Dworek pod Malwami. Narzeczeni

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #68
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 68 – Narzeczeni

Saga

Dworek pod Malwami 68 – Narzeczeni

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801330

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Pamięci mojej Matki Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

NOWINA

27 lipca 1937, wtorek

Pociąg zatrzymał się, więc Józik Kalinowski wysiadł i zaczął wystawiać na peron walizy – dwie własne i dwie starszej pani, która podróżowała w jego przedziale. Zanim się z nimi uporał i pomógł kobiecie opuścić wagon, reszta pasażerów pospieszyła już w stronę budynku dworca. Na peronie został prawie sam, nie licząc współpasażerki i bagażowego, który ładował jej walizki na mały wózek.

Ale pojawił się tu ktoś jeszcze. W atrakcyjnej kobiecie w kwiecistej sukience i kapelusiku przesuniętym na lewe ucho Józik rozpoznał macochę swojej narzeczonej.

– Witaj z podróży, młodzieńcze – Renata Bartnicka podeszła bliżej i wyciągnęła rękę.

– Dzień dobry – odpowiedział zaskoczony jej widokiem. – Co tutaj robisz?

– Wyszłam na powitanie.

– Sama? A Elżunia? Nie ma jej z tobą? – Józik rozejrzał się, ale panny Bartnickiej nie zobaczył w pobliżu.

– Wysłała mnie w zastępstwie.

Obecność macochy narzeczonej zaniepokoiła go, nie był przygotowany na takie spotkanie. Nie czekał na bagażowego, wziął walizy i ruszył w kierunku przejścia przez tory, bo z sąsiedniego peronu miał za pięć minut pociąg na Baranowicze. Zamierzał wysiąść w Żedni, gdzie spodziewał się koni z Kalinówki.

– Wszystko w porządku? – zapytał. – U Elżuni?

– Naturalnie – odpowiedziała uspokajająco. – Nie mogła przyjechać, ponieważ akurat jest... w podróży.

Przeszli przez tory na właściwy peron. Pani Bartnicka o nic nie pytała jeśli nie liczyć zdawkowego upewnienia się, że dotychczasowa droga do domu minęła bez kłopotów. Dopiero gdy przystanęli, a Kalinowski odstawił bagaż, wyjawiła cel swojego przybycia.

– Zaszły pewne okoliczności, o których powinieneś się dowiedzieć... – odezwała się uważnie patrząc na twarz mężczyzny.

Józik w jednej chwili pomyślał o wszystkim: o tym, że przyszły teść odkrył ich romans, o tym, że Renata po ich ognistej nocy zaszła w ciążę, nawet o tym, że panu Bartnickiemu zdarzył się jakiś wypadek – strata finansowa albo nagle podupadł na zdrowiu. Oblał go zimny pot.

Przez głowę przemknęło mu jeszcze kilka innych przykrych podejrzeń, ale nie taka ewentualność, o jakiej usłyszał.

– Elżunia wyjechała z kraju – powiedziała pani Renata. – Mam dla ciebie list.

– Na długo? – zdziwił się. – Dokąd? Nic nie wspominała...

Renata Bartnicka przyglądała się mu uważnie.

– Na zawsze – odparła.

Nie zrozumiał od razu. Dopiero gdy zobaczył jej poważny wyraz twarzy, zaczęło do niego docierać, że podczas jego nieobecności zdarzyło się coś, czego się zupełnie nie spodziewał i czego nie pojmuje.

Z płaskiej skórzanej torebki wyjęła kopertę, którą Józik prawie wydarł jej z rąk, rozerwał i zachłannie przeczytał wiadomość. List nie był długi.

„Mój drogi, kochany Józiku – pisała Elżunia. – Wiem, że zawiodłam Cię na całej linii i będziesz mnie za to nienawidził. Przepraszam po tysiąckroć, ale nie mogłam czekać dłużej, to było ponad moje siły. Wybacz, jeśli zdołasz. I niechaj Bóg da ci szczęście. Nigdy Cię nie zapomnę – Elżunia.”

Odruchowo zmiął kartkę, włożył do kieszeni marynarki i ciężko przysiadł na walizce.

Renata Bartnicka stała obok w milczeniu. Dopiero po dłuższej chwili delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu.

