Dzieci z Lovely LaneTekst

Z serii: Lovely Lane #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jej słowa zawisły w powietrzu w postaci białej chmurki pary, a zęby zaczęły szczękać z zimna. Lily zaczęła rozplątywać kawałki materiału, którymi wieczorem związała długie warkocze. Zależało jej na tym, żeby w pracy wyglądać w miarę porządnie.

Drzwi do sypialni się zamknęły. Matka poszła do kuchni, żeby się wysikać do stojącego pod zlewem emaliowanego wiadra.

Lily oparła się rękami o ściany po obu stronach niewielkiego okna i dmuchnęła na szybę. Z zachwytem patrzyła, jak mroźny rysunek się topi. Chuchała na szybę coraz mocniej i mocniej, żeby znów stała się przezroczysta, gdy dobiegł ją odgłos moczu spadającego do blaszanego wiadra i dźwięk mamrotanych w oddali słów. Wydrapała paznokciem otwór na tyle duży, żeby coś dało się zobaczyć, i westchnęła. Clare Cottages i jego czarna od smogu okolica wyglądały tego dnia wyjątkowo pięknie. Sadza i brud zniknęły pod nieskazitelnie białym puchem. Dach łaźni stojącej przy końcu drogi wyglądał niemal magicznie.

Śnieg na boisku przy mieszczącej się nieopodal szkole St Chad’s przypominał nietknięty ludzką ręką bielusieńki koc. Na kominach i śmietnikach leżały połyskujące w świetle poduszeczki. Najcudowniejszy był jednak spokój. I ta cisza. Brudy i osady, a nawet blacha falista osłaniająca teraz już nikomu niepotrzebne schrony przeciwlotnicze rozlokowane na betonowym dziedzińcu – to wszystko teraz zniknęło pod miękką warstwą dziewiczego śniegu. Lily podziwiała piękno tego krajobrazu i miała ochotę płakać z radości.

Spoglądając w niebo przesłonięte ciężkimi szarymi chmurami, myślała o tym, że chłód i śnieg przyniosły jej w prezencie coś wspaniałego. Dziś obudziła się w ciszy. Na ulicach nikogo nie było. Dzieci nie tupały po korytarzach, nie biegały w kółko po klatkach schodowych, nie zgromadziły się pod ścianą budynku. Przestrzeń wokół niej wypełniała rozkoszna cisza. Lily wsłuchiwała się w tę ciszę i uśmiechała do siebie jak rzadko kiedy.

– Do jasnej cholery, Lily, wstawaj! – zagrzmiał ponownie głos matki.

Stała przez chwilę w drzwiach, wsunęła koszulę w majtki, poprawiła spódnicę i powędrowała gdzieś w pantoflach, które przed chwilą zmoczyła.

Katie i Joe zaczęli się nerwowo wiercić.

Lily usłyszała, jak otwierają się drzwi wejściowe i jak matka drapie metalową szuflą po podłodze komórki na węgiel. Najwyraźniej tak zmarzła, że postanowiła sama donieść opału. Rzadko jej się to zdarzało. Lily wstrzymała oddech, bo nagle coś sobie uświadomiła. O nie! Czy ona aby tego nie znajdzie? Czy nie stłucze? Czy się nie wścieknie, że to przed nią schowałam?

– Czy ja też muszę już wstawać, Lily? – zapytała szeptem Katie, trzymając kciuk w pogotowiu, na wypadek odpowiedzi przeczącej.

Drzwi od komórki zamknęły się z trzaskiem, matka wróciła do mieszkania. Drzwiami wejściowymi też trzasnęła. Lily odetchnęła z ulgą. Tym razem jej się upiekło. Matka nie znalazła skrytki. Sądząc po odgłosach, właśnie dorzucała węgla do tlącego się ognia, który stanowił jedyne źródło ogrzewania w całym mieszkaniu. Węgiel poobijał się o ściany kominka, a potem wylądował w palenisku.

Normalnie o tej porze już by się odzywał portowy klakson i zaraz potem korytarz budziłby się do życia. Drzwi zaczęłyby się otwierać i zamykać, a korytarz wypełnił żarcikami, przekleństwami i narzekaniami mężczyzn – tych bardziej przedsiębiorczych i częściej trzeźwiejących niż ojczym Lily – wyruszających do pracy w dokach.

Ojczym Lily wiecznie się spóźniał i zawsze przeklinał matkę, gdy próbowała go budzić. Nigdy nie było mu dane porządnie odespać kaca, no, chyba że zaszył się pośród śmietników – co akurat, ku utrapieniu Lily, czasem mu się zdarzało. „Zwlekaj się z pieprzonego łóżka i zasuwaj do roboty”, rozbrzmiewał w ich domu prywatny klakson w osobie matki Lily. Na żonę jednak nigdy ręki nie podniósł. Gniew i frustrację wyładowywał za to na Lily, która nieraz chodziła posiniaczona.

