Dworek pod Malwami 47 - Zazdrość

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #47
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 47 - Zazdrość

Saga

Dworek pod Malwami 47 - Zazdrość

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801545

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

URODZINY BARBARKI

Maj 1921

Przygotowania do urodzin Barbarki dobiegały końca. Robotnicy złożyli już rusztowania, z których malowano fronton pałacu, uporządkowano podjazd i wymieniono na nowe drewniane ogrodzenie stawu.

Ogrodnicy pracujący przy porządkowaniu wiosennej zieleni w parku także kończyli swoje roboty, wieszano już lampiony i rozkładano wielki namiot, przygotowany na wypadek niedobrej pogody.

Przycięto żywopłoty, a młody pomocnik ogrodnika popisał się przy doprowadzeniu do porządku wybujałej we wszystkie strony krzaczastej tui rosnącej z prawej strony pałacu. Zrobił to nie pytając o radę starego Joachima, ale efekt zachwycił wszystkich. Z pokracznego krzaczka wyłonił się bardzo udany zając, siedzący z zawadiacko nastawionymi uszami.

– Jaki śliczny! – zawołała na jego widok czteroletnia Barbarka.

– Podoba się? – uśmiechnął się chłopak. – Może panienka zechce go potraktować jako prezent na urodziny?

Barbarka klaskała w ręce, a Bronia Lulewicz zawiązała na szyi zwierzątka długi pasek płótna, uformowany niby szalik, co spotęgowało jeszcze zachwyt dziewczynki. Pobiegła natychmiast do pałacu, z daleka krzycząc o niezwykłym zjawisku.

– Mamo! Mamo! Już dostałam pierwszy prezent!

Olga von Tromm wyszła przed dom i zobaczywszy dzieło młodego robotnika, podzieliła opinię wychowanki.

– Rzeczywiście, dość udany – oznajmiła i osobiście podziękowała autorowi.

Było to w przeddzień uroczystości, pani baronowa bardzo zaaferowana biegała to tu, to tam, osobiście doglądając wszystkiego.

– Tyle jeszcze pracy! – mówiła. – Zupełnie nie wiem, czy zdążymy ze wszystkim. A gości tylko patrzeć!

Sama oczywiście zajmowała się jedynie wydawaniem dyspozycji i kontrolowaniem ich wykonania, więc przygotowania przebiegały bez żadnych zakłóceń.

– A pani doktor? – pytała co chwila. – Czy jest już wreszcie pani doktor?

– Wkrótce powinna nadjechać, pani baronowo. Samochód wyruszył po nią już rano.

W Jeronimowie nikt nie był chory, jednak pani Olga, przewrażliwiona trochę na punkcie zdrowia Barbarki przynajmniej dwa razy w miesiącu wołała do niej lekarza. Maryla Bogdanowicz przyjeżdżała chętnie, przeprowadzała badanie i zwykle mówiła:

– Jest zdrowa jak rydz.

Baronowa oddychała wtedy z ulgą, częstowała panią doktor herbatą i ciasteczkami z kminkiem, po czym kazała ją odwozić samochodem do Białegostoku.

Przyjęcie urodzinowe, ludne, gwarne, wesołe, było jak zawsze wydarzeniem towarzyskim. Zjeżdżali się wszyscy zaproszeni sąsiedzi i przyjaciele domu, traktując obecność w Jeronimowie jako główną atrakcję maja.

Barbarka otrzymała wiele prezentów. Słodkości, zabawki, ubranka, kwiaty zapełniły stoły przygotowane na tę okoliczność. Pani baronowa uśmiechała się do wszystkich i nie zapomniała o nikim, by z życzliwością podziękować za pamięć i odwiedziny. Tylko czasem nagle uśmiech jej gasł i zamyślała się, ale spostrzegli to jedynie nieliczni.

– Czy pani baronowa dobrze się czuje? – spytała w pewnej chwili Franciszka.

Olga pokręciła głową.

– Wszystko w porzadku, jestem tylko trochę zmęczona.

Franciszka zdziwiła się, bo był to dopiero początek przyjęcia, ale nie ciągnęła dalej tematu.

– A Michał? – spytała pani Olga. – Dopiero go widziałam, ale teraz gdzieś zniknął...