– Może nie chcesz jechać od razu do domu, do Kalinówki? – zasugerowała. – Może wolisz odpocząć? Twoi rodzice wiedzą już o wszystkim.

– Jak to „wiedzą”? – podniósł głowę oszołomiony. – Oni wiedzą, ty wiesz, a tylko ja niczego nie jestem świadom i niczego nie rozumiem?

– Znają fakty od przedwczoraj. Jak my wszyscy. Uwierz mi, jesteśmy zaskoczeni i zaszokowani. Nikt nie podejrzewał takiego obrotu wydarzeń. W miniony poniedziałek Elżunia popłynęła statkiem do Nowego Jorku.

Józik zacisnął szczęki.

– Nie sama zapewne?

Renata Bartnicka pokręciła głową.

– Nie.

Domyślił się, kto towarzyszył jego narzeczonej.

– Czy to Zyga?

Wzruszeniem ramion dała znać, że personalia są nieważne, choć przecież chodziło o jego narzeczoną i jej kochanka.

Megafon odezwał się skrzekliwie zapowiadając rychłe nadejście pociągu do Baranowicz.

– Nie powinieneś teraz jechać do rodziców – powtórzyła.

Gestem, którego nie zauważył, wezwała bagażowego z końca peronu.

– Proszę to zabrać przed dworzec, do mojego samochodu.

Józik wstał, nadal oszołomiony i do końca nie pojmujący, co się stało.

– Nie chcę teraz nigdzie jechać – oświadczył. – Muszę się zastanowić.

– Oczywiście, rozumiem – głos pani Renaty był opanowany. – Dlatego chodźmy stąd, byś ochłonął i pomyślał.

Poszedł za nią posłusznie i bezradnie stał przed budynkiem, gdy bagażowy ładował walizy na tylne siedzenie auta.

***

Cała drogę Józik ponuro milczał. Po pewnym czasie zorientował się, dokąd Bartnicka kieruje auto i zapytał:

– Gdzie mnie wieziesz? Chyba nie do Pabina?

– Powinieneś odpocząć.

Pokręcił głową.

– Nie wejdę już nigdy do tego domu.

Miał na myśli piękny dworek, odnowiony i tonący w zieleni, który jeszcze wczoraj wydawał się wymarzonym miejscem dla rozpoczęcia nowego życia. Jego życia z Elżunią.

– Moja noga więcej tam nie postanie! stwierdził kategorycznie.

Renata Bartnicka wykazała zrozumienie dla jego oporów.

– Do Kalinówki też nie chcesz – przypomniała. – Zatem dokąd?

– Wszystko jedno.

Zatrzymała samochód.

– W twojej sytuacji żadne miejsce nie jest teraz odpowiednie – zauważyła. – Gdzie się zatrzymasz? Jakieś ustronie, by przemyśleć wszystko... Może w hotelu?

Nawet w tej trudnej sytuacji nie zamierzał wydawać pieniedzy bez potrzeby.

– Pojadę do kolegi, do Sokołowskiego.

Zawróciła do Białegostoku. Józik w milczeniu wskazywał drogę – Nowowarszawska, Warszawska, Drewniana, Zaułek Zakopiański.

– To tutaj – oznajmił i poprosił: – Nie podjeżdżaj pod sam dom.

Wysiadł, wystawił walizki. Renata z zaciekawieniem oglądała małe drewniane domki w zarośniętych ogródkach. Tu nikt zapewne nie słyszał o usługach kogoś takiego jak ogrodnik. Uliczka wydawała niedługa, stało przy niej najwyżej parę domów.

– Przebolejesz – powiedziała pocieszająco. – Są gorsze nieszczęścia. A może się czegoś nauczysz. Nie zawsze wszystko idzie dokładnie według zamiarów. Bywa, że nawet najlepsze, najdokładniejsze plany załamują się zupełnie niespodziewanie. Czasem nie wolno odkładać ważnych decyzji, trzeba być bardziej zdecydowanym, postępować bardziej po męsku.

Nachmurzył się jeszcze bardziej, ale nie miał ochoty na kłótnię.

– Dziękuję za podwiezienie i dobre rady. Zmarszczyła brwi.

– Może zaczekam aż sprawdzisz, czy twój kolega jest w domu?

Wzruszył obojętnie ramionami.

– Wszystko jedno. I tak nie mam dokąd pójść.

