Dworek pod Malwami. Kuzyni

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #63
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 63 - Kuzyni

Saga

Dworek pod Malwami 63 - Kuzyni

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801385

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Pamięci mojej Matki Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

MINĄŁ ROK

1931

Przeszedł miesiąc i drugi, a noga Ewy Dobruckiej, teraz Tomaszukowej, nie postała w obejściu, w którym miała być panią i gospodynią. Najpierw siedziała w domu rodziców i wcale nie się nie pokazywała, jakby w obawie, że Melchior Tomaszuk ją znajdzie i siłą zaprowadzi pod swój dach. Potem zaczęła ostrożnie wychodzić, wreszcie jeździć jak kiedyś do sklepu czy do miasta. Ludzie pytali ją czasem, co myśli dalej robić, jak żyć. Ona tylko wzruszała ramionami i nigdy nie odpowiadała na podobne pytania, wszystko jedno, kto je zadawał. Patrzyła pustym wzrokiem i niczego nie wyjaśniała. Milczała.

Młody Tomaszuk próbował namówić ją do powrotu. Początkowo honor nie pozwalał mu chodzić za nią i prosić. Uważał, że sama wróci, bo w rodzinie tak musi być, że żona ma miejsce przy mężu. Potem porzucił ambicję i usiłował przemówić jej do rozsądku. Ale nic to nie dawało. Nie wiadomo, o czym mówili, kiedy się czasem spotykali poza ludzkimi oczami. Ewa wprawdzie bardzo starała się, żeby takie spotkania zawsze odbywały się przy świadkach, ale kilka razy Tomaszuk sprytnie zaskoczył żonę a to we wsi, a to w Michałowie. Jemu też Ewa nie odpowiedziała żadnym słowem. On pyta, a ona głową kręci. Oczami tylko zdaje się mówić: nie wrócę, prosić nie ma po co.

I nie wróciła. W kilka miesięcy później ksiądz Marian Sienkiewicz próbował ich pogodzić, kiedy chodził po kolędzie. Cała wieś czekała, co z tego wyniknie, bo wiadomo, że komu jak komu, ale kapłanowi to chyba żadne z nich nie odmówi. Ale mediacje duchownego nic nie dały. Proboszcz najpierw odwiedził Melchiora, potem udał się do Ewy. U Tomaszuka niczego nie obiecywał, choć Melchior wraz z ojcem bardzo go upraszali o pomoc, a nawet wręczyli grubo wypchaną kopertę i obiecali zapłacić za blachę na kościelny dach.

Ksiądz starał się unikać konkretnych zobowiązań. Pokiwał tylko głową i potwierdził, że przysięga przed Bogiem jest święta, a żona winna mężowi posłuszeństwo oraz wspólnotę łoża i stołu. Co dostał, to wziął i poszedł dalej w obchód.

Kiedy przyszedł do tych Dobruckich, ci wiedzieli oczywiście, o czym przede wszystkim mowa będzie. Prosili siadać, też kopertę mieli uszykowaną. Proboszcz był w nie lada kłopocie. Przed tą kolędą długo się zastanawiał, co i jak powiedzieć, nawet spisał sobie w punktach poszczególne argumenty. I jak przyszło do rozmowy, to porosił, żeby mógł sam tylko z Ewą zostać, prawie jak przy spowiedzi. Długo z nią gadał, ale jak skończył, to wcale nie był radosny, tylko zmarszczony i smutny. Bo nie przekonał żony, żeby do męża wróciła, choć opowiadał jej o obowiązkach, o przysiędze małżeńskiej i o wszystkim, co mu tylko przyszło do głowy i co miał zapisane na kartce.

Ewa nie wróciła do Melchiora ani w następnym tygodniu, ani w następnym roku. Po jakimś czasie ludzie powoli zaczęli się przyzwyczajać i nikogo już nie dziwiło, że jest we wsi takie małżeństwo, co trwało tylko kilka godzin, krócej nawet niż wesele.

Po miesiącach, jak Melchior Tomaszuk spotykał się z Ewą, wedle sakramentu swoją żoną, to nawet już że sobą nie rozmawiali. Ani on jej nie namawiał, żeby wróciła, ani ona nie odmawiała powrotu.

