Trzeba marzyćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Matylda Man, 2017

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Ebru Sidar/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Zofia Firek

ISBN 978-83-8123-483-2

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla M., dla B.

Wszelkie postacie występujące w książce są fikcyjne, zaś ich podobieństwo do kogokolwiek jest niezamierzone.

Kark wyjął z kieszeni nową lepszą wersję siebie i popatrzył z uznaniem.

Wszystko było pod kontrolą.

Całe życie miał w komórce.

Pani Irena mówiła, żeby marzyć.

Żeby coś się zdarzyło,

Żeby mogło się zdarzyć,

I zjawiła się miłość,

Trzeba marzyć.

I patrząc na pełną niedowierzania niespełna trzydziestoczteroletnią twarz Jagody, uśmiechała się i dodawała, że w życiu i w marzeniach trzeba sięgać gwiazd.

I żeby uważać na to, o czym się marzy, bo nie daj Boże, może się spełnić.

W ostatnich latach życia dziadek mawiał tak:

– Jagódka, musisz wiedzieć; ty, Baśka, też słuchaj. Obie słuchajcie. Jagoda, zapamiętaj, bo mieszkanie będzie twoje. Powiem o opłatach. Czynsz wynosi pięćset pięćdziesiąt złotych. Co roku są podwyżki. Plus opłaty za prąd i gaz. Raz na rok trzeba zapłacić podatek od nieruchomości i podatek od dzierżawy wieczystej. Prawie osiemset złotych.

My z babcią odłożyliśmy na pogrzeb, więc nie musicie się martwić. Najważniejsze, żebyśmy leżeli razem. Człowiek musi leżeć razem. Kamieniarz kończy robić tablicę. Chcemy mieć z babcią ładny pomnik. Jasny. Ciemny od razu będzie upaćkany. Nad zdjęciami się waham. Może ślubne będzie najlepsze?

Uprzedzając o wysokości opłat za mieszkanie, dziadek nie uprzedził ani Jagódki, ani córki swojej, Baśki, że mieszkanie, owszem, na wnuczkę zapisane zostanie, ale warunek jest jeden. Jagoda może się wprowadzić tylko jako mężatka. Dziadek był rozczarowany kondycją tak zwanego młodego pokolenia, czyli pokolenia urodzonego po wojnie. Według niego wszyscy się parzyli jak króliki i rozwodzili, jak tylko pojawił się problem. „A życie to nie bajka”, napisał dziadek w testamencie.

„I wolą moją jest, żeby Jagoda Barska, córka mojej córki Barbary, a moja wnuczka, żyła tak, żebyśmy się z moją żoną, a jej babcią, w grobie nie przewracali. Nie będziemy folgować wolnym związkom”.

A matka Jagódki, Barbara Barska, która w młodym wieku została wdową, wieszczyła tak swojej Jagódce:

– I ty wyjdziesz kiedyś za mąż i sama zobaczysz. A jak zostaniesz matką, to dopiero zobaczysz. Sama się przekonasz. Wspomnisz moje słowa.

I Jagoda nie wiedziała, czy bać się, czy cieszyć.

A ciotka Malina, siostra Barbary, kiedy po trzydziestu latach szczęśliwego, według niej, pożycia (nic nie musiał robić, wszystko miał pod nos podane) odkryła, że jej mąż ma romans z sekretarką, przez pierwszy rok od demaskacji mówiła tak:

– Basia, Basia, to ty? Śpisz? Baśka, ale jak on mógł? Jak mógł? JAK MIECZYSŁAW MÓGŁ MI TO ZROBIĆ? Mnie i DZIECKU? Basia, czekaj, to ja ci przeczytam, co było w tym esemesie. Słuchasz? Czy piłam? Nic nie piłam, Baśka. Nie piłam, nie jadłam. Tyle co kurczaka z rożna zjadłam. Nie mam głowy do jedzenia. Baśka, jestem wrakiem człowieka. Wrakiem kobiety. Nie, nie chcę, żebyś przyjeżdżała. Będę siedzieć po ciemku, sama. Nie chcę nikogo widzieć. Basia, Basia, dlaczego mnie to spotkało? Za tyle serca? Powiedz mi po co? Po co ja się tak poświęcałam? Całe życie tylko mąż i syn, syn i mąż. To teraz mam. Męża nie mam. Syn w Niemczech, nigdy już nie wróci. No, syn nie wróci, Baśka. Do czego miałby tu wracać? Ja ci mówiłam, ile on na godzinę zarabia? Jako programator? Programista, Baśka, nie musisz mnie poprawiać. Jakbyś taką tragedię przeżyła, to jest, tego… Niech ci będzie. Co przeżyłaś, Baśka, to przeżyłaś. Twój przynajmniej uczciwie umarł. Baśka, może ja teraz bluźnię, grzech popełniam. Ale czy nie byłoby lepiej, gdyby Mieczysław umarł? Baśka, wyć się chce!

