Dworek pod Malwami. Pan nauczyciel

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #64
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 64 - Pan nauczyciel

Saga

Dworek pod Malwami 64 - Pan nauczyciel

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801378

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

WNUK

Listopad 1933

Masz trzy minuty na pożegnanie – zwróciła się Olga von Tromm do córki.

– Tylko tyle? – zmartwiła się Barbarka. –Niech mama da chociaż pięć, proszę.

– Nie mogę, kochanie – odpowiedziała pani baronowa. – Pociąg do Wiednia odchodzi za cztery.

Odszedł punktualnie. Po piętnastu godzinach jazdy baronowa von Tromm i Barbarka miały mieć krótką przerwę na odpoczynek, a następnie przesiąść się na skład do Genewy.

Na pierwszym peronie dworca kolejowego Białystok Główny dwaj mężczyźni patrzyli za oddalającym się pociągiem.

– Genewa jest podobno ładna o każdej porze roku – zauważył Michał Kalinowski. – A teraz chyba niezbyt ludna. Bo latem podobno jest tam tak wielu turystów, że trudno o odosobnienie.

– Tak słyszałem – zgodził się Misza Kalinowski. – Może sam to kiedyś sprawdzę.

– Naturalnie, wnuku – skinął pan Michał. – Ale nie w ciągu najbliższego roku.

– Pamiętam, co obiecałem – westchnął młody człowiek. – Nie przyszło mi to łatwo.

Pan Michał położył rekę na ramieniu młodego człowieka.

– Jesteś bardzo podobny do ojca – powiedział. – A przez to także do mnie. Więc posłuchaj jeszcze raz. Wszyscy tak czujemy, bo nikomu z nas nie było łatwo. Mam jednak nadzieję, że i ty przyznasz rację baronowej. Miała dobry pomysł. W tej sytuacji najlepszy. Jeśli oboje z Barbarką przetrwacie tę rozłąkę, nikt wam już nie stanie na drodze.

– To ciężka próba – westchnął Misza i spuścił głowę. – Prawie dwa lata mamy się nie widzieć! A na dodatek nie zostawiła mi żadnej fotografii.

Pan Michał zaśmiał się cicho.

– Łatwa próba nie jest wiele warta – zauważył. – Ale mam coś dla ciebie na pocieszenie – kilka zdjęć znajdzie się w domu. Nie są może szczególnie aktualne, nie przedstawiają Barbarki jak byś sobie życzył, ale pewnie lepsze takie niż żadne. Przyślę ci najszybciej jak mi się uda. No, czas i na ciebie, wnuku.

Mężczyźni objęli ramionami i uściskali. Właśnie wjeżdżał na peron pociąg z Warszawy do Dyneburga i Rygi na Łotwie.

***

Trzy tygodnie wcześniej siedzieli w salonie Kalinówki tylko w kilkoro – pan Michał, Franciszka i Józik, a Wacia Potocka pilnowała, żeby ani córki Kalinowskich ani tym bardziej Franio, nie podsłuchiwali pod drzwiami. To, co miał do powiedzenia Michell-Misza Kalinowski, było przeznaczone jedynie dla dorosłych.

– Wszystko z powodu przyjaźni – opowiadał Misza. – Ojciec jeszcze podczas pobytu w Rosji zaprzyjaźnił się z kapitanem Siergiejem Fiłatowiczem. Razem przeżyli rewolucję i kiedy znaleźli się w Paryżu, stali się sobie bardzo bliscy.

Dopiero zacząłem chodzić do francuskiej szkoły, kiedy go zobaczyłem pierwszy raz i trochę się przestraszyłem. Kapitan Fiłatowicz stracił ucho podczas wojny i wyglądał przerażająco. Potem już się go nie bałem, bo często do nas przychodził i kazał się nazywać wujkiem. To zwykle był bardzo wesoły wujek. Ale czasem, jak zaczęli rozmawiać o sytuacji w sowieckiej Rosji, to smucił się i dużo pił. Martwił się, bo część jego rodziny została u Sowietów, a w gazetach pisali, że jest tam źle, że głód i terror.

Misza nieco nerwowym ruchem poprawił niesforny kosmyk nad czołem, a pan Michał wymienił z Franciszką porozumiewawcze spojrzenie. Takim właśnie gestem poprawiał włosy Staś Kalinowski.