Stary Tomaszuk nie mógł znieść myśli, że zupełnie obca osoba ma prawo do części jego majątku i wielokrotnie naciskał na syna, aby ten wreszcie coś postanowił.

– Albo ją przyprowadź do domu i z nią tu żyj, albo ją wygoń – mówił z gniewem. – Jeszcze jej kto zrobi dziecko i bękart będzie na naszym majątku chciał siedzieć.

Melchior Tomaszuk długo nie mógł się zdecydować, co powinien zrobić.

– Będzie jak Bóg da – oświadczył ojcu. Ale stary Tomaszuk kręcił głową.

– To już lepiej rozwód kościelny wziąć. Choćbyśmy mieli większość koni sprzedać.

***

Jesienią 1931 roku Józik Kalinowski pojechał do Wilna, by na Uniwersytecie Stefana Batorego kształcić się na nauczyciela.

W ramach wsparcia syna pan Michał zaproponował przesyłanie niewielkiej kwoty w każdym miesiącu, jednak zbyt małej, aby starczyło na wszystkie potrzeby.

– Dam sobie radę – zapewniał zuchowato Józik, gdy w domu zastanawiano się nad sposobami sfinansowania jego studiów. – Będę udzielał korepetycji, a po wykładach znajdę sobie jeszcze jakieś dodatkowe zajęcie.

Rozważano także wariant, żeby chłopak poszukał pracy już teraz, ale traktowano to jako ostateczność. Józik przecież od dziecka chciał być nauczycielem, każdy znał to jego marzenie i nikt nie wyobrażał sobie, żeby miało być inaczej.

Ostatecznie ojciec wyraził zgodę.

– Niech spróbuje.

Franciszka odetchnęła z ulgą. Jej przekonanie, że los człowieka jest wytyczony przez Opatrzność i powinien się dopełnić, nie uległo zachwianiu. Skoro Józikowi przepowiedziano, że będzie prowadził życie wędrownika, nie należy w tym przeszkadzać.

Żałowała, że nie zna przyszłości innych swoich dzieci, ani męża, ani swojej własnej. Jedynie o małej Jadzi miała równie silne przekonanie jak o Józiku – to przy niej miały upłynąć jej ostatnie lata. Na razie Jadzia była małym dzieckiem, więc do spełnienia przepowiedni pozostawało jeszcze wiele czasu. Franciszka przyglądała się najmłodszej córce z niedowierzaniem i zastanawiała się, na ile mogą być prawdziwe usłyszane przed jej urodzeniem wróżby. Przy tej małej, wesołej Jadzi miałaby czekać na kres życia? Kiedy to będzie? Gdzie to będzie? To Jadzia zostanie w Kalinówce?

FRANIO

Rok 1932

Pułkownik Mikołaj Kawelin był jednym z organizatorów powołanego właśnie w Białymstoku Klubu Sportowego „Jagiellonia”, toteż wybrano go na prezesa. Z wielkim entuzjazmem kreślił plany rozwoju sportu w mieście i okolicy. Zawsze lubił wyzwania i podejmował je z wiarą i radością.

– Ileż to roboty przed nami! – powiedział do Kalinowskiego. – Liczę na twoją pomoc, Michaił.

Ale pan Michał, choć zwolennik zdrowego trybu życia i swego czasu znany sportsmen, wykręcał się nawałem zajęć związanych z gospodarstwem.

– Jak zorganizujesz kolejne zawody, pułkowniku, zawsze chętnie przyjadę obejrzeć. Ale na działalność w klubie sportowym nie bardzo mam czas. Sprawy rodzinne, sam rozumiesz.

Domowych problemów miał rzeczywiście niemało. Przede wszystkim trzeba było zająć się Franiem.

– Dziecko wymaga ojcowskiego dozoru – mówiła Franciszka aż do znudzenia. – Ty, Michale, tak mało przebywasz w domu, brak mu dyscypliny i męskiej ręki. Rośnie jak ten chwast niepielony i wcale mnie nie słucha.

Franio Kalinowski skończył czteroklasową szkołę w Zabłudowie z wielkim trudem i przy ogromnym wysiłku. Wysiłek ten wykonał zresztą nie on, ale nauczająca go pani Ewelina Zajączkowska.