Poprawiła kapelusz.

– Jak sobie życzysz. I jeszcze coś... – powiedziała na pożegnanie. – Mój mąż zastanawiał się, czy nie wypłacić ci czegoś w rodzaju odszkodowania, ale wybiłam mu to z głowy. Powiedziałam, że nie przyjąłbyś pieniędzy. Miałam rację?

– Tak, to chyba oczywiste – potwierdził ponurym głosem.

Popatrzyła na niego ze współczuciem.

– No to do widzenia, Józiku. A swoją drogą – może wrócisz do Kobrynia? Miałam wrażenie, że byłeś tam szczęśliwy. Opowiadałeś o tej szkole z taką pasją i zadowoleniem, jakbyś znalazł swoje miejsce na ziemi.

DYLEMATY

Antek Sokołowski, przyjaciel ze studiów i kursu oficerów rezerwy, mieszkał w dużym parterowym domu wyglądem przypominającym wiejski dworek – ganek zarośnięty dzikim winem, malowane okiennice i nieco zaniedbany klomb kwiatowy na podwórku.

Otworzył drzwi, elegancko ubrany, z kilkoma krawatami w ręku.

– Wszelki duch Pana Boga chwali! Józik! Jak ty wyglądasz?!

Kalinowski popatrzył mu prosto w oczy i westchnął.

– Cóż, nie mam się gdzie podziać. Przyjmiesz mnie na jakiś czas?

– Ty? – zdziwił się Sokołowski. – Coś takiego! No, chodź, chodź do środka. Chory jesteś? Zbankrutowałeś? Kobita cię rzuciła?

Józik wskazał wzrokiem krawaty.

– Wychodzisz?

– Miałem taki zamiar, ale w tej sytuacji...

– To idź. Mnie pozwól trochę posiedzieć i pomyśleć.

Przyjaciel nie zadawał więcej pytań.

– Chcesz zostać sam – domyślił się. – Nie widzę przeszkód. Mam spotkanie, a potem brydża, nie wiem, kiedy wrócę. Rozgość się i odpocznij. Pogadamy, jak dojrzejesz.

 

Wybrał krawat, przyłożył go do ubrania.

– Dobry będzie? Też tak myślę.

Józik wniósł walizy do sieni, a potem do pokoju po lewej stronie.

– Masz jakąś butelkę?

Sokołowski wziął kapelusz z wieszaka.

– Znajdziesz w kuchni. No, stary, muszę lecieć. A ty rządź się jak u siebie. Może głodny jesteś?

– Może jestem.

– Mam kotlety baranie, poczęstuj się. I w ogóle się nie martw. Możesz u mnie zostać, jak długo zechcesz. Uczniów na stancję będę miał dopiero za miesiąc. Odpocznij, prześpij się. Jak wrócę, pogadamy i wszystko zaplanujemy.

Józik wypił w kuchni kilka kieliszków wódki, po czym poszedł do gościnnego pokoju, gdzie położył się do łóżka nie zdejmując ubrania a nawet butów. Zasnął, obudził się, znowu zasnął.

Wieczorem wstał, ponownie poszedł do kuchni, ale nie znalazł tam więcej alkoholu. Nie troszcząc się o pomięte ubranie wyszedł i w sklepiku na rogu ulicy Mickiewicza kupił litrową butelkę czystej monopolowej.

Wrócił, wypakował cześć bagaży, odszukał wśród nich notes z planami na najbliższe miesiące. Otworzył go i nie czytając notatek wyrwał większość kartek, które podarł na strzępy i wrzucił do pieca w kuchni. Na koniec tak samo postąpił z notesem.

Fiasko niedawnych zamierzeń wydawało się kompletne. Nie ulegało wątpliwości, że poniósł totalną klęskę. Renata Bartnicka miała rację – planowanie nie spełniło się w żadnej z dziedzin. Źle obmyślił swoje życie zawodowe, jeszcze gorzej prywatne. W planowaniu tkwiły jakieś błędy, ale choć był nauczycielem, nie wiedział jakie.

Zanim zasnął powtórnie, wypił prawie połowę butelki.

Przyjaciel, który wrócił do domu dobrze po północy, znalazł Józika śpiącego na boku z podkulonymi nogami. Zdjął mu trzewiki i przykrył kocem.

