Punkt rosyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Mat Nować 2019

All rights reserved

Copyright © Sojka&Sojka spółka jawna, Warszawa 2019

Projekt okładki

Paweł Jońca

Redaktor

Anna Liebhart

Wydanie I

ISBN 978-83-66324-12-1

wydawnictwo

niebieska studnia

www.niebieskastudnia.pl

niebieskastudnia.pl

facebook.com/niebieskastudnia/

instagram.com/niebieskastudnia/

redakcja@niebieskastudnia.pl

Irze (między innymi)

rozdział 1.

Obudzony szczekaniem srebrnoniebieskich lisów. Nie od razu wdrożony w ich sekretne życie. Bezwładny. Myślę – na granicy snu i jawy przez chwilę myślę – czy słyszałem je wcześniej, czy to możliwe, bym słyszał je teraz. Ferma Zimmlera znajduje się przeszło kilometr stąd. Czy to możliwe? Mogły uciec, rozpierzchnąć się po obozie. Czy to możliwe? Odpowiedź pojawia się na nowo z każdą chwilą. Bo wszystko jest możliwe, jeżeli tu jestem, rzucony na pastwę losu. Wszystko.

Słyszę je, a oprócz nich wokoło tylko cisza. Swoim istnieniem tonują inne byty, wyłonione z mgły czekają na ponowne stworzenie świata i zamianę w ludzi. To pradawne wierzenie. Spomiędzy ich zawołań moje ucho nie wyławia najmniejszego szmeru, ale obóz nie śpi. Co krok w ciemności słychać jego szepty, konfesyjny ton skruszonego grzesznika. Słychać, lecz nie teraz. Przywykłem już do tych odgłosów i są mi bliskie jak głuchemu te jedyne znane dźwięki – własny świdrujący puls, przerażające bicie serca. Nieuchwytny pogłos. Nadnaturalny odzew organizmu.

Światło zapala się i gaśnie. Chwila. Jedno mrugnięcie. Dostrzegam ten manewr mimo zamkniętych oczu. Nie trzeba mi świadectw – po prostu mam pewność. Znam procedurę rządzącą procesem. Jest noc, a obyczaje nocy są urzekające. Żadna pora tak na mnie nie działa, nie zmienia mi życia w mydlaną bańkę, nadając mu skąpy, urojony sens.

Zgaszenie światła to otwarcie drzwi i szybkie ich zamknięcie. Jesienny wiatr smaga moją twarz chłodnym powiewem. Pauza. Czekam. Wiem, co będzie dalej. Mijają minuty, jedna, trzy, pięć najwyżej, i wraca jak echo powtarzana czynność. Szarpnięcie – uderzenie. Jest tutaj z powrotem.

– Wstawaj – mówi.

Nie chcę posłuchać.

– Wstawaj.

To sen czy jawa? Lisi jazgot milknie. Więc jednak był iluzją, zbyt krótką, zbyt pospieszną. A jeśli jest nią ten głos? Woła mnie wśród nocy zagubiony parias. Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. Zaciskam powieki. Może pójdzie, skąd przyszedł, wchłonie go mgła otulająca obóz jak ramiona matki.

Przeklęte nadzieje. Fritz wrócił i szarpie mnie za ramię. Nie śpię.

– Wstawaj – mówi.

Wychodził, by zapalić. Prosiłem go, by nie palił w pomieszczeniu. Lecz czy na pewno teraz wyszedł z tego powodu? Pewnie miał zamiar tylko opróżnić pęcherz, choć umknął mi tym razem dźwięk płynącej strumieniem cieczy, nie słyszałem wystukiwania rytmu o ścianę baraku. Znam Fritza dobrze – nie ulega prośbom. Inni – być może. On – po własnym trupie.

Z paleniem przyszło mi walczyć najdłużej, i dalej walczę, to dopiero miesiąc. Łatwiejsze było ułożenie diety, wykluczenie tego, co szkodzi, co niszczy, co nieprzerwanie od pierwszych dni tutaj podrażnia mój układ trawienny. A lista jest długa. Zjesz tłusto – twój brzuch krzyczy. Łyk kawy – masz skręt kiszek. Zbyt pieprznie, słodko, mącznie – i czujesz się jak król, gdy idzie piechotą w to jedno miejsce. Post to naprawdę drobiazg. Do wszelkiej niewygody można przywyknąć, żyć bez wszystkiego, co było radością. Sprawdziłem ten banał i wiem, o czym mówię.

