SzalejTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Poniekąd

No

Owszem

Byle

Ani

Oby

Lada

Bodaj

Nie

Pono

Istotnie

Tak

Słownictwo kaszubskie i regionalne

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Redakcja: BIANKA DZIADKIEWICZ

Korekta: ANNA MILEWSKA, KAMIL BOGUSIEWICZ, EWA POLAŃSKA

Projekt okładki i stron tytułowych: TOMASZ MAJEWSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Monika Drzazgowska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Published by arrangement with

Beata Stasińska Literary Agency

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07162-5

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Warrenowi Ellisowi

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PONIEKĄD

Poniekąd zaistnieje.

Poniekąd nie.

– Dobrze ci w tej ciemnej zieleni – usłyszy od matki, gdy kupi nowy sweter.

Dostanie kształt, na którym ułoży się tkanina. Kształt kobiety.

Dostanie to, co przynależy kobiecie. Odpowiednie organy, łatwo dostrzegalną miękkość ruchów, wyższy i dźwięczniejszy ton głosu. Nie wykorzysta tego, bo nikt nie nauczy jej sięgać po marzenia kobiecymi sztuczkami – nie nachalnie, ale delikatnym ruchem biodra, sugestią, zręcznie wygraną ciszą w słuchawce telefonicznej.

Poniekąd się odważy.

Poniekąd schowa się w głębokim cieniu.

Na konkurs plastyczny pod tytułem Ja, drzewo pośle rysunek brzozy o pniu dość spróchniałym, by wiosną z zagrzebanych w nim kokonów wydostały się owady. Dojrzałe osobniki kruszczycy złotawki przedstawi kroplami zielonej i złotej farby strzepniętej palcami z pędzla na karton. Przy krawędzi brystolu namaluje samice grzejące w blasku słońca metalicznie połyskujące pokrywy; w tle pozostałe zielonkawe drobiny rozfruną się w poszukiwaniu kwiatowego nektaru. Praca nie zdobędzie żadnej nagrody, a ona po latach, oglądając obrazek, zrozumie, że źle rozłożyła akcenty – nie drzewo miało być w centrum, w centrum powinny być złote krople owadów, rodzących się z próchna i zachwycających pancerzami wykutymi słonecznym blaskiem. Tylko wprawne oko, nawykłe do szukania osobliwości, jest zdolne odnaleźć owada w leśnych ostępach. To wyjątkowy okaz, jakim i ona chciałaby być.

Zanim pojawi się na świecie, żyć będą jej babka i prababka. Tej ostatniej nigdy nie pozna, ale przypuszczalnie poza skinięciem głowy i wymaganym pocałunkiem w dłoń i tak z tej znajomości niewiele by wynikło. Zgodnie z życzeniem prababki dzieci żyły w odosobnieniu, w miejscu, które opuszczały przy wielkich rodzinnych okazjach, starannie wymyte, uczesane, z pacierzem na ustach.

Babka z kolei w powojennym zamieszaniu trafi na wieś zabitą dechami, da się zapłodnić pierwszemu lepszemu, który wyjdzie z lasu, z oczami czarnymi od gęstwiny, grzechu i brudu, z pustym żołądkiem i nieugaszonym pragnieniem kobiety. Dziadek przywita przyszłą żonę słodką gruszką, rozkrojoną kozikiem i ułożoną na dużym, srebrnym talerzu, a potem poprosi, by wybrała sobie któryś z opuszczonych domów. Babce spodoba się ta rozrzutność po latach głodu i biedy. W dziękczynieniu za łaski głosić będzie – ku radości kolejnych proboszczów – pochwałę jedności rodziny oraz wierności mężowi i pozorując pomniejszanie własnych potrzeb, zdecydowanie wyjdzie na swoje.

Babka odchowa dzieci. Jedna z córek, gdy dorośnie, wymknie się przez sad sąsiada w stronę drogi, przetnie ją i znajdzie zagajnik pełen poziomek. Potrząśnie mokrymi włosami – umyła je przed chwilą – i wysuszy w gorącym powiewie znad dojrzewającej pszenicy. Przy przekrzywionym znaku przystanku autobusowego spotka się spojrzeniem z młodym technikiem maszyn rolniczych. Wymienią pozdrowienia, on zauważy pysznie rozwiane włosy, mocne udo i kretonową sukienkę w kwiaty. Ona dostrzeże jasne oczy, porządne buty i teczkę – dowód, że mężczyzna nie brudzi rąk. Technik zapyta dziewczynę, czy zajdzie w piątek na potańcówkę. Ona stawi się podniecona i pełna nadziei, że dla niej nie tylko „knajpa, kościół, widok z mostu”, że coś więcej. W piątek wieczorem za remizą poczną pierwsze dziecko, córkę. Młody ojciec przez resztę życia nie otrząśnie się z zaskoczenia swoim złotym strzałem i na wszelki wypadek wycofa się na bezpieczne pozycje, niby zakneblowany szokiem. Młoda matka spędzi życie w przekonaniu, że niespełnioną seksualność da się przekuć na trud pracy nad dziećmi, by weszły w dorosłość z przeświadczeniem, że naturalność w sferze intymnej stanowi zagrożenie. Zastosuje wobec potomstwa dostępne środki zapobiegawcze: zakazy, zniechęcanie, zastraszanie, zajęcia pozalekcyjne i obrabianie działki po godzinach.