– Któregoś razu ojciec dowiedział się, że do Paryża przyjeżdża delegacja sowieckiego rządu – podjął chłopak. – Niby dla nawiązania stosunków gospodarczych, a tak naprawdę w sprawie zakupu nowoczesnej broni dla Armii Czerwonej. Delegacji miał przewodniczyć profesor Fiłatowicz-Burski, ojciec wujka Siergieja. Mój ojciec i Siergiej wymyślili więc plan, aby zdobyć diamenty, które Sowieci przemycili, żeby zapłacić nimi za broń. Liczyli na pomoc profesora, spodziewając się, że przy jego udziale uda się oszukać zarówno delegację, jak i francuskie służby specjalne. Gdyby transakcja wyszła wówczas na jaw, oznaczałaby wielką kompromitację rządu. Chodziło więc o to, by ukraść diamenty i to w taki sposób, aby Sowieci nie mogli oskarżyć o kradzież nikogo konkretnego. Został opracowany odpowiedni plan, a jego wykonaniem zajęli się biali Rosjanie, emigranci i znajomi ojca i wujka. Wszystko szło dobrze, ale nagle cały plan się zawalił...

– Zdrada? Ktoś zawiódł? – spytał gospodarz. – Czy może Francuzi dowiedzieli się o wszystkim?

Opowiadający potwierdził skinieniem.

– Kłopot pojawił się z najmniej spodziewanej strony. Plan zakładał, że profesor Fiłatowicz nie wróci z delegacją do Rosji. Spiskowcy uważali, że w ten sposób wina spadnie na niego, Sowieci oskarżą białą emigrację, a przecież to na ich potrzeby miały być przeznaczone zdobyte kosztowności. Kradzież diamentów miała uniemożliwić zakup broni ale także posłużyć dobrej sprawie. Naciskał na to mój ojciec, argumentując, że kosztowności pochodzą z przestępstwa, są zagarnięte przez czerwonych, którzy zrabowali je prawowitym właścicielom.

Oczywiście, teraz, gdy to wam opowiadam, wszystko wydaje się jasne i proste. Przed czterema laty niczego na ten temat nie wiedziałem. Przede wszystkim obowiązywała tajemnica, a poza tym byłem za młody, aby mnie angażować i narażać na niebezpieczeństwo. Dowiedziałem się później, gdy wprost poprosiłem ojca, aby wyjaśnił docierające do mnie plotki i sugestie. Wszystko odbywało się w tak wielkiej konspiracji, że słowem nie wspomniały o tym prasa czy radio nawet wtedy, gdy kontrolę nad wszystkim przejęli już Francuzi. Policjant w cywilu zamieszkał u nas, bo ojca objęto aresztem domowym. W zaistniałych okolicznościach musiał mi wyjaśnić sytuację, ale do dzisiaj nie jestem przekonany, że powiedział mi o wszystkich szczegółach.

– Tajne operacje rządzą się swoimi prawami – wtrącił Józik. – Niektóre wolno ujawnić dopiero po dwudziestu czy trzydziestu latach.

– Właśnie – zgodził się Misza. – Dokładnie takich słów użył ojciec: tajne operacje mają swoje prawa. Okazało się, że francuski wywiad jest bardzo dobrze poinformowany, prawdopodobnie przez jednego ze spiskowców i nie miałby nic przeciw temu, by przejąć miliony franków w brylantach, udając przy tym, że kradzieży winni są biali Rosjanie. Ale nie to było najgorsze... Ojciec zaryzykował całą swoją dotychczasową karierą, by wspomóc przyjaciela w krytycznej sytuacji. Obaj chcieli uwolnić profesora Fiłatowicza z sowieckich rąk. Zostało umówione spotkanie pełniącego funkcję przewodniczącego sowieckiej delegacji z jego synem pozostającym na emigracji. Wujek Siergiej, jak się domyślam, nieźle musiał krążyć, zanim udało mu się wreszcie zobaczyć swojego ojca i porozmawiać z nim bez świadków. Spotkali się, kapitan wyłożył plan, a wtedy... Wtedy profesor odmówił.

– Czego odmówił? – wyrwało się Franciszce, niepewnej czy wszystko zrozumiała jak należy. – Nie chciał uciekać?

