Dworek pod Malwami 45 - Haneczka

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #45
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 45 - Haneczka

Saga

Dworek pod Malwami 45 - Haneczka

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801569

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

KURPIK

Sierpień 1920

Kurpik z Nowosadów stał na mostku nad Białą tuż obok hotelu Ritz w Białymstoku i patrzył w kierunku bramy na dziedziniec dawnego pałacu Branickich.

Po kilku tygodniach śledztwa, przesłuchaniach, groźbach i protokołach zupełnie zatracił poczucie rzeczywistości.

Pobyt w areszcie nie był dla niego czymś niezwykłym, trafiał za kratki już kilka razy, co zresztą było dokładnie odnotowane w policyjnych papierach.

Gdy do Złotnik przyjechała policja, od razu założyli mu kajdanki i posadzili na ziemi z nakazem, by nie ruszał się z miejsca.

Panią Justynę zabrano na nosze i zapakowano do ambulansu.

– Żyje – oznajmił lekarz. – Ale nie wiem, kiedy będzie mogła zeznawać. I czy w ogóle będzie mogła.

Funkcjonariusze oglądali miejsce zdarzenia, wybite okno, salon z zakrwawioną podłogą i człowieka leżącego na zewnątrz.

– Zastrzeliliście człowieka – powiedział policjant w czarnym mundurze. – Nie ujdzie to wam na sucho.

– Chciał obrabować wielmożna panią! A wcześniej zabić!

Kurpik nie bronił się i nie stawiał oporu.

Funkcjonariuszami dowodził starszy przewodnik, siwy, ociężały. Od początku poddawał w wątpliwość, czy powodem ataku była chęć rabunku. Obejrzał pomieszczenia dworu, głośno i wielokrotnie wyrażając zdziwienie ich bogatym wyposażeniem

– Jest co zrabować – zgodził się. – Ale ja bym nie zaczynał od strzelania przez okno.

Wiedział już od służby, że właścicielka przebywała w domu tylko czasem, więc dziwił się, że napastnik wybrał na atak akurat taką porę.

– Czemu przyszedł teraz? Lepiej byłoby w taki dzień, gdy nikt poza służbą nie był obecny.

– Niech wielmożny pan powie, jak było – Kurpik błagalnie zawołał do Kalinowskiego. – Niech pan powie!

Pan Michał odzyskał już równowagę, chodził z przodownikiem po domu i wokół niego, udzielając wyjaśnień i odpowiadając na pytania.

– To racja – oznajmił. – Siedzieliśmy w salonie, gdy nagle Usłyszałem odgłos wybijanej szyby, a potem padły strzały. Jeden trafił panią Nowacką. Gdyby stróż, ten tu Kurpik, nie przyszedł nam z pomocą, zginęlibyśmy oboje.

Przodownik kiwał głową, zadał kilka wstępnych pytań. Protokół, jaki sporządził na miejscu zdarzenia, nie odpowiadał na żadne z pytań, formułował tylko wstępne hipotezy.

– Wszystko zostanie dokładnie wyjaśnione – oświadczył, polecając zamknąć dom i opieczętować drzwi.

Postępował rutynowo. Ofiarę wysłał do szpitala, Kurpika kazał zatrzymać do wyjaśnienia, ciało zabitego odwieźć do kostnicy. Kalinowskiego zakwalifikował jako świadka, ale pozwolił mu pojechać do szpitala, by mógł dowiedzieć się o stanie zdrowia rannej pani Justyny.

– Pan jest najważniejszym świadkiem – powiadomił. – A że sprawa widzi mi się poważna, proszę zostać na miejscu. Najdalej jutro pan komisarz wezwie na przesłuchanie.

Kurpika odstawiono do aresztu w komendzie policji przy ulicy Warszawskiej.

***

Komisarz Obuchowicz, naczelnik urzędu śledczego w komendzie wojewódzkiej policji, przejrzał wstępne zeznanie Kurpika, zapoznał się z jego dossier w kartotekach, po czym kazał przyprowadzić na przesłuchanie.

– Powiedz mu po drodze, jaki jestem straszny – polecił posterunkowemu, którego posłał po podejrzanego. – Żeby nie kłamał, bo to się nie opłaci.

Kurpik przyszedł ze szczerą ochotą opowiedzenia wszystkiego i zaczął już od progu, zanim zadano mu jakiekolwiek pytanie.

– Nie jestem winny, wielmożny panie komisarzu! Tylko chciałem odstraszyć, bo myślałem, że to złodziej!

Obuchowicz wzruszył ramionami.