Beata, jedyna przyjaciółka w wieku Jagody, przez lata mówiła tak:

(…)

Chociaż właściwie nic nie mówiła. Sprawy sercowe były poza nią. Beata miała nadwagę i głębokie przekonanie, że każdy dodatkowy kilogram oddala ją od prawa do miłości i wszystkiego, co za tym idzie.

Błędem byłoby natomiast myśleć, że do czasu osiągnięcia wąskiej talii nie miała Beata doświadczenia w ważnych w życiu człowieka sprawach cielesno-miłosnych. Otóż miała. Jakiekolwiek, bo jakiekolwiek, ale miała. A jakże. Ostatnie, które według wiedzy Jagody było także pierwszym i jedynym, miało miejsce w czasach studenckich i zaszło w okolicznościach mazurskich szuwarów. Ośmielenie przyszło po pełnym wrażeń Dniu Strażaka, podczas którego serwowano nie tylko grochówkę, ale i piwo gratis. Beata, objedzona zupą, lekko napita, legła w słonku pod bramką do piłki nożnej i z tego wygodnego miejsca obserwowała rywalizujące ze sobą na sikawki zespoły strażackie z okolicznych wsi. I taką pełną, senną i zarumienioną dostrzegł niejaki Adaś, kawaler z pobliskiej wsi. Strażak nad strażaki. W cywilu – rolnik.

Adaś lubił duże kobiety, bo jak mówił: „widzę, na co patrzę”. W dodatku panna nie była miejscowa, co podnosiło jej atrakcyjność. Biegając z sikawką i gasząc pozorowany pożar, strażak-ochotnik czuł, że prawdziwy żar wzniecił się w nim, dokładnie w środku, i ogień ten musi bezwzględnie ugasić. Jako że były to czasy przed polską edycją programu Rolnik szuka żony, miast uwieść pannę urokiem wsi i perspektywą sielanki do końca życia, przedstawiciel zwycięskiej drużyny ochotników, wąsaty i o płowej czuprynie strażak Adaś, podał Beacie ręką, wymówił swoje imię i zaprosił na spacer.

Spacer zakończył się w okolicznych zaroślach scenami miłosnego uniesienia.

Spacery kontynuowane były do końca wakacji, przy czym warto dodać, że w poznawaniu siebie Beata i Adaś obeszli prawie całe jezioro. Adaś był bardzo na tak. Panna wydała mu się silna i mądra. Był nawet skłonny zaakceptować miastową potrzebę studiowania. A Beata, owszem, zjadała przynoszone dary, w postaci domowych dżemów, ciast drożdżowych, swojskiej kiełbasy czy samodzielnie uwędzonego węgorza, ale w chwili czułego pożegnania na przystanku PKS-u podała strażakowi-rolnikowi błędny adres i pomodliła się, żeby niedoszłemu narzeczonemu nie przyszło do głowy jechać za nią na włączonej syrenie.

Od tamtych mazurskich nocy Beata nie dała się ponieść namiętności. Postanowiła, że następnym razem rozbierze się, dopiero kiedy osiągnie figurę klepsydry, a wybranek będzie jeśli nie ze stolicy, to co najmniej z kilkusettysięcznego miasta.

I tak Beata jadła i tyła, tyła i jadła, a lata mijały. Z każdym poniedziałkiem, pierwszym dniem miesiąca, Nowym Rokiem poprzysięgała sobie wytrwanie w kolejnej diecie, a z każdym piątkiem, połową miesiąca czy zaledwie pierwszym kwartałem roku, zniechęcona i sfrustrowana kiepskim rezultatem, zrywała się po zakupy i uzupełniała lodówkę i brzuch artykułami spożywczymi, które wystarczyłyby do wykarmienia czteroosobowej rodziny. Dla Beaty były to dwie lub trzy nocne uczty. I tak w kółko. Od kolejnego postanowienia, przez kilkudniową dietę, burczenia w żołądku, przejmującego głodu – do utraty cierpliwości i galopu do spożywczego po pudełka z lodami, kiełbaski, szyneczki, świeże chrupiące pieczywo, masełko, sery pleśniowe, czekolady z orzechami, eklerki, ciastka ponczowe i bajaderki.