Poniekąd się urodzi.

Poniekąd nie.

Urodzi się ciałem, podczas porodu pośladkowego niemal rozerwie matkę na pół. Rozkrzyczy się na cały szpital i ujmie pielęgniarki ciemnym lokiem na czole. Otworzy oko na pykającą jarzeniówkę pod sufitem, dostanie odpowiednie szczepionki i przyssie się do piersi. Gdy zaprocentują lata wiejskiego chowu, spojrzy łaskawiej na swoje ciało; wcześniej zmitręży sporo czasu na zżymanie się na niedostatecznie zgrabną figurę oraz sztywne włosy. Miejskie dziewczyny, od pierwszych lat życia przestraszone przemijaniem i przeglądające się w sobie nawzajem, w końcu zaczną marszczyć się i zbierać w palce fałdy wiotczejącej skóry. Ona przeglądać się będzie w kałużach i pękniętych szybach drewutni. Luster w domu znajdzie niewiele – jedno w łazience, drugie w orzechowej okleinie toaletki; jedno za wysoko dla dziewczynki, drugie na strychu, na który wstęp był wzbroniony. Dopiero we własnym mieszkaniu przed dużym lustrem, przeznaczonym do wyszukiwania niedoskonałości ciała, dojrzy mocne włosy i białe zęby.

Nie urodzi się nigdy dla siebie samej. Nie otworzy się na świat. Zostanie w kokonie. Nie zważając na opinie życzliwych, że zaśmierdnie w nim i zgnije, dowodzić będzie, że kokon zsycha się w szlachetną glinę, w której zależnie od potrzeb jest ciepło lub chłodno, zawsze sucho i bezpiecznie.

Nie urodzą się w niej emocje, poza strachem i wkutym na blachę wstydem. Miłości będzie niepewna i właściwie jej niechętna. Wypełni obowiązek i rozmnoży się, a rodzina da jej święty spokój. Przyjaźń pozostanie jej obca, na zawsze skojarzona z wysiłkiem, kosztami finansowymi i nudą wysłuchiwania problemów oczywistych i nierozwiązywalnych. Lubię – nie lubię uzależnione zostanie od okoliczności, poprzedzone namysłem oraz rachunkiem zysków i strat.

Jedyne, co się urodzi i niemal nie dozna krzywdy, to ego. Rozpieszczone i zarazem tłamszone przez rodziców, osiągnie spore rozmiary. Choć nieco stępione przez domową tresurę i w karykaturalnej postaci, utrzyma się w siodle jako jej najwierniejszy kompan. Odsunie koleżanki jako niegodne, kolegów jako tych, co pragną jednego, znajomych w pracy jako niedostatecznie ogarniętych, współpasażerów w pociągu jako nieoczytanych troglodytów, pisarzy jako dyletantów, poetów jako oszustów. Cenić będzie malarzy. Niektórych. I niektórych reżyserów. Kilku kompozytorów, trzech fotografów i ze dwadzieścia piosenek, z którymi łatwiej znieść rzeczywistość.

Nieznanym sposobem dziewczynie trafi się niewielki upominek od świata.

Do jednego oka wpadnie jej bowiem odłamek zaczarowanego lustra, w nim rzeczywistość odbije się koślawo, za to drugie wyłapie w otoczeniu urokliwe drobiny. To ona przed ślubem cioci Bożenki doradzi pannie młodej bukiet z dopiero co rozkwitłych narcyzów przystrojonych liśćmi paproci. Babka nie będzie się mogła nadziwić, jak to zgrabnie wyszło. Po tym sukcesie młoda otrzyma bezpłatny rodzinny staż na stanowisku pakowaczki prezentów i dekoratorki stołów na święta. Dobierze kuzynce płaszcz i obicie kanapy. Pojedzie po tapety z wujkiem i poleci matce farbę do włosów. Złapie kosmyk słońca na dachu drewutni, wybrzuszony róg firanki w oknie, pasmo mgły nad stawem, kroplę mleka na rancie dzbanka ze słynnego obrazu i idealnie pasujące do siebie kolorowe kwadraty na reprodukcji dzieła sztuki w szkolnym podręczniku. W mignięciu strony encyklopedii rozpozna mistrzowską kreskę Michała Anioła, grzbiet narowistego konia zachwyci ją doskonałym rysunkiem, a w gazetce ściennej swojego autorstwa tak zestawi jesienne liście, że nikt z przechodzących szkolnym korytarzem nie pozostanie obojętny.