– Akurat w to uwierzę – mruknął z lekceważeniem i przeczytał: – „Zobaczyłem, że on podchodzi do okna. Wielu różnych kręci się koło dworu. Jest napisane na tablicy, że nie wolno, ale stale chodzą. A ten od razu wydał się podejrzany. Jak zobaczyłem, że ma broń, to nie pomyślałem, że będzie strzelał, bo i z bronią różni chodzą. Dopiero jak szybę wybił, to wiedziałem, że ma złe zamiary. Poleciałem po strzelbę do szopy. On już strzelił dwa razy, chciał znowu załadować. To strzeliłem, jak naboje wkładał i trafiłem.”

Podniósł wzrok i surowo popatrzył na Kurpika.

– Nie tak szybko, człowieku! Po kolei. Muszę poznać wszystkie szczegóły, a wy odpowiadajcie drobiazgowo i żadnego ukrywania. Szczerość i jeszcze raz szczerość, to wasza jedyna szansa.

Kurpik rozejrzał się niepewnie.

– Ja niepiśmienny jestem, to nie umiem tak akuratnie wyłożyć, jakby się należało – oznajmił. – Może jakby wielmożny pan komisarz zapytali po kolei, to ja powiem po kolei. I nie skłamię, jak na spowiedzi powiem.

Obuchowicz wykrzywił wargi.

– Chodzicie do spowiedzi? Chyba niezbyt często, bo grzeszków to się wam nazbierało!

Kurpik przestąpił z nogi na nogę.

– Trochę i było – przyznał. – Ale to najwięcej z biedy. Bo jak do lasu chodziłem albo kłusować, to z biedy, wielmożny panie komisarzu. Nie żeby kogo ukrzywdzić, a z biedy i nędzy.

Komisarz pokiwał głową. W teczce, którą miał przed sobą brakowało niektórych materiałów, ale i tak było ich dość, żeby wyrobić sobie zdanie o mało kryształowej przeszłości Kurpika. Sześć wyroków sądowych, w tym i za kradzież na kościelnym polu.

– Zostawmy to na razie – zaproponował. – Porozmawiajmy tylko o tej nocnej strzelaninie. Jak to było od początku, co? Wy jesteście stróżem w majątku pani Justyny Nowackiej od dawna?

– Tak, stróżem. Jak tylko nastała.

– Siadajcie, to trochę potrwa. Odpowiadajcie dokładnie na pytania, dokładnie, bez kręcenia.

Kurpik niepewnie przysiadł na brzegu krzesła.

– Dziękuję, wielmożny panie komisarzu. Ja wszystko powiem, bo u mnie nie ma nic do ukrywania. Nic a nic.

– Zaraz się przekonamy – skinął Obuchowicz. – Więc jesteście stróżem. To znaczy, co dokładnie robicie w Złotnikach? Pilnujecie dobytku, gdy pani nie ma w domu?

– Tak, wielmożny panie komisarzu. Jak pani nie ma, a jeszcze więcej jak jest. Bo pani nie lubi, żeby wiele ludzi przychodziło. Ma spokój być w domu, tak powiada. To ja jestem po to, żeby jak kto chce przyjść do dworu, to muszę wiedzieć, kto i kiedy, żeby wpuścić.

– Aha. Pani was uprzedza, tak?

– Zawsze mówi, że przyjedzie taki pan albo pani. Wtedy bramę otwieram, albo zostawiam otwartą, jak jaka inna robota jest.

– Teraz też tak było? Pan Kalinowski długo był na miejscu, zanim to wszystko się stało?

– Nie za długo, ale i nie krótko. Jakoś tak pod wieczór przyjechał.

– Rozumiem. Wiedzieliście, że przyjedzie i otworzyliście bramę.

– Tak. Tego drugiego też widziałem, ale nie pomyślałem, że i on przyjedzie.

– Jakiego drugiego? To był we dworze ktoś jeszcze?

Kurpik zaprzeczył gestem.

– Nie, wielmożny panie komisarzu. Pani powiedziała, że przyjedzie pan dziedzic i żeby mu nie robić przeszkód.

– Pan Kalinowski?

– Tak, panie komisarzu.

– O której godzinie przyjechał?

Kurpik zerknął niepewnie ku zegarowi nad drzwiami pomieszczenia.

– Pod wieczór – powtórzył. – Zaraz potem jak wyjechał pan Wizner. To znaczy adwokat wielmożnej pani.

– Wyjechał przed przyjazdem pana Kalinowskiego?

– Tak, panie komisarzu. On często przyjeżdżał, jak pani przebywała w Złotnikach. Roboty dopilnować, interesy załatwiać. Dokładnie nie wiem. O różnych porach jeździł. A teraz akurat wyjechał, a zaraz potem nadjechał pan dziedzic z Kalinówki.