Kawalerowie, którzy nie lubili wieszaków i wodzili oczami za wdziękami Beaty, byli odprawiani z niczym. Bo ona na dobre wbiła sobie do głowy, że miłość nie idzie w parze z nadwagą. Sytuacja skomplikowała się bardziej, kiedy dostała stałą pracę jako jeden z koordynatorów w fundacji na rzecz zdolnej młodzieży ze wsi. Praca była zacna i prestiżowa. Jednak z racji, że w fundacji zatrudnionych było sześć kobiet w wieku od dwudziestu pięciu do sześćdziesięciu plus oraz księgowy (wprawdzie jak na księgowego młody, bo zaledwie po trzydziestce, ale o skłonnościach skierowanych w stronę płci własnej), szanse Beaty na poznanie przystojnego nieznajomego zmalały. Natomiast, o ile to możliwe, na etacie jeszcze wzrosła konsumpcja słodyczy i wyrobów mącznych.

Sfrustrowana swą jałową egzystencją, ograniczoną do pracy, spotkań z Jagodą i smarkania w mankiet księgowemu o mile brzmiącym imieniu Wit, Beata za dnia jadła i działała na rzecz wsiowej młodzieży, a wieczorami jadła, żarła i oglądała filmy o miłości. Łzy wzruszenia – a może żalu? – spływały po eklerkach, babeczkach i ozdobach tortowych.

Miłość jest nie dla niej, miłość jest dla pięknych i szczupłych, płakała, zagryzając kolejnym ptysiem i pogłaśniając pilotem wyznania czynione przez nie zawsze młodych i szczupłych amantów filmowych zawsze szczupłym i młodym amantkom.

I stało się tak, że którejś sobotniej nocy, w towarzystwie ciasta czekoladowego i lodów waniliowych jedzonych wprost z pudełka, obejrzała Beata jeden z odcinków Mad Mena, kultowego serialu o pracownikach nowojorskiej agencji reklamowej. A serial tak ją wciągnął, że lody się roztopiły, zaś czekoladowe ciasto pozostało nietknięte. Nad ranem Beata wyrzuciła pudełko z roztopioną masą, a ciasto pokruszyła ptaszkom. Spała krótko, lecz wyjątkowo dobrze. Pierwszy raz od dawna zapragnęła wyjść z domu, i to niekoniecznie do cukierni.

 

Po paru miesiącach znała już wszystkie dostępne sezony serialu. Mad Men podbił jej serce, i to wcale nie dlatego, że główna bohaterka przez większość odcinków była gruba i brzydka. Beatę uwiodły wszystkie postacie, z reguły piękne i powabne (nie licząc głównej bohaterki). A już najpiękniejsze wydały jej się stroje. Z podziwem patrzyła na wystylizowane zgodnie z modą lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych aktorki, których świetnie skrojone sukienki tak pięknie podkreślały kobiece kształty.

– Też tak chcę – wyszeptała do siebie Beata na widok grającej w serialu Christiny Hendricks, której łączny obwód w dolnych i górnych partiach ciała musiał przekraczać dwa metry.

Och, też tak chcę! – marzyła, patrząc na poruszającą się z kocim wdziękiem, zagarniającą pełnymi biodrami przestrzeń nowojorskiej agencji reklamowej, kipiącą życiem i seksapilem aktorkę Barbarę, ubraną, jak to do biura, w obcisłą czerwoną sukienkę. Długość za kolano. Albo w maleńki sweterek noszony na sterczącym w szpic biustonoszu typu coeur croisé.

O matko, coś pięknego! – ekscytowała się na widok butów na wysokich obcasach. Aktorki poruszały się na nich z gracją i lekkością, jak gdyby chodzenie w szpilkach było umiejętnością wrodzoną. Sunęły na dwunastocentymetrowych słupkach poprzez mięsiste dywany, nierówne chodniki, śliskie jezdnie. Po to, by pozwolić oczom upatrzonego mężczyzny spocząć na zgrabnej łydce okrytej cienką pończoszką ze szwem i stopie wsuniętej w wytworny pantofel.

Teraz rozumiem Jagodę, doznała olśnienia Beata. I zdecydowała, że czas na zmiany.

W końcu główna bohaterka również przepoczwarzyła się z maślanego pączka w całkiem zgrabną spryciulę!

Co najważniejsze jednak, dzięki obejrzeniu kilkudziesięciu odcinków amerykańskiego serialu zdobyła Beata tajemną wiedzę o męskiej naturze i gustach. Kiedy już trochę ochłonęła, a stało się to po jakimś piątym sezonie, była w stanie ukuć opinię, że w gruncie rzeczy mężczyźni są jednostkami o dość przewidywalnych reakcjach i prostym postrzeganiu świata. Powiedzenie: jaki jest koń, każdy widzi, oddawało istotę rzeczy. Dlatego też, myślała Beata, prostym samcom należy dostarczać bodźców, które potrafią odebrać i zinterpretować. Innymi słowy, sylwetka kobiety ma być złożona z elementów wypukłych i sterczących.