W gruncie rzeczy prawie nie jem, a każdy kęs okraszam strużką potu na czole i kręgosłupie. Przeżuwam najmniejsze nawet kawałki i wyczekuję sygnału do biegu do latryny. Ta myśl tkwiąca stale z tyłu głowy – czy zdążę umknąć przed ludzkim spojrzeniem? Obóz tak działa, sieje spustoszenie. Nawet teraz, po krótkiej drzemce, wstaję i czuję w jelitach zbłąkane powietrze. Przelewa się. Rośnie. Wytrzymam – mówię sobie. Wychodzę i niosę ten ciężar z podniesionym czołem.

Fritz to co innego. Jest zahartowany. Czuje się tutaj jak ryba w wodzie, jakby przyszedł na świat za ciągnącym się kilometrami płotem z kolczastego drutu. Nic go nie rusza, nie łamie, nie napawa lękiem. Zastana rzeczywistość nie jest mu balastem. Nie myśli o niej jak o końcu świata.

***

Wybiega pierwszy. Wlokę się za nim, próbując ułożyć sobie w głowie to, co robię teraz i co będę robił w najbliższych minutach. Idę. Śledzę Fritza. Jego szczupła, wysoka sylwetka rzuca wokoło ruchliwe cienie. Przy wyjściu z koszar czeka znajoma postać – potężnie zbudowany łotrzyk o polskim nazwisku Górszczak. Dla nas to Gorstein – paskudny kapo z wiecznie radosną twarzą sadysty. Oparty o bramę olbrzym pospiesznie wciąga dym ze skręconego papierosa, zupełnie jakby się bał, że któryś z nas odbierze mu jego konfidencki przywilej. Niełatwo przywyknąć do szczególnych względów w takim miejscu, a jeszcze trudniej uwierzyć w ich trwałość.

– Gdzie szpadel? – pyta Fritz.

– Jest, pryncypale. Jest tutaj – mówi Gorstein.

Sięga za siebie i podnosi szpadel, trzymając go w dłoni, jakby był bukietem.

– Idziemy.

Mrok. Słupy ogrodzenia i wieże strażnicze ledwie rysują się na nocnym horyzoncie. Zaczyna padać. Pierwsze krople spadają na ziemię. Są lodowate. Wokół cisza. Słychać jedynie szuranie butów.

– Szybciej – mówi Fritz. – Inaczej będziemy musieli wracać wpław.

Przyspieszamy. Do szopy przy strzelnicy mamy mniej niż kilometr. Tam znajdziemy zwłoki.

Droga się dłuży. Idziemy w milczeniu. Rosa osiada na butach, lśniąc przy każdym spojrzeniu czujnych ślepi dalekich reflektorów. Snopy światła raz po raz omiatają okoliczne pola. Lis zaszczekał przed nami w charakterystyczny sposób. A jednak je słychać – myślę. Skrywa je noc. Deszcz wzbiera. Przemy do celu.

Po lewej stronie widać cienie baraków, na prawo teren komendanta: dom, ogród, lisią fermę. Przed nami strzelnica. Mógłbym dorzucić do niej kamieniem; może nie ja, ale Fritz na pewno.

Kapo kroczy z przodu ze szpadlem na ramieniu. Jego nadpobudliwe oczy sondują bez ustanku przestrzeń, jakby oczekiwały ataku. By dodać sobie odwagi, przez chwilę pogwizduję. Łapię się na tym, natychmiast przestaję.

Nie mogę zapomnieć o swoich dolegliwościach. Szumi mi w głowie i mój żołądek na zmianę pęcznieje jak balon i kurczy się niemal do rozmiarów śliwki. Zostało jeszcze kilka, kilkanaście kroków, potem najwyżej pół godziny i powrót… A następnie… Tylko ja i ona. Moja tajemnica.

Kiedy jesteśmy na miejscu, Fritz otwiera drzwi szopy małym mosiężnym kluczem. Ze środka wyziewa woń wilgoci i pleśni. Zapach martwego ciała jest niewyczuwalny.

– Bierz go.

Fritz nie bawi się w przyjaźnie z więźniami. Nawet, a może zwłaszcza, z kapo od czarnej roboty.

Gorstein opiera narzędzie o ścianę szopy i wchodzi do środka. Po chwili wynurza się, taszcząc ciało niczym olbrzymia matka śpiące dziecko. Przerzuca je przez ramię i lewą ręką chwyta szpadel, ciągnąc go za sobą jak zabawkę na sznurku.

Fritz jest spięty, rozgląda się wkoło i widzę, że chciałby zapalić. Odpędza jednak pokusę. Krople deszczu na jego twarzy błyszczą mimo mroku. Cisza. Słychać jedynie szpadel Gorsteina podskakujący na ścieżce, jakby chciał się wyrwać.