 

Poniekąd coś się z tej wrażliwości wykluje.

Poniekąd nie, bo to będzie za mało, by talent eksplodował. Napotka zbyt wiele ograniczeń, by konieczne do tworzenia bezkompromisowość, odporność na krytykę, głód i lekceważenie dla rachunków wzięły górę nad dystansem i druzgocącymi seansami samokrytyki. Uzna ten podarek za powód, by trwać przy życiu i zbierać w pamięci refleksy morskich fal, perłowozłote załamania na taftowej spódnicy, tęczowe migotania w bajorku, żyłkowanie wody w basenie, idealną kompozycję przypadkowo zrobionej fotografii, piękny gest dzielenia się chlebem i niemalże wzruszający ruch ręki ojca mierzwiącej włosy synowi. Odpryski ideału, wyższego porządku, do którego nie zyska dostępu – za karę lub z przypadku – utrzymywać ją będą w kruchym porozumieniu z życiem i wiązać niepisaną umową ze śmiercią. Zmarnuje mnóstwo czasu w oczekiwaniu na rozszczelnienie kurtyny, by za nią dojrzeć upragnioną arkadię.

W dniu swoich trzynastych urodzin znajdzie na szafie w przedpokoju rulon z reprodukcją Damy z łasiczką, pamiątkę przywiezioną przez rodziców z wycieczki. Kredowy papier prześlizgujący się w dłoniach wzbudzi w niej radosne, niewypowiedziane pragnienie. Zejdzie ze stołka i na podłodze, obstawiając butami zwijające się rogi, rozłoży plakat na całą długość. Zawiśnie nad nim w zachwycie, z otwartymi ustami. Pochyli się, złapie za wspaniale rozrysowane palce Cecylii i zanurzy swoje w futrze zwierzęcia. Później doczyta w bibliotece szkolnej historię obrazu i długo powtarzać będzie jak zaklęcie: „tempera na desce orzechowej”. Poczuje puszystość, delikatność. I zazdrość. Odłoży rulon na miejsce i będzie chciała o nim zapomnieć.

Poniekąd będzie bezpieczna.

Poniekąd nie, wystawiona na nieustanne egzaminowanie – na początku z czystości włosów, uszu i paznokci. Nieskazitelności butów, ładu w tornistrze, schludności zeszytów, bieli bluzki oraz staranności złożenia chusteczki do nosa. Matka w końcu zapyta, w co wysmarkuje nos, bo chusteczka nieużywana. Nie odpowie, że zimą w dłoń, a latem w liście zrywane z przydrożnych krzaków.

Później dojdą najtrudniejsze egzaminy – z czystości myśli. Egzekwowanie modlitwy wieczornej, pytania o temat kazań niedzielnych, sprawdzanie tytułów książek spoza listy lektur, czy aby właściwe, poszukiwanie nieistniejących pamiętników, dzienników, tajnych zapisków, w których spodziewano się odnaleźć plugawość nastoletnich fantazji. Nie będzie prowadziła wyżej wymienionych ze zwykłego strachu przed zdemaskowaniem.

Będzie bezpieczna w murowanym domu, na dużym tapczanie przykrytym ciepłym kocem. Na nim położone mocno wykrochmalone białe prześcieradło. Na prześcieradle ona, na niej puchowa kołdra, obleczona równie wykrochmaloną poszewką. Głowa na poduszce, wypchanej kaczym pierzem. Zimy będą wspaniałe, nad ranem wygrzana jaskinia z pościeli zastąpi stygnący piec. Lato odurzy stęchłym gorącem przepoconych piór, ale zapewni skuteczną ochronę przed pozałóżkową rzeczywistością. Najprzyjemniej wspomni choroby wieku dziecięcego, spędzone w łóżku, w tym świnkę i odrę, bo wygląda się wtedy efektownie, co skutkuje przywilejami w postaci uwagi i lepszego jedzenia. Po latach przyśnią się jej śniadania przynoszone przez rodziców, kakao i bułka z serem, podzielona na małe kęsy, akurat do przełknięcia przez obrzęknięte gardło.