Strój ma podkreślać to, co ukryte, i rozpalać męską wyobraźnię.

Dzięki halkom i usztywnianym biustonoszom można wyrzeźbić sylwetkę i nadać jej kształt idealnej klepsydry. Jagódka, na przykład, jest bliska ideału, pomyślała Beata. No, może tylko cycki mogłaby mieć większe.

Nie ma co czekać, trzeba działać. Szkoda tracić czas. Mad Menie, prowadź mnie! – podjęła decyzję Beata i wyrzuciła z kuchennych szafek wszystkie poutykane paczki ciastek i czekoladek w sreberkach.

Następnie przejrzała szafę i postanowiła, że już niedługo wymieni całą garderobę na nową. Żegnajcie obszerne swetrzyska i spódnice z gumką! Poszły sio wielgachne sukienki i szerokie tuniki! Będzie biust w szpic, będą smukłe łydki. Krągłe biodra i apetyczne ramiona.

Styl, określony przez stylistów jako vintage, wydawał się odpowiedni do przedsięwziętej strategii.

W krótkim czasie Beata schudła (dieta plus ćwiczenia na stacjonarnym rowerku) oraz zamieniła workowate spodnie na ciasną ołówkową spódnicę i sweterek z dekoltem w serek. Zrobiła u fotografa profesjonalną sesję w stylu pin-up girl. Na każdym z dziesięciu zdjęć wyglądała jak z ilustracji do bajki Rzepka. Fotografie były tak sugestywne, że oglądająca je Jagoda skojarzyła wypięty zadek przyjaciółki z często słyszanym w dzieciństwie refrenem: „Zasadził dziadek rzepkę w ogrodzie…”. Oj, zasadził. Jędrna i krzepka była ta rzepka.

Z dalszych działań prowadzących do nowego wspanialszego życia: Beata zerwała lokatę w banku i płacąc wpisowe w wysokości półtorej pensji, zapisała się do agencji matrymonialnej. Do sekcji VIP.

Od tego czasu rozpinała guzik w jedwabnej bluzeczce (czy w moherowym sweterku), tak by wyglądać ponętnie, lecz nie wulgarnie. Porannej garderobie towarzyszyła zaś gorliwa deklaracja – otóż co jak co, i bez fałszywego wstydu, ale ona, Beata, idzie na akord.

Jak każda kobieta, Jagoda marzyła o wielkiej miłości.

Owo marzenie towarzyszyło Jagódce od dziecka, kiedy to dała się ogłupić bajkom czytanym przez mamusię i filmom amerykańskiej wytwórni filmowej, propagującym mit Kopciuszka, którego ujawniona dzięki inwestycjom dobrej wróżki w kawałek mydła i porządną sukienkę uroda prowadzi wprost w ramiona blond idioty wystrojonego w białe pończochy i koronę na głowie.

W doroślejszym życiu Jagódka przeszła od bajek do komedii romantycznych, wyobrażając sobie, że pewnego dnia, niczym Audrey Hepburn w Sabrinie, będzie się zastanawiać nad przyjęciem awansów od Humphreya Bogarta.

A już tajemnicą poliszynela był fakt, że uwielbiająca książki Jagódka zaczytywała się w harlequinach. Pokusiła się nawet o wydanie opinii podczas jednej z lekcji języka polskiego, że harlequin jest gatunkiem literackim skończonym, czyli doskonałym. Zbudowanym precyzyjnie, z ciągiem zdarzeń przyczynowo-skutkowym. Forma harlequina jest formą zamkniętą. Chyba do końca życia nie zapomni Jagoda spojrzenia polonistki, która najwyraźniej skończyła studia wyłącznie dzięki punktom za pochodzenie. Polonistka spojrzała na nią jak na zbłąkaną miastową królewnę, która wie o życiu tyle co nic, a w tym dorosłym nie trafi palcem do… Tu polonistka zebrała się w sobie (była jednak pedagogiem) i rzekła tylko:

– Barska, zapisz. Wszyscy niech piszą. Gibały kopały ziemnie. – Polonistka dyktowała powoli. – Co ja powiedziałam? Ziemnie? Nie ziemnie, tylko torf. Gibały kopały torf.