Miejsce, do którego zmierzamy, to połać ziemi za strzelnicą, sto, sto pięćdziesiąt metrów na północ od szopy. Kapo zna drogę na pamięć, przemierzał ją dziesiątki, setki razy. Nawet się nie zachwiał, nie zdradził zmęczenia, nie westchnął. Worek z ciałem trzyma niedbale, bez szacunku. Trupia głowa obija się o jego plecy. Zwłoki przypominają niesionego do domu towarzysza nocnego życia.

Ziemia wokół jest rozkopana, gdzieniegdzie świeżo ubita. Fritz staje, potem rusza i odlicza kroki. Zatrzymuje się, daje znak i czeka.

– Kop – mówi.

Gorstein rzuca ciało jak lalkę. Zabiera się do pracy. Grunt jest twardy. Szpadel pracuje z oporem. Kapo raz po raz podnosi głowę i patrzy w naszą stronę. Ten sam ośliniony uśmiech, ta sama toporna sylwetka, te same nerwowe oczy szaleńca. Podnoszę wzrok i ogarniam spojrzeniem przestrzeń – wszystko, co wokół, czyli noc, a wśród niej zarysy architektury obozu, niegasnące odległe światła reflektorów i dwie skryte w mroku cieniste sylwetki.

Jesteśmy mokrzy. Rozpięta kurtka kapo prawie spływa z jego grzbietu. Odchodzę kilka kroków. Przymykam oczy. Próbuję rozmasować nadwrażliwy brzuch.

– Jest coś – mówi Gorstein.

Słyszę jego niski, zachrypnięty głos. Odwracam się. Patrzę w jego stronę.

– Kop dalej. Co jest? – mówi Fritz.

– Nie wiem, pryncypale, ale coś twardego. Szpadel nie chce wchodzić.

Fritz podchodzi i widzę dwie postacie pochylone nad dołem, wpatrzone w niego jak w obraz, zastygłe nad pustką mogiły. Dołączam jako trzeci.

– Daj mi to – mówi Fritz.

Sięga po narzędzie. Serią uderzeń sprawdza dno. Głuchy dźwięk rozrywa powietrze.

– Kop.

Wskazującym palcem wytycza w powietrzu krąg nad krawędzią dołu i oddaje narzędzie Gorsteinowi.

Olbrzym wraca do pracy z tym samym szaleńczym uśmiechem i przysiągłbym, że przeklina w duchu Fritza, mnie, obóz i kogoś, kto, stwarzając świat, dopuścił do odegrania tej mozolnej sceny.

 

Fritz sięga po papierosa. Jedna, druga, trzecia zapałka i wreszcie udaje się ocalić płomień przed siłą ulewy. Przeszywam Fritza wzrokiem.

– No co? – pyta.

– Nic.

Wyjmuje papierosa z ust i macha mi nim przed nosem, zanosząc się śmiechem.

– Zapal sobie – mówi.

– Odpuść.

Odpuszcza. Zaciąga się z uśmiechem i patrzy mi w oczy.

– Powiedz mi – mówi – długo tak zamierzasz?

– Co?

– No, wiesz. Tak żyć.

– O co ci chodzi?

– Mnie? O nic. Tak pytam.

Ustami wypuszcza kolejne kłęby dymu, które nikną na deszczu jak złudność wszelkich nadziei.

– Tyle, ile będzie trzeba – mówię.

– Nie myślałeś, żeby rzucić to w cholerę? Wojnę i to wszystko?

Dłonią z papierosem zatacza w powietrzu koło. Obejmuje nim nieokreśloną przestrzeń, mgławicę pełną zagadkowych zdarzeń, miejsc, rzeczy i ludzi.

– Jak?

– Nie wiem. Pytam tylko.

Niebo nad nami spowija płachta czerni. Widoczność sięga ledwie kilku metrów. Krople biją o ziemię ze świstem pocisków. Coś wyje krótko od strony baraków.

Mija czas. Fritz kończy palić i ciska niedopałkiem. Żar tli się jeszcze przez ułamek sekundy, by wreszcie zgasnąć. Cisza. Życie Gorsteina płynie gdzieś obok.

– Pryncypale.

Mokry od deszczu i potu stoi oparty o szpadel. Dyszy. Szeroka klatka piersiowa pracuje jak tłok silnika. Widzę to mimo nocnej ulewy.

– Co to jest? – pyta Fritz.

– Sami zobaczcie, pryncypale.

– Przeklęty kapo.

Podchodzimy. Zaglądamy do dołu z ciekawością dzieci. Fritz wchodzi do środka.

– Skrzynia – mówi.