Wstrzymywała oddech w oczekiwaniu na tępy łoskot, który wydawało ciało ojczyma, gdy matka wyciągała go z łóżka na podłogę. Ta kobieta potrafiła wykrzesać z siebie niesamowitą siłę, zwłaszcza jeśli się wściekła z powodu przepitych pieniędzy na chleb, nieobecności w pracy albo jednej z wielu innych rzeczy, które działały jej na nerwy, gdy akurat była trzeźwa.

Tamtego ranka rodzice znów się pokłócili. Ich słowa, te same co zwykle, obudziły rodzeństwo Lily.

– Ty pieprzona krowo.

Zaraz potem drzwi mieszkania zamknęły się z trzaskiem za ojczymem, który ledwo ubrany, bez porannej herbaty ani czegoś na ząb wyszedł na dwór, aby dołączyć do mężczyzn zmierzających przez śnieg do doków. Tyle że dziś nie było statków. Klakson się nie odezwał. Nad rzeką wisiał tak gęsty smog, że statki musiały się wstrzymać z wejściem do portu. Gdyby tylko był na tyle przytomny, żeby zdać sobie sprawę…

Lily ściągnęła brwi. Tak oto jej krótka chwila tylko dla siebie dobiegła końca, zanim ona zdążyła się nią nacieszyć.

– Lily – odezwał się szeptem Joe. Był jeszcze bardzo mały, ale już zdążył poznać podstawową zasadę przetrwania: w domu Lancashire’ów najlepiej było nie rzucać się w oczy.

Lily powitała go uśmiechem.

– Tak, słoneczko? – Opadła na koce i przesunęła się do niego. Wyjęła brata spod okrycia i postawiła przy oknie. – Zobacz, Joe – powiedziała. – Śnieg napadał.

Malutki otwór w zamarzniętej szybie, który przed chwilą wychuchała i wydrapała Lily, znów zaczął zachodzić szronem.

– Lily, a możemy się pobawić w tym śniegu? – Joe patrzył na nią z taką radością i nadzieją w oczach, że serce omal jej nie pękło.

– Muszę iść do pracy, Joe. Ale powiem Katie, że ma się z tobą pobawić, jak wstanie. Albo powiem komuś z piętra.

Joe już się nie uśmiechał. Oboje doskonale wiedzieli, że Katie będzie w stanie zajmować się nim może dziesięć minut, ale potem zapomni o bracie, bo on nie będzie za nią nadążać i nie umie bawić się w to, co ona. Tak to już było z Katie, o wszystkim zapominała.

Lily nachyliła się i pocałowała chłopczyka w czoło. Bardzo ją martwił ten charkot w jego oddechu. Wydychał powietrze znacznie dłużej, niż wciągał je do płuc, a do tego każdy jego oddech kończył się złowrogim świstem. Policzki miał zdecydowanie zbyt różowe i zbyt ciepłe jak na temperaturę panującą w pokoju. Modląc się w duchu, żeby dzisiaj świsty nie trwały zbyt długo, Lily posadziła brata na nocniku i ponagliła Katie.

– Katie, kochana, no dalej. Już jestem spóźniona. Pomóż nam trochę i przygotuj się do wyjścia. Mam dla was mleko i chleb do zamaczania.

Pomogła siostrze wyciągnąć nogi z łóżka i zaczęła się ubierać.

Kiedy już wszyscy skorzystali z nocnika, jego zawartość trafiła do metalowego wiadra. Teraz Lily musiała zanieść to wiadro do toalety na półpiętrze i tam je opróżnić. Modliła się w duchu, żeby dzisiaj nie było kolejki i żeby mogła szybko się z tym uporać. Zaraz po powrocie z pracy będzie musiała powtórzyć tę przykrą czynność.

Wszyscy czekali na jej powrót, żeby coś zjeść. Matki często nie było, bo od dłuższego czasu przesiadywała z ojcem w pubie. Niekiedy zapominała uzupełnić zapasy, a wtedy Lily musiała uszczknąć trochę pieniędzy z puli przeznaczonej na czynsz i iść do sklepu na rogu, żeby tam, tuż przed zamknięciem, próbować coś wyżebrać.

– Mogłabym dostać ścinki z łopatki? – prosiła, płonąc rumieńcem ze wstydu. – A może będziecie wyrzucać jakieś warzywa i mogłabym je dostać?