Asystowanie Kopciuszkowi, śledzenie gęsiareczek i szlochanie na Pretty Woman zrodziło w Jagódce marzenie o miłości idealnej, od pierwszego wejrzenia i na całe życie. Na taką miłość warto jest czekać.

Gdyby Vladimir Propp żył współcześnie, mógłby z powodzeniem dokonać reanalizy swojego wiekopomnego dzieła, posługując się li tylko przykładem perypetii miłosnych Jagody Barskiej.

Lata temu, w dziele pod tytułem Morfologia bajki magicznej, brodaty uczony dokonał rozkładu struktury baśni ludowej na czynniki pierwsze. Jego przełomowa praca zachwyciła francuskich strukturalistów, a książka, posługując się terminami współczesnego marketingu, stała się światowym bestsellerem.

Biorąc pod lupę strukturę narracyjną – wot, dawaj! – Propp wyodrębnił schemat postaci z przypisanymi im typowymi rolami. I tak w bajce magicznej występują: królewna, jej ojciec, bohater, przeciwnik, osoba wystawiająca bohatera na próbę, pomocnik oraz fałszywy bohater.

Każdy z wymienionych ma do spełnienia określoną rolę. Podejmuje odpowiednie działanie. Do czynów przedsiębranych przez wymienione postacie należą między innymi następujące działania i przeciwdziałania: zakaz – naruszenie zakazu, odejście, wywiadywanie się przeciwnika, udzielanie przeciwnikowi informacji o bohaterze, podstęp, pomaganie, pośredniczenie, przeciwdziałanie, wyprawa, rola donatora, czyli osoby wystawiającej bohatera na próbę, zachowanie się bohatera, przekazywanie środka magicznego, walka, zwycięstwo. Cały zestaw zachowań bohatera, to jest: jego powrót, prześladowanie, ocalenie niebogi, żądania fałszywego bohatera. I dalej: zawieszenie poprzeczki, czyli wyznaczenie trudnego zadania, wykonanie trudnego zadania, rozpoznanie, demaskacja, ukaranie. A w końcu ślub i huczne wesele.

Można powiedzieć, że wychowana na bajkach i zafas­cynowana strukturą harlequinów Jagoda, posiadająca, miast ojca-króla, mamusię, dla której dziecko będzie zawsze dzieckiem, i która wie, co dla dziecka jest najlepsze – otóż Jagoda nie dotarła w swojej, nazwijmy to: strukturze narracyjnej dalej niż do etapu „szkodzenie”. A etap ten mógłby się nazywać „Barbara Barska”, na której jak na przeszkodzie poprzewracali się nieliczni śmiałkowie adorujący jej córkę w latach licealnych. Podczas nielicznych wizyt domowych kawalerów Barbara Barska tak zawzięcie szorowała szmatą podłogę, że mokry materiał to wsuwał się do pokoju Jagody, to się z niego wysuwał. Kiedy tak szorowała, a do jej nadstawionych uszu nie dochodził żaden dźwięk, oznaczać to mogło najprawdopodobniej przystąpienie jedynaczki i początkującego mężczyzny do czynów lubieżnych. Wtedy otwierała po prostu drzwi i bez względu na porę, ze słowami: „Mnie się wydaje, że już jest późno, i proszę, poproś kolegę, żeby poszedł do domu”, czekała, aż rozpalony młodzieniec drżącymi rękami wsunie rozdeptane obuwie sportowe, pozapina, co rozpięte, i po dwa stopnie sfrunie z trzeciego piętra.

Tak, gdyby Propp żył współcześnie, strukturę narracji mógłby zapisać następująco:

1. Przejrzała królewna, wtórna dziewica marząca o miłoś­ci życia do końca życia.

2. Mamusia – wywiad, służby specjalne.

3. Wakacyjne miłostki królewny. Ciągu dalszego nie będzie.

4. Podstępy mamusi, czyli próby wywiedzenia się, czy jest jakiś kawaler.

5. Rozterki, wątpliwości, lęki królewny: brak dostępnej wiedzy dotyczącej etapu „żyli długo i szczęśliwie” (czyli jak, do cholery?).

Aha, i punkt zero: Jak poznać, że Romeo to Romeo?

Jak każda kobieta, Jagoda marzyła o ślubie.

Ślub miał być skromny. Tylko rodzina.

Rodzina i przyjaciele.

Rodzina, przyjaciele, koledzy z pracy.

Kiedy skończyła trzydzieści dwa lata oraz niemal rok grzesznego pożycia z obywatelem Szwecji, mężczyzną żonatym, życzenie urodzinowe było proste.