Teraz Franciszka nie czuła obaw, gdy baronowa rozmawiała z jej mężem. Wiedziała już, że nie romansuje z panią von Tromm. Na przyjęciu nie zauważyła Maryli Bogdanowicz, co przyjęła z wielką ulgą. Lekarka odwiedziła dziewczynkę w przeddzień i zapewniła, że nic jej nie dolega. Teraz musiała iść do innych swoich obowiązków i w urodzinach Barbarki nie wzięła udziału.

– Baronową coś trapi – odezwała się do męża, którego spotkała po chwili przy jednej z licznych waz z napojami, jakie rozstawiono po całym parku.

– Tak? – podniósł brwi zaciekawiony. – Przyznała ci się?

– Twierdziła, że jest zmęczona, ale myślę, że chodzi o coś więcej. I pytała o ciebie.

Pan Michał poszedł poszukać pani von Tromm. Stała zamyślona nad stołem pełnym przysmaków i sprawiała wrażenie nieco zatroskanej. Kalinowski podszedł do niej i zajrzał w oczy, pytając o samopoczucie i nastrój. Baronowa westchnęła głęboko. Jej obawy wzbudzała przyszłość Barbarki.

– Michale – powiedziała na widok Kalinowskiego. – Tchnij we mnie nadzieję, bo oszaleję z niepokoju!

– Ty, moja piękna i mądra baronowo? – zapytał żartobliwym tonem. – To chyba niemożliwe.

Ale od razu spoważniał, widząc smutek w oczach pani Olgi.

– On chce tu zostać – mówiła gorączkowym szeptem, gdy stali obok siebie, a baronowa nerwowymi ruchami nakładała mu sałatkę na talerz. – Chce zostać i czekać aż ona wyjdzie!

– Ten żołnierz? – domyślił się pan Michał. – Haneczka opowiadała, jak uparcie starał się o widzenie. Cóż to jednak za powód do niepokoju?

– Przecież Barbarka! – szepnęła pni von Tromm. – Jeśli Kowalewski naprawdę zostanie, z czasem dowie się o dziecku Adzi i dodawszy dwa do dwóch może zechcieć odebrać mi Barbarkę.

Kalinowski rozejrzał się, czy inni goście stoją wystarczająco daleko, by nie słyszeli ich rozmowy.

– Moja droga Olgo – oznajmił z naciskiem. – Powinnaś się zachowywać tak, żeby nie nabrał podejrzeń. Przypominam ci, że nie ma do nich najmniejszych podstaw. Nawet jeśli się dowie o dziecku Adzi, będzie przekonany, że dziewczynkę oddano pod opiekę nie wiadomo komu i nie ma możliwości sprawdzenia, jakie są jej dalsze losy. Prawdę zna tylko kilka osób i tak powinno zostać.

Baronowa spróbowała się uśmiechnąć.

– Zatem uważasz, że nie ma niebezpieczeństwa? Chyba naprawdę bym oszalała, gdyby ktoś próbował rozdzielić mnie z Barbarką...

– To się nie może zdarzyć i nie zdarzy się na pewno – oznajmił Kalinowski z przekonaniem. – Owszem, pewnie kiedyś będziesz jej musiała powiedzieć, że nie jest twoją rodzoną córką. Ale i wtedy w żadnym wypadku nie możesz ujawnić prawdziwego nazwiska jej matki. Zapomnij o tym i przestań się zamartwiać. Spójrz na mnie tymi pięknymi oczami i uśmiechnij się. Zobacz, jak cieszy się Barbarka, jaka jest szczęśliwa.

Twarz kobiety złagodniała.

– Zawsze wpływasz na mnie pocieszająco – powiedziała z wdzięcznością. – Kiedy Kowalewski wczoraj poinformował mnie o swojej decyzji, wpadłam w rozpacz, a nie miałam z kim podzielić się wątpliwościami...

– W tej sprawie, nie tylko w tej zresztą, nieodmiennie będę cię wspierał, moja droga Olgo – uśmiechnął się pan Michał, całując dłoń baronowej.

Wziął talerzyk z sałatką, spróbował, pochwalił.

– Co on dokładnie zamierza?

