MalinówekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Malinówek
Malinówek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Malinówek
Malinówek
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marek Ławrynowicz

Malinówek

Saga

Malinówek

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2021 Marek Ławrynowicz i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726815078

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

„Choćby wszystkie złe siły tego świata

i wszystkiego jego potęgi

sprzysięgły się przeciwko nam

Malinówek pozostanie Malinówkiem.”

Ildefons Świrgała

Rozdział I

Ogólne opisanie Malinówka

Malinówek nie różni się przesadnie od innych polskich miasteczek. Posiada rynek, którego wschodnią stronę zajmuje kościół, a zachodnią Urząd Miejski. Pomiędzy ośrodkami władzy świeckiej i duchownej znajdują się niezbyt wysokie budynki a w nich sklepy i punkty usługowe. Od rynku odchodzą ulice Jana Pawła II, Józefa Piłsudzkiego, Adama Mickiewicza i Ildefonsa Świrgały. Ów Świrgała (1898 – 1965) był to miejscowy nauczyciel języka polskiego, a także badacz historii i kultury Malinówka opisanych przez niego w dziele: „Malinówek jedyne takie miejsce na świecie”. Za pracę dla dobra miasta nagrodzono pośmiertnie Świrgałę ulicą prowadzącą od rynku w dół do mostu na rzeczce Malince, nad którą stoi dom nauczyciela, obecnie zamieniony w muzeum. Za mostem znajduje się restauracja, także nosząca nazwę „Malinka”, skąd nietrzeźwi obywatele podpierając się wzajemnie wdrapują się z trudem pod górę do swoich domów, albowiem jak mawia ksiądz proboszcz grzeszna radość winna się kończyć stosowną pokutą. Cóż jednak (poza wspomnianym dziełem) uczynił dla Malinówka Ildefons Świrgała, że nagrodzono go ulicą, muzeum i marmurową tablicą w miejscowej szkole. Otóż odkrył on rzecz fundamentalną. Na podstawie bardzo skomplikowanych i sumiennych wyliczeń Świrgała udowodnił, że Malinówek leży dokładnie w samym środku Polski. Ale to nie wszystko. Znajdując się w środku Polski Malinówek znajduje się równocześnie dokładnie w środku Europy, a że Europa, co powszechnie wiadomo, jest centrum świata, Malinówek jest także geograficznym centrum świata, a w zasadzie wszechświata. Nieliczne osoby, które odwiedziły Malinówek w tej kwestii zwykle protestują twierdząc, że ziemia (a tym samym Malinówek) nie może być centrum wszechświata, ponieważ kręci się dookoła słońca. Świrgała przewidział te wątpliwości i w swoim dziele dowiódł, że z faktu, iż słońce jest w centrum układu słonecznego wcale nie wynika, że jest w centrum wszechświata. W centrum wszechświata jest z całą pewnością Ziemia, a tym samym Malinówek. Co było do udowodnienia.

Mieszkańcy Malinówka są bardzo dumni z faktu, że mieszkają w centrum wszechświata. Wprawdzie nic konkretnego z tego nie wynika, ale to nikomu nie przeszkadza. Malinówek to Malinówek i już.

W Malinówku przechowuje się pamięć o wizytach ważnych postaci tego świata. Pojawili się tu: Bolesław II Rogatka (w roku 1272), Kazimierz Wielki (1363), Aleksander Jagiellończyk (1499), Zygmunt August (1553), Stefan Batory (1578), Karol X Gustaw, król szwedzki (1656), August III Sas (1736), Napoleon Bonaparte, cesarz Francuzów (1812), Aleksander III Aleksandrowicz, car rosyjski (1872) i Józef Piłsudski (1928). Opowiada się - mieszkanki Malinówka od stuleci słynęły z urody - że każdy z dostojnych gości pozostawił coś po sobie w tym pięknym miasteczku i do dziś można tu spotkać osoby dziwnie podobne do Stefana Batorego czy cesarza Francuzów. Ale to tylko plotki, którym nie warto dawać wiary. Oprócz ważnych osobistości odwiedzali Malinówek liczni najeźdźcy: Tatarzy, Turcy, Germanie, Rosjanie, Szwedzi, Wołosi, zbuntowani Kozacy i wielu innych. Ich obecność sprawiła, że nie brak w miasteczku wysokich blondynów, reprezentujących czysty typa aryjski, niewysokich skośnookich brunetów przywodzących na myśl Złotą Ordę oraz innych cokolwiek egzotycznie wyglądających obywateli. Historia Malinówka jest bowiem długa i bardzo dramatyczna.