Zapala zapałkę, osłania ogień dłonią i nachyla się nad znaleziskiem. Patrzy na nie wzrokiem odkrywcy.

– Stara skrzynia.

Palcami przesuwa po wieku, strąca grudy piachu. Gasi płomień.

– Co robimy, pryncypale?

– Szpadel.

Gorstein wykonuje polecenie. Fritz uderza w mosiężną kłódkę, raz, potem drugi. To wystarczy. Metal szczęka, mocowanie puszcza. Raz jeszcze tworzymy nad dołem krąg przejętych gapiów.

Fritz podnosi pokrywę skrzyni. Zapala zapałkę. Płomień niknie w ułamku sekundy, ale to, co zdążam dostrzec, przeraża mnie i jednocześnie zachwyca. Nie może być – myślę. Czekam na potwierdzenie jak na werdykt. Fritz próbuje wskrzesić ogień. Jedna, druga, trzecia próba – nie przynoszą rezultatu. Na ziemi ląduje kolejna złamana zapałka.

– Zapal wreszcie – mówię.

Nie wytrzymuję, nie poznaję własnego głosu, odległego, obcego, niższego niż zwykle.

Fritz w gorączce szarpie się z prawie pustym pudełkiem. Woda w dole wzbiera, jego buty przemakają do suchej nitki.

– Cholerne zapałki – mówi.

Zrezygnowany siada, zapominając o mokrej ziemi.

– Daj mi to – mówię.

– Co?

– Zapałki.

– Nie ma. Skończyły się.

– Skończyły?

– Akurat teraz, kiedy chce mi się palić.

Gorstein podrywa się i zmusza zwaliste ciało do biegu.

– Zaraz wracam, pryncypale.

– Ty gdzie?

– Zaraz wracam.

Biegnie w stronę szopy.

Fritz i ja milczymy. Żaden z nas nie ma zamiaru go gonić. Nie ucieknie. Nie jest aż tak głupi.

Deszcz zelżał. Ciszę przerywa coraz więcej szmerów, nierozpoznanych dźwięków. Ucisk w żołądku słabnie, ustępuje miejsca wibrującemu oczekiwaniu. Mija dłużące się w nieskończoność pięć minut i olbrzym wraca z rozpaloną krzesiwem lampą naftową.

– Co tak długo? – mówi Fritz.

W ustach trzyma papierosa.

– Ciemno tam jak w karcerze.

– Dawaj.

Podkręca płomień i zbliża do niego zimny zwitek tytoniu. Nikt z nas nie dba o konspirację, na płaskiej przestrzeni widać nas pewnie z kilometra.

– Pospiesz się – mówię.

– Już.

Fritz pochyla się i rozświetla mroki nocy, ujawniając skrywaną dotąd tajemnicę. Papieros wypada mu z ust, topi się w deszczowej sadzawce. Gorsteina odrzuca, upada na plecy. Wstaje. Nie dowierza. Ja klękam. Czuję na kolanach chłodne, lepkie błoto. A jednak. A jednak to prawda.

Oszołomiony Fritz odstawia lampę. Zatrzaskuje wieko i wychodzi z dołu. Mocnym pchnięciem spycha do niego rosłego kapo. Zadziwia mnie ta scena, pokaz siły. Gorstein jest w szoku. Chce się podnieść, lecz unosi jedynie tułów. Jest przerażony. Wie coś, czego ja jeszcze nie wiem.

Fritz wyjmuje z kabury parabellum. Oddaje trzy strzały. Mam wrażenie, że słyszę dopiero ostatni z nich, tyle czasu potrzebuję, by pojąć, co się dzieje. Z głowy Gorsteina prawie nic nie zostaje.

Patrzę, jak Fritz stoi nad zwłokami. Oddycha szybko. Odwraca się. Myślę – przez chwilę myślę – że wymierzy w moim kierunku i dziewięciomilimetrowa kula przeszyje moją czaszkę na wysokości skroni. Widzę niemal jej metaliczny połysk, czuję w sobie przeszywający chłód ołowiu. Czekam. Nadaremnie. Wizja mojej śmierci wydaje się znikać.

– Przysługa za przysługę – mówi Fritz.

Luger leży w jego dłoni jak ulany na miarę. Czeka opuszczony wzdłuż prawej nogawki. Palce na uchwycie drżą w rytm bicia serca. Mży. Deszcz ścieka Fritzowi po twarzy. Echa wystrzałów odeszły za mur obozu.

– Łazisz po nocach, a potem śpisz za dnia – mówi. – Trudno cię dobudzić.

– Co?

– Łazisz…

– Wcale nie.