– No proszę – mruknął z satysfakcją. – Co to miłość robi z człowiekiem! Nie bierzmy wzorów z podobnego zachowania.

Józik obudził się o dziewiątej, z ostrym bólem głowy i suchym gardłem. Na chwiejnych nogach poszedł do kuchni, gdzie napił się wody.

– To nie pomoże – oznajmił Sokołowski. – Lepiej weź klina.

Podał mu kieliszek alkoholu, potem usmażył jajecznicę. Był rześki jak skowronek i patrzył na przyjaciela ze współczuciem.

Po śniadaniu Józik wygrzebał z bagaży świeżą koszulę i przebrał się w niepogniecione ubranie, ale nie ruszył na miasto. Cały dzień spędził w pokoju, milczący i nietowarzyski.

Następnego ranka Antek Sokołowski znowu czekał z klinem i jajecznicą.

– Chcesz już pogadać? – zapytał.

Rozmawiali pół dnia. Przyjaciel wysłuchał rozwlekłej opowieści Józika, kiwał głową i współczuł.

– Możesz u mnie zostać – przypomniał.

Józik Kalinowski miał wyrzuty sumienia, że nie odwiedził Kalinówki, ale nie chciał jechać do rodziców i narażać się na ich pytania i współczucie. Wysłał tylko list z wiadomością, że jest zorientowany w sytuacji i ma nadzieję, że dla nich jego problem nie jest za bardzo kłopotliwy. Postanowił pojechać do domu dopiero, gdy wszystko sobie wyjaśni i poukłada.

Czwartego dnia Antek Sokołowski wysłał Józika do sklepiku po pieczywo na śniadanie.

– Jak ciebie znam, długo tak nie wytrzymasz, bo musisz coś robić, ty nie umiesz żyć po prostu jak wszyscy, z dnia na dzień. Prędzej czy później znowu zaczniesz planować.

– Być może – zgodził się Józik, trąc czerwone z przepicia oczy.

– To zacznij już teraz – poradził przyjaciel, przyglądając mu się z dezaprobatą. – Mnie mój styl życia odpowiada, ale ty się męczysz. W dodatku wyglądasz okropnie. Co postanowiłeś? Pojedziesz do domu? Wrócisz do szkoły w Kobryniu?

– Myślałem o takim rozwiązaniu – Józik pogładził się po rozczochranych włosach. To by mi nawet pasowało... Tylko mi wstyd, bo jeśli spytam, czy mnie przyjmą z powrotem, wyjdę na głupka i człowieka zupełnie nieodpowiedzialnego... Może właśnie taki jestem?

Antek Sokołowski, lekkoduch i sybaryta, nagle okazał się bardzo poważny.

– Błędów nie robi tylko ten, kto nic nie robi – zauważył. – Na początek może byś się ogolił?

***

– Wielka szkoda, że nie chce przyjechać do domu – Franciszka była zawiedziona, bo spodziewała się rozmowy z najstarszym synem. – On potrzebuje teraz pocieszenia.

Ale pan Michał miał zupełnie inne zdanie i przyjął postępowanie Józika spokojnie i ze zrozumieniem.

– Dorosły mężczyzna? – wzruszył ramionami. – Zresztą, tak jest lepiej dla wszystkich. On nie musi się tłumaczyć, my nie musimy okazywać współczucia.

W rozmowach z sąsiadami unikał tematu planowanego ożenku syna.

– Ja się wtrącam – podkreślał. – To sprawa młodych. Jak sobie pościelą, tak się wyśpią.

Wielkie rozczarowanie ze zmiany planów Józika wyrażało jego młodsze rodzeństwo. Nie tylko Marysia z Jadzią, ale i Franio liczyli na różne przyjemności związane z ożenkiem brata – prezenty i atrakcyjne zabawy podczas wesela.

Wacia Potocka jako jedyna w Kalinówce nie współczuła Józikowi, bo jej zdaniem rozstanie z Elżunią wyjdzie chłopakowi na dobre.

– Ona nie dla niego – powiedziała. – Jakaś taka postrzelona, a nasz Józik taki grzeczny, taki porządny. Lubi wszystko mieć zaplanowane i poukładane, źle czułby się przy tej zwariowanej pannie.

– Czemu zaraz zwariowanej? – sprzeciwiła się Franciszka. – Wyglądała mi na bardzo miłą. I taka ładna...