– Nie uwierzył w opowieść wujka – wyjaśnił Misza z westchnieniem. – To uczony, o którym ojciec mówi, że zawsze był mocno uduchowiony i odległy od rzeczywistości. Wyśmiał wujka Siergieja, gdy ten opowiedział mu o brylantach i planach potajemnego zakupu broni. Był przekonany, że rzeczywistym celem pobytu delegacji, której przewodniczył, było nawiązanie kontaktów handlowych i zakup żywności dla Rosji. Nie umiem sobie wyobrazić tej rozmowy, ale dla wujka Siergieja musiał to być wielki cios. Tym większy, że jego ojciec profesor nie tylko się nie zgodził na plan spiskowców, ale powiadomił o nim innych członków delegacji. W efekcie wybuchł wielki skandal, choć próbowano utrzymać go w tajemnicy. Policja francuska aresztowała wszystkich zamieszanych w sprawę, groziły im wysokie wyroki więzienia, ponieważ usiłowano przedstawić plan ojca i wujka Siergieja jako próbę napadu rozbójniczego, bez żadnych podtekstów politycznych. Ojciec nie poszedł do więzienia, trafił jedynie do aresztu domowego, ale było to bardzo przykre doświadczenie – nie mogliśmy się kontaktować z nikim, pisać listów, a telefon był na podsłuchu. Dopiero po pewnym czasie sprawę udało się załagodzić. Na szczęście nie spełniono żądania Sowietów co do deportowania podejrzanych Rosjan, bo w Moskwie groziłaby im śmierć. Po pewnym czasie wszystkim pozwolono wyjechać do Gujany Francuskiej.

– A Staś? – niecierpliwił się pan Kalinowski wpatrując z napięciem w twarz Miszy. – On też tam pojechał? Mówiłeś przecież, że popłynął do Argentyny.

Jego wnuk uśmiechał się jak kiedyś młodszy syn – spokojnie, z opanowaniem, nieco melancholijnie.

– Do Argentyny, dziadku – potwierdził. –Ale nie od razu. Jako obywatel polski zamieszany w sprawę polityczną tak grubego kalibru, stał się we Francji persona non grata. Cały czas przebywał w areszcie domowym, gdy za jego plecami decydowano o naszym losie. Rosjanie chcieli, by go deportowano do Moskwy, gdzie miał stanąć przed bolszewickim sądem, a gdy im odmówiono, uparli się, żeby nie mógł wrócić do Polski ani do żadnego innego kraju, graniczącego z Sowietami. Sprawę konsultowano z polskim rządem, by ostatecznie oboje z mamą mogli wyjechać do Argentyny.

 

– Ale czemu zabronili mu wrócić? – denerwował się pan Michał. – Jak nasz rząd mógł przyjąć tak haniebne sowieckie warunki?

Misza uśmiechnął się zawadiacko.

– To był jego pomysł, dziadku. Poprosił, aby go wysłano do Buenos Aires jako przedstawiciela Polski. Kiedy wyjeżdżał, miał w kieszeni akt mianowania na konsula, dzięki czemu nie tylko korzysta z immunitetu dyplomatycznego, ale i może być przydatny dla kraju. Aż do dnia wyjazdu nie wolno mu było pisać czy telefonować. Chwilowo nie może wrócić do Polski, ale w przyszłości na pewno uda mu się odwiedzić ojczyznę. Na razie ja będę łącznikiem pomiędzy moimi rodzicami i Kalinówką.

– Co za włóczęga! – burknął pan Michał. –Co za okropny włóczęga!

Misza wyjął z kieszeni kopertę.

– Dopiero w porcie napisał list, a policjant pilnował, żeby mi go wręczono dopiero, kiedy statek do Argentyny odpłynął. Znajdzie tu dziadek konieczne wyjaśnienia.

Podał kopertę, po czym wstał i ukłonił się z cała powagą.

– Niezależnie od listu nakazał mi, abym przyjechał tutaj i w jego imieniu poprosił dziadka o przebaczenie. On mocno żałuje, ale sam tego nie może zrobić. Bardzo się bał, że dziadek może dowiedzieć się o jego uwikłaniu w tę kradzież diamentów od kogoś nieodpowiedniego i pomyśleć, że kierowały nim jakieś niegodne zamiary. Dlatego kazał, abym osobiście prosił o przebaczenie.