Tylko przez chwilę nie rozumiem, co usłyszałem.

– Wiesz, co mam na myśli.

– Nie wiem. Gdzie niby łażę? Kiedy?

Jestem w centrum wydarzeń i nie mogę w nim się odnaleźć, gubię sens. Biorę udział w grze, nie znając jej zasad.

– Zamierzasz zaprzeczać? Jeżeli się wyłgasz, będę musiał cię zabić.

Dopiero teraz dociera do mnie, o co toczy się gra i jak beznadziejny dialog zacząłem prowadzić.

– A więc? – pyta.

– O co ci chodzi, Fritz?

– O zaufanie. Możemy sobie zaufać?

Zastanawiam się. Przetrawiam jego słowa. Nerwowe napięcie otumania mnie, nie myślę racjonalnie. Wchodzę w dyskusję z mordercą, to nie jest oznaka zdrowia. Mimo wszystko czuję się dobrze, problem żołądka nie istnieje. Widmo śmierci znieczula. Dziwnie jest o tym wiedzieć.

– To będzie nasza tajemnica – mówi Fritz. – Ja wiem coś o tobie, ty wiesz coś o mnie. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, co robisz nocami w obozie, ale wiem jedno, ta sprawa na pewno zainteresuje Zimmlera.

– Co chcesz zrobić?

– W twojej sprawie nic. Jeżeli ty nic nie zrobisz w mojej.

– A w nie mojej sprawie?

– Wyniesiemy stąd skrzynię.

– Jak?

Fritz się rozluźnia. Dwa trupy u jego stóp jak gargulce na dachu kościoła.

– Jeszcze nie wiem.

– Myślisz, że ktoś słyszał strzały? – pytam.

– To nasz najmniejszy problem.

– Jak to?

– Nie będziemy tego ukrywać. Gorsteina zastrzeliłem przy próbie ucieczki. Widziałeś to.

– Nie mówisz poważnie.

– Widziałeś to, prawda?

– Myślisz, że Zimmler uwierzy, że Gorstein chciał uciec? To kapo od czarnej roboty. Najbardziej zaufany człowiek. Chował mu trupy od początku tej makabry.

– Nie panikuj. Sprzedamy mu jakąś historię.

Kręcę głową.

– Nie ma szans.

– Masz lepszy pomysł?

Nie mam. Nie mam lepszego pomysłu. Prawdę mówiąc, nie mam nawet gorszego. Milczę.

– No właśnie – mówi Fritz. – Co powiesz? Że strzelił do siebie trzy razy? W głowę? Z mojej broni?

– A ty, że uciekał tyłem? Gołym okiem widać, jak padły strzały.

– Kto to będzie sprawdzał?

– A może… Może rzucił się na ciebie i…

– Gorstein? Nie zdążyłbym wyjąć broni. Gdyby chciał, zadusiłby nas dwóch jedną ręką.

Ma rację.

– Poza tym – mówi – to prawie to samo, co moja wersja zdarzeń. Bo jaki miałby mieć motyw? Tylko ucieczka.

– Niekoniecznie. Mógłby na przykład po prostu chcieć cię zabić.

– Niby dlaczego?

– Sam mam czasem taką ochotę.

– Bardzo śmieszne. To nie jest czas na żarty.

– Mówię poważnie. Wkurzyłeś go, a on cię uderzył. Wyciągnąłeś lugera i rozlałeś jego mózg na podmokłym gruncie.

Fritz myśli.

– Dalej nie brzmi to dobrze. To jednak Gorstein. Facet ma… miał właściwie… dwa metry wzrostu.

– Nieuzbrojony Gorstein – mówię.

– Masz rację, teraz to ja panikuję.

Sięga po paczkę papierosów do kieszeni na piersi. Zdaje sobie sprawę, że nie ma zapałek. Rozgląda się. Lampa naftowa stoi na deszczu, dwa metry za dołem. Płomień jeszcze się tli. Podchodzi. Ostrożnie omija miejsce zbrodni. Chwyta lampę i unosi do ust. Jego twarz rozświetla się na moment jasnym płomieniem, by zaraz zgasnąć, odejść w mrok nocy.

– Podsumujmy – mówi.

Wypuszcza dym.

– Gorstein rzucił się na mnie… A może na ciebie?

– Na mnie? – pytam.

– Wtedy ja wyjąłem broń i wpakowałem w niego trzy pociski. To bardziej realne.

– Tak, ale…

– Co ale? Co znów jest nie tak?

– Czym miałbym go rozdrażnić?

– Czymkolwiek.

– Niby czym?

– Myślisz, że mnie nie drażnisz?