– Ale postrzelona i tyle! – powtórzyła Wacia z przekonaniem. – Kto to słyszał, żeby do Ameryki uciekać i żyć tam miedzy Murzynami!

***

Piątego dnia kwarantanny, jak to określał Sokołowski, Józik wyszedł na spacer po mieście.

Było upalnie i sucho, ulice roiły się od kolorowo ubranych kobiet, których widok do niedawna bardzo ciekawił Kalinowskiego. Teraz ich nie zauważał, choć wałęsał się po ulicach aż do zmierzchu.

O wpół do ósmej wieczorem wszedł na Pocztę Główną przy ulicy Warszawskiej i od ręki napisał krótki list, który nadał zaraz potem jako pilny. Miał niewielką nadzieję, że dyrektor Julian Gintowski nie znalazł nikogo na jego miejsce w gimnazjum w Kobryniu.

Wieczorem czwartego sierpnia, w środę, posłaniec przyniósł depeszę.

– No! – powiedział Sokołowski, podając mu telegram. – Boisz się, co w środku?

„Proszę wracać. Stop. Gintowski” – przeczytał Józik.

Jeszcze tego samego dnia zapakował obie swoje walizy i następnego ranka opuścił kwaterę przyjaciela.

Zanim wsiadł do pociągu idącego na Kobryń, w przydworcowym sklepie kupił sobie gruby notes.

***

Pani Roma Mierzejewska przyjęła powrót lokatora z nieukrywaną radością.

– Oczywiście, drogi panie Józiku. Mieszkanie jest przygotowane, a my obie bardzo będziemy rade z pana decyzji o pozostaniu z nami. Pan dyrektor prosił, żebym na razie wstrzymała się z przyjęciem innego lokatora. A wie pan, że i Zosia bardzo przeżywała pańską rezygnację. Posłałam ją przyjaciółki na wieś, bo jakaś taka blada się zrobiła...

W Kobryniu Kalinowski nikomu nie musiał się tłumaczyć. Wprawdzie całe miasto słyszało, że zrezygnował z pracy w szkole, ale jego powrót przyjęto bardzo przychylnie a nawet z radością. Mówiono, że tak naprawdę wcale nie chciał opuszczać Kresów, musiał tylko załatwić rozmaite sprawy rodzinne. Wielką zasługę dla rozpowszechnienia tej wersji miał Julian Gintowski, z którym Józik odbył szczerą rozmowę, bo czuł się wobec niego winny. Spotkał się ze zrozumieniem a nawet nieoczekiwanym wsparciem. Dyrektor gimnazjum przekazał swoją opinię kilku starannie dobranym osobom i już po dwóch tygodniach uwierzyli w nią prawie wszyscy. Wkrótce charakterystyczną sylwetkę nauczyciela geografii można było zobaczyć na polach wokół miasta. Młody mężczyzna w pumpach, z plecakiem i laską znowu podjął swoje wędrówki.

Trwały jeszcze wakacje, Józik miał czas, by przygotować się do udzielenia odpowiedzi ciekawskim kolegom z pracy i innym znajomym. Teraz z wielką ochotą rzucił się w wir przygotowań do nowego roku szkolnego – planował wycieczki, harcerskie zabawy i rozmaite gry z młodzieżą.

Odłożył jedną tylko wizytę. Dopiero pod koniec sierpnia zamierzał odwiedzić Krzysię Wolff, o której usłyszał plotkę, że właśnie niespodziewanie zaręczyła się.

– To dość osobliwe – oznajmiła pani Mierzejewska. – Czy pan wie, że znowu wybrała wojskowego?

Ku swojemu zaskoczeniu Kalinowski dowiedział się, że narzeczonym Krzysi został nie kapral Wilk, jak się spodziewał, ale kapitan Orkisz, lekarz wojskowy z 82. pułku piechoty.

***

Józik Kalinowski stał na korytarzu gimnazjum imienia Marii Rodziewiczówny w Kobryniu. Na szkolnych korytarzach panowała cisza, a jemu wydawało się, że słyszy szelest naukowego skupienia za kolejnymi zamkniętymi drzwiami.

– Nie ruszę się stąd – powiedział półgłosem. – Choćby nie wiem, co! To jest moje miejsce.

PLANY

Wiadomość o rozstaniu narzeczonych szybko obiegła okolicę i w niewiele dni wszyscy wokół wiedzieli, co było jego powodem.

Prawda, że narzeczona twojego brata uciekła z innym? – spytała Julka Stankiewicz.

Przyjechali w znane sobie miejsce na skraj lasu, gdzie spotkali się niedawno i gdzie powiedzieli sobie o wzajemnym zainteresowaniu. Julka była w tej samej sukience w groszki, a we włosach miała czerwone wstążki, które jej wtedy podarował.

– Prawda – przyznał Franio. – Ja tobie nie dałbym uciec.

– Tak? – podniosła brwi dziewczyna. Niby w jaki sposób?

– Nie puszczę cię. Sam nigdzie nie pojadę i ciebie przytrzymam przy sobie. Gdyby Józik nie szwendał się bez potrzeby, Elżunia nie miałaby powodu do latania za innym.

Słońce zachodziło, na polach ich cienie wydłużały się karykaturalnie.

Julka zatrzymała się na skraju kartofliska, gdzie przy drodze zgromadzono stos polnych kamieni. Odstawiła rower i obcasem pantofla narysowała kreskę na drodze.

– Od tej linii.

Franio przytaknął skinieniem i oboje zajęli się wybieraniem kamieni. Chodziło o to, aby były mniej więcej tej samej wielkości i tego samego ciężaru. Po chwili każde miało przy sobie po trzy.

– O co się założymy? – spytała Julka.

– Dasz buzi.

Zaśmiała się rozbawiona jego chytrością.

– Nie ma mowy! Tylko za to, że umiesz rzucać? Zresztą jeszcze nie wygrałeś.

– Ale wygram.

– To wtedy zobaczymy.

Franio wziął do ręki kamień wielkości ludzkiej głowy, podniósł na zgiętym ramieniu, zamachnął się i rzucił. Kamień poleciał do przodu może na osiem kroków. Julka podobnie zrobiła ze swoim – wybrała, wzięła rozmach i cisnęła przed siebie. Jej pocisk wyładował dobre dwa kroki dalej – na drodze widać było doskonale i wyniki nie mogły budzić wątpliwości.

Franio osiągnął lepszy rezultat za drugim rzutem, ale trzeci raz Stankiewiczówna znowu cisnęła dalej od niego.

– I co? – spytała. – Chyba widać, kto silniejszy.

Franio poszedł na drogę, pozbierał z niej kamienie i odrzucił na bok, aby nie przeszkadzały przejeżdżającym.

– Spróbujmy co innego – zaproponował.

– Na przykład?

– Cokolwiek.

Julka śmiała się rozbawiona.

– Koniecznie chciałbyś wygrać?

– Obiecałaś mnie pocałować.

– Dopiero jak mnie pokonasz.

Franio rozłożył ramiona.

– Siłujmy się. Przegra ten, kto da się położyć na łopatki.

Stankiewiczówna pokręciła głową.

– Mam pobrudzić sukienkę?

– To poszukajmy siana – nie ustępował Kalinowski.

Julka prychała śmiejąc się z podstępu.

– Za dużo chciałbyś od razu.

Franio Kalinowski patrzył na dziewczynę z zachwytem.

– No dobrze – zlitowała się wreszcie. – Pocałuję cię, ale pod warunkiem, że ręce będziesz trzymał cały czas na karku.

– To jak cię pogłaszczę po głowie? Masz włosy najpiękniejsze na świecie.

Nastroszyła się.

– Zawsze będziesz tak głupio gadał?

– Przecież to prawda.

Julka Stankiewicz zmarszczyła brwi. Nikt nigdy nie mówił o niej w ten sposób. Jej czerwona głowa zawsze i wszędzie wzbudzała żarty, więc nadal trudno było jej uwierzyć, że ktokolwiek może uważać jej włosy za ładne.

– Jak sobie żartujesz, zębów nie pozbierasz! – ostrzegła. – Zaczaję się gdzieś i po tobie!

Kalinowski założył dłonie na kark.

– Mam poważne zamiary – oznajmił. – Jak nie wierzysz, to od razu weź kamień i walnij.

Podeszła na krok, ale stanęła poza zasięgiem jego ramion, gdyby chciał złamać umowę.

– Naprawdę się ze mną ożenisz?

 

– Tak – potwierdził Franio. – Mam przysięgnąć?

– Nie trzeba – zastrzegła szybko. – Ale co zrobisz, jak rodzina się sprzeciwi? Twój ojciec albo matka?

– Czemu mieliby się nie zgodzić?

Julka patrzyła w twarz Kalinowskiego szukając w niej wahania lub niepewności.

– Może ci każą znaleźć dziewczynę z bogatszego domu.

– Nie będę szukał, skoro już znalazłem. Chcę tylko ciebie. I mówiłem, żebyś nie zawracała sobie głowy posagiem. Wszystko mam już ułożone. Ale ci powiem dopiero, jak mnie pocałujesz.

Cmoknęła go w policzek, nie zbliżając się bardziej, ale i tak zdążył ją złapać w objęcia.

– Toś ty taki? – udawała oburzenie. – Miałeś trzymać ręce na karku!

– I trzymam – droczył się.

– Na swoim!

– Nie mówiłaś, na czyim.

***

O swoich planach i przyszłości Kalinówki Franio rozmawiał z Józikiem jeszcze podczas jego ferii wielkanocnych.

Stosunek Frania do starszego brata był mieszaniną zachwytu i lekceważenia. Najmłodszy Kalinowski podziwiał Józika za jego osiągnięcia naukowe, ale wykpiwał życiową niezaradność i słabą orientację w sprawach związanych z rodzinnym majątkiem.

– Chciałbym pogadać o przyszłości Kalinówki – zaproponował któregoś dnia.

Józik akurat miał dość własnych kłopotów, nie miał ochoty zastanawiać się, co zdarzy się za rok czy więcej, ale widząc poważną twarz młodszego brata, przystał na rozmowę.

– To znaczy o czym?

– No, jak będzie z ziemią i dworem – oznajmił Franio z pewną siebie miną. – Bo myślę, że w przyszłości ja tu zostanę, a twoją część spłacę.

Józik wzruszył ramionami.

– To dzielenie skóry na niedźwiedziu, który łazi po lesie – zauważył.

– Chciałem się zorientować, czy byś był zgodny na takie rozwiązanie – ciągnął Franio. – Że ja zostanę. Dziewczyny spłacę, pójdą za mąż, ciebie spłacę. No chyba, żebyś ty chciał tu rządzić...

Patrzył na brata spod oka i dała się po nim widzieć wielka ulga, kiedy Józik przytaknął bez targów.

– Bierz – zgodził się lekko. – Ja nie będę pracował na roli, to pewne.

Sprawa dziedziczenia Kalinówki wydawała się jeszcze bardzo odległa. Jego plany małżeńskie rysowały się niewyraźnie, ale nie przypuszczał, żeby kiedykolwiek miał zajmować się uprawą ziemi czy hodowlą.

Franio uśmiechnął się zadowolony.

– Bardzo słusznie – zauważył. – Dla dwóch nie bardzo jest tu miejsce, więc jeśli się zgadzasz, to i dla mnie byłoby tak najlepiej. Na pewno się dojdziemy do porozumienia. Twoja panna podobno bardzo posażna, ale to nie ma nic do rzeczy. Dostaniesz co do grosza, co ci się należy z Kalinówki.

Co prawda Józik był bardzo zajęty swoimi kłopotami, ale plany brata trochę go zaciekawiły.

– Czemu tak wypytujesz? Chyba nie zamierzasz się żenić?

Franio roześmiał się głośno, pokrywając śmiechem nagłe zmieszanie.

– Nie wiadomo jeszcze, kto pierwszy – parsknął, nie patrząc mu w oczy. – Ty tak zwlekasz, że może i ciebie prześcignę.

Józik skrzywił się i nie skomentował jego przechwałki. Bratu najwyraźniej zachciało się rywalizacji, a pisał palcem po wodzie – miał przecież dopiero siedemnaście lat.

***

Zachowanie Julki nie uszło uwagi ani jej braci, ani ojca.

– Co tak się stroisz? – spytał Stankiewicz rankiem pewnej niedzieli.

– Przecież na mszę.

– Wiem, że do kościoła. Ale czemu się tak szykujesz już od samego rana? Zawsze starczała ci chwila, a teraz nie możesz się wybrać.

– Bo kawaler czeka – podpowiedział ze złośliwym uśmiechem Ludwik, brat Julki.

Stary Stankiewicz był dużym, grubym mężczyzną o wydatnych wargach, wielkim brzuchu i dłoniach niczym bochny chleba. To po nim Julka wzięła siłę i niespożytą energię. Spojrzał na córkę zaskoczony.

– Jaki kawaler? I czemu w niedzielę? Dzień święty trzeba święcić, a nie zajmować się głupstwami.

– Tańce będą – Ludwik przypomniał o planowanej zabawie pod gołym niebem.

– Co? – splunął Stankiewicz. – Żebyś mi się nie ważyła iść tam w dzień święty!

– Ależ tato... – szepnęła dziewczyna. – Zabawa właśnie dzisiaj.

– Niech będzie w sobotę albo kiedy indziej.

– Kiedy akurat...

– W niedzielę nie pójdziesz.

– Wszyscy idą, a ja nie mogę?

– Co ciebie wszyscy obchodzą?

Julka zacisnęła usta, ale nie sprzeciwiła się. Wiedziała, że opór czy prośby nie zdadzą się na nic. Stankiewicz był człowiekiem więcej niż upartym. Od jego decyzji nie było odwołania.

– A popatrzeć mogę? – zapytała po chwili. – Obiecuję, że sama nie będę tańczyć, skoro to niedziela jest. Zresztą, kto by mnie poprosił...

– Już się jeden taki znajdzie... – zażartował Ludwik.

Stankiewicz spojrzał na rozbawioną twarz syna i nagle zrozumiał, że jego przymówki musza mieć jakąś podstawę.

– Gadaj mi tu zaraz! – zażądał od córki. Tylko nie kręć, bo jak zdzielę przez plecy...

***

Franio Kalinowski przyjechał wystrojony i wyglansowanych do połysku trzewikach, do czego przyłożył się osobiście, co wcześniej mu się nie zdarzało. Ale ku wielkiemu rozczarowaniu Julki Stankiewicz nie spotkał w Zabłudowie. Nie wiedział, czemu jej nie ma, mówił przecież, że się wybiera i chciałby ją zobaczyć. Nie zobaczył też nigdzie starszych braci dziewczyny, więc domyślił się, że nieobecność Julki może wynikać z ojcowskiego zakazu. W całej okolicy nie było nikogo, kto przestrzegałby dziesięciorga przykazań równie rygorystycznie jak stary Stankiewicz. Nie bardzo wiedział, co ma zrobić i jak postąpić. Pokręcił się trochę pomiędzy znajomymi, ale sam w zabawie udziału nie brał.

– A panicz czemu nie prosi żadnej? – zagadnęła go znajoma z miasteczka. – Dziewczyny tylko czekają.

Panien było na tańcach więcej niż młodych chłopaków, stały w miejscu albo podrygiwały w takt muzyki. Chłopcy uwijali się jak mogli, ale nie byli w stanie obtańcować wszystkich chętnych i sposobnych dziewczyn.

Franio spędził jeszcze chwilę w Zabłudowie, wahając się, czy nie pojechać sprawdzić osobiście, jakie przeszkody stanęły Julce na drodze, ale choć bardzo chciał ją zobaczyć, po namyśle zrezygnował. Musiałby jechać ładnych parę kilometrów do leśnej osady w zupełnych ciemnościach. To jeszcze nie stanowiłoby problemu, ale wątpliwe, żeby spotkał Julkę, już prędzej stary Stankiewicz poczęstowałaby go śrutem z dubeltówki.

Następnego dnia późnym popołudniem czekał koło strumyka, w miejscu, które wybrali na przekazywanie sobie wiadomości. Nie był pewny, czy Julka zjawi się równo z zachodem słońca, jak się umawiali. Jeśli się nie pojawi, przyjdzie mu czekać do następnego dnia.

Na szczęście wkrótce nadbiegła bacznie się rozglądając, a na jego widok z daleka zamachała ręką.

– Tylko na chwilę – powiedziała zadyszana. – Żeby powiedzieć, czemu nie byłam na tańcach.

– Wiem – oznajmił Franio. – Ojciec zabronił.

– Tak – zmartwiła się. – I jeszcze ten głupi Ludwik wszystko wypaplał! Że niby kawaler na mnie czeka, więc ojciec tym bardziej nie chciał mnie puścić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?