Świadkami ślubu oraz wstąpienia na nową drogę życia (z mężczyzną wolnym – podkreślić „wolnym”) będą: rodzina, przyjaciele, koledzy z pracy oraz sąsiedzi. Być może także znajome panie ekspedientki.

No, może ekspedientki to przesada.

Ale niewykluczone, że doktor Wolski, ginekolog. Miły pan w średnim wieku, który od lat zadawał pacjentce jedno, jedyne pytanie: „Kiedy dziecko?”.

A Jagoda zamykała oczy, zaciskając pięści na brzegu fotela ginekologicznego i pamiętając, że powagę odbiera jej zarówno brak dolnej części ubrania („skarpetki może pani zostawić”), jak i mało stabilna pozycja. Odpowiadała w miarę spokojnym głosem:

– Panie doktorze, nie można mieć dziecka, jeśli się nie ma męża.

Na to doktor Wolski zdejmował okulary, przecierał szkła i nieco skonfundowany ni to odpowiadał, ni pytał:

– Jak to? Z tego, co wiem, można.

A Jagoda na to:

– Jak to? Bez męża?

Tak, zdecydowanie doktor Wolski powinien pojawić się na ślubie, podsumowała swoje życzenie urodzinowe i patrząc na matkę, zdmuchnęła trzydzieści cztery świeczki na torcie.

Pani Irena była kobietą doświadczoną przez życie.

Pomimo że nie miała żadnego męża, ani własnego, ani cudzego. Tak, można śmiało powiedzieć: znała się na rzeczy jak nikt.

Jagoda lubiła swoją sąsiadkę. Starsza pani miała wyjątkowe poczucie humoru. Subtelna nić ironii oraz niesłychany dystans do świata i siebie w połączeniu z niewinnymi, zielonymi niczym groszek oczami dawały mieszankę piorunującą. Duchem pani Irena nie przekroczyła dwudziestu kilku lat, zwykła natomiast mawiać, że: „na ziemsko mam ze dwieście”.

Gdy tylko Jagoda była smutna – a smutna była przez rok grzesznego związku i kolejne dwa lata lizania ran – często wieczorami schodziła ze swojego pierwszego piętra do pani Ireny. Piły razem herbatę i godzinami rozmawiały o życiu, czyli o mężczyznach. Był to, jak mówiła pani Irena, temat rzeka.

W chwilach większej chandry i zwątpienia pani Irena stawiała przed Jagodą nie tylko herbatę, ale i kieliszek nalewki z pigwy.

– To na serce – mówiła. – Napij się dla zdrowia. Pij, Jagódko, to dla zdrowia, nie dla przyjemności.

I kiedy Jagoda była już pokrzepiona dobrym słowem i dolewką domowego trunku, pani Irena przynosiła z sypialni stare żurnale. Szeleszcząc „Burdą” czy „Vogiem”, obie patrzyły z podziwem na ponadczasowy francuski szyk i niemiecką solidność.

– Życie jest za krótkie, żeby płakać i cierpieć przez mężczyzn. W życiu trzeba iść przed siebie radośnie, z głową pełną marzeń. Robić sobie małe przyjemności, mężczyznom kazać sobie robić duże przyjemności i nauczyć się mówić nie.

Pani Irena nigdy nie powiedziała Jagodzie, że trzeba być pierwszą nawiną, żeby przez rok spotykać się z facetem i nie spytać, czy jest wolny. Bo jak się okazało, był żonaty, a wiadomość o tym spadła na Jagodę jak grom z jasnego nieba. Co gorsza, nie robił z tego tajemnicy. Wystarczyło go spytać. A że nikt nie pytał…

Pani Irena przytulała zapłakaną Jagodę, która przez kolejne dwa lata wypłakiwała sobie oczy po niewiernym i niedoszłym narzeczonym i coraz bardziej cierpiała, spędzając kolejne święta w towarzystwie matki; gładziła po długich jasnych włosach i spokojnym, ciepłym głosem koiła tak:

 

– Zobaczysz, pewnego dnia w twoim sercu zakwitnie wiosna. I przyjdzie miłość. A miłość przyjdzie wtedy, kiedy najmniej będziesz się jej spodziewać. Zobaczysz. Zanim się obejrzysz, już zdążysz się znudzić zbieraniem śmierdzących skarpetek.

– Ale ja się już nie spodziewam! – łkała Jagoda nad kawałkiem czekoladowego tortu, z którym prosto po pracy przyszła do pani Ireny, żeby wspólnie opłakać żonatego łososia, tego oszusta Szweda. – Zatem uważam, że powinna już przyjść!

– Przyjdzie, zobaczysz – uspokajała pani Irena. – Nie znasz dnia ani godziny. Nie obejrzysz się, a już wpadniesz w sidła – zażartowała.