Kiedy pewnego dnia wrócił z cenzurką ręku, biły z niego zadowolenie i radość.

– Niech mama zobaczy! – wołał od progu. – A jednak skończyłem!

Franciszka wiedziała, że świadectwo syna jest efektem pobłażliwości grona pedagogicznego, ale była zadowolona. Nareszcie nastąpił wyczekiwany finał edukacji i Franio nie będzie musiał się już męczyć oszukiwaniem i ukrywaniem się przed szkołą.

– Więcej nie muszę chodzić? – zapytał najmłodszy Kalinowski. – Prawda?

– Nie musisz – zgodziła się z westchnieniem. – Niewiele się nauczyłeś przez te lata.

– Dla mnie wystarczy – oznajmił zuchowato. – Sama mama powiedziała, żebym już wreszcie przestał się tak mordować tą nauką. Mnie to niepotrzebne.

– Ja tak mówiłam? – zdziwiła się Franciszka. – Coś ci się chyba zdawało... Kiedy to było?

– Kiedyś. Ojciec narzekał, a mama mu tłumaczyła, że dobrze by było, abym już skończył z tą szkołą i zajął się czymś pożytecznym.

Franio opróżnił tornister ze wszystkiego, z wielkim zadowoleniem przekazując podręczniki młodszej siostrze Marysi. Swoje zeszyty wrzucił do pieca w kuchni.

Marysia uczyła się znacznie lepiej i to było jakieś pocieszenie. Pierwszą klasę skończyła bardzo dobrze, podobnie jak drugą. Nie wykazywała wielkiego zamiłowania do nauki, ale była pilna w codziennych zajęciach i ćwiczenia, tak z pisania jak i z czytania, podejmowała bez oporów.

Franciszka nie zastanawiała się, czy dziewczynka powinna kontynuować naukę. Po pierwsze – było jeszcze sporo czasu na taką decyzję, a po drugie – na przykładzie Wikci nie wydawało się to konieczne. Zresztą Franciszka uważała, że kształcenie córek wystarczy ograniczyć do poziomu podstawowego.

– Po co im to? Tylko wydatek. Przecież nie pójdą do pracy do biura czy urzędu. Wikcia od razu mówiła, że chce przede wszystkim zostać matką i gospodynią. W szkole tylko się nudziła.

Rozmowy o podobnym charakterze prowadziła z kucharką, Wacią Potocką i czasem także z Klarą Horoszkową, która zresztą nie podzielała takiej opinii. Według niej kobiety powinny być edukowane tak samo jak mężczyźni.

 

– Czasy są teraz inne – mówiła Klara. – Nowsze, nowocześniejsze. Kobiety mają prawa wyborcze i prawa do wszystkiego, więc powinny być wszechstronnie wykształcone. To im daje samodzielność i niezależność.

Nie było jednak łatwo przekonać Franciszkę, bo jej argumenty okazały się trudne do obalenia.

– Jak która chce się uczyć, to nie wolno zabraniać – godziła się Franciszka. – Trzeba pomagać i nie zamykać drogi. Ale sama powiedz, czy dziewczętom rzeczywiście wykształcenie tak bardzo pomaga? Przecież jak pójdą potem do pracy, zarabiają dużo mniej od mężczyzn. Tak samo pracują, a dostają mniej pieniędzy. I jeszcze w domu też muszą swoje zrobić.

– Masz rację – zgodziła się Horoszkowa. – I to jest właśnie ta biorąca się z przeszłości nierówność, o jakiej mówimy. Trzeba walczyć, żeby przezwyciężyć tę niesprawiedliwość. Wszyscy pracownicy bez względu na płeć zatrudnieni na podobnych stanowiskach powinni otrzymywać jednakowe pensje.

Franciszka uśmiechała się spokojnie.

– Nie wiadomo, czy kiedy tak będzie – zauważyła. – Teraz jedno jest pewne – każda kobieta ma przypisaną jak Pan Bóg przykazał rolę żony i matki.

***

Franio z wielkim zapałem uczestniczył w pracach polowych. Był niezbyt duży ale silny i podobnie jak niegdyś Ignaś, najstarszy syn pana Michała, dobrze się czuł na polu, w stajni a nawet w oborze.