– Sam?

– Tak, panie komisarzu.

– Bez woźnicy czy stangreta?

– Bez, panie komisarzu. On Zawsze sam powozi, każdy wie.

– Ja nie wiem. Odpowiadajcie tak, jakbym nic nie wiedział. To znaczy, nie zgadujcie, co ja wiem albo wiedzą inni. Uznajmy na chwilę, że ja nic nie wiem i nikogo nie znam. Rozumiecie?

– Tak, wielmożny panie komisarzu.

– Dobrze. Zatem pod wieczór przyjechał Kalinowski. Wiadomo wam, w jakiej sprawie?

– No skąd, panie komisarzu! To pani sprawy. Ona nigdy nie mówi, kto i za jakim interesem. Mówi: przyjedzie ten a ten, otworzysz bramę. Albo jak gość zostaje dwa dni, to: dopilnuj koni, żeby najedzone były.

– Rozumiem. Więc nie wiecie, z jakiego powodu przyjechał pan dziedzic z Kalinówki.

– Nie, panie komisarzu.

– A ten drugi kiedy przyjechał?

Kurpik zaprzeczył gwałtownymi poruszeniami ramion.

– Ten drugi nie przyjechał.

– Jak to, nie przyjechał? Mówiliście przecież, że go widzieliście.

Kurpik poprosił gestem o możliwość wyjaśnienia.

– Tego drugiego to ja, panie komisarzu, tylko widziałem. Bo było tak. Pani Nowacka powiedziała, żeby brama była otwarta na przyjazd dziedzica Kalinowskiego. To otworzyłem bramę i poszedłem do swojej roboty. Bo ja mam we dworze różne inne obowiązki.

 

– Co na przykład?

– Różnie, panie komisarzu. Ale najwięcej, żeby szkody nie było. Zamykam wszystko, szopy, stodoły, zamki zakładam albo łańcuchy. Jak jakie roboty są, to narzędzia wydaję, a potem rachuję i zamykam z powrotem. Na koniec, jak już wszystko jest zrobione, to mam obowiązek klucze zdać.

– Rządca od was odbiera?

– Nie, bo rzadcy jeszcze nie ma. Pani Nowacka rządcę ma wyznaczyć, ale na razie nie wyznaczyła jeszcze. Pan Kalinowski ma przyjść na rządcę.

– A! – ucieszył się Obuchowicz. – To może w tej sprawie przyjechał.

Kurpik bezradnie rozłożył ramiona.

– To nie tak, panie komisarzu. Na rządcę ma przyjść inny pan Kalinowski. Młodszy, pana dziedzica syn.

– Syn? Więc pan Michał Kalinowski, który przyjechał, to jego ojciec. A młodego nie widzieliście?

– Nie, panie komisarzu. Dawno nie widziałem, on podobno w mieście mieszka.

– Dobrze. Co dalej? Otworzyliście bramę i poszliście do swoich obowiązków.

– Tak, panie komisarzu.

– A dokładnie, co robiliście?

– Tak jak codziennie, panie komisarzu. Narzędzia sprawdzić, czy czego nie brakuje, wszystko pozamykać.

– Ale ten drugi to gdzie wtedy był?

– Nie wiem, panie komisarzu.

– Jak to nie wiecie?

– Nie wiem. Bo jak mówiłem, patrzę – jedzie pan dziedzic. Nawet wyszedłem, żeby się pokłonić, ale zaraz poszedłem znowu z powrotem. To wtedy widziałem tego drugiego. On tam był niedaleko, z drogi zjechał i stał, jakby na kogo czekał. Przyglądać się nie przyglądałem, bo nie miałem interesu. Pani zawsze powtarza, żeby uważnie patrzeć, czy kto obcy się nie kręci, nie obserwuje w jakich złych zamiarach. To przyjrzałem się, żeby zobaczyć, co to za jeden.

– Poznaliście go?

– Nie było jak poznać, bo pierwszy raz widziałem.

– Co dalej?

– Rozmawiali, to myślałem, że obaj jadą do dworu. A pani powiedziała, żeby nie puszczać nikogo, o kim ona nie wie. To rzuciłem robotę i poleciałem do bramy, żeby tego drugiego nie puścić. Ale to sam pan dziedzic Kalinowski przyjechał.

– Ten drugi nie wszedł za bramę?

– Został gdzieś przy drodze.

– Więc przyjechał pan Kalinowski... Poszedł od razu do domu?

– Poszedł. Pani nie powiedziała, jak długo zostanie, to nie wiedziałem, ale bramę zaraz zamknąłem.

– Czasem zostawał dłużej? Na noc?