Tak jak Malinówek jest w centrum wszechświata tak w centrum Malinówka znajduje się burmistrz. Posiada on imię i nazwisko, ale od lat wszyscy mówią o nim wyłącznie pan burmistrz, nasz burmistrz, kochany pan burmistrz, ta kanalia burmistrz, ten złodziej burmistrz i tak dalej. Burmistrz jest burmistrzem w zasadzie od zawsze. Objął urząd w stosunkowo młodym wieku dzięki skutecznej kampanii, polegającej na tym, że gdy jego konkurenci wciskali suwerenowi w garść kiełbasę wyborczą zawiniętą w „Gazetę Wyborczą”, pan burmistrz ustawił na rynku beczkę, z której nalewał wszystkim darmowe wyborcze piwo, wzbogacone wyborczym spirytusem i wyborczym sokiem malinowym, z którego od wieków słynie Malinówek. Czy jakakolwiek kiełbasa może z takim specjałem konkurować? Nigdy. Toteż burmistrz osiągnął 82% głosów, a te 18%, obywateli, którzy na niego nie głosowali to byli ci, dla których zabrakło spirytusu do piwa.

Zapewne wielu czytelników chciałoby wiedzieć, jakie poglądy polityczne ma burmistrz. Generalnie można powiedzieć, że słuszne. Burmistrz jest za postępem, ale mocno umiarkowanym, bo w głębi duszy jest konserwatystą. Jest zwolennikiem Unii Europejskiej, ale zdecydowanie sceptycznym. Jego poparcie dla Unii polega na tym, że posiada w Urzędzie Miejskim flagę Unii Europejskiej, ale przeważnie trzyma ją w pokrowcu, żeby za bardzo nie kłuła mieszkańców w oczy. Kilka razy w roku burmistrz oświadcza, że jest szczerym Europejczykiem. W takie dni chodząc po mieście pogwizduje „Odę do radości”, ale tak fałszując, że nikt nie może mieć pewności, że gwiżdże właśnie to, a nie co innego. Jako Europejczyk powinien rozpocząć walkę na śmierć i życie z ciemnogrodem, ale nie rozpoczyna, bo ciemnogród to ksiądz proboszcz, a ogólnie wiadomo, że bez poparcia proboszcza nikt w Malinówku burmistrzem zostać nie może. Dlatego o wiele częściej burmistrz bywa prawdziwym Polakiem oraz szczerym katolikiem, przy czym podkreśla, że wszyscy jego przodkowie byli prawdziwymi Polakami i katolikami, a co najważniejsze zawsze mieszkali w Malinówku, nawet wtedy, kiedy Malinówka jeszcze nie było.

Burmistrz przykładnie troszczy się o mieszkańców. Jego troska polega na tym, że gdy dzień jest pogodny i nic nie wskazuje na to, żeby miał spaść deszcz burmistrz wkłada kapelusz i rusza na przechadzkę po mieście. Po drodze różni obywatele mówią mu dzień dobry, a burmistrz niezwykle uprzejmie im odpowiada. W takie dni w Malinówku rośnie optymizm i wszyscy mówią: „patrzcie pan burmistrz znów się o nas troszczy”. A że dni słonecznych jest tu całkiem sporo, gdy nadchodzą wybory burmistrz znów zostaje wybrany, bo jakże nie wybrać tak zacnego człowieka.

O to, żeby burmistrz nie zapomniał, że jest słoneczny dzień i trzeba zadbać o mieszkańców troszczy się jego sekretarka Zosia. Zosia, mimo że od lat pełni tę funkcję jest wciąż młoda i piękna. Wielu mieszkańców Malinówka wzdycha do sekretarki burmistrza, próbuje zajrzeć w jej duże chabrowe oczy, lub na inne sposoby dać do zrozumienia, że chętnie by spędzili z nią