Pani baronowa opowiedziała szczegółowo o wizycie Mieczysława Kowalewskiego. Poprzedniego dnia poprosił o rozmowę, w czasie której opowiedział o odwiedzinach w więzieniu, widzeniu z Adzią Semkowicz i swoich planach.

– Chce tu zostać i czekać na jej powrót. Pytał mnie, czy nie miałabym dla niego jakiegoś zajęcia. Oświadczył, że chce dla Adzi zbudować dom, aby miała gdzie zamieszkać, gdy wyjdzie z więzienia.

– Bardzo szlachetnie – zgodził się Kalinowski. – Zapewne nie dociera do niego perspektywa wyroku. To przecież jeszcze kilkanaście lat.

– Chce się starać o jej wcześniejsze zwolnienie. Podobno jest taka możliwość, jeśli ktoś weźmie za nią odpowiedzialność, zapewni warunki mieszkaniowe i pracę. Oczywiście nie teraz, najwcześniej po upływie połowy kary. Kowalewski zamierza szukać poparcia dla swoich zamiarów, będzie pisał podania i listy.

– Owszem, słyszałem o podobnych wypadkach – zgodził się Kalinowski. – Takie rozwiązania stosuje się bardzo rzadko, ale zdarzają się. Myślę, że życzymy sobie, aby panna Semkowicz mogła z tego skorzystać, o ile spełni warunki wymagane przez prawo. A co powiedziałaś temu człowiekowi w kwestii zatrudnienia?

– Właściwie nic. Nie dałam konkretnej odpowiedzi. Przed rozmową z tobą nie chciałam podejmować jakiejkolwiek decyzji.

– Jak zawsze postąpiłaś słusznie – uśmiechnął się w odpowiedzi.

Z talerzykami w dłoniach szli wolno w kierunku wejścia do pałacu. Kręcący się wokół goście nie ułatwiali rozmowy, każdemu trzeba było się ukłonić albo odkłonić, pozdrowić, uśmiechnąć, zamienić słowo.

– Sądzisz, że dobrze zrobiłam, zostawiając sprawę w takim zawieszeniu? – spytała pani von Tromm, gdy znowu znaleźli się sami na parkowej ścieżce.

– Zwrócił się do ciebie jako opiekunki Adzi. Trzeba go w tym upewnić. W żadnym razie nie powinnaś go zrażać, a przeciwnie, umocnić w przekonaniu, że zarówno on jak i ona mają twoje całkowite poparcie i mogą liczyć na twoją pomoc.

– Nie wiem, czy dam sobie radę... – zastanawiała się pani von Tromm. – Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jakie to wszystko może okazać się trudne. Przecież, gdy Adzia wyjdzie, będzie musiała zobaczyć Barbarkę, a ja będę musiała powiedzieć jej, skąd się wzięło to dziecko w moim domu...

 

Pan Michał nie uważał niepokojów baronowej za uzasadnione.

– Niepotrzebnie się martwisz przyszłością i to tak odległą. Nie przypuszczam, żeby stanowiło to problem. Ona prawdopodobnie pogodziła się ze stratą. On nic o dziecku nie wie. Barbarka jest szczęśliwa w Jeronimowie. Niech to wszystko zostanie tak, jak jest, przecież dla wszystkich to najlepsze rozwiązanie. Nie zgadujmy, co stanie się za dziesięć czy dwadzieścia lat. Teraz wydaje mi się ważne, abyśmy wszyscy pomogli panu Kowalewskiemu. Postawa, jaką zaprezentował jest bardzo szlachetna i zupełnie nietuzinkowa. Nie wiem, czy wytrwa w tym swoim cokolwiek dziwnym postanowieniu, ale daj mu Boże.

Zatrzymali się przy jednej z ławek i zanim usiedli pan Michał ponownie pocałował baronową w rękę.

– Naprawdę wspaniale przyjęcie, droga Olgo. Przed nami jeszcze wiele takich radosnych uroczystości, zapewniam cię. Nie musisz obawiać się odkrycia naszej tajemnicy. Jest pogrzebana głęboko i żaden huragan nie wydobędzie jej na powierzchnię. Zatem głowa do góry, uśmiech na twarzy i ruszaj zabawiać gości!