Michell Kalinowski pochylił się i pocałował dziadka w rękę. Michał Kalinowski rozpłakał się głośno.

Po chwili Misza wrócił na krzesło, a na jego twarzy pojawił się wesoły uśmiech.

– A wiecie, że skończyłem francuskie liceum z pierwszą lokatą? Myślałem, żeby podjąć studia w Krakowie, ale ostatecznie zapisałem się na politechnikę w Rydze. Zaczynam za kilka tygodni. Do tego czasu chciałem prosić o gościnę.

Pan Michał uściskał chłopca.

– Nie musisz prosić, wnuku. Tu jest przecież twój dom.

Tego wieczora w Kalinówce śmiano się i płakano na przemian.

***

Trzy tygodnie później pan Michał Kalinowski odprowadzał na dworzec kolejowy w Białymstoku Miszę, a pani Olga von Tromm swoją córkę Barbarkę.

Oboje mieli kontynuować naukę za granicami – zgodnie z poleceniem opiekunów – jak najdalej od siebie. Zarówno baronowa, jak i pan Michał, postanowili w tej sprawie bardzo stanowczo.

– Jak to możliwe? – dziwiła się Franciszka. – Ledwie się poznali, spotkali się raz czy dwa i już chcieli uciekać? Kiedy tak strasznie się zakochali?

Spisek odkryła pani baronowa z pożegnalnego listu, jaki zostawiła córka i oszalała z niepokoju dopędziła młodych na stacji kolejowej w Żedni.

– Trzeba ich natychmiast rozdzielić – oznajmiła, przyjeżdżając do Kalinówki w słotny listopadowy wieczór. – Natychmiast, jeśli nie chcemy, żeby te dzieci nam się zmarnowały.

– Po co aż tak drastycznie? – zmarszczył brwi Kalinowski. – To tylko młodzieńcze zauroczenie, które wkrótce minie. Rozmawiałem z Miszą i przyznał, że postąpił nieroztropnie...

Pani baronowa pozwoliła sobie tupnąć nogą na pana Michała, choć znajdowała się w jego domu.

– Natychmiast wyjeżdżam z Barbarką za granicę! Nie mów, że to zauroczenie, które szybko minie. Tak się nie stanie, bo żaden argument nie ma tu zastosowania.

– Ależ, Olgo... – łagodził Kalinowski. – Porozmawiajmy na spokojnie i na pewno jakieś wyjście...

Baronowa von Tromm już nie tupała.

– Jedyne wyjście, mój drogi, to próba czasu. Dlaczego? Ty się zastanów, po kim ten chłopak ma ten urok, ten czar i to wszystko? Po kim jest tak okropnie uwodzicielski, że nawet dobrze wychowane panny lecą do niego niczym ćmy do świecy?!

LATO W KALINÓWCE

1934

Kiedyś nie wstydziłem się, że mój syn trafił do więzienia – mówił pan Michał. –Byłem nawet w pewnym sensie dumny, gdy Stasia skazali i zesłali w głąb Rosji. Chwaliłem jego patriotyczną postawę, męskie znoszenie trudów i poświęcenie dla słusznej sprawy. Takie było przeznaczenie prawdziwych Polaków w tamtych czasach. Później, gdy Francuzi zamknęli go w areszcie domowym, myślałem, że może nie wszystko wiem, że miał jakieś dodatkowe, pozytywne motywacje... Ale teraz czuję zawód i gorycz, bo kiedy patrzę na swoje dzieci, nie widzę powodów do zadowolenia i chluby...

Kalinowski nigdy ani słowem nie wspominał Ignasia, swojego pierworodnego. Nie myślał o nim, nie interesował się jego losem. Tak dokumentnie chciał o nim zapomnieć, że prawie mu się to udało. Czasem tylko, gdy mimowolnie i wbrew sobie wracał pamięcią do minionych dawno lat, docierało do niego boleśnie, jak bardzo najstarszy syn oddalił się od niego i od rodziny Kalinowskich i wzdychał wtedy ciężko.

***

Pan Michał nie wiedział, co dzieje się z Ignasiem, czy popadł w tarapaty i wylądował za kratami, ale nawet gdyby był tego świadomy, niczego by nie zrobił, żeby ulżyć jego losowi. Najstarszy syn sam wybrał sobie drogę, zupełnie inną niż ta, na której pragnął go widzieć ojciec, często powtarzający swoim wszystkim dzieciom stare przysłowie: „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”.