Od dziecka czuł też silny pociąg do lasu i myślistwa. Miał dopiero dwanaście lat, a podczas tych ostatnich w życiu wakacji z pasją uganiał się za kaczkami i kuropatwami. Ojciec patrzył na to przez palce, a nawet pozwalał, by chłopak posługiwał się wiatrówką na śrut.

Młody Kalinowski rozpoznawał tropy zwierząt i marzył o tym, aby zostać myśliwym, leśnikiem albo chociaż gajowym.

– Mnie pisanie wcale nie jest potrzebne – mówił. – Wystarczy, że na tropach zwierząt się wyznaję i strzelać potrafię.

Był oczywiście zbyt młody, by uczestniczyć w polowaniach z dorosłymi, ale jego ponadprzeciętne zdolności zauważył także i pułkownik Kawelin, który w należących do Majówki lasach tradycyjnie od czasu do czasu organizował polowania dla specjalnych gości.

– Ma chłopak dryg – powiedział. – Ty, Michaił, będziesz miał z niego kiedyś pociechę.

Tego roku Franio dostał od ojca zgodę na towarzyszenie myśliwym na stanowiska, a potem oczekiwanie na nich, gdy wracali na przygotowaną ucztę – bigos i wódkę.

Kilka razy pan Michał zabierał syna ze sobą do lasu. Chłopak miał tylko wiatrówkę, ale nie używał jej podczas tych eskapad – uczył się podchodzenia zwierząt, czytania tropów i zapoznawania się z przyrodą. Franio wiele skorzystał, bo miał prawdziwy talent do wypatrywania zwierzyny, umiał ją zauważyć po ruchu krzaków, locie ptaków nad stanowiskami zwierząt, nie gubił się w lesie, wykazując niezwykły zmysł obserwacji.

– Jak tak dalej pójdzie, zrobię cię u mnie nadleśniczym – śmiał się pułkownik Kawelin. – Już teraz mógłbyś uczyć niektórych dorosłych.

Franio był bardzo zadowolony z pochwał i starał się zasłużyć na kolejne. Jeśli chodziło o jakiekolwiek sprawy związane z myślistwem, obsługą broni, przygotowaniem stanowisk czy nawet z wyprawianiem skór, Franio gromadził wiedzę i był bardzo uważny. Cały pozostały świat mógł dla niego nie istnieć.

– Dzikus nam rośnie – Franciszka nie była zachwycona. – Tylko by w lesie siedział!

– Niech siedzi tam, gdzie zrobi innym jak najmniej krzywdy – uspokajał ją pan Michał. – W lesie jest przynajmniej z niego jakaś korzyść. I masz w domu spokój.

WAKACJE W JERONIMOWIE

Lato 1933

Domek na drzewie zbudowano, gdy Barbarka von Tromm skończyła osiem lat. Budkę z desek zrobioną bardzo porządnie i bezpiecznie znalazła któregoś letniego ranka pomiędzy konarami dębu. Z ziemi prowadziła do niej drabina, najpierw na mały podest a potem do wnętrza. Środek wyłożono materiałami, przygotowano miejsca do siedzenia, zabawki a nawet domek dla lalek. Początkowo dziewczynka miała zakaz samodzielnego wdrapywania się na drzewo, zawsze musiał jej ktoś towarzyszyć, by pilnować jej bezpieczeństwa. Najczęściej w domku była z nią jej niania i opiekunka, Bronia Lulewicz.

Gdy Barbarka miała lat jedenaście, pani baronowa zgodziła się wreszcie uznać, że jest na tyle duża, by wchodzić po drabinie bez asysty. Wtedy zresztą dziewczynka korzystała już z domku na drzewie znacznie rzadziej, bawiąc się na powietrzu, a tu chroniąc się tylko czasem, gdy chciała odseparować się od innych. Odpoczywała, czytała, czasem ukradkiem bawiła się swoimi dawnymi lalkami i innymi zabawkami, której pani baronowa nigdy jej nie skąpiła.

Tego lata domek na drzewie znowu wrócił do łask. Barbarka poprosiła, żeby go wysprzątano i wyremontowano, bo na wakacje spodziewała się przyjaciółki. Elżunia Bartnicka była zachwycona perspektywą przebywania kilka metrów nad ziemią. Tu przyjaciółki mogły się chronić przed oczami służby i przed całym światem, opowiadać sobie sny, marzenia i sekrety bez obawy, że ktoś podsłucha i wyśmieje.

Od pierwszej wizyty Bartnickiej w Jeronimowie, gdy Barbarka pokazała przyjaciółce to miejsce, stało się ono ulubionym miejscem ich schronienia. Wchodziły na podest po nowej, szerokiej drabince, gdyż pani Olga stwierdziła, że stara może być już zużyta. Dodatkowo na podeście założono bariery ze sznurów, zwiększając w ten sposób bezpieczeństwo.

W domku było trochę ciasno, ale przytulnie i ciepło. Przyjaciółki mogły w nim spędzać czas nawet w słotne i wietrzne dni. Takich nie brakowało w lipcu tego roku i pani baronowa trochę żałowała, że za namową córki nie pojechała do Włoch. Barbarka jednak świetnie bawiła się z koleżanką, która spędziła w Jeronimowie kilka tygodni.

Elżuni Bartnickiej brakowało swobody, jaka dają nie tylko pieniądze ojca ale pochodzenie i wychowanie w luksusie. Bardzo pilnie naśladowała Barbarkę, ucząc się od niej ubierania, zabaw, sposobu mówienia, spożywania posiłków i ogólnie kindersztuby. Tylko od serdecznej przyjaciółki mogła przyjąć uwagi lub porady, zdanie innych miało dla niej niewielkie znaczenie.

– Nie tak sztywno – mówiła panna von Tromm. – Elegancja nie polega na tym, żeby wszystko było jak spod igły, tylko na pewnego rodzaju nonszalancji. Strój musi być przemyślany, dodatki dobrane, ale dyskretnie, bez przesady, z pewną swobodą. Nie można być zawsze i wszędzie zapiętą na wszystkie guziki. Albo te kolczyki, naszyjnik i broszka – każde z innej parafii! To zupełnie nie tak powinno wyglądać...

Elżunia przyjechała na wakacje z wielkim kufrem, w którym miała stroje, buciki, okrycia, kapelusze i małe pudełko z biżuterią. Już drugiego dnia pobytu to właśnie ozdoby stały się przedmiotem nauki udzielonej przez przyjaciółkę. W szkole panienkom nie wolno było nosić żadnych ozdób, więc potrzebę obwieszania się precjozami nadrabiały podczas wakacji. Bartnicka miała kilka pierścionków, srebrną obręcz na przegub ręki, łańcuszki i nawet kolczyki.

– Bój się Boga, Elżuniu! – śmiała się Barbarka. – Do kolacji założyłaś wszystko co tylko masz! Przesada to wróg elegancji, moja droga.

– No – odpowiedziała zmieszana. – Chciałam, żeby wypadło okazale i świątecznie. Sama powiedziałaś, że będzie uroczycie i odświętnie.

Elżunia była wysoka, mocno zbudowana, miała długie włosy, które każdego ranka pracowicie zaplatała w grube warkocze. Te warkocze stanowiły jej zmartwienie i ciągłe utrapienie, bo włosy wymagały wiele starania, a matka stanowczo sprzeciwiała się ich skróceniu.

– Najchętniej całkiem bym je obcięła! – marudziła Elżunia. – Przecież w moim wieku nie wypada nosić takich długich włosów! Przez te warkocze biorą mnie za małą dziewczynkę i nie traktują poważnie.

Była osiem miesięcy starsza od Barbarki, właśnie skończyła siedemnaście lat.

Włosy Elżuni sięgały daleko poniżej łopatek, były bujne i czasem niesforne. W szkole obowiązywały kokardy, teraz postępowała z nimi podobnie i bardzo spodobał się jej pomysł przyjaciółki, by włosy upinać wysoko tworząc na głowie niby koronę .

– Ale będę przez to jeszcze wyższa – martwiła się. – I tak jestem wielka, najwyższa w klasie, jak żyrafa. Żaden z chłopców się mną nie zainteresuje, bo na każdego patrzę z góry.

Marzyła, by przestać rosnąć, bo zazdrościła Barbarce średniego wzrostu i kształtnej figury.

– I jeszcze to! – mówiła zmartwiona, wskazując na swoje niewielkie choć kształtne piersi. – Myślisz, że jeszcze mi urosną? Naprawdę, mam wielkie powody do zmartwienia!

Wieczorami Elżunia wiele razy sprawdzała przed lustrem jak wyglądałaby z obciętymi włosami i szukała argumentów na ich skrócenie, by przekonać matkę. Ale pani Bartnicka wydała w tej sprawie wyraźne dyspozycje.

– Są imponujące i wspaniałe. Mało która dziewczyna ma taki skarb – powiedziała. – Nie możesz się pozbywać naturalnego piękna, w żadnym wypadku się na to nie zgodzę.

W sypialni, urządzonej specjalnie dla obu panien, aby mogły być ze sobą tak długo jak chciały, obie stroiły się, przymierzały ubrania, zmieniały fryzury. Oglądały magazyny mody, czesały się na wzór tego, co widziały w gazetach, a Elżunia stale wzdychała,

– Ja całkiem jestem nienowoczesna – martwiła się. – Wielka i zupełnie niemodna.

***

Zaraz po przyjeździe gości Barbarka zaplanowała rozgrywki tenisowe.

Józik Kalinowski wyraził zainteresowanie, ale pozostałe dziewczęta trochę kręciły nosami. Wikcia nie przepadała za tenisem, w który grała słabo, a Elżunia miała inny powód do zmartwienia.

Gdy przyjaciółki wieczorem szykowały się na ranny turniej, panna Bartnicka nagle usiadła na brzegu posłania ze zrezygnowaną miną.

– Chyba jutro nie będę grała – zapowiedziała. – Nie czuję się dobrze.

Barbarka bardzo się zmartwiła. Rozegrała z przyjaciółką niejeden mecz i świetnie się rozumiały na korcie, więc spodziewała się, że wygraną mają w kieszeni.

– Może do jutra ci przejdzie. Połóż się, odpocznij.

Elżunia skrzywiła się z niechęcią.

– Nie chcę – powiedziała. – Wyglądam okropnie.

Barbarka von Tromm zdziwiła się.

– Co tym mówisz? Wczoraj grałaś, a teraz się wycofujesz?

– Wczoraj było co innego. A jutro ani myślę.

Założyła wprawdzie na próbę nowy strój tenisowy – biała bluzkę, plisowaną spódniczkę, skarpetki i odpowiednie buty, ale nagle uznała, że jej nie pasuje.

– Wyglądam w tym okropnie – oceniła ze zmarszczonymi brwiami. – No zobacz, jak ta spódniczka mnie pogrubia! Nie mogę się tak pokazać, bo zaczną mnie nazywać bezą albo jeszcze gorzej. Zagrasz jutro debla z Wikcią, dobrze?

Przyjaciółka domyśliła się od razu.

– Ach, wiec to takie buty! – zawołała z uśmiechem. – Tobie nie chodzi o strój, tylko o Józika Kalinowskiego!

– Wcale nie! – sprzeciwiła się Bartnicka.

– Tak, tak! Józika się wstydzisz! – naciskała Barbarka. – Właściwie trochę powinnam się obrazić, bo prawie mi o tym nie wspominałaś. Podoba ci się tak? No, nie dziwię się...

– Wcale nie – powtórzyła Elżunia. – W ogóle mi się nie podoba.

Jej oświadczeniu zupełnie zaprzeczało wszystko, co wydarzyło się tego ranka. Gdy młodzi Kalinowscy przyjechali do Jeronimowa, powoził Józik ubrany w lekki strój sportowy i białą płócienną czapkę. Wikcia była w kolorowej sukience, z ułożonymi w fale włosami i szpilką w kształcie niebieskiego motylka.

– O! – zawołała na ich widok pani baronowa. – Oboje wyglądacie wprost imponująco!

Przywitały się przez podanie ręki, po czym pani domu zainteresowała się ustami Wikci.

– Czyżbyś używała szminki, moja droga? No, nieźle, całkiem nieźle. Barbarce jeszcze nie pozwalam, ale i ty chyba też nie potrzebujesz...

Dziewczyna zawstydziła się uwagą pani von Tromm i prawie natychmiast wytarła usta.

– To tylko tak, chciałam spróbować... – tłumaczyła się niezręcznie.

***

Gdy nadjechali goście, obie panny siedziały w domku na drzewie.

– Ktoś przyjechał – oznajmiła Elżunia wyglądając przez okienko. – Widzę bryczkę i karego konia... Drzewa zasłaniają...

Barbarka wyjrzała także i szeroki uśmiech rozjaśnił jej twarz.

– To Józik! – zawołała z zadowoleniem. – Obiecywał, że niedługo przyjedzie.

– Który Józik? – spytała Bartnicka. – Chyba nie Kalinowski?

– Oczywiście, że Kalinowski. Chodź, chodź, musimy się przywitać...

Pośpiesznie zaczęła schodzić z drzewa po drabince. Elżunia chcąc nie chcąc musiała ruszyć w jej ślady, ale widać było, ze czyni to z oporem.

 

Barbarka, czekała na dole, poganiając koleżankę, ale Elżunia jakby specjalnie marudziła przed zejściem. W końcu jednak stanęła za ziemi i skierowały się w alejkę wiodącą do pałacu.

Pani baronowa powitała już gości, którzy z daleka dostrzegli nadchodzące dziewczyny.

– Jak wspaniale! – zawołała Barbarka, podbiegając i łapiąc Wikcię w objęcia. – Już się doczekać nie mogłam!

Józkowi podała obie ręce, patrząc z ciekawością, bo nie widzieli się od kilku miesięcy.

– Już wytrzymać nie mogłam, żeby zobaczyć, jak teraz wyglądasz – powiedziała żartobliwie. – Strasznie się zrobiłeś dorosły! Elżunia, zobacz, nie mam racji?

Kalinowski ukłonił się przed Elżbietą.

– Dzień dobry, Elżuniu.

A Bartnicka zapomniała języka w buzi. Józik Kalinowski, wysoki, postawny, opalony, z uwodzicielskim wąsikiem prezentował się rzeczywiście bardzo poważnie i męsko.

– Dzień dobry panu – odpowiedziała, na co roześmiał się wesoło.

– Czy możemy mówić sobie po imieniu? – zagadnął. – Jak wcześniej?

Dziewczyna w oszołomieniu nie odezwała się, skinęła tylko głową. Tymczasem Barbarka von Tromm już układała plany.

– Jeszcze dzisiaj wybieramy się na wycieczkę. Chyba się przyłączycie, co? Chcemy zobaczyć nowe miejsca.

Zgodzili się, choć ledwie przyjechali. Wikci pomysł się mniej się spodobał, wolałaby posiedzieć na trawniku przed pałacem i grać wielką panią, ale nie wypadało narzucać swojej woli gospodyni.

– Staramy się zrealizować nasz wakacyjny plan – mówiła zaaferowana panna von Tromm, prowadząc gości do schodów. – Coś zobaczyć, poznać, dowiedzieć się ...

– Zupełnie jakbym Józika słyszała – zauważyła Wikcia.

– Bo to jego pomysł – śmiała się Barbarka. – Już w zeszłym roku skrytykował mnie, że nie wiem, gdzie mieszkam, zupełnie nie znam okolicy, jak się nazywają różne miejsca i jakie są urokliwe.

Bartnicka trzymała się nieco z tyłu i Barbarka musiała ją zawołać i wziąć pod ramię jak to uczyniła z Wikcią.

– Strasznie jestem ciekawa tych rozmaitych opowieści z Wilna – przyznała się, zerkając na idącego obok Józika. – Ale najpierw my same musimy sobie trochę pogadać. Chyba nie masz nic przeciw temu?

– Chciałbym wreszcie zagrać w tenisa – przypomniał Kalinowski wskazując świeżo odnowiony kort. – Widzę, że jest gdzie, a w Wilnie w tym roku tylko dwa razy grałem.

– Jutro urządzimy zawody – cieszyła się Barbarka. – Z góry powiem, że obie z Elżunią poczyniłyśmy duże postępy.

Wikcia nie miała prawie żadnego doświadczenia i na swoją obronę wzruszyła ramionami.

– No nie wiem – zastrzegła się. – Nawet stroju nie mam...

Ale dla Barbarki von Tromm nie była to żadna przeszkoda.

– Poszukamy dla ciebie coś odpowiedniego.

Strój dla Wikci się znalazł, ale ubranie Elżuni stanowczo jej nie pasowało.

– Wyglądam koszmarnie – powtarzała, stojąc przed lustrem z rakietą w dłoni. – Barbarko, ja stanowczo nie mogę tak się pokazać na korcie.

– Możesz, możesz, nie przesadzaj – sprzeciwiła się przyjaciółka. – Jeśli nie chcesz, żebym stale przegrywała, musisz stanąć ze mną.

Zasępiona Elżunia patrzyła w lustro ze zmarszczonym czołem.

W porównaniu z drobną Barbarką była rzeczywiście duża, miała długie ręce nogi, nadto nieco masywne, co szczególnie było widać, gdy biegała po korcie.

– Przecież on się będzie śmiał, kiedy mnie zobaczy – oznajmiła z rozpaczą.

***

Zanim wszyscy zgromadzili się w jadalni rano na śniadaniu, zaczął padać deszcz.

Pani baronowa ubrana w luźną sukienkę, z włosami kunsztownie ułożonymi czekała już na młodzież i bystro przyglądała się wszystkim po kolei. Uśmiechnęła się do Wikci z aprobatą i orzekła, że dziewczyna dużo korzystniej wygląda z ustami, których nie pokrywa szminka.

– Masz bardzo ładny wykrój warg – powiedziała. – Prawie taki jak Barbarka. Naprawdę szczerze ci radzę, nie psuj tego malowaniem.

Wikcia miała dość szerokie usta, tymczasem w modzie były drobniutkie, „ptasi dzióbek” jak mówiła i chciała mieć takie. Teraz po oświadczeniu pani Olgi poczuła się raźniej. Skoro baronowa tak uważa, to zapewne jest w tym coś z prawdy.

– Dziękuję pani baronowej. Zawsze uważałam, że moje usta są za duże i...

Pani Olga pokręciła głową.

– Moda się zmienia – zauważyła. – Gdyby się do niej stosować za każdym razem, trzeba byłoby chyba co sezon chodzić do lekarzy specjalistów i prosić, by przy pomocy skalpela poprawiali raz to, a raz owo. Bo to albo za duże uszy, albo za wielki nos, albo znowu co innego okazywałoby się nie takie, jak by się chciało.

Wikcia nie była pięknością, a wszystkie wymienione przez gospodynię niedoskonałości pasowały właśnie do niej. Od razu posmutniała i spuściła głowę. Pani Olga dostrzegła to natychmiast i od razu zaproponowała pocieszenie.

– Przyjdź do mnie wieczorem – poleciła Wikci. – Wydaje mi się, że będę ci umiała to i owo podpowiedzieć. Rzecz bowiem w tym, by uczynić z tego, czym kobieta dysponuje, walor, zaletę, podkreślić co należy...

Wikcia, starsza o dwa lata od Barbarki, była już młodą kobietą i bystre oko pani Olgi dostrzegło nie tylko niedoskonałości jej urody, ale także możliwości ich zakamuflowania.

– Powinnaś zmienić fryzurę – zaproponowała. – Nasze dziewczynki nic teraz nie robią nieustannie się przebierają i wymyślają coraz to nowe sposoby na upiększanie się. Szkoda, że nie widziałaś, jak się stroiły przed waszą wizytą! Możesz bez trudu im dorównać, jeśli skorzystasz z moich rad i wskazówek. Tak... Z twoimi włosami trzeba koniecznie coś zrobić.

Kalinowskiej bardzo odpowiadała ta propozycja. Już matka jej wspominała, że mogłaby nosić włosy upięte nieco inaczej, najlepiej by przykrywały uszy, które były nieco za duże i odstające.

Wikcia, pozornie zadufana i pewna siebie, miała krytyczne podejście do swego wyglądu, ale właściwie aż do rozmowy z baronową von Tromm nie wiedziała, jak się zabrać do poprawy. Działała dotąd na wyczucie, czasem tylko zerkając do gazet i żurnali, by znaleźć tam jakieś wzory, nie miała jednak w pobliżu nikogo, kto mógłby wesprzeć ją konkretnymi radami i sposobami. Teraz z wielką nadzieją i niecierpliwością oczekiwała na konkretną pomoc. Gdy rano przyszła na śniadanie, zmianę w jej wyglądzie zauważył nawet brat.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?