Bezpieczna w rodzinie zawsze skorej do pomocy i wymagającej wytrwałej pracy. Nieustannie coś dla kogoś trzeba będzie zrobić. Przynieść, podać, pozamiatać. Ten postawi dom, a tamta lada dzień urodzi. Tu zbiory ziemniaków, tam z kolei świniobicie. Wzywana będzie na grzyby, na jagody, na zrywanie śliwek, jabłek, pomidorów. Na mycie słoików. Wyparzanie słoików. Wypełnianie słoików. Gotowanie słoików. Studzenie słoików. Wynoszenie słoików do piwnicy. Setki nakrętek i klamerek, ugięte półki. Rozkręcony jak karuzela cykl zapasów na zimę, poczucie sytości i spełnionego obowiązku wobec ciotek i wujków. Przy takiej mocy wspólnoty tracą znaczenie idiotyczne uwagi i obrzydliwe mlaskania wujka Tadeusza, że nastolatki szybko się rozwijają, fizycznie, rozumiecie… Bo w głowie to siano! Dać spokój przyjdzie głupim żartom dziadka, który lubił pytać wnuczek, czy mają już chłopaków, i praktycznym radom babki, co robić, by nie wyjść na łatwą. Nastoletni umysł zrozumie z tego tyle, że trzeba robić tak, by na łatwą nie wyjść w ocenie innych, ale być łatwą to już można.

Zatrzaśnięta w swojej głowie, a dzięki temu bezpieczna, wiele lat przeżyje we względnej równowadze. Liczne strachy milczeć będą zadziwiająco długo. Zeskładowane w cieniu i zgrabnie ułożone kompleksy wyprodukują elegancki dystans wobec wszystkiego, wytrącając przy okazji cienką warstwę wysokoprocentowej ironii i wysokokalorycznego sarkazmu. Dziewczyna wyrośnie na dojrzałą kobietę i wtedy zorientuje się, że to broń obosieczna. Krojąc przeciwnika, tnie własne ścięgna.

Poniekąd zostanie zauważona, poniekąd nie.

Potrzeby ciała zaspokojone, żołądek pełny, włosy ciasno splecione w warkocz przez matkę. Doskonale utrzymane potomstwo to świetny temat do rozmowy, jak nie przymierzając samochód, te dzieci, te dzieci, potwierdzenie społecznej i płciowej przydatności. Z wierzchu elegancko, co pod maską – nieistotne, byle dało się posłusznie prowadzić. Odchylenia od normy spotkają się z trzepnięciem w ucho, uderzeniem w głowę, umoralniającą rozmową – z trzech opcji ostatnią dziewczyna oceni jako najgorszą. Wysłuchanie to jedno, ale najtrudniej przejść przez etap przytakiwania po serii pytań: Chcesz coś w życiu osiągnąć? Wiesz, że tym sposobem wylądujesz przy taśmie w oczyszczalni świńskich jelit? Czy się rozumiemy?

I znieść palec wymierzony prosto w brzuch.

Reszta okaże się zbędnym dodatkiem. Refleksje matka odczyta jako oskarżenia, wrażenia jako poetyckie głupoty, a wszystko razem – jako balast hamujący proces wychowania. W momentach wyjątkowych córkę się wyśmieje, lekceważąco potraktuje ruchem ręki, zagłuszy wydanym głośno poleceniem. Wyobraźnia skarłowacieje, duchowe potrzeby, sprowadzone do coniedzielnej mszy, w końcu obumrą. Tej stygnącej materii wystarczy rodzicom w zupełności, by uformować w dziecku przekonanie, że zasługuje na czyśćcowe cierpienia, by usprawiedliwić klątwy rzucane na tkankę ludzką, a lata później matka powoła się na boskie przykazania, gdy komputer pozwoli udzielać reprymend bliskiej i dalekiej rodzinie, dzięki dynamicznemu rozwojowi internetu zaś – także miastu i światu.

Poniekąd zzielenieje z zazdrości.

Poniekąd zzielenieje tak zwyczajnie.

Wcześnie zacznie pożądać diamentowego diademu, pierścienia Arabeli, mieniącej się brokatem różowej sukienki. Przebrania z firany i koszul nocnych matki będą działały krótko, bo gdy nadejdą lata szkoły, udawanie przestanie mieć wartość, znaczenia nabiorą prawdziwe przedmioty. Dżinsy, trampki, chiński piórnik z pachnącymi długopisami. Zazdrościć będzie nielicznym, którzy wylegitymują się wymarzonymi dobrami, i nie zsolidaryzuje się z większością ich pozbawioną. Z gazety młodzieżowej wytnie fotografię Vanessy Paradis w butach do złudzenia przypominających te, które dostanie od rodziców na jesień. Pocieszy ją to chwilowo, bo rzut oka koleżanek na zdjęcie i brązowe półbuty na wysokiej słoninie, sznurowane na dwie dziurki, rozbije w drobny mak nadzieje na posiadanie czegokolwiek z wielkiego świata.