W Kalinówce nie wspominano Ignasia, nie wymieniano jego imienia, nie zastanawiano się, gdzie jest i co porabia. Zupełnie jakby nigdy go tu nie było. Czasem tylko Franciszka wzdychała na wspomnienie pasierba, ale i ona nie mówiła o nim głośno, nie chcąc wzbudzić gniewu męża.

W miarę upływu czasu pamięć o synach Michała z pierwszego małżeństwa bladła, a Franciszka, choć nikomu się do tego nie przyznawała, była nawet zadowolona z takiego stanu rzeczy, który oznaczał, że Kalinówka pójdzie w ręce jej rodzonych dzieci. Podobnie myślał zapewne i pan Michał, ale z czasem stawał się coraz bardziej zgorzkniały.

– Nie mam następcy – powiedział któregoś razu do żony. – Józik tu przecież nie wróci, choćbym nie wiem jak go prosił.

Józik studiował na uniwersytecie, chciał zostać nauczycielem i ani mu było w głowie prowadzenie gospodarstwa. Nie zanosiło się, żeby zmienił swoje życiowe plany, ale mimo tego pan Michał ucieszyłby się, gdyby najstarszy syn Franciszki nagle wrócił do Kalinówki, Czasem łudził się nadzieją i w rzadkich chwilach optymizmu mówił do żony:

– Moja świętej pamięci matka twierdziła, że prawdziwy Kalinowski czuje zew ziemi. Może kiedyś on też usłyszy to wołanie i zdecyduje się wrócić na ojcowiznę...

***

Tej wiosny sytuacja gospodarcza w kraju zaczęła się poprawiać. Wraz z końcem kryzysu w innych krajach zachodnich, gdzie ruszyła produkcja, także i w Polsce dało się odczuć oznaki gospodarczego ożywienia. Ruszyły fabryki pracujące do tej pory na połowę mocy, spadało bezrobocie. Otwierano zamykane niedawno warsztaty i sklepy.

– Bartnicki miał rację – skonstatował pan Michał z zadowoleniem. – Każdy kryzys kiedyś musi się skończyć, a po nim przychodzi koniunktura. Podobno zrobił złote interesy kupując wszystko, co mu wpadło w rękę. Teraz może z tym uczynić, co zechce – rozwinąć albo sprzedać z wielkim zyskiem. Tak czy owak zarobi krocie.

– Przy nim i nasz Józik jakoś się urządzi –wyraziła nadzieję Franciszka. – Ma chłopak szczęście.

***

Joska Apfelbauma, właściciela gospody przy rynku w Zabłudowie, pan Michał zastał pochylonego nad gazetą. Żyd wyglądał na zmartwionego. Nie zerwał się na widok stałego klienta, nie podniósł się z miejsca, a powitanie wypowiedział przygnębionym tonem, bez zwykłej dla niego werwy.

– Co to Joskowi? – spytał Kalinowski. – Interesy podobno zaczynają znowu rozkwitać, a Josek z nosem na kwintę?

Żyd postukał palcem w fotografię.

– Pan dziedzic popatrzy na tego wielkiego człowieka – zachęcił. – Niby z niego żartują, ale mnie się widzi, że akurat nam nie powinno być wcale do śmiechu.

Zdjęcie w gazecie przedstawiało portret Adolfa Hitlera, przywódcy Niemiec, które właśnie przezwyciężyły kryzys i zapowiadały wzrost gospodarczy w oparciu o produkcję zbrojeniową. Kanclerza sfotografowano podczas jakiegoś oficjalnego wystąpienia przed mikrofonami radiowymi, a gazeta kpiła: „Mundur angielski, wąsik żydowski, pozdrowienie rzymskie, lok korsykański i tak dalej”.

Josek Apfelbaum patrzył na fotografię i głośno wzdychał z zatroskaniem.

– Pan dziedzic słyszał, co się u tych Niemców wyrabia?

– Co Josek ma na myśli?

– No, te wszystkie ataki. Rozbijanie sklepów, brzydkie napisy. Jak to dobrze, że u nas coś takiego rzadko spotkać.

– A, to ekscesy narodowych socjalistów. No cóż, powiadają, że u nich taka moda nastała. Niedawno osiągnęli zwycięstwo, muszą się wyszumieć...