– Kto?

– No, dziedzic z Kalinówki.

– Broń Boże! On nigdy wcześniej w Złotnikach nie był. Chyba, że dawno, za pana Skórnickiego jeszcze. Ale nie teraz, jak to pani Nowackiej dom. Nie przyjeżdżał. Rozmaicie to mówili, ale wcześniej nie był.

– Jesteście tego pewny?

– Tak, wielmożny panie komisarzu. Jakby przyjechał, to ja bym musiał wiedzieć.

– Rozumiem. Więc dziedzic Kalinowski wszedł do domu i co dalej? Wiecie, co tam robili?

Kurpik podniósł ramiona oburzony.

– Nie moja sprawa!

– Dobrze, dobrze – mruknął Obuchowicz. – Tak tylko zapytałem, czy może coś zauważyliście. Opowiadajcie dalej.

– Poszedłem do swojej roboty. Na koniec dnia zamknąłem wszystko i klucze jak zawsze chciałem zanieść do pani. Na werandzie jest takie miejsce, gdzie się klucze kładzie. Czasem pani sama odbiera, ale często trzeba iść i zostawić, to wtedy jest dla pani znak, że wszystko w porzadku i może spokojnie iść spać.

– Wczoraj nie odebrała osobiście?

– Nie, panie komisarzu. Wziąłem klucze, idę, patrzę, a tu jakby jakiś dziwny cień widać. Przy ścianie. To zawróciłem trzy kroki i patrzę, co to za dziwo. A to przy oknie człowiek stoi. Okno salonu, gdzie pani siedzieć lubi i gdzie gości przyjmuje. Podglądacz jakiś, ciekawski, pomyślałem, włóczęga. Bo nie od razu poznałem, że to ten, co na drodze stał. Poleciałem do szopy po strzelbę, bo teraz bez broni ani rusz, nie postraszysz takiego kijem. Zawsze naboje w ładownicy mam, a teraz jak na złość nie miałem. Patrony były mokre, położyłem, żeby wyschły. Josek mi niedobre patrony sprzedał...

Przerwał, a komisarz uśmiechnął się lekko.

– Jaki Josek? Dobrze, porozmawiamy o tym później, teraz mówcie dalej.

Kurpik zrobił zmartwioną minę. Niechcący wsypał Żyda Joska, który pokątnie handlował amunicją do strzelb myśliwskich. Ale było za późno na zaprzeczanie.

– Zanim wróciłem – podjął – to on już strzelił jeden raz. Ja ładuję dopiero, a on drugi raz wygarnął. Myślałem, że trafił i panią, i pana dziedzica, bo to blisko przecież i światło w salonie było, więc wszystko jak na dłoni. Ale widzę, on strzelbę znowu ładuje, to pomyślałem, że jeszcze nie do końca wszystko stracone. Jak nie wygarnę! Od jednego strzału padł. A pan dziedzic krzyczy, że pani ranna... Potem dopiero zobaczyłem, że ten zabity to jest ten pan, co go na wozie widziałem, jak z panem dziedzicem rozmawiał...

Komisarz Obuchowicz słuchał, kiwał głową.

– Starszy przodownik, który był na miejscu, tak to właśnie przedstawił – powiedział. – Pan dziedzic Kalinowski mówi mniej więcej to samo.

Kurpik wiercił się na krześle.

– Dziedzic tak samo mówi, bo tak było, wielmożny panie komisarzu. Ja tego pana nie chciałem zabić. Strzeliłem, żeby on pani krzywdy nie zrobił, ale w pośpiechu jakoś udało się tak nieszczęśliwie popaść.

Podniósł się z krzesła i stał naprzeciw z miną człowieka, który choć jest pewien swoich racji, nie wierzy, aby udało mu się przekonać do nich rozmówcę.

– Pan dziedzic powiedział, żeby policji wszystko wyznać – dodał. – Że on zaświadczy za mną. Że ja w obronie wielmożnej pani. Nie z zysku albo z zemsty. Tylko w obronie. Że to jest okoliczność łagodząca.

– Jest łagodząca – skinął głową Obuchowicz. – O ile to wszystko, co tu mówicie, polega na prawdzie.

– Przysięgam Bogu! Samą prawdę mówię.

Komisarz wykrzywił wargi.

– Nie przysięgajcie, bo przecież wiem, że do kościoła nie chodzicie. Podobno zresztą wichrzyciel z was, może nawet komunista.

Kurpik drgnął przestraszony.

– Ja, wielmożny panie komisarzu?! Nigdy, przenigdy!

Obuchowicz machnął ręką.