Pozazdrości wyglądu koleżankom, determinacji do nauki szkolnym prymuskom, talentu utalentowanym, brawury imprezowiczom, kontestacji anarchistom, przekleństw łobuzom, asertywności asertywnym, popularności popularnym, dorosłości dorosłym i naiwności dzieciom. W dojrzałym wieku, patrząc na swoje zaprzepaszczone szanse, zacznie zazdrościć tym, którzy w życiu mocno dostali w kość. Zafascynują ją ocaleni z wojny, pełni optymizmu i wiary w siebie. Z wypiekami na twarzy przeczyta wiele wywiadów z artystami bitymi w dzieciństwie, molestowanymi przez ojców, matki i pijanych wujków. Ukłucie zazdrości powróci z każdą rozmową, w której pojawi się zdanie: „To stawało się nie do zniesienia i trzeba było coś zmienić”. I następowały zmiany, w wywiadzie mieszczące się w jednej linijce pod hasłem: „było ciężko”. Z popiołów powstaje nowy człowiek i w słońcu błyszczy jego talent. Na zdjęciu szczęśliwie odrodzony patrzy dumnie w obiektyw i spija sławę należną ozdrowieńcom i nawróconym.

Tak, trauma potrafi zmusić człowieka, by się odbił od dna. W domu, w którym przyjdzie jej spędzić wiele lat, trauma mogłaby być imieniem kota, co łasi się do nóg, choć potrafi też boleśnie podrapać. I tylko zwierzę wie, kiedy to nastąpi. Wczorajsze nastroje łatwo wyparowują, zaleca się nieustanną czujność. Coś, co działało wczoraj, nie zadziała dziś. Poranne odepchnięcie może zostać osłodzone jeszcze przed wieczorem tolerancyjnym milczeniem lub czułością drobnego gestu.

Któregoś roku dwukrotnie zgubi się podczas wakacji. Za pierwszym razem po odnalezieniu zostanie przytulona przez matkę i dostrzeże wilgoć w kącikach jej oczu. Za drugim razem, spokojna o radosne powitanie, gdy się wreszcie odnajdą, poczeka bez cienia lęku w miejscu, w którym mała dłoń wysunęła się z ręki rodzica. Potrwa to zaledwie chwilę, bo matka przypadnie do dziecka z histerycznym krzykiem i uniesioną ręką, gotowa uderzyć: „Gdzie się podziewałaś? Niczego się nie nauczyłaś?!”.

Licealne lata upłyną jej na przewidywaniu, co wydarzy się po powrocie ze szkoły. Cisza to spokój. Spokój przed burzą, spokój po burzy, wdech przed ripostą. Ojciec zaniemówił, matka się obraziła. Podniesione głosy przynajmniej dadzą pojęcie, jaki temat wałkują i czy da się prześliznąć do pokoju. Zamknąć bezgłośnie drzwi wejściowe i wrócić po pięciu minutach łażenia pod blokiem? Udawać niewidoczną, niedowidzącą i niedosłyszącą? Iść do siebie i opaść na kanapę?

Paradoksalnie tygodnie względnego spokoju okażą się bardziej wyczerpujące. Rutyna: poranne wstawanie, oporządzanie się, podróż zatęchłym autobusem do szkoły, powrót, obiad, lekcje, coś w telewizji, sen do oporu. Nikt nie przyjdzie, nikt nie wyjdzie, jakby matka naprawdę dostała zadanie: strzec skarbu ukrytego pod linoleum. Czci i honoru dzieci będzie pilnować, dziewictwa córki i przyzwoitości syna. Koleżanki, zrażone kolejnym zakazem spotykania się, przestaną ją zapraszać i dni spędzać będzie w ciszy, czytając po raz setny te same książki. Bohaterowie lektur utwierdzą dziewczynę w przekonaniu, że jest jej przeznaczona jałowa i nudna egzystencja. Zrobi dziury cyrklem w pięknej, zimnej twarzy Królowej Śniegu na ilustracji w Baśniach Andersena z czystej zawiści o urodę, moc i bezkompromisowość, a mała, niewinna Ania z Zielonego Wzgórza okaże się wzorem asertywności, do którego ona nigdy nie zdoła dorosnąć.

Zzielenieje pewnego dnia w zakolu rzeki, kiedy postawi stopy na miałkim piasku, obmywanym czystym, chłodnym nurtem. Wiatr zagra na cienkim paśmie włosów jak na pile, jęk wyleci wprost na brzeg, zarośnięty tatarakiem. Kolor liści, odbity od lustra wody i spotęgowany przez pełzające po dnie zbutwiałe wodorosty, rozleje się po policzkach. Wpadnie do krwiobiegu, zazieleni się w głowie, gardło się zachłyśnie. Dwie, trzy minuty, szybko zrobi się zimno, dziewczyna wyskoczy na brzeg, śniedź zdąży wgryźć się w skórę i z biegiem lat popełznie wzdłuż ciała, zajmie tułów i wplecie się we włosy. Młoda nic nie zrozumie z lekcji mieszania barw, długo jej nie odrobi, przekonana, że czerwień krwi i zieleń lasu dają bury odcień. Wielkie bure nic. Znacznie później jedna jedyna ciekawa lekcja fizyki dobitnie wskaże żółty jako efekt zmieszania tych podstawowych kolorów w modelu RGB. Niewiele wówczas zmieni, choć ta wiedza przyda się w dorosłym życiu. Żółty też ma sporo tonów, od bahama yellow przez siarkowy i oliwkowy po kolor zasikanej pościeli i brudnego cmentarnego piachu.