Lily szczerze nie lubiła tego sklepu. Przeszkadzał jej cierpki zapach nieświeżych ziemniaków, które lada moment miały się popsuć. Niedobrze jej się od niego robiło. Poza tym było jej wstyd, że musi tak żebrać. Wiedziała, że właścicielka bezceremonialnie ją potem obgaduje. Dlatego starała się jak najrzadziej tam chodzić.

Jeśli brakowało pieniędzy na czynsz, Lily nie miała innego wyjścia, jak pukać do drzwi klasztoru i prosić o spotkanie z siostrą Therese. Oprócz ojca Brennana była to jedyna osoba, przed którą rodzice czuli respekt i którą Lily mogła poprosić o pomoc.

– Nie mam nawet pieniędzy na herbatę, a mały Joe ciągle płacze, siostro – opowiadała Lily zakonnicy. Po cóż miała cokolwiek ukrywać przed tą kobietą, która zrobiła dla jej siostry i małego Joego więcej niż ich własna matka.

– Matko Święta – padała zawsze ta sama odpowiedź. – Chodź ze mną.

Siostra Therese wyjmowała koszyk i pakowała do niego wszystko, co znalazła na stole w klasztornej kuchni. Lily wracała do domu z jedzeniem dla całej rodziny. Gdy następnego dnia zakonnica pukała do ich drzwi, rodzice czerwienili się ze wstydu i zrzucali winę jedno na drugie.

– Pani Lancashire, pani chyba wkrótce się przekona, że moja cierpliwość ma swoje granice. Musi się pani bardziej troszczyć o dzieci. Za dużo pani zrzuca na barki biednej Lily – mówiła karcącym tonem siostra Therese. – Ja naprawdę nie chcę tego robić, ale w końcu mnie pani zmusi, żebym poszła do opieki społecznej i opowiedziała, co się tutaj dzieje.

To zwykle pomagało na dzień lub dwa, czasem na trochę dłużej. Po powrocie z pracy na Lily czekał w domu gorący garnek z zupą gulaszową, którą wszyscy mogli najeść się do syta, czekał też szczęśliwy Joe.

– Proszę, kochana, herbata dla ciebie. – Mama witała ją jeszcze w drzwiach, jak gdyby właśnie tak postępowała na co dzień. Nagle to była zupełnie inna matka, która się naprawdę starała ze wszystkich sił.

Ojciec na dzień, a nawet dwa zapominał o barze. Sadzał sobie Joego na kolanach. Przez krótką chwilę Lily mogła cieszyć się nadzieją, że w końcu sytuacja się poprawi – że nie będzie musiała całe życie martwić się o rodziców i jeszcze dbać o to, żeby jej rodzeństwo nie wylądowało w domu dziecka przy Menlove Avenue albo u zakonnic.

Zapinając grube pończochy, Lily bacznie przyglądała się Joemu. Nie raz już mu się zdarzyło spaść z nocnika i rozlać całą zawartość na podłogę. Z rozczesywaniem włosów musiała sobie poradzić bez lustra i chociaż grzebień miał już tylko kilka zębów, sprawnie splotła włosy w kok. Na nocnik usiadła teraz Katie. Natychmiast wsunęła sobie kciuk do ust i wyglądała, jakby zasnęła.

 

– Katie, obudź się! – zawołała Lily. – Proszę cię, nie dzisiaj. Naprawdę muszę wcześniej wyjść. W tych warunkach będę szła do pracy całe wieki.

Ubrała się pospiesznie. Było tak zimno, że miała ochotę nie zdejmować podniszczonej nocnej koszuli z flaneli, żeby ją dodatkowo grzała pod ubraniem. Lily miała dwa zimowe stroje do pracy, o co zresztą musiała stoczyć w domu prawdziwe boje.

– Trzęsiesz się, Lily? – wyszeptał Joe ze świstem.

– Tak, strasznie mi zimno. Chodź już, wystarczy tego. Schowaj się z powrotem pod koce i nie wychodź, dopóki ogień w kominku porządnie się nie rozpali. Przyniosę ci ciepłego mleka. A ty masz tu czekać, słyszysz?

Joe szeroko się uśmiechnął i chętnie zanurkował z powrotem pod ciepły koc.

Lily otworzyła drzwi od ich sypialni i przeszła do pomieszczenia wypełnionego siwym dymem z ostatnich papierosów matki. W kuchni powitał ją radosny gwizd czajnika.

– Zrób herbatę – warknęła matka. – Z tych liści z wczoraj.

Lily zalała herbatę wrzątkiem, a potem wymknęła się do komórki na węgiel. Wróciła z butelką sterylizowanego mleka.