– Naprawdę, Michale, twój optymizm wpływa na mnie wspaniale...

Kalinowski domyślił się, że zatrudnienie Kowalewskiego w majątku mogłoby jednak być niezręczne dla pani von Tromm i zaproponował własne rozwiązanie.

– Pomówię o tym człowieku z pułkownikiem Kawelinem – zaofiarował się. – Potrzebuje ludzi do pracy, a ofiarował się też nadać działki ziemskie weteranom wojennym. Nasz pan Kowalewski podlega przecież temu prawu.

– Och, to genialny pomysł! – zgodziła się natychmiast pani Olga. – Gdy Kowalewski będzie po sąsiedzku, jakoś łatwiej przyzwyczaję się do jego obecności.

Nadeszła służąca, dyskretnie zbierając naczynia. Pan Michał oddał talerzyk, uśmiechając się do dziewczyny.

– Ładna panna z tej Broni – zauważył.

Pani baronowa zaśmiała się cicho.

– No proszę! – powiedziała z udawana naganą. – A ty Michale, jak zawsze, przede wszystkim patrzysz na niewiasty.

Kalinowski nie zaprzeczył.

– Wszędzie je widzę – zauważył. – Rzadko wprawdzie spotyka się tak atrakcyjne jak ty, Olgo, ale...

Pani baronowa przyjęła komplement z kokieteryjnym zawstydzeniem.

– Michale – skarciła. – Naigrywasz się ze mnie.

Powoli pokręcił głową.

– Moja droga – oznajmił ściszając glos. – Dobrze wiesz, że nie jestem skory do komplementów, gdy ktoś na nie nie zasługdje. I że nie mówię ich dlatego tylko, że tak wypada. Jesteś bardzo atrakcyjna i opowiadałbym o tym godzinami, gdybyś zechciała słuchać. Powiem więcej – adorowałbym twoje wdzięki czynem, a nie tylko słowami, tymczasem pozwoliłaś mi oddalić się na tak długo.

Oczy pani Olgi lśniły, jej piersi falowały, a oddech przyspieszył.

– Nie rób tego – szepnęła. – Gdy tak patrzysz i mówisz, miękką mi kolana... A przecież przyjęcie, ludzie...

Pan Michał dotknął jej ręki, musnął końcami palców po wierzchu dłoni.

– Tak, tak – powiedział. – Właściwe formy towarzyskie, zwyczaje, ograniczenia. I tylko mogę pomarzyć, że my oboje... na niedźwiedziej skórze w twoim salonie....

Pani von Tromm wstała gwałtownie.

– Nie kuś mnie – powiedziała. – Nie tutaj, nie teraz. Nie kuś, diable rogaty! Jeszcze chwila, a ulegnę!

Spod rzęs spojrzała na Kalinowskiego siedzącego nadal na ławce.

– Przyznałam ci się do swoich wątpliwości, a ty z jednej strony mnie pocieszasz, a drugiej wprawiasz w konfuzję. Na niedźwiedziej skórze? Boże, co za wspaniały pomysł! Ale co powie na to ta miła lekarka?

KOWALEWSKI

Pułkownik przyjął Mieczysława Kowalewskiego na placu budowy nowego domu w Majówce. Stały już ściany, porządnie budowane, bo Mikołaj Kawelin chciał, aby nowy pałac był wspanialszy od poprzedniego, zniszczonego podczas wojny.

– Witam, witam – uśmiechnął się do gościa, zapraszając, by usiedli razem na pniakach pomiędzy stosami cegieł, desek i belek.

Kowalewski przyszedł tu skierowany przez Olgę von Tromm, by zapytać o możliwość zatrudnienia.

– Dzień dobry, panie pułkowniku – skłonił się gość, po wojskowemu strzelając obcasami. – Pani baronowa skierowała mnie do pana. Nazywam się Mieczysław Kowalewski.

Kawelin zdjął kapelusz, powachlował się nim z rozmachem.

– Co za upał!

Po czym oświadczył, że zna historię gościa, bo słyszał o nim od baronowej.

– Dobrze się składa, bo ja akurat szukam zaufanego człowieka – oznajmił. – Skoro kochana baronowa pana rekomenduje, zaraz się zastanowimy, co można zrobić.