I żeby uczcić zdrowie jubilatki, nalała im obu po kieliszku nalewki.

– Twoje zdrowie, Jagódka! I pomyśl marzenie! Pomyślałaś? No to mam nadzieję, że dobrze pomyślałaś. Bo wiesz, marzenia lubią się spełniać.

Z życzeniami i tortem orzechowym, dokładnie takim, jaki lubił nieboszczyk mąż, czekała na córkę Barbara Barska. Emerytka, wdowa i matka Jagody.

Dochodziła dwudziesta i chociaż pani Barbara wiedziała, że teraz młodzi pracują w różnych dziwnych godzinach, a ich szefowie dzwonią w weekendy, święta, w dzień i w nocy, to jednak nie mogła się przyzwyczaić, że jej córka od niemal dziesięciu lat pracuje zawodowo w charakterze specjalisty od marketingu i czegoś tam jeszcze (kto wie, co to znaczy?). Kiedyś nazywało się pracę biurową pracą biurową i wiadomo było, że o 15.30 można było iść prosto do domu. Bo niby gdzie? Pani Barbara stała przylepiona do okien balkonowych, ale nadchodzącej córki widać nie było.

– Żeby się tylko nic nie stało – martwiła się, bo przecież wiadomo, że zło nie śpi, nieszczęścia chodzą po ludziach. A Jagódka to jej sens życia, jej oczko w głowie, córeczka tatusia, grubasek kochany. Boże, swoją drogą, jaka ta dziewczyna naiwna! Niedojrzała. Niedorosła. Wciąż sama. Gdyby była dorosła, nie byłaby sama. Dziec­ko we mgle.

Rozmyślania rodzicielki przerwał chrzęst zamka.

– Wreszcie. – Pani Barbara poderwała się i lekkim truchtem, w skórzanych kapciach z bazarku, rzuciła się do drzwi.

W progu stała lekko zawiana jubilatka. W dłoni trzymała pęk kluczy i starając się przybrać minę niewinną i trzeźwą oraz utrzymać pion moralny, z godnością przywitała rodzicielkę donośnym:

– Cześć, mamo.

Posilona pigwówką i wybraniem wzoru sukienki ażurowej, którą pani Irena wydzierga ulubionej Jagódce, by kusiła wdziękami, kiedy już będzie kogo kusić, gotowa była przyjąć życzenia od najbliższej osoby na świecie.

– Jagódko… – Matka matczynym gestem objęła jedynaczkę. – Piłaś? – Oderwała się od całowania policzków córki. – Jezus Maria. Dziecko, co się z tobą dzieje?

– Mamo. – Jagoda starała się odwrócić głowę. – Nic nie piłam. To znaczy, piłam. Urodzinowy kieliszek z panią Ireną.

– To pani Irena pije? Kto by pomyślał? Co za tragedia, starsza kobieta… – Matka wydawała się wstrząśnięta. – Ja podejrzewałam, że coś jest nie tak. Ona się często zatacza i pachnie tak jakoś, hm, spirytusem. Jezus Maria…

– Mamo, na miłość boską! Przecież ona ma cukrzycę. Jakie zatacza, co zatacza? Zawroty głowy ma kobieta! Pije? Ona pije, ale krople ziołowe! Jaki spirytus? Mamo!

– Nie wiem, nie wiem – powtarzała matka. – Nie masz innych koleżanek?

– Nie mam. Mam Beatę. Ale Beata jest na spotkaniu w sprawie męża. Określa kryteria – odpowiedziała z wysiłkiem Jagoda.

– O Boże, dziecko, świat zwariował. Jakie kryteria? Co się z wami, młodymi, dzieje? Dlaczego ty wciąż jesteś sama na tym świecie? Sama, bo nie wiadomo, ile mi czasu zostało! – Matka uderzyła w rzewne tony. – Jagódko, dziecko moje. Życzę ci, żeby wszystkie sprawy ułożyły się po twojej myśli! Żebyś nie była sama. Żeby wiesz, kto był. Ojciec na pewno też by tego chciał. I dziadek napisał o tym w testamencie. Wiesz czego? Kogo? – Na wszelki wypadek upewniała się matka.

Ale Jagoda dostała czkawki.