– A to skąd, u licha, wzięłaś? – zapytała matka, spoglądając z ukosa na Lily, która właśnie przelewała zawartość butelki do wyszorowanego wczoraj garnka. – Zostaw mi trochę do herbaty – dobiegł ją głos spomiędzy kłębów papierosowego dymu.

– Ech, przepraszam, mamo – rzuciła Lily, wytrząsając ostatnie krople do garnka. – Nie usłyszałam cię.

Matka zmrużyła oczy i ciężko westchnęła.

Lily oczywiście usłyszała prośbę – o czym matka zresztą doskonale wiedziała – ale mleko kupiła wczoraj w drodze do domu i skrzętnie ukryła w komórce na węgiel. Było dla Joe i Katie, i tylko dla nich. Nie dla matki, dla której w życiu liczył się tylko guinness. Westchnęła z ulgą, gdy stwierdziła, że nikt nie znalazł chleba, który wczoraj schowała w głębi szafki. Wkruszyła go do miseczek.

– Wydaje ci się, że taka z ciebie dobra istotka, co? – żachnęła się matka, gdy dzieci przyszły po swoje porcje, a Lily podała im łyżki. – Twój ojczym poszedł na cały dzień do pracy z pustym żołądkiem. Nie wiedziałam, że mamy cokolwiek do jedzenia. To on powinien dostać to mleko.

Lily spodziewała się, że ojczym za parę minut stanie z powrotem w drzwiach. Na pewno zdążył się zorientować, że tego ranka nikt inny do doków się nie wybiera. Sama też miała za chwilę wyjść głodna do pracy. Zdjęła płaszcz z gwoździa wbitego w drzwi, zarzuciła go na ramiona i zaczęła zapinać guziki. Materiał mocno pachniał dymem papierosowym i odsmażanym smalcem.

– Idę do pracy, mamo. Wrócę jak zwykle o wpół do siódmej. Mam po drodze zajrzeć do sklepu i kupić z wypłaty coś na kolację?

– Ani mi się waż. Przynieś wszystko. Dzieciom się kupi zapiekankę, jak przeliczę pieniądze.

Lily postanowiła kupić zapiekankę w drodze powrotnej, a potem udawać, że źle matkę zrozumiała. Wiedziała, że do jej powrotu dzieci nie dostaną już nic więcej do jedzenia, chyba że pani McGuffy z mieszkania obok da im po ciasteczku albo nawet dwa, co wcale tak rzadko się nie zdarzało.

Zawiązawszy szalik pod brodą, Lily nachyliła się i ucałowała Joego.

– Siedź dzisiaj przy ogniu, Joe. Za zimno jest, żebyś wychodził. A ty, Katie, wracaj ze szkoły prosto do domu. Bez ociągania. Od razu wracaj do brata. Słyszysz?

– Proszę, jak strojnie wyglądasz w tym eleganckim płaszczyku – znów docięła jej matka, zaciągając się papierosem. – Pewnie można by za niego całkiem sporo dostać, tak sobie myślę. – Płaszczyk z drugiej ręki zorganizowała swojej najzdolniejszej uczennicy siostra Therese. – Wydaje ci się, że w tym jesteś kimś, co? A ty wiesz, co mówią? Wiesz, damulko ty jedna? – Tu matka Lily nagle przerwała, żeby puścić bąka. – Od razu lepiej – powiedziała, zmieniając pozycję na krześle i zaciągając się papierosem. – Pierwszy szlug z rana zawsze tak na mnie działa. – Potem jak gdyby nigdy nic wróciła do przerwanej myśli: – Mówią, że duma kroczy przed upadkiem. I to właśnie pewnego dnia cię czeka, pannico. Polecisz prosto na ryj i tyle. Wspomnisz moje słowa. Już nie mogę się doczekać! Ktoś ci w końcu przytrze nosa, panieneczko Lileczko.

Lily wyszła na korytarz, wciągnęła w płuca kłująco zimne powietrze i cicho zamknęła za sobą drzwi. Pomyślała, że matka jej zazdrości. Że źle jej życzy. Że wręcz jej nienawidzi. Tak, właśnie tak: nienawidzi jej.

Zdecydowanie bardziej, niż Lily nienawidzi odgłosów dziecięcej zabawy.

Rozdział 4

Pracę dla Lily znalazła siostra Therese. Dokładnie wiedziała, na jakie argumenty należy się powołać w rozmowie z panem i panią McConaghy, aby osiągnąć zamierzony cel. Zastosowała technikę, z której korzystała wcześniej już nie raz. Co dzień dziękowała Bogu za stare, dobre katolickie poczucie winy i za to utrwalone w głowach wierzących przekonanie, że wizyta w konfesjonale zmywa z człowieka wszystkie grzechy – o ile zrobi się dokładnie to, co nakaże ksiądz.