– A mnie zastanawia, czemu to zawsze na naszych żydowskich grzbietach się kończy... I tutaj to przyjdzie, wspomni pan dziedzic moje słowa.

– Josek przesadza – pan Michał próbował zbagatelizować problem. – U nas nie ma tylu przeciwników narodu izraelskiego, a i samych Żydów jest dużo więcej.

– Moda, panie dziedzicu, zawsze dla nas taka sama. Ona gdzieś wymyślona jest, a potem po całym świecie się rozchodzi. Pan dziedzic mówi, że muszą się wyszumieć. A te obozy odosobnienia?

– To przecież nie dla Żydów – sprzeciwił się Kalinowski. – Tylko dla przeciwników, komunistów i podobnych.

Sytuacja w Polsce przypominała tę ogarniającą całą Europę. Rządy silnej ręki wszędzie zdobywały powszechny poklask – w Niemczech, Włoszech, w Polsce, na Litwie, w Rosji, Estonii, Bułgarii.

– Moda – powtórzył Josek. – Czemu, panie dziedzicu nie ma mody na interesy, jak podobno dobre czasy nadchodzą?

Pan Michał mało interesował się polityką. Słyszał jak inni o obozach odosobnienia, zwłaszcza o tym w Berezie, gdzie wysyłano ludzi podejrzanych o terroryzm, komunizm a przede wszystkim jawnych przeciwników ekipy rządzącej.

– Władza musi się jakoś bronić przed wywrotowcami, inaczej zapanowałaby powszechna anarchia. Kiedy kryzys zostanie opanowany, znikną obozy i skończą się represje – oświadczył Kalinowski. – I wtedy przyjdzie czas na prawdziwe interesy.

Josek Apfelbaum tym razem nie zgodził się ze słowami dziedzica. Pokiwał sceptycznie głową i popatrzył na rozmówcę z powątpiewaniem.

– Kiedy to będzie, że się skończy? Dożyję to ja tych rajskich czasów?

***

Wikcia Tomaszuk żyła w Topolanach zgodnie ze swoimi dziewczęcymi marzeniami i wyobrażeniami. Kręciła się całymi dniami w kuchni, przy dzieciach, czasem także na polu. Zawsze zadowolona, uśmiechnięta, pełna radości.

Latem przyjechała z mężem do Kalinówki, bo przez kilka dni Melchior Tomaszuk pomagał teściowi w żniwach, wesoły i najwyraźniej szczęśliwy.

Murka, moja Murka, Murka ukochana... –niósł się nad polami jego śpiew.

Ziemia Tomaszuków składała się głównie z pastwisk, ornej mieli niewiele, więc z chęcią przyjeżdżali do Michała i Franciszki, by pracą zarobić na zakup owsa i żyta niezbędnych w hodowli. Stadnina powiększyła się wiosną do dwunastu sztuk, a planowali zakup następnych.

– Jak sobie radzisz, córeczko? – spytała Franciszka zaraz pierwszego wieczora, kiedy siedziały na werandzie i delektowały się świeżo zerwanymi wiśniami.

– Nie jedz ich za dużo, bo ci pokarm skwaśnieje – matka z niepokojem patrzyła na młodą kobietę, która całymi garściami pochłaniała owoce i starym zwyczajem wypluwała pestki przez barierkę między liście kwitnących malw. – I mąż będzie niezadowolony, jak się pochorujesz.

Wikcia roześmianym wzrokiem pokazała na malutkiego Kazia, przywiezionego w wiklinowej kołysce.

– Wszystko dobrze, proszę mamy. Melchior to porządny człowiek.

– Ale podobno pije niemało.

Wikcie potwierdziła bez skrępowania.

– Ano trochę pije. Taki już jest. Ale czy trzeźwy czy pijany, kocha mnie tak samo mocno. I z tego kochania za niedługo będzie nas więcej – uśmiechnęła się szeroko i położyła dłoń na brzuchu.

W ciążę zaszła już w kilka miesięcy po urodzeniu pierwszego chłopca i cieszyła się z powiększania się rodziny.

– Mama urodziła piątkę Kalinowskich –stwierdziła, popatrując na Franciszkę i dodała chełpliwie: – Ja Tomaszuków będę miała więcej.