Poniekąd wystarczy wybrać.

Poniekąd urodzi się wyjątkowo obdarowana.

Poniekąd dary okażą się nie dość wyjątkowe.

Skończy dwa lata i zacznie zrozumiale mówić. Pytana, ile ma paluszków u rąk, odpowie: dwaście. Czyli dwanaście. I rozłoży dłonie w wachlarz, by policzyć głośno. Gdy skończy pięć lat i babka ze śmiechem wspomni tę historię, mała zaperzy się i wytłumaczy spokojnie, że ma dwanaście palców, tyle bowiem potrzebuje. Kciukiem prawej dłoni będzie rozcierać okleinę na stole podczas retorycznych pytań matki, dlaczego to, dlaczego tamto. Wskazujący – do wskazywania nieśmiało nieznanych przedmiotów, natychmiast uderzany rodzicielską ręką, bo palcem się nie pokazuje. Środkowy zagryzą zęby w stresie lub possą uspokajająco wargi. Na serdecznym zaświeci pierścionek z czerwonym oczkiem, kupiony na odpuście, to palec do podziwiania. Mały – zawsze gotowy do dłubania w nosie. Szósty, najmniejszy, doskonale będzie rozgniatał muchy, komary i inne robactwo, odnajdywane rano na parapetach czy na progu domu, rozpaczliwie machające odnóżami w beczce na deszczówkę. Palec, który po zakończeniu egzekucji zniknie, schowa się w odpowiedniej przegródce jak ostrze scyzoryka.

 

Palce lewej ręki, mniej użytecznej niż prawej, otrzymają równie ważne zadania. Kciuk ze wskazującym szczypać będą udo, gdy matka odkryje, że dziecko nie zdążyło do toalety i zsikało się po kolana. Środkowy będzie grzebać w mokrych majtkach i nabierać za paznokieć zapach moczu, by nos mógł się przekonać, że to naprawdę śmierdzi. Serdecznemu obgryzie paznokieć do mięsa, a mały idealnie się będzie nadawał do wyjmowania miodu ze słoika. Szósty palec, dłuższy od innych, stanie się niezbędny, kiedy na świecie pojawi się brat. Ten palec z łatwością podrapie, dźgnie, wejdzie głęboko w ucho, w gardło, w pępek niemej klusce, która ostro się rozkrzyczy, ale siostra zdąży uciec, schować się za zasłoną i stamtąd obserwować będzie konsylium nad wózkiem, deliberujące nad przyczyną wrzasków, bo ani gorączki, ani kolki, a przewinięte i niedawno karmione.

Szybko miną czasy, gdy policzy zaledwie do dwunastu, za to później, w momentach rozliczania się z rzeczywistością, nie uda się jej wyjść poza dwanaście mgnień życia, dni wartych zapamiętania lub niedających się zignorować.

Z darów od losu, o czym z pasją przypomną jej nieraz najbliżsi, otrzyma dwie sprawne ręce, dwie sprawne nogi, mózg (ale właściwie nie wiadomo czyj, pytanie: „Czyś ty się na rozumy pozamieniała?” usłyszy niejednokrotnie). Z urody nie taka ostatnia, mimo to pospolita, szara jak plana[1], cień chmury na powierzchni morza. I do tego trochę zbyt podobna do dziadkowej gałęzi rodziny – to wyrzut słyszany przy każdej okazji. Wikt i opierunek. Mieszkanie, własny kąt, ba, własny pokój, biurko, książki, łóżko i ubrania na grzbiet. Kilka zabawek, rower, zegarek i łańcuszek z pierwszej komunii. Kredek pod dostatkiem, farby, bloki rysunkowe. Nieważne, wszystko stanie się nieważne od momentu, gdy w mieście zobaczy scenę, która śnić się jej będzie po nocach. W domu towarowym, przy stoisku biżuteryjnym – głowy matki i córki pochylone nad gablotą. I matka nie kręci nosem na wybór dziecka, nie wskazuje ozdób stonowanych, brzydkich wręcz, nie złapie za rękę chwytającą najbardziej błyszczące i najdłuższe kolczyki. Czeka, aż córka podniesie wybraną przez siebie parę, przymierzy i przejrzy się w lusterku. Przejrzy się też w oczach matki, zachwyconej, że dziecko dostało to, czego chciało. Uśmiechnięte, przytulone, wyjdą ze sklepu, zostawiając po sobie smugę łagodnego światła.