Miała układ z ojcem Brennanem. „Mam ważną sprawę”, mawiała często, a potem podpowiadała, jaką pokutę powinien nałożyć na tego czy innego zamożnego handlowca, on zaś spełniał jej prośbę. Siostra Therese była mistrzynią w dziedzinie kształtowania stosunków społecznych.

Państwo McConaghy byli właścicielami firmy, która z roku na rok prosperowała coraz lepiej. Firma robiła liny i druty – te pierwsze z surowej juty, która przypływała do portu, te drugie z metalowego złomu przetapianego w piecu hutniczym. W zakładach zatrudniano głównie Irlandczyków, którzy stale napływali do Liverpoolu. Chętni do pracy przybywali prosto z Emerald Isle, aby zaraz po przejściu portowych bram wkroczyć w buchające żarem trzewia fabryki.

McConaghy’owie zaglądali do kościoła St Chad’s codziennie, a w niedziele nawet dwukrotnie, ale dla bliźniego nic chyba w życiu nie zrobili. Oboje nazbyt dobrze zdawali sobie z tego sprawę, a poczucie winy narastało w nich proporcjonalnie do wysokości salda w banku. Siostra Therese wiedziała, że dręczą ich wyrzuty sumienia. Zdradzało ich nerwowe drżenie ust podczas wykonywania znaku krzyża i pospieszne przyklękiwanie przed Matką Przenajświętszą przed zajęciem miejsca w ławce. Na pierwszy rzut oka było widać, że coś im nie daje spokoju. Z jednej strony bardzo się cieszyli, że fabryka przynosi takie dochody, z drugiej jednak drżeli o swój los po śmierci. Bali się, że na ich drodze do nieba stanie mur pięćdziesięciofuntowych banknotów, przez który nijak nie uda im się przedrzeć. Chcieli za wszelką cenę uniknąć wiecznego potępienia.

Ojciec Brennan zdążył im już zasugerować, co mogliby zrobić, aby sobie tę drogę do nieba utorować. „Dzielcie się zyskami”, szeptał przez kraty konfesjonału. Bardzo skutecznie wzmacniał przy tym w swoich penitentach strach przed Bogiem. „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego”, puentował swój wywód. Potem przekazywał pałeczkę w ręce siostry Therese. To ona miała podpowiedzieć, jak konkretnie można zalecenie księdza zrealizować.

Podsunęła im więc dziewczynę, którą scharakteryzowała jako „najmądrzejszą i najbystrzejszą, jaką kiedykolwiek uczyła, w zakresie rachunków godną konkurentkę dla Einsteina”. Dla wzmocnienia efektu dopowiedziała jeszcze: „Do tego dziewczyna tak porządna, jak zapewne porządna byłaby wasza córka, gdyby dobry Bóg zechciał was obdarzyć własnym dzieckiem”. To wystarczyło.

„Owszem, jest pół-Irlandką”, nie mogła nie wspomnieć siostra Therese. „Jej matka jest z Dublina, i to z dość nieciekawej okolicy, ale dziewczyna jest bardzo religijna i uczciwa, a dobry Bóg na pewno spojrzałby życzliwym okiem na kogoś, kto by dla biednej poczciwej Lily znalazł jakąś przytulną posadę w biurze. Bóg przecież takich właśnie ludzi ceni najbardziej. Ojciec Brennan i ja wielokrotnie o tym rozmawialiśmy”.

Potęga kapłańsko-zakonnego duetu znów zatriumfowała, co ojciec Brennan i siostra Therese uczcili szklaneczką irlandzkiej whisky.

– Tylko niech siostra dopilnuje, żeby dziewczynie zaproponowali godne warunki – przykazał ojciec Brennan. – Jakoś żadne z nich nie grzeszy życzliwością. Ona dodatkowo zgorzkniała przez to, że nie ma własnych dzieci. Ma tylko tę swoją siostrzenicę Amy. Świata poza nią nie widzi. A ta dziewczyna w ogóle nie chodzi do kościoła.

Siostra Therese dolała księdzu whisky. Irlandzkiego trunku nigdy na plebanii nie brakowało, bo co rusz ktoś wracał z ojczyzny do Liverpoolu i zaglądał na plebanię ze słowami podziękowania. Wcale nie tak rzadko się zdarzało, że gospodyni ojca Brennana znajdowała rano pod drzwiami sześć butelek mleka i dodatkowo jeszcze butelkę whisky. Księdzu spod drzwi nikt by się nie odważył niczego ukraść, nawet gdyby przymierał głodem.

