, żeby się upewnić, że nikt jej nie widzi, a potem potrząs­nęła głową.

Elsie zrozumiała gest.

– Dziękuję, królowo – rzuciła z porozumiewawczym mrug­nięciem. – Świetna z ciebie dziewczyna. Koniecznie przekaż to mamie.

Wsunęła portmonetkę do kieszeni fartucha i wróciła, by rozejrzeć się po sali zastawionej stołami o startych blatach, przy których stały drewniane krzesła. Szukała wzrokiem Biddy, Madge, Betty Hutch i Branny, do których najczęściej się dosiadała. Przy stoliku w pobliżu lady zauważyła Hattie Lloyd, sąsiadkę Dessiego Hortona.

– Zapłaciłaś za tę swoją kanapkę, Elsie? – zapytała tamta. – Nie widziałam, żebyś otwierała portmonetkę.

– Pewnie, że zapłaciłam, ty głupia krowo. A poza tym to nie twoja sprawa! Takie masz duże oczy, a tak słabo widzisz.

W tym momencie Elsie zauważyła uniesioną rękę Biddy Kennedy, więc nie czekając na odpowiedź Hattie, zaczęła się przedzierać między stolikami w kierunku przyjaciółek.

Z hukiem położyła talerz na stole, a potem przysunęła sobie krzesło.

– Mam już dla ciebie kawę – powiedziała Biddy. – Widziałam cię, jak wchodziłaś. A co masz taką krzywą minę, Elsie?

– Przez tę cholerną Hattie Lloyd. Właśnie mi zarzuciła, że nie zapłaciłam za kanapkę.

– A zapłaciłaś? – Biddy uniosła do ust filiżankę i podmuchała na parującą kawę, przy okazji rozpraszając wokół trochę mlecznej piany.

– Nie, nie zapłaciłam. Zrobiłam aferę o to, że nie ma bekonu. Jak płacę za kanapkę z bekonem, to chcę w niej widzieć bekon. A ta wytapetowana mądrala… Jak ona mi działa na nerwy! Ma czelność mnie oskarżać, że za coś nie zapłaciłam.

Biddy skinęła głową, a potem posłała złowrogie spojrzenie Hattie Lloyd.

– Tak się nie robi, to nie w porządku. Nie stawia się swoich w kłopotliwej sytuacji – oznajmiła.

Wyjęła z torebki paczkę papierosów Woodbine, poczęstowała Elsie, a potem wzięła jednego dla siebie. Panie miały w swoim kręgu ściśle obowiązujące zasady. Madge Jones nigdy nikogo nie częstowała papierosami, ale też paliła tylko własne. Jeśli udało jej się kupić karton z jednego z amerykańskich statków, paliła eleganckie papierosy zza oceanu, takie ze złotymi końcówkami. Z nikim się nimi nie dzieliła. Betty Hutch i Branna McGinty same skręcały sobie papierosy.