– Zobaczymy, zobaczymy – mruknął. – Teraz mnie ciekawi, czemu pomyśleliście, że ten człowiek na panią Nowacka napadł, skoro nigdy wcześniej jej nie widział? Przecież nie powiecie, że wybrał się na rabunek akurat wtedy, gdy tylu ludzi było we dworze.

– Nie wiem, panie komisarzu.

– A nie przyszło wam do głowy, że mogło mu o kogo innego chodzić? Że napastnik przypadkowo tylko postrzelił panią Nowacką, bo tak naprawdę chciał zabić pana Kalinowskiego?

– Pana dziedzica? – zdziwił się Kurpik. – A czemu?

– Wy mi to powiedzcie – uśmiechnął się Obuchowicz. – Bo w tej sprawie bardzo wiele rzeczy jest niejasnych. Wasze zeznania i zeznania pana Kalinowskiego Zgadzają się W ogólności, ale diabeł, jak to mówią, tkwi w szczegółach.

Zamknął teczkę z aktami.

– Jesteście aresztowany, Kurpik – oznajmił dobitnie. – Posiedzicie trochę i pomyślicie, czy wszystko zeznaliście tak, jak było.

– Tak było, wielmożny panie komisarzu!

– Dobrze, dobrze. Ale jeszcze raz nad tym wszystkim pomyślcie.

LEKARZE

Operację przeprowadził lekarz wojskowy w stopniu majora, najlepszy chirurg, jakiego udało się znaleźć w krótkim czasie i który, szczęśliwie dla pacjentki, przebywał akurat w Białymstoku. Kiedy po kilku godzinach wyszedł z sali operacyjnej, już bez fartucha i z papierosem w ustach, był przekonany o skuteczności zabiegu.

– Nasza pacjentka miała wiele szczęścia – powiedział do Kalinowskiego. – Kilka centymetrów w lewo, a nie byłoby co zbierać. Teraz poleży sobie i odpocznie. Jeśli żona będzie miała dobra opiekę, za kilka tygodni stanie na własnych nogach.

Pan Michał nie wyprowadzał lekarza z błędu i nie tracił czasu na wyjaśnianie, że Justyna Nowacka nie jest jego żoną. Spędził wiele czasu na szpitalnym korytarzu, targany wątpliwościami, niepokojem i poczuciem winy. Na wiadomość o udanej operacji odczuł wielką ulgę i przysiadł na ławce pod ścianą.

– Dziękuję, panie doktorze.

Chirurg spieszył się i zaraz opuścił szpital. Gratyfikację za czas poświęcony na zabieg i wykazane umiejętności schował do kieszeni bez liczenia.

– Resztę wyjaśni moja asystentka – ukłonił się. – Była bardzo pomocna, nawiasem mówiąc. Do widzenia państwu.

Maryla Bogdanowicz, szara na twarzy ze zmęczenia, z westchnieniem usiadła na ławce.

– Jest bardzo apodyktyczny – powiedziała o lekarzu. – Dwa razy zrugał mnie od najgorszych.

Kalinowski oddychał głęboko.

– Czy rzeczywiście jest tak dobrze? – spytał z niedowierzaniem. – Bo wyglądało okropnie…

– Miała szczęście – skinęła głową lekarka. – Kula nie uszkodziła organów wewnętrznych, a tylko strzaskała kość biodrową. On po prostu otworzył pacjentkę, usunął odłamki kości, potem kazał zaszyć. Moim zdaniem zagoi się, choć uraz może mieć wpływ na funkcjonowanie biodra.

– Będzie kuleć?

– Prawdopodobnie.

– Tylko tyle?

– Tylko? Nie przesądzałabym o wszystkim tak szybko. Ale nie będę polemizować z medyczną sławą, brak mi doświadczenia.

Pacjentkę wywożono właśnie z sali, aby umieścić w separatce. Mimo wielkiego tłoku w szpitalu dla pani Nowackiej znalazło się małe samodzielne pomieszczenie. Adwokat Thomas Wizner, powiadomiony o wszystkim, przybiegł do szpitala z plikiem pieniędzy.

– Zróbcie wszystko jak najlepiej! Koszty nie grają roli. Pani Nowacka dysponuje dużym majątkiem, mogłaby kupić cały ten szpital!

Wręczył pieniądze Kalinowskiemu.

– Pan tu zostanie, tak? Bardzo proszę zapewnić mojej klientce jak najlepsze warunki. I bezzwłocznie mnie zawiadomić, gdyby się okazało, że potrzeba więcej środków.

– A pan nie poczeka, by dowiedzieć się o wynik operacji?

– Muszę zadbać o interesy pani Nowackiej. Przyjadę, jak tylko będzie to możliwe.