Poniekąd szok przyspieszy jej narodziny.

Poniekąd ciekawość.

Ojciec z matką pojadą do miasta, by pozałatwiać coś w urzędach. Ojciec wstąpi do sklepu z narzędziami, matka z ochotą pochodzi po sklepach, zamierzając przed powrotem zajść do cukierni na rurkę z kremem.

Marzec dopiero zacznie się rozgrzewać, więc matka ostrożnie postawi stopy na płytach chodnikowych. Z ogromnym brzuchem przed sobą ruszy w kierunku starówki. Wejdzie na pasy i będąc w połowie jezdni, po drugiej stronie ulicy zobaczy coś niezwykłego. Nie sukienkę na manekinie, nie komplet garnków na wystawie, nie wazon z różami w oknie kwiaciarni, a do róż matka miała wielką słabość. Przy ławce, na której złoży torby z zakupami, stanie ona sama. Ta sama twarz, okrągłe policzki, rumiane od zimna. Sylwetka podobna, choć zważywszy, że matka w ciąży, szczuplejsza. Młodsza trochę. Włosy w identycznym kolorze, wysunięte spod wełnianej czapki. Wtedy zauważy, że tamta jest o wiele lepiej ubrana. Lekki kożuszek haftowany brązową nitką, spod niego wystająca czerwień sztruksowej spódnicy. Kozaki do kolan na zgrabnym słupku. Wielki brzuch matki zmieści się tylko pod rozciągniętą dzianinową sukienką i znoszonym płaszczem ojca. Jedyne kolorowe elementy to pomarańczowa chusta pod szyją i biała czapka zrobiona na drutach.

Matka zatrzyma się nagle. Zanim dotrze do niej, że stoi na środku ulicy, zdąży dokładnie przyjrzeć się nieznajomej, a tak bardzo znajomej twarzy. Gotowa się założyć, że gdyby tamta odgarnęła włosy, odsłoniłaby mały pieprzyk tuż przy uchu. Co, u licha – pomyśli i pogładzi wypukłość pod płaszczem. Zapewne wtedy córka odwróci się tyłkiem do dołu i dźgnie nogą żołądek – chce lepiej widzieć. Obrazy pójdą pępowiną, niewyraźne, a z chwili na chwilę coraz mniej wiarygodne. Nieznajoma w kożuszku roześmieje się serdecznie, patrząc na stojącego obok mężczyznę. „Jakbym starego słyszała” – wyszepcze do siebie matka. Nieznajoma machnie lekceważąco ręką na coś, co powie jej towarzysz, zbierze torby, odejdą. „Jakbym starego widziała”. Ruszyć ku kobiecie, zatrzymać ją! Człowiek w aucie, przez moment cierpliwie czekający, aż ciężarna przetoczy się po pasach, już, już prawie naciśnie klakson. Tyle że dziecko naprawdę ma ochotę to zobaczyć, usłyszeć. Napnie się, ciekawe, aż wreszcie pęknie pęcherz płodowy i po nogach matki popłynie lepki strumień. Pani rodzi! – krzyknie ktoś, weźmie matkę pod łokieć i przeprowadzi przez jezdnię. Matka przysiądzie z jękiem na ławce. Ból się rozrośnie, ktoś zawoła taksówkę, ktoś pogładzi ją po ramieniu. Matka poświęci temu zamieszaniu ułamek uwagi. Niby świadoma, że zaczęła się akcja porodowa, będzie miała ważniejszą sprawę na głowie. Noga dziecka poruszy się boleśnie, niespokojnie; córka, zniecierpliwiona czekaniem, szarpnie się wewnątrz brzucha. Matka zsunie się nieco z ławki, tak lżej, prawie uklęknie na zimnym betonie chodnika. „Kim jest tamta?” – zahuczy w głowie pytanie. „Skąd się wzięła? Nie tu, ale w ogóle? Kto ją spłodził? Nie szatan chyba maluje te majaki?” Zajedzie fiat, zatrzyma się przy krawężniku. Matka podniesie się z trudem i ciężko oprze na jakimś mężczyźnie. Podprowadzą ją do samochodu i posadzą na fotelu. Taryfiarz pocmoka, niezadowolony, ciężarne to same kłopoty. Poradzi sobie pani? – zapyta. Kiwnie głową, niezdolna odpowiedzieć, i drzwi się zamkną. Ruszą przez miasto. Matka podłoży między nogi chustę i spróbuje wypatrzyć przez okno rąbek czerwonej spódnicy. Zechce jeszcze raz zobaczyć, udowodnić sobie, że to nie hormony, że kobieta naprawdę istnieje, że mąż, który wychodzi właśnie ze sklepu, z łatwością natknie się na nią i pomyśli, że wystarczy żonę na moment zostawić, a w kwadrans obkupi się w nowe rzeczy.