– Pan Bóg oczywiście miał powód, że nie dał im dzieci. Moim zdaniem to właśnie oni mogliby pomóc Lily. Oboje potrzebują wybawienia. Jak tak dalej pójdzie, to chciwość przekreśli wkrótce ich szanse na szczęście w życiu wiecznym. Chyba wiem, jak im to dać do zrozumienia.

Siostra Therese zawsze mówiła szybciej po szklance whisky, więc ojciec Brennan, który cierpiał na lekki niedosłuch, czytał z ruchu jej warg, żeby nadążyć za tym potokiem słów.

Upił łyk whisky i się uśmiechnął.

– Nie wątpię, siostro. Jest siostra niezastąpiona! Proszę jednak zachować ostrożność, bo przecież ktoś się musi zatroszczyć o tego małego Joego. Oboje rodzice spędzili wczoraj cały dzień u Czerwonego Admirała. Wiem o tym od Sheili, która tam stoi za barem. Wspominała mi podczas mszy. Mówiła, że ktoś powinien mieć oko na te dzieci, a Joe jest niezdrów. Ponoć ma najsłabsze płuca spośród wszystkich mieszkańców Clare Cottages. Powiedziałem jej, że ma się nie martwić, że się tym zajmiemy. Bo się zajmiemy, prawda, siostro? Wszystkie te dzieci zostały przecież ochrzczone w wierze katolickiej, prawda?

– Tak, ojcze.

– W takim razie nie powinniśmy dopuszczać do sprawy administracji, nie uważa siostra? Gdyby trafiły pod ich kuratelę, nie mielibyśmy żadnego wpływu na ich losy. Jeśli więc zajdzie taka potrzeba, powinny trafić do nas. Na razie jednak za wcześnie na to. Zobaczmy, co da się zrobić. Proszę się nie krygować i korzystać ze względów państwa McConaghy. Oni i tak będą nam wdzięczni, że ich ratujemy przed piekłem.

Siostra Therese uniosła w górę szklankę, a potem ją opróżniła. Za smakiem whisky nigdy nie przepadała, lubiła za to uczucie ciepła rozchodzące się znad żołądka po całym ciele. Rumieńce też jej się podobały. Gdy więc dopiła pierwszą porcję, miała ochotę dolać sobie jeszcze odrobinę.

Ojciec Brennan właśnie kończył drugą szklankę i mówił już trochę niewyraźnie.

– Ach, wie siostra… Żeby tak dobry Bóg dał mi dość siły, tobym zamknął tego Czerwonego Admirała. Naprawdę! Ileż nieszczęścia przyniósł alkohol tutejszym rodzinom… To zło w najczystszej postaci.

– Prawda, ojcze – przytaknęła siostra Therese, spoglądając ze smutkiem na swoją pustą szklankę.

Nie było dnia, żeby pani McConaghy nie zastanawiała się, dlaczego nie dane im było z mężem zostać rodzicami. W głębi duszy podejrzewała, że to z powodu krociowych zysków, bo przecież zachłanność to straszliwy grzech. Miała też pełną świadomość, że grzeszy dumą, więc w czasie wolnym od pracy całymi godzinami klęczała przy swoim łóżku i modliła się o wybaczenie.

Siostra Therese zaczepiła ich w kościele, jak tylko odeszli od konfesjonału.

– Proszę odmówić sto zdrowasiek i posłuchać rady siostry Therese – zalecił jej ojciec Brennan, i proszę, oto ona we własnej osobie, stojąca przy drzwiach kościoła. Nawet gdyby pani McConaghy chciała tego spotkania uniknąć, nie dałaby rady. Najpewniej zakonnica czekała na nią, skoro ojciec Brennan przed chwilą wspominał o niej podczas spowiedzi.

Następnego dnia siostra Therese zjawiła się w fabryce państwa McConaghy i wspięła się po schodach prowadzących do biura.

– No proszę, proszę. Ależ to robi wrażenie! – powiedziała, jeszcze zanim na dobre przekroczyła próg. – Jaki ogromny zakład. Iluż ludzi tam na dole przy tym wielkim piecu. Oni wszyscy dla państwa pracują? Wszyscy?

Pół godziny później siedzieli we trójkę w gabinecie przed kominkiem. Siostra Therese negocjowała warunki zatrudnienia Lily.

– Sam Bóg wysłał do was Lily. Moim zdaniem to był jego pomysł. Zgodzą się państwo ze mną?

Pan i pani McConaghy skinęli głowami. Gdzieżby śmieli przeciwstawić się zakonnicy.

– Bo trzeba państwu wiedzieć, że są tacy ludzie, których Bóg naprawdę chce widzieć u swojego boku w niebie. O, naprawdę? Aż taki duży kawałek ciasta? Nie trzeba było.

 

Siostra bardzo zręcznie rozegrała sytuację. Ich pracownicy plotkowali między sobą, że brak potomstwa to cena, którą właściciele fabryki płacą za swój sukces. Państwo McConaghy doskonale wiedzieli, co ludzie o nich mówią. Przegryzając najpierw eklera z czekoladą, a potem jeszcze napoleonkę i popijając słodkości dwoma imbryczkami herbaty, siostra Therese potrafiła sprawić, że mogli na chwilę o tym zapomnieć. Oto w ich progu stanęło zbawienie. Na dodatek zupełnie nic ich to nie kosztowało. Wszystko wskazywało na to, że proces przebiegnie całkowicie bezboleśnie.

– Będziemy jej uczciwie płacić za uczciwą pracę, siostro. O to się siostra nie musi martwić – zapewniła pani McConaghy, starając się jasno określić sytuację.

– Na wszystkich świętych, toż ja się absolutnie nie martwię. Te wszystkie zmartwienia to nie mnie dręczą. Ja występuję jedynie w roli posłańca, w imieniu ojca Brennana. To on się martwi. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do pani uczciwości, pani McConaghy. Przecież ja panią doskonale znam i wiem, że Lily codziennie z rana będzie się mogła raczyć takim pysznym ciastem jak to, którym ja dziś zostałam poczęstowana. Chyba się nie mylę?

Panią McConaghy zamurowało. Zdobyła się tylko na skinienie głową.

– Przypuszczam też, że niezależnie od wypłaty dziewczyna będzie mogła liczyć na pożywny lunch?

Pani McConaghy znów potulnie przytaknęła.

– Jakże jej tu będzie dobrze! – Siostra Therese rozglądała się po biurze. – A będzie mogła siadać tu, w tym wygodnym fotelu, przed kominkiem? – Wstała raptownie i stanęła za mocno już sfatygowanym, ale niezmiennie ulubionym obrotowym krzesłem pani McConaghy.

Problem siostry Therese polegał na tym, że nie potrafiła zadowolić się sukcesem i rozpoznać momentu, w którym należy zgarnąć wygraną ze stołu i się zmywać. Po prostu nie umiała się powstrzymać.

Pani McConaghy tymczasem z niepokojem podeszła do swojego ulubionego krzesła i usiłowała pohamować jej zapędy. Obawiała się, że jeśli tak dalej pójdzie, za chwilę zakonnica każe jej przepisać firmę na tę przybłędę.

– Prawdę powiedziawszy, siostro…

Nic więcej ponad te trzy słowa nie było jej dane powiedzieć, bo siostra Therese obwieściła nagle z jeszcze większym entuzjazmem:

– Wie pani, co zrobimy, pani McConaghy? Przyprowadzę tu ojca Brennana, żeby mógł się na własne oczy przekonać, jacy z was szczodrzy ludzie. Poproszę, żeby się pomodlił o wasze zbawienie i o pomyślność waszych interesów. Choć na to ostatnie chyba ostatnio nie narzekacie… – Przerwała na chwilę, a potem dodała konspiracyjnym szeptem: – Bo musicie wiedzieć, że ojciec Brennan jest z Bogiem Wszechmogącym w stałym i bezpośrednim kontakcie. Takim samym, jaki wy macie ze światem dzięki temu telefonowi na biurku.

Właściciele fabryki, oboje wyraźnie skonsternowani, przenieśli wzrok na czarny bakelitowy aparat stojący na biurku pani McConaghy. Nagle zobaczyli telefon w zupełnie nowym świetle.

– Zgodziliby się państwo na to?

– Jakże mielibyśmy się nie zgodzić? – odpowiedziała pytaniem pani McConaghy. – Bardzo byśmy się cieszyli z wizyty ojca Brennana, prawda? – Pani McConaghy spojrzała wyczekująco na męża.

– Ależ tak. Oczywiście, że tak.

W kolejnych tygodniach siostra Therese wielokrotnie mówiła innym zakonnicom z St Chad’s, że pani McConaghy dotrzymała danego słowa i że z Bożą pomocą ona i ojciec Brennan zdołali zrealizować swój plan.

Tymczasem pan McConaghy wielokrotnie wspominał w rozmowach z żoną o urzekająco błyskotliwej zakonnicy. Gdyby nie absurdalność tego pomysłu, byłby skłonny ją podejrzewać, że rzuciła na nich jakiś urok.

Każdy mógł sobie mówić, co chciał, a tak naprawdę państwo McConaghy zapewnili Lily to wszystko, co obiecali jej zapewnić, ponieważ bali się tego telefonu na biurku ojca Brennana – który wprawdzie nie łączy się z żadną centralą, ale umożliwia bezpośrednie rozmowy z Niebem i dobrym Bogiem we własnej osobie.