Był pod wrażeniem opowieści pani Olgi. Przedstawiła ona zasługi Kowalewskiego w okresie wojny i prosiła o pomoc.

– Podobno pan jesteś kupiec? – spytał.

Gość uśmiechnął się niepewnie.

– Uczęszczałem do szkoły handlowej – przytaknął. – Muszę jednak się przyznać, że nie czułem nigdy powołania do tego zawodu, więc będę wykonywał wszelkie obowiązki, jakie pan pułkownik raczy mi wyznaczyć.

– Więc jednak nie kupiec – swobodnie zauważył Kawelin. – W każdej profesji najważniejszy jest duch. Jak nie masz ducha, nic z ciebie nie będzie. No to jak pan nie jesteś kupiec z ducha, to co pan potrafisz?

– Byłem żołnierzem – odparł Kowalewski. – Z całym szacunkiem dla stopnia i służby pana pułkownika, to pewnie niewielkie kwalifikacje, bo mało kto żołnierzem nie był.

Kawelin popatrzył uważnie w twarz przybyłego.

– No, no! – powiedział. – Nieźle pan zaczyna. Co dalej?

Kowalewski siedział na pieńku, ręce trzymając na kolanach. Podniósł je teraz i pokazał.

– Proszę mnie wypróbować – zaproponował. – Nie boję się ciężkiej pracy. Jako jeniec musiałem dać z siebie wiele, żeby przeżyć. Nie jest mi obca ani robota przy betonie, ani przy wykopach.

– A w lesie?

– W lesie nie bardzo... – przyznał się Kowalewski.

– Bo ja, widzisz, szukam leśniczego. Ale nie byle jakiego. On musi znać się na wszystkim – być i inżynierem, i leśniczym, i przyrodnikiem, i mierniczym i nie wiem kim jeszcze.

Twarz gościa przygasła.

– Niestety, obawiam się, że na tych sprawach znam się słabo albo, żeby być szczerym – prawie wcale. Owszem, coś tam pamiętam ze szkoły, ale jak wspomniałem handlowej, więc jeśli pan pułkownik chciałby mnie zatrudnić w administracji...

Kawelin pokręcił głową.

– Gryzipiórków, z całym dla nich szacunkiem, mam dosyć – zauważył ironicznie. – Kogo innego potrzebuję.

Kowalewski ponownie podniósł ręce.

– Nie boję się żadnej pracy, choćby i najcięższej.

Kawelin patrzył z ciekawością.

– Będziecie się starali o ziemię z przydziału za wojenne zasługi?

– Tak. Chętnie pod okiem pana pułkownika, jeśli okaże się to możliwe.

– Czemu nie? – uśmiechnął się Kawelin. – Dam ci parę hektarów , ale skoro ty jesteś kupiec, to nie wiem, jak na tym wyjdziesz. W każdej pracy potrzeba umiejętności. Wątpię, czy dasz radę...

– Nauczę się, jestem jeszcze młody.

– Racja. Młodość bywa zaletą na początku drogi. Wiec mógłbyś robić wszystko?

– Tak, panie pułkowniku.

– To wyobraź sobie żołnierzu, że masz dwie możliwości – oznajmił Kawelin. – Wezmę cię na pensję, niewielką ale pewną, w biurze leśnym. Spokojna robota, wolne niedziele. Albo dam ci ziemię i nic więcej. Ale co sobie wypracujesz, będzie całkiem twoje, nie wezmę ani grosza czynszu czy opłaty.

Zerknął z ciekawością na gościa.

– I co byś wybrał?

Kowalewski nie wahał się ani chwili.

– Tę drugą możliwość.

– Tak? – podniósł brwi pułkownik. – Ciekawym czemu? Przecież to robota od rana do nocy, a i w święta trzeba się napracować.

Młody człowiek nie zastanawiał się długo nad odpowiedzią, ale widać było, że ma ją dobrze przemyślaną.

– Ale druga możliwość daje więcej swobody – zauważył. – Praca cięższa, ale w dużej części jej efekty zależałyby ode mnie samego, a zyski byłyby moim kapitałem.

Kawelin pokiwał głową.