Do separatki, gdzie umieszczono ranną, przydzielono także pielęgniarkę, mającą zajmować się wyłącznie panią Justyną.

– Będzie potrzebować bardzo drogich leków – oznajmiła panna Bogdanowicz. – Zwłaszcza, że jest do nich przyzwyczajona.

– Co to znaczy? – zdziwił się pan Michał.

Zmęczona lekarka powolnym ruchem pokazała na lewe przedramię.

– Jest cała pokłuta od zastrzyków. Najpewniej zażywa narkotyki, przypuszczalnie od dawna.

– Narkotyki?

– Morfinę albo podobne środki. Gdy się obudzi po zabiegu, będzie potrzebowała silnych środków przeciwbólowych. Prawdopodobnie coraz silniejszych, bo te słabsze już na nią nie działają.

– Macie takie lekarstwa?

– Tak, ale niewiele. Skoro jednak jest to osoba bardzo bogata, można kupić narkotyki na czarnym rynku. Są drogie, ale skuteczne. O wiele bardziej niż środki, które mogę jej zaaplikować w szpitalu.

– Dobrze – zgodził się natychmiast Kalinowski. – Zawiadomię jej adwokata, żeby się tym zajął. Jakie lekarstwo jest potrzebne?

– Morfina.

– Rozumiem. A ona sama? Kiedy odzyska świadomość?

Na korytarzu pokazała się krępa sylwetka komisarza policji. Dostrzegł siedzących i skierował się w ich stronę. Michał miał już nim do czynienia, zanim ofiara napadu została skierowana na salę operacyjną.

– I jak? – zapytał komisarz Obuchowicz. – Przeżyje?

– Tak – skinęła Maryla Bogdanowicz. – Właśnie skończyła się operacja i jesteśmy dobrej myśli.

– Pani doktor Bogdanowicz asystowała przy zabiegu – wyjaśnił Kalinowski. – To pan komisarz Obuchowicz. Prowadzi śledztwo w tej sprawie.

Komisarz ukłonił się przed kobietą.

– Miło poznać, jeśli można tak powiedzieć... w tych okolicznościach...

Naczelnik urzędu śledczego w komendzie wojewódzkiej policji miał pod czterdziestkę, siwiejące włosy na skroniach, mocną, wyrazistą szczękę i starannie wypielęgnowane wąsy. Gdy mówił, jego twarz przybierała dobrotliwy, wesoły wyraz, ale oczy pozostawały nieruchome, a spojrzenie skupione i badawcze.

– Kiedy można będzie ją przesłuchać? – spytał.

Lekarka spojrzała zaskoczona.

– Przesłuchać, panie komisarzu? Przecież ta kobieta jest ciężko ranna. Najmniej dwa tygodnie poleży w separatce, a jak długo potrwa leczenie – trudno nawet przewidywać.

Komisarz pokiwał głową.

– Tak, tak, ale przecież wyzdrowieje. Dlatego pytam, kiedy można porozmawiać.

Panna Bogdanowicz wskazała wnętrze korytarza, gdzie mieściły się sale chorych.

 

– Nieprędko. Ale proszę spytać dyżurnego lekarza.

Komisarz miał zawiedzioną minę.

– Zależy nam na szybkim wyjaśnieniu tej sprawy.

– To nie jest jasna? – zdziwiła się lekarka. – Sadziłam, że wie pan już wszystko.

Obuchowicz wskazał wzrokiem wolne miejsce na ławce.

– Pozwolą państwo?

Ich milczenie uznał za przyzwolenie. Usiadł i spojrzał badawczo.

– Niestety, nie do końca – odparł na pytanie panny Maryli. – Właściwie przyszedłem do pana, panie dziedzicu. Musze zadać jeszcze kilka pytań.

– Jestem zmęczony – oznajmił Kalinowski. – Przełóżmy to do jutra. Pójdę do hotelu się przespać, a rano stawię się w komendzie.

Policjant pokręcił głową.

– Nie mogę czekać – oznajmił. – Pojawiły się nowe okoliczności.

– Nowe okoliczności?

– Przesłuchania tego Kurpika trwają – wyjaśnił Obuchowicz. – Póki nie mam zeznań od ofiary, wszystko jest oczywiście tylko hipotezą, ale na niektóre pytania muszę znać odpowiedź już teraz.

– Proszę pytać – westchnął Kalinowski.

Maryla Bogdanowicz wstała z przepraszającym uśmiechem.

– Panowie wybaczą, ale muszę już iść. Ledwo trzymam się na nogach, a czeka mnie nocny dyżur.