***

Młodsze córki Kalinowskich rosły zdrowo i nie sprawiały kłopotów. Marysia liczyła dziesięć lat, Jadzia osiem, ale na pierwszy rzut oka wyglądały na rówieśnice – takie same okrągłe roześmiane buzie, bystre niebieskie oczy, zgrabne figurki, tylko włosy u jednej ciemne, falujące, a u drugiej jasne i proste. Obie posłuszne, spokojne, a bardzo ze sobą zżyte i zaprzyjaźnione. W najbliższym sąsiedztwie nie było dzieci w podobnym wieku, więc trzymały się przede wszystkim ze sobą, ucząc się razem i bawiąc, nie przysparzając rodzicom żadnych trosk ani zmartwień. Godzinami potrafiły zajmować się swoimi dziewczyńskimi sprawami, nie angażując do nich nikogo z domowników czy służby.

 

– Spokojne jak trusie – śmiała się Franciszka. – A i ładne panny z nich wyrosną.

Od starszych dzieci dzieliła je znaczna różnica wieku – Wikcia była już zamężna, a Franio chadzał swoimi ścieżkami, na których nie potrzebował niczyjego towarzystwa. Gdy czasem usiłowały go namówić, żeby się z nimi pobawił – w sklep, w szkołę, w dom czy w cokolwiek – prychał pogardliwie i uciekał w pola lub do lasu.

***

Czternastoletni Franio chętnie uczestniczył we wszelkich pracach polowych – umiał obsługiwać maszyny żniwne, używać kosy, ze szczególnym upodobaniem powoził furami z sianem, żytem czy kartoflami. Był bardzo przydatny w gospodarstwie, ale za młody, aby pełnić rolę prawdziwego pomocnika pana Michała. Nie potrafił jak niegdyś Ignaś planować robót ani nimi kierować, był po prostu wykonawcą. Pan Michał trafnie oceniał, że nie wyrośnie z niego dobry zarządca, toteż wzdychał i martwił się przyszłością Kalinówki.

– Ja nie mam już tyle siły, co dawniej –powtarzał. – Chętnie bym już oddał ziemię w młode ręce, a co najwyżej doradzał w niektórych sprawach. Ale jak tu o odpoczynku myśleć, kiedy następcy nie widać.

Franciszka nie rozumiała rozterek męża. Ona nie potrafiła spojrzeć w przyszłość na tak wiele lat naprzód. Zadowalała się ogólnym przekonaniem, że żaden majątek nie może działać bez gospodarza, a przecież mieli tyle dzieci, że któreś ostatecznie musi zostać na ziemi. Nie wyobrażała sobie innego rozwiązania.

Jej zdaniem najlepszym następcą Michała byłby Franio. Miał przecież zamiłowanie do prac polowych, a zarządzania się z pewnością się nauczy. Wspominając swoje losy uważała, że nie święci garnki lepią. Przecież ona sama nie miała pojęcia o rządzeniu we dworze i o prowadzeniu tak wielkiego gospodarstwa, kiedy niespodziewanie została żoną dziedzica Kalinowskiego. A teraz? Jest jedną z najlepszych. Jej syn też potrafi, musi tylko wiedzieć, jaka przyszłość go czeka. Podsycała więc w chłopcu chęć samodzielnego gospodarowania.

– Będziesz tu najważniejszy – mówiła. –Józik nie wróci na wieś, siostry pójdą do mężów. Ty zostaniesz w Kalinówce, więc trzeba, żebyś się uczył od ojca wszystkiego, co należy.

Czasem przypominała się jej przepowiednia sprzed lat, według której ona sama spędzi schyłek życia przy Jadzi, ale na co dzień mało się tym przejmowała. Nie myślała o starości, Kalinówka była całym jej światem i tak miało być zawsze.

– Dobry gospodarz powinien wszystko umieć i wszystko wiedzieć – tłumaczyła synowi. – Mój ojciec zawsze to powtarzał. Czasami trzeba pokazać, że się nie dasz oszukać robotnikom czy najemnym. Swoją drogą, może kiedy poszedłbyś odwiedzić dziadka?

Teraz nie mam kiedy – tłumaczył się Franio. – Ale w święta będzie więcej czasu, to może wtedy.

Józef Lulewicz, chłop ze wsi Nowosady, bardzo rzadko widywał swoje wnuki.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?