– Nie każdy ma taki wybór oczywiście, bo w życiu tak to już jest. Ale byłoby pięknie, gdyby miał, prawda?

– Prawda, panie pułkowniku.

Siedział na pniaku, patykiem kreślił linie na ziemi. Zapadło milczenie. Do pułkownika podbiegł pies myśliwski, przymilał się do pana, kładł mu głowę na kolanach. Potem zaczął owęszać nieznajomego. Kawelin patrzył na to przez chwilę, po czym ręką dał znak czekającemu niedaleko stangretowi.

– Przyprowadź wóz, pojadę na spacer.

– Tak jest, panie pułkowniku.

– Ty zostań tutaj, sam będę powoził.

– Jak pan pułkownik sobie życzy.

Mała bryczka podjechała po chwili w miejsce, gdzie siedzieli. Kawelin wstał, zajął miejsce na koźle. Kowalewski wstał z miejsca i czekał, aż pułkownik odjedzie.

– Wsiadaj – skinął na niego Kawelin. – Przejedziemy się.

– Dokąd, panie pułkowniku?

– A ot, po lesie trochę pojeździm...

Bryczka przedzierała się leśnymi przecinkami, czasem z trudem, bo koła grzęzły w głębokim piasku albo w błyskających jeszcze tu i ówdzie kałużach ukrytych w zacienionych miejscach, bo deszcz padał przed kilkoma dniami. Las był tu pierwotny, stary ale trafiali czasem na poręby, zwalone tu i ówdzie pnie, niby uporządkowane, ale zostawione w miejscu, gdzie padły ścięte najwyraźniej bez pomysłu co dalej, a może zapomniane.

Kawelin nie odzywał się, powoził sprawnie, cmokaniem i zdecydowanymi ruchami dłoni, w których trzymał lejce.

Kowalewski siedział obok, rozglądał się, czasem pochylił pod nisko wiszącymi gałęziami sosen. Sosny przeważały, było ich wiele i wyglądały imponująco.

Po pewnym czasie wjechali na polanę. Na jej końcu, w zaroślach, pomiędzy zaniedbanymi drzewkami owocowymi stał niewielki drewniany domek o trzech oknach od frontu.

Kawelin trzymał powóz, wysiadł i poszedł w kierunku budynku, a jego towarzysz pospieszył w ślad za nim. Dom był niewielki ale miły dla oka – ściany z grubych bali, spadzisty dach, kamienny komin, niewielkie okna. Wyglądał na podniszczony, podobnie jak mały zapuszczony sad rosnący wokół i maciupka szopa tuż obok.

Pułkownik szarpnął klamkę, z trudem otworzył drzwi, Były dziurawe, smugi światła wpadały przez szczeliny i wyrwy w deskach. Wewnątrz pierwszej izby, najwyraźniej kuchni, zobaczyli duży gliniany piec z okapem, kilka podstawowych mebli, w głębi drzwi do drugiego pomieszczenia będącego zapewne sypialnią. Na kilku prostych półkach stały garnek z gliny, patelnia z ukręconą rączką, gliniane niebieskie kubki i leżał smętnie samotny widelec z ułamanym zębem. Przy piecu piętrzył się stos szczap, a wszystko pokrywała gruba warstwa kurzu, otulająca także stojące na oknie słoje z podejrzaną zawartością.

– No? – zapytał Kawelin. – Co myślisz?

– O czym, panie pułkowniku?

– O leśniczówce. Możesz tu zamieszkać choćby i w tej chwili. Zaniedbana trochę, ale można ją doprowadzić do ładu. Nie masz chyba nic lepszego do roboty?

– Mam posprzątać i wyremontować?

– Naturalnie. Nie będziesz przecież mieszkał w takim bałaganie. I nie możesz czekać, aż ta kobieta wyjdzie, żeby ci pomóc. Sam musisz zrobić wszystko tak, by było gotowe na jej powrót.

Mieczysław Kowalewski patrzył z niedowierzaniem.

– Pan pułkownik mi to daje? – spytał. – Nie mam pieniedzy.

– Nie żądam zapłaty. Urządzisz się, pogadamy, czy możesz być pomocny w moich sprawach. Na razie masz co robić.

– Ale jak to? Nie mogę tego przyjąć...