– Naturalnie, naturalnie – zgodził się policjant, lustrując korytarz roztargnionym spojrzeniem. – Ona jest w separatce, tak? Czy mogę liczyć, że zostanę powiadomiony, gdy się obudzi?

– Poproszę o to lekarza dyżurnego – zgodziła się. – Ale to raczej nie będzie dzisiaj.

– Nie? – podniósł brwi policjant. – Jutro?

– Raczej pojutrze.

Komisarz Obuchowicz nie krył rozczarowania.

– Szkoda – powtórzył. – Bez zeznań ofiary muszę męczyć innych uczestników tego przykrego zdarzenia. Pójdzie pan ze mną, panie dziedzicu?

Mimo pytającego tonu policjanta, pan Michał zrozumiał, że propozycja jest nie do odrzucenia.

– Skoro trzeba...

– Trzeba – potwierdził Obuchowicz. – Chodźmy od razu. Do widzenia, pani doktor.

– Do widzenia panom.

***

Gdy opuścili szpital i znaleźli się na ulicy było wczesne popołudnie.

– Jakie pan ma pytania? – odezwał się Michał Kalinowski

– Szczegółowe – mruknął Obuchowicz, rozglądając się za dorożką.

Wezwał pojazd gestem i gestem zaprosił pana Michała do środka.

– Sądziłem, że odpowiedziałem na wszystkie – odparł Kalinowski.

Policjant rozparł się na siedzeniu.

– Ja też – powiedział bez uśmiechu. – Potraktowałem serio pańskie zeznanie. Jak to pan siedział sobie w salonie ofiary i gawędził, gdy nagle ktoś spróbował zastrzelić towarzyszącą panu kobietę. Służący gospodyni był szczęśliwie na miejscu i do zbrodni nie dopuścił, zabijając napastnika. Ta logiczna opowieść ma jednak kilka luk, które koniecznie chciałbym wypełnić jakąś treścią. Po pierwsze, czemu pan nie powiedział, że napastnik jest, to znaczy był, panu znany?

Kalinowski wzruszył ramionami.

– A to ma znaczenie?

– Owszem. Bo jeśli na przykład nie strzelał do pani Nowackiej, tylko do pana, sytuacja jest nieco inna.

– Jak to inna? – sprzeciwił się Kalinowski. – Kto by to nie był, nie wolno mu przecież strzelać przez okno do ludzi znajdujących się w domu.

– Nie wolno – przyznał policjant. – Ale w sprawach tego typu ważny jest motyw, proszę pana. Jeśli ów człowiek chciał pana zastrzelić, odpada motyw rabunkowy. Nie był pan ciekawy kto to taki?

– Zajmowałem się czymś znacznie ważniejszym – ratowaniem pani Nowackiej. Ściganie zabójców zostawiłem policji.

– Ale rozpoznał go pan?

– Owszem. Nie od razu, ale rozpoznałem. Jak mówiłem, byłem zajęty organizowaniem pomocy dla rannej pani Nowackiej.

– Rozumiem – zgodził się Obuchowicz. – Ale z mojego punktu widzenia sprawa wygląda teraz zupełnie inaczej. Sądziłem, że jakiś rabuś po cichu dostał się do dworu w celach rabunkowych. Teraz wydaje mi się, że przyszedł tam z zamiarem poważniejszym. Dziś wprawdzie nie trudno o broń, pełno tego leży wszędzie, ale jednak złodzieje raczej nie używają aż tak drastycznych sposobów.

W budynku komendy policji komisarz Obuchowicz zaprosił Kalinowskiego na krzesło, sam usiadł za biurkiem i przybrał urzędową postawę.

– Sprawa się skomplikowała, panie dziedzicu – oznajmił. – Dlatego proszę, by zechciał pan traktować ją poważnie.

– Jestem jak najdalszy od żartów – oświadczył pan Michał.

– Rzecz w tym, że nie powiedział pan prawdy – zaczął Obuchowicz, ale zaraz się poprawił: – To znaczy całej prawdy. Według mojej wiedzy ofiara nie była osobą kryształową, ale to jednak człowiek znany ogółowi, a według niektórych mieszkańców naszego miasta bardzo zasłużony. Nie wiem jeszcze, co pchnęło go do tak drastycznego czynu, ale mam zamiar dowiedzieć się, między innymi przy pańskiej pomocy.

– Słabo go znałem – oparł Kalinowski. – Co zaś do opinii, owszem, słyszałem rozmaite. Przed wojną doktor Meierbacher cieszył się sławą znakomitego wychowawcy, później jednak zaczęły wychodzić na jaw dziwne sprawy finansowe. Spowodowało to, zdaje się, odwrócenie darczyńców od prowadzonego przez niego zakładu.