– Zaczyna się. Nie czas na żarty, jak to ktoś powiedział.

Pali.

– Dobra – mówi. – Zrobimy tak…

– To śmieszne.

– Co jest śmieszne?

– To pieprzony kapo, a my mokniemy i zastanawiamy się, jak wytłumaczyć fakt, że leży w dole z połową czaszki.

– Zimmlerowi nie spodoba się jego śmierć. Zacznie coś podejrzewać, węszyć. Nie zostawi tego tak po prostu. Nie sprawy Gorsteina.

– Może.

– Gorstein był wierny jak pies. Zimmler będzie musiał znaleźć za niego zastępstwo i wtajemniczyć nowego w swoje brudne sprawy. Lepiej ustalmy wiarygodną wersję zdarzeń, inaczej skończymy z nim w jednym dole.

Ruchem głowy wskazuje ciało Gorsteina. Przypominam sobie twarz komendanta, jego skupione oczy, atmosferę nerwowej niepewności, jaką roztacza wokół siebie. Jak granat przed wybuchem. Wiem, że Fritz ma rację.

– Po co w ogóle do niego strzelałeś?

– Jeszcze pytasz?

Fritz kończy palić i pstryka niedopałkiem w kierunku mogiły. Patrzy mi w oczy. Nie musi dodawać niczego więcej.

– Racja – mówię.

– Jeżeli Gorstein wie o skrzyni dziś, to jutro dowie się o niej Zimmler. Chyba nie chciałeś oddać jej w jego łapy?

Przeczę ruchem głowy. Patrzę w stronę wykopu. Rysuje się na tle czerni jakby wyrwany nocy.

– Ja też nie. Zamierzam wynieść stąd skrzynię i ty mi w tym pomożesz.

Spoglądam na niego. Czas mija. Nasza akcja przedłuża się niebezpiecznie. Fritz waży w dłoni pistolet.

– Mógłbyś już go schować.

– Myśl lepiej nad scenariuszem, poeto.

Czuję, że się rumienię.

– Taki jesteś mądry zawsze, jak skrobiesz w tym notesie – mówi Fritz.

– Daj już spokój. Nie pisuję scenariuszy.

– To prawda. Czytałem.

– Ty…

Fritz śmieje się.

– Co się burzysz? Niezły jesteś.

Mam ochotę go zastrzelić. Kolejny trup do kolekcji tej nocy.

– A może – mówię, bo chcę zmienić temat – zakopać go w dole?

– I co?

– Był olbrzym, nie ma olbrzyma.

– Rozpłynął się w powietrzu?

– Może uciekł?

– Wracamy do punktu wyjścia.

– Głośno myślę.

– Próbuj dalej.

– Przecież nie musimy wiedzieć, gdzie się podział – mówię.

– Zimmler nie odpuści. Każe przekopać teren. Nie ukryjemy ciała. Moglibyśmy rzucić je lisom, ale to i tak bez sensu. Nie można tak po prostu zniknąć z obozu. Gdyby było to możliwe, ci wszyscy ludzie nie wahaliby się ani sekundy.

Ma rację.

– Co więc robimy?

– Wracamy do mojego planu. Zastrzeliłem Gorsteina w twojej obronie.

– Nie podoba mi się to.

– Co znowu?

– Wplątujesz mnie w tę chorą grę. Ta sprawa śmierdzi na kilometr.

– Sam się w to wplątałeś. Pomyśl o skrzyni.

Myślę.

– Dobra – mówię. – Gorstein to człowiek Zimmlera, ale my też jesteśmy jego ludźmi, do cholery. Nie poświęci nas dwóch dla jednego kapo.

– Brawo. Zaczynasz kojarzyć fakty.

– Co dalej?

– Ustalmy jedną wersję.

– Gorstein odmówił wykonania polecenia.

– On?

– Racja.

– To musi być coś lepszego. Podciąłeś mu nogi.

– Co?

– Szedł przed nami, a ty podciąłeś mu nogi i upadł na twarz.

– Zapomnij o tym – mówię.

– Dlaczego?

 

– To zbyt… ryzykowne.

– Ryzykowne?

– Zimmler wścieknie się i mnie zastrzeli.

– Za co?

Na twarzy Fritza uśmiech niedowierzania.

– Za śmierć Gorsteina – mówię. – Za to, że przyczyniłem się do niej.

– Bo bawiłeś się z kapo? Chyba żartujesz. Każdy oficer robi tu gorsze rzeczy nawet na oczach Zimmlera. To Gorstein złamał zasady. Jego obowiązkiem jest znosić w milczeniu nasze metody… utrzymania porządku.

– Tak, ale…

– Co „ale”? – pyta Fritz.

– Wymyślmy coś lepszego. Mniej inwazyjnego.

– Nie mamy czasu. Trzeba wykopać nowy dół.

– Po co?

– Nie chcesz chyba zakopać trupa na wieku skrzyni? Wiadomo, kto będzie go odkopywał?

– Gorsteina?

– Nie Gorsteina.

Złość wykręca mu twarz.

– Tego, tu – mówi.

Wskazuje na przemokniętą do cna, przypominającą człowieka, bryłę łachmanów.

Fakt.

– Co ze skrzynią? – pytam.

– Musimy ją zakopać.

– Co potem?

– Obmyślimy coś i wrócimy tu jutro.

Chwyta za szpadel, wyznacza miejsce o krok od dołu z Gorsteinem i zaczyna kopać. Sztych ledwo wbija się w przemokłe podłoże, choć było rozkopywane setki razy. Jest zimno, a Fritz nie ma nadludzkiej siły Gorsteina. Deszcz zelżał. Niebo wciąż wisi złowrogo, nieruchome. Oczy nawykłe do ciemności widzą wyraźniej. A może już dnieje? Nie, niemożliwe, choć tracę rachubę czasu. Na wszelki wypadek chcę przyspieszyć akcję. Butami zgarniam ziemię do pierwszego dołu.

– Co robisz? – pyta Fritz.

– Chciałeś ją zakopać.

– A Gorstein?

Leży wciśnięty między skrzynię a ziemię. Noga wystaje mu z dziury. Zapomniałem o nim. Cały drżę z przerażenia.

Wchodzę do dołu i łapię ciało od strony głowy. Szarpię. Ani drgnie.

– Sam chcesz go podnieść? – pyta Fritz.

Podchodzi i chwyta Gorsteina za nogi. Ciągniemy, lecz zwalista postać zapuszcza korzenie w błotnistym podłożu. Lepka masa otula zwłoki, chcąc zabrać je ze sobą do wnętrza ziemi, przedsionka innego świata.

– Na trzy – mówi Fritz.

Liczy. Jeszcze jedna próba i jest już lepiej. Olbrzym unosi się nad mokrym dnem, lecz tylko na moment. Kolejna kapitulacja. Jego kurtka drze mi się w rękach, chwytam go więc pod pachami i zaplatam dłonie na jego mostku. Uścisk jest pewny, ale kontakt ze strzępem zmasakrowanej głowy wywołuje u mnie odruchy wymiotne. Dotykam jej policzkiem. Fragmenty mózgu lepią mi się do munduru, czuję, jak mieszanka krwi i deszczu przylega do mojej twarzy, cieknąc po niej serią nitkowatych strumieni.

– Jeszcze raz, na trzy.

Raz. Dwa. Trzy. Nogi unoszą się, ale góra ciągle spoczywa w dawnym punkcie. Do gardła podchodzą mi resztki śniadania, ostatniego posiłku. Czuję już smak i zapach wymiocin, lecz udaje mi się zdusić w zarodku ten dławiący odruch. Przełykam ślinę i zawartość żołądka wraca na swoje miejsce.

– Co z tobą? – pyta Fritz.

Chwieję się, trzęsę, przez chwilę nie widzę. Obręcz bólu uciska mi czaszkę. Chcę wziąć się w garść, muszę zebrać myśli. Z całych sił podrywam martwego Gorsteina.

– Jeszcze raz.

Znowu nic.

– Jeszcze raz.

Nic.

– Jeszcze.

Fritz podchodzi bliżej. Chwyta ciało za uda, ustawia je, jakby miał z nim współżyć. Gorstein wyłania się z dołu, a nasze ręce dygocą z wysiłku. Dłużej nie wytrzymam, zaraz go upuszczę. Fritz obraca się nieco i rusza do tyłu. Zaciskam zęby. Ostatkiem sił wymuszam na sobie morderczy wysiłek. Olbrzymie nogi są już na wierzchu. Fritz pada na plecy. Sam zostaję z nieludzkim ciężarem. Deszcz ścieka mi do ust, połykam go ze łzami. Zamykam oczy, a gdy je otwieram, Fritz jest już przy mnie, by ulżyć mi w wysiłku. Stękam, napieram, daję z siebie wszystko, i potężny korpus ląduje wreszcie na powierzchni.

– Po coś go tam wpakował? – pytam.

Opieram dłonie na kolanach. Dyszę.

– Milcz. Proszę cię, milcz.

Patrzymy na Gorsteina. Krew, błoto i deszcz zmieniły go w kawał mięsa wyrwany z paszczy najstraszniejszej z bestii. Jest nie do poznania.

– Co dalej?

– Pomachaj trochę szpadlem – mówi Fritz. – Dobrze ci to zrobi.

Bez słowa spełniam polecenie Fritza i widzę kątem oka, jak zasypuje dół obłoconym butem. Przemoknięci, spoceni, przeraźliwie brudni, wyglądamy jak dwa upiory zesłane na Ziemię, by posprzątać po rzezi dokonanej na ludziach.

Macham szpadlem. Pracuję. Grunt jest zmarznięty, twardy, jego powłoka zdaje się nie do przebicia. Bezwładne mięśnie ramion nie są mi posłuszne. Kręgosłup trzaśnie za moment jak zapałka. Nogi gną się pode mną. Z trudnością oddycham. Mam dwie lewe ręce do robót fizycznych, ale Fritz ma rację – dobrze mi to robi. Nie mam czasu myśleć, przetrawiać na bieżąco koszmar tej nocy.

Ziemia jest teraz dla mnie największym wrogiem, uderzam ostrzem szpadla z całą mocą. Przeciwnik się nie poddaje, pocę się i męczę, strużka śliny spływa po brodzie jak rzeka. Krew. Zastygła krew Gorsteina na moich policzkach. Jest tam. Na pewno. Ocieram twarz rękawem. Chcę się pozbyć tej mazi, jej złej obecności. Patrzę. Ani śladu. Spłynęła wraz z deszczem.

– Daj mi to – mówi Fritz.

Odbiera mi szpadel.

– Dokończ, co zacząłem.

Tak robię. Nim skończę ubijać mokry piach na skrzyni, Fritz wykopuje dół dla trupa z szopy. Przestaje padać.

– Pospieszmy się – mówi Fritz.

Wrzucamy zwłoki do pustego grobu. Są lekkie jak piórko.

Fritz sypie ziemię na ciało denata. Epilog deszczu wzmaga nocną ciszę. Jest krystaliczna jak kartka bez pisma. Jedyny na niej kleks odbity echem – skowyt lisiego antybohatera. Krótki, urwany i nieodgadniony. To sen czy jawa? Wiersz czy rzeczywistość?

– Co z nim? – pytam.

– Z kim?

– Z Gorsteinem.

– Nie żyje.

– Pytam, co z nim robimy?

– Nic.

– Nic?

– Nic. A co chcesz z nim zrobić?

– Nie wiem. Przenieść… gdzieś?

– Gdzie? Po co? I przede wszystkim – jak?

– Chcesz go tu zostawić?

– A ty nie? Mam dźwigać tę kłodę?

– Sam nie wiem – mówię.

– A ja wiem. Każda nasza ingerencja zmniejsza wiarygodność fikcji.

Milczeniem przyznaję mu rację. Oddalam się, chcę zaczerpnąć powietrza. Patrzę na rząd grobów ukrytych przed wzrokiem niewtajemniczonych. Kilkanaście ciał spoczywa pod ziemią w niemej groźbie zemsty. Drżę. Odpędzam od siebie najczarniejsze myśli. Wracam.

– Widać dwie świeże mogiły – mówię.

– Ja tam nic nie widzę.

– Wiesz, co mam na myśli.

– Niby co?

– Zimmler coś wyczuje.

– On tu nie zachodzi.

Fakt.

– Może zechce jednak w tej sytuacji? – pytam.

– Może.

– Ciebie to nie martwi?

– A powinno?

– Wydaje mi się…

– Wydaje ci się. Racja. Tacy ludzie jak Zimmler nie psują sobie zelówek, chodząc bez celu. Widziałeś go tu kiedyś?

Zaprzeczam, kręcąc głową.

– Ja też nie. Nawet, jeżeli śmierć Gorsteina aż tak go zajmie, nie sądzę, by zorientował się w ilości grobów. W każdym razie jestem w stanie zaryzykować.

Chwila ciszy.

– Kogo przyśle po ciało? – pytam.

– Po Gorsteina?

– Też. I po to drugie.

– Nas.

– A oprócz nas?

– Gor…

Rzeczywistość bez olbrzyma wydaje się niezrozumiała, dziwna. Nawet dla Fritza.

– Nie wiem – mówi. – Po co tyle pytasz?

– Chcę wiedzieć.

– Po co?

– Chcę wiedzieć, czy dożyję następnej nocy.

– Tak bardzo ci zależy?

Myślę.

– Pięknie jest nocą.

– Poeta – mówi Fritz.

– Nie boisz się, że to się nie uda?

– Boję się wielu rzeczy.

– A tego?

– A tego boję się najbardziej.