Dwa dni po pierwszej wizycie siostra Therese pojawiła się ponownie, tym razem prowadząc pod rękę wychudzoną i przerażoną Lily. Pani McConaghy czym prędzej zaczęła wdrażać dziewczynę w tajniki księgowości, zapewniając jej przy tym regularne wypłaty wynagrodzenia, poranną słodką przekąskę i darmowy lunch. Tylko krzesło obrotowe właścicielka fabryki zachowała dla siebie.

Większość jedzenia Lily pakowała do koszyka, który trzymała w ukryciu pod biurkiem. Pod koniec pierwszego tygodnia, za trzy pensy z pierwszej wypłaty, kupiła na targu jaskraworóżowy, kwiecisty plastikowy pokrowiec na klatkę dla ptaków. Narzuciła ten pokrowiec na koszyk, wyciągając rączkę przez otwór, a zapięcie zaciągając u dołu pod plecioną obręczą. Nikt nie wiedział, że w drodze do pracy niosła w tym koszyku tylko sfatygowaną torebkę i chusteczkę. Co innego w drodze powrotnej… Każdy kawałek ciasta i każda przekąska, którą w ciągu dnia raczyła ją pani McConaghy, trafiała prosto do koszyka, a w nim do Joego i jego siostry.

Pokrowiec na klatkę dla ptaków miał już trzy lata, a Lily zdążyła zjeść zęby na tej pracy. Z biegiem kolejnych miesięcy i lat pani McConaghy przekazywała Lily swoje obowiązki, sama zaś pracowała coraz mniej, co bezpośrednio przekładało się na stale powiększający się obwód jej pasa. Młodą pracownicę z czasem bardzo polubiła, co pomogło jej stać się bardziej życzliwą osobą.

– A wiesz, Lily, że jesteś w tym księgowaniu równie skrupulatna jak ja – pochwaliła ją pewnego dnia, gdy Lily miała zostać dodatkową godzinę w pracy, żeby się uporać z wypłatami dla robotników.

Lily nic nie odpowiedziała. Doskonale pamiętała, że pierwsze tygodnie w nowej pracy upłynęły jej na poprawianiu najróżniejszych błędów pani McConaghy, co oczywiście skrzętnie trzymała w tajemnicy przed szefową. Teraz już było dla niej jasne, że tak naprawdę to ona tę firmę prowadzi. Rachunki się zgadzały: płatności spływały i wypływały, czas pracy był dokładnie odmierzony, a ludzie w porę otrzymywali tygodniówki. Firma przyjmowała kolejne dostawy i wystawiała czeki. Lily była dumna z tego, że dzięki jej pracy wszystko chodziło jak w zegarku.

Zauważyła też, że pani McConaghy jeżyła się za każdym razem, gdy ktoś chwalił jej pracę. „Jakie to szczęście, że ją pani znalazła! Ma pani teraz tyle czasu dla siebie”, rzucił od niechcenia dostawca juty nie dalej jak wczoraj rano. A już szlag ją trafiał, gdy na odchodnym ten czy ów gość zwracał się bezpośrednio do Lily: „Gdyby nie ty, królowo, wszystko by się tu rozpadło jak domek z kart”. Słysząc coś takiego, pani McConaghy chrząkała raczej mało uprzejmie, przesuwała hałaśliwie krzesło po podłodze, rzucała autorowi komentarza zjadliwe spojrzenie i uciekała do krainy własnych myśli. Tę opryskliwość zachowywała jednak dla innych, w żaden sposób nie dawała jej odczuć Lily.

Dziewczyna w takich sytuacjach próbowała dogadzać szefowej. Parzyła herbatę i biegła do cukierni Sayers po ciasteczka eccles. Była gotowa zrobić wszystko, aby poprawić humor pani McConaghy. Przede wszystkim jednak nigdy nie narzekała. Pani McConaghy na ogół okazywała jej dużo serca – i właśnie tego dowiadywała się o niej od Lily siostra Therese za każdym razem, gdy pytała o pracę.

– Czy należycie cię tam traktują? Są dla ciebie dobrzy? – Siostra Therese spoglądała Lily głęboko w oczy, bo niezmiennie wątpiła w ludzi, których do życzliwości wobec bliźniego było trzeba przymuszać.

Lily czym prędzej udzielała odpowiedzi twierdzącej. Doskonale wiedziała, że gdyby zawahała się choć przez chwilę, to siostra Therese od razu pobiegłaby do fabryki, żeby się na własne oczy przekonać, jak jej się tam pracuje.