Policjant wyjął z szuflady akta, przeglądał je.

– Czemu nie wspomniał pan dziedzic, że z zabitym rozmawiał pan chwilę przed tym całym wypadkiem?

– Trudno to nazwać rozmową – odparł Kalinowski, wzruszając ramionami. – Minęliśmy się na drodze.

– O czym panowie rozmawiali? – Obuchowicz starał się być podchwytliwy.

Pan Michał pokręcił głową.

– To nie była rozmowa – powtórzył. – Ukłonił się i powiedział, że był u pani Nowackiej starać się o datki.

– Nie był – zaprzeczył komisarz. – Służba twierdzi to stanowczo, że tylko pana widziano.

Kalinowski wzruszył ramionami.

– Panie komisarzu – odezwał się z naciskiem. – To nie ja prowadzę dochodzenie i nie do mnie należy ustalanie, kto, co i kiedy zrobił, powiedział lub strzelił. Pan mnie spytał, co mówił Meierbacher, a ja odpowiedziałem.

– Więc pan nie wie, co tam naprawdę robił?

– Nie mam pojęcia.

– Ale rozumie pan, że to nieco zmienia obraz sprawy? Jeśli przyjechał do pani Nowackiej po darowiznę, to wybrał sobie niezwykły sposób na rozmowę. Zatem nie w tym celu przyjechał. Ten stróż, Kurpik, początkowo silnie nas zasugerował. Zeznał, że napastnik strzelał do pani Nowackiej, zapewne w celach rabunkowych. A to tak nie było. On strzelał do pana, panie dziedzicu. Pan był już pytany o motywy działania doktora Meierbachera, ale teraz chciałbym usłyszeć pełniejszą odpowiedź.

– To znaczy?

– Z jakiego powodu miał do pana taką złość? Sądzę, że był jakiś powód i wbrew temu, co pan zeznał wcześniej, znaliście się panowie bardzo dobrze.

Obuchowicz uśmiechnął się zadowolony z efektu, jaki wywołał na twarzy przesłuchiwanego.

– Zatem, o co poszło, panie dziedzicu? Z jakiego powodu Meierbacher, narażając się przecież na dekonspirację, zdecydował się na tak drastyczne rozwiązanie? Bo ów Kurpik ma z pewnością rację co do tego, że strzały nie padły na postrach. Meierbacher mierzył, żeby zabić. Nasz lekarz stwierdził, że miał słaby wzrok, no i na pana szczęście, z dubeltówki nie korzystał chyba zbyt często. Stanowczo twierdzę, że sprawca chciał zabić pana, a nie kogoś innego. Reasumując, panie dziedzicu, muszę wiedzieć – dlaczego.

Kalinowski miał niepewną minę.

– Owszem – przyznał. – Przyszło mi do głowy podejrzenie, że strzelał do mnie. Ale nie potrafię znaleźć powodu takiego zachowania.

Komisarz uśmiechnął się dobrotliwie.

– Proszę pomyśleć – doradził. – Może jakieś sprawy, o jakich pan wspomniał? Rozliczenia finansowe? Długi, pożyczki?

Pan Michał przytaknął ostrożnie.

– Chyba coś takiego przychodzi mi do głowy...

– Doprawdy? – ucieszył się policjant. – Zamieniam się w słuch.

Kalinowski przedstawił pokrótce sprawę, z jaką przyszedł do niego adwokat Eduard Koch.

– Pieniądze z niemieckiej fundacji trafiały do Zakładu Wychowawczego dla Chłopców doktora Meierbachera, w którym przebywał kiedyś mój przysposobiony syn, Witold Sidorowicz. Gdy okazało się, że wpływały niesłusznie i należy je oddać, prawnicy zwrócili się do mnie, ponieważ otrzymywali z zakładu Meierbachera sfałszowane dokumenty świadczące, jakoby przekazywali te pieniądze dla mnie. Wraz z owym adwokatem, nazwiskiem Eduard Koch, udaliśmy się do pana Meierbachera po wyjaśnienia. Wówczas okazało się, że to niejaki Kowalski, księgowy, przywłaszczał finanse zakładu, w tym pieniądze z fundacji. Podobno dostał za to wyrok, a przynajmniej sprawa była prowadzona przez policję.

Obuchowicz patrzył z niedowierzaniem.

– Poproszę o więcej szczegółów – zażądał, a gdy je otrzymał, nie wyglądał na usatysfakcjonowanego.

Zapisał podyktowane nazwisko adwokata oraz księgowego.

– Sprawdzimy to możliwe szybko – obiecał. – Z tym, że wobec ogólnej sytuacji może to nie być tak prędko.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?