– Oczywiście, że możesz. Potrzebuję kogoś, kto będzie tu mieszkał.

– W jakim celu, panie pułkowniku? Jaki ze mnie leśniczy, czy choćby gajowy? Nie znam się na zwierzętach, a i na drzewach też nie bardzo.

– Nie szkodzi. W przyszłym miesiącu może przyjedzie geometra, wymierzy co trzeba, bo do tego domku jest kawałek ziemi. Dostaniesz go ode mnie.

– Dlaczego?

– Powiedziałeś, że wolisz ziemię, niż pracę biurową. No to daję ci ziemię. A że musisz gdzieś mieszkać, weź sobie i domek.

– Bardzo dziękuję, panie pułkowniku, ale zupełnie nie wiem, w jaki sposób...

Mikołaj Kawelin pokiwał głową.

– Zastanowię się. Ale wiesz, co, Kowalewski? Umówmy się tak, że dostajesz to wszystko, bo czekasz na swoją kobietę. Ona jak już wyjdzie, pewnie nie będzie chciała mieszkać miedzy ludźmi...Jakbyś się rozmyślił, to przyjdziesz i powiesz.

 

– Nie rozmyślę się.

– Ale gdybyś jednak zmienił zdanie, to nie będziesz kręcił, tylko przyjdziesz i powiesz.

– Dobrze, panie pułkowniku.

– I jeszcze coś. To jest domek dla ciebie i dla niej. Nie możesz wprowadzić tu żadnej innej kobiety. Rozumiesz? Żadnej.

– Rozumiem, panie pułkowniku. Dziękuję, panie pułkowniku.

***

W hotelu Ritz w Białymstoku Mikołaj Kawelin opowiadał Michałowi Kalinowskiemu o swoim nowym pracowniku.

– Zaprowadziłem go do leśniczówki, dałem mu ją pod wyraźnym warunkiem, że zamieszka w niej wyłącznie z tą Semkowiczówną. Żadnej innej kobiety nie przyprowadzi.

Michał Kalinowski spojrzał zaciekawiony.

– Wszystko ma sam robić? Sprzątać, gotować?

– Czemu nie? Niech popróbuje. Obiecał, że się zastosuje do warunków. Miał wybór – etat w biurze albo ziemię na własność. Wybrał to drugie, ale warunek jest jednoznaczny.

– To młody mężczyzna. Chce pułkownik zrobić z niego mnicha?

– Ależ skąd. Chce sprawdzić te głupie romantyczne bajki. Stawiam górę pieniedzy, że nie wytrzyma dłużej jak rok. Będzie potrzebował kobiety. I jakąś zaprosi.

– Co wtedy?

– Wyrzucę go. Umowa to umowa.

Kalinowski wzruszył ramionami.

– Pułkownik się nim bawi?

Kawelin pokręcił głową.

– Nie. Przyszedł do mnie i opowiedział o wielkiej miłości. To chcę tę miłość poddać próbie. Gdy ją przejdzie pomyślnie, może będzie szczęśliwy. Jeśli nie, lepiej dla nich obojga.

– To właściwie dość okrutna metoda – zauważył pan Michał.

– Okrutna? – powtórzył pułkownik. – Życie w ogóle jest bezlitosne.

Uśmiechnął się do Kalinowskiego.

– Niezależnie od tego, jak się to skończy, jedną rzecz powinienem mieć załatwioną. Remont leśniczówki. On musi doprowadzić ją do porządku, jeśli chce tam mieszkać, gdy przyjdzie zima. A co do czasu, jaki wytrzyma... Mam pomysł! Załóżmy się i przekonajmy.

– Pułkownik często wygrywa – wykręcał się Kalinowski.

– Wygrywam, bo nie boję się ryzykować – zauważył Kawelin. – Tak samo jak ty, Michaił. Więc jak? O sto złotych rubelków?

– O sto? – zaśmiał się Kalinowski. – Pułkownik się ze mnie naigrywa? Skąd miąłbym wziąć aż tyle?

– No to o dziewięćdziesiąt.

– Też nie mam?

– Siedemdziesiąt? Czterdzieści? No dobrze, dwadzieścia. Poniżej nie wypada się zakładać.

– Zgoda na dwadzieścia. Że Kowalewski wytrzyma dłużej niż rok i jeden dzień.

– Dwadzieścia, że nie wytrzyma roku.

***

Romans Michała Kalinowskiego i Maryli Bogdanowicz wygasał. Nigdy nie był szczególnie burzliwy, toczył się dość spokojnym rytmem, pozbawiony większych wzlotów i upadków.

Podczas pobytów w Białymstoku pan Michał odwiedzał Marylę w mieszkaniu jej ojca przy ulicy Częstochowskiej, a czasem także w Szpitalu Miejskim, zwłaszcza gdy miała nocny dyżur.

Nigdy nie przychodziła do hotelu, gdzie zatrzymywał się Kalinowski.

– To byłoby niegodne nowoczesnej kobiety – powiedziała, gdy pierwszy raz padła taka propozycja z jego strony.

– Niegodne? – zdziwił się. – Dlatego, że ty przyjdziesz do mnie, a nie ja do ciebie?

– Tak to widzę – oznajmiła panna Bogdanowicz. – Nie czuję się dobrze w roli kochanki, nie zniosłabym porozumiewawczych spojrzeń i domyślnych uśmieszków.

Kalinowski uważał, że w hotelu byłoby im znacznie wygodniej i przyjemniej, ale nie udało mu się przekonać Maryli.

– Mam poczucie winy – powiedziała. – W hotelu miałabym większe. Ci ludzie wokół stale by mi o tym przypominali.

– A w szpitalu nie masz takiego wrażenia? I ludzie ci nie przeszkadzają?

– To pacjenci – zauważyła spokojnie panna Maryla. – Zajęci są głównie sobą i stanem swojego zdrowia, mniej uwagi poświęcają innym.

Pogodziwszy się z takim podejściem, Kalinowski przychodził do szpitala. Ich spotkania w gabinecie były krótkie, czasem przerywane przez natarczywe stukanie personelu, gdy zachodziła potrzeba zajęcia się chorym, którego stan nagle w nocy się pogarszał.

Kochali się więc zwykle pospiesznie i pan Michał niezadowolony marszczył brwi. Rozpogadzał się, gdy czasem spotkanie kochanków miało miejsce w mieszkaniu ojca Bogdanowiczówny.

– Lubię mieć czas – powtarzał, ale panna Maryla przyjmowała to z dystansem.

– Po co ci więcej czasu? Swoje przecież dostajesz.

Hołdowała opinii, że mężczyzna potrzebuje kobiety głównie dla zaspokojenia popędów, a cała reszta stanowi dla niego tylko niepotrzebny balast. Nie zamierzała zakładać rodziny i perspektywę zajścia w ciążę widziała jako niedopuszczalne utrapienie.

– W żadnym wypadku – powtarzała. – Dzieci mnie zupełnie nie interesują, wystarczy, że je leczę. Dla własnego nie miałabym cierpliwości.

Pilnowała więc swoich dni płodnych i stanowczo nie pozwalała wówczas panu Michałowi zbliżać się do siebie.

– Znam kilka sposobów, żebyś nie był poszkodowany – mówiła wtedy.

I stosowała je z niemałym kunsztem.

Kalinowski nie bywał jednak wówczas w pełni usatysfakcjonowany, bo choć podzielał obawy kochanki przed ciążą, która mogłaby niepotrzebnie skomplikować ten związek z założenia bez zobowiązań, przypisywał jej nadmierną ostrożność w tej kwestii.

***

– Co ty taki zgaszony, Michał? – spytał Kawelin. – Czyżbyś się nie wybierał do swojej pani doktor?

Kalinowski wzruszył ramionami.

– Wybieram się – potwierdził, ale w jego głosie nie było zbytniego entuzjazmu.

Pułkownik przymrużył oko.

– Oj, zdaje mi się, że masz jej już dosyć. Mam rację? Wiesz co, może trzeba poszukać jakiej innej?

– Innej? – udawał zdziwienie pan Michał, choć sam już doszedł do takiego wniosku.

– A jakże – uśmiechał się Kawelin. – W tej sprawie silnie do mnie jesteś podobny. Małżeństwo małżeństwem, ale zawsze jakąś musisz mieć na boku.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?