– Basia, śpisz? Basia, idź, obudź Jagodę, niech dziewczyna nie myśli, że ciotka zapomniała o jej urodzinach. Basia, nie mogę w takim stanie rozmawiać. Basia, przekaż Jagódce, że życzę jej, żeby jej nigdy takie nieszczęś­cie, jak mnie, nie spotkało. Żeby spotkała na swojej drodze życia wyjątkowego męża. Żeby nie znała żadnych sekretarek. Żeby życie jej tak nie skrzywdziło, jak mnie, Baśka, mnie, która nie jem, nie piję, tyle co tego kurczaka z rożna zjem kawałek, żeby się całkiem nie przekręcić. Z rozsądku coś jem, Baśka. Nic nie jem. Przekażesz, Jagódce?

Wieczorem przed snem Jagoda Barska dokonała stosownego w dniu urodzin podsumowania:

Otóż Jagoda miała – przede wszystkim Jagoda miała – nieułożone życie. Na dramat ten składały się: skończone trzydzieści cztery lata, jeden długi, bo prawie trzyletni związek z dentystą i protetykiem, poczciwym Danielem, porażka życiowa w postaci związku pozamałżeńskiego z obywatelem Królestwa Szwecji, skryte marzenie o własnym ciepłym domu, z własnym mężczyzną, skryte marzenie o ślubie, mieszkanie po dziadkach, samodzielne, bez kredytu (co, jak mawiała ciotka Malina, zwiększało jej szanse na małżeństwo), obarczone klauzulą, która prowadziła Jagodę prosto do depresji i niniejszego podsumowania.

W przypadku wspomnianej klauzuli… Może kiedy Jagoda miała dwadzieścia kilka lat, pocieszanie jej, że na pewno niedługo pozna miłego chłopaka i zacznie z nim wić wspólne gniazdko, miało jakiś sens.

Kiedy skończyła trzydzieści dwa, mamusia powiedziała tylko:

– I co, sama byś w domu sterczała, niczym przysłowiowy kołek. Nie dramatyzuj. Masz swój pokój, zawsze możesz koleżankę do siebie zaprosić.

Ponadto Jagoda miała dobrą pracę na stanowisku samodzielnej kierowniczki, kierowniczki bez zespołu, kierowniczki tyrającej za nieistniejący trzyosobowy zespół, kierowniczki działu marketingu i public relations w szwedzkiej, nastawionej prorodzinnie firmie logistycznej. Oraz matkę-mamusię.

Przede wszystkim Jagoda miała mamusię. Mamusię, która wychowała Jagodę sama. Sama.

Kiedy jej mąż zmarł, umarł, przyszedł z pracy… Miał pracę biurową, wcale nieciężką, ale może czasy były ciężkie? Więc przyszedł z pracy, uśmiechnął się blado, usiadł w fotelu i zmarł na serce. Bez obiadu.

Jagoda miała wtedy pięć lat i z życia rodzinnego pamiętała tylko, że tatuś był często blady, siedział w fotelu i pił bladą herbatę. Mamusia nie pozwalała mu ruszyć się z fotela, niech siedzi taki blady. Zresztą co mężczyzna po studiach miałby robić w domu? Ani gwoździa nie wbije, ani zlewu nie przetka. Mężczyzna po studiach nie jest od gotowania i prasowania. Mężczyzna po studiach jest od zarabiania groszy na życie i załatwiania raz na rok turnusu wczasowego. Z mężczyzną po studiach nie ma nawet o czym rozmawiać. Wszystko musi wydawać mu się takie banalne. Przyziemne. Dlatego Barbara wolała się nie odzywać, a podziwiać. Wobec czego pytała tylko swojego wykształconego męża, jak mu minął dzień.

– Nic ciekawego – odpowiadał tatuś i łykając bladą ogórkową, pytał o to samo mamusię. I nie czekając na odpowiedź, pytał, co na drugie.

– Nic ciekawego – odpowiadała mamusia, zadowolona z faktu posiadania małżonka wykształconego i kulturalnego. – Mięso – uzupełniała odpowiedź i oddalała się do kuchni.

Oprócz tych rozmów i wczasów raz do roku, podczas których kulturalny i wykształcony tatuś spał nad jeziorem przykryty gazetą, a mamusia latała od piekarni do GS-u w poszukiwaniu tego, czego nie było w mieście, na przykład ekspresu przelewowego, Jagoda nie zapamiętała nic więcej. Żadnej interakcji pomiędzy rodzicami.

Nawet do kościoła nie chodzili razem. Osobno zresztą też nie. Nawiasem mówiąc, kwestie wiary były zagadnieniem dość często poruszanym przez dziadka, który mawiał:

– W coś trzeba, dziecko, wierzyć.

I wysyłał babcię ze święconką do kościoła, twierdząc, że gdyby miał tyle lat, co ona, to sam by poleciał. A tak, to niech babcia chodzi. Jest dużo młodsza. Całe pięć lat.

Inne książki tego autora