Czerwony beret, kawałek flagi, czerwony goździk na plakacie z okazji Dnia Kobiet, czerwone światło stopu. Matka odwróci głowę w prawo, w lewo, uda jej się zignorować jednostajnie rosnący ból. Uda się, bo zdumienie i wściekłość urosną w tym samym tempie. Regularne wycieczki starego do miasta, całe historie o tym pisać! To się zepsuła turbina w samochodzie, trzeba było nocować gościnnie w warsztacie. To wysiadł wał korbowy, skaranie boskie z tym wrakiem, i organizowany naprędce nocleg u kolegi z czasów wojny. Po powrocie pachniał miastem, wodą kolońską, restauracyjnym jedzeniem, zagranicznym tytoniem i jeszcze czymś przyjemnym, choć nie do rozpoznania. A jaki dobry był przez kilka dni, zrelaksowany, całkiem jak nie on, nawet bawił się z dziećmi w berka i dawał na lody. Chusta między nogami zrobi się ciężka i wilgoć przesiąknie na siedzenie. Za przednią szybą dostrzeże lampę nad szpitalną bramą. Oddali się na chwilę od myśli o kobiecie w kożuszku i ta szczelina wystarczy, by paraliżujący skurcz przeszył matkę bezlitosnym pchnięciem.

Czas urodzić.

Poniekąd zrodzi się ze wsi.

Poniekąd będzie miastowa.

Matka miała rodzić w powiatowym szpitalu, na oddziale, na którym pracowała znajoma położna. Za wykrochmalonym parawanem w towarzystwie paru innych kobiet. Przygotowała się na pogaduszki, śmiechy, wymianę doświadczeń, niemal domowe ciepło. Rodzina miałaby blisko z wałówką, mąż wpadałby codziennie i codziennie pokazywałaby mu dziecko przez okno. Taki plan. Wyjdzie inaczej. Miejski szpital zadziwiająco pusty, położne z racji Dnia Kobiet nieco zaróżowione od pokątnie wychylonego toastu. W sali nikogo, poleży i powrzeszczy sama do pustych ścian, a krzyk wróci i pokłuje ją w to samo miejsce, w które naprędce postawionym penisem kłuł ją na tyłach remizy przypadkowo poznany chłopak, potem mąż, a wkrótce ojciec. Wtedy ból zdawał się przyjemnością, tłumaczyła sama sobie, że jest przyjemny. O skurczu rozrywającym podbrzusze na kawałki nie może tego powiedzieć. Mgła zasłoni oczy, ludzie przyjdą, wyjdą, zajrzą między nogi, pomacają, spróbują odwrócić dziecko, co pcha się tyłkiem na świat. Wszyscy weseli, rozgrzani, zadowoleni. Nie, nie, droga pani, przemy, przemy! Dasz radę, złociutka! Po jedenastu godzinach da radę, wypchnie córkę na świat, lekko podduszoną, zsiniałą. Opadnie na łóżko z mocnym postanowieniem unikania podobnych zdarzeń w przyszłości.

Mała na pustym oddziale szybko zyska sławę. Dupą na świat, i to w Dzień Kobiet! Niewielki loczek, układający się w cyfrę sześć, wywoła salwy śmiechu w dyżurce. Miastowe uczesanie, nie ma co! Zakręcony na loton! – obwieści ze śmiechem pielęgniarka, podając matce dziecko w szczelnie zawiązanym beciku. Matka potem dopyta, co to loton, nie wiedziała bowiem, że to lakier do włosów, na wsi utrwalano fryzurę na wodę z cukrem.

Mała spędzi pół życia na wsi, a pozostałe pół, mimo że w mieście, głową nadal na wsi, w ogrodzie warzywnym, w oborze wśród krów, w kurniku z kurami. Nie będzie świadoma miastowego rodowodu, ale w którymś momencie zrobi z tego użytek. W dzieciństwie wpadnie po uszy w przypowieści o duchach i marach na bagnach. W gorące letnie noce pod namiotem pierwsza opowie kuzynkom historie o białych damach w zrujnowanych zamkach, o staruszkach łapiących dzieci za ręce w zaułkach gęstych od pokrzyw, o wampirach, czosnku i osikowym kołku. Odwiedzi miejsce w okolicy, gdzie spalono na stosie czarownicę. W tkankę skóry wplącze się wiejska prostota, chłopska mentalność i skłonność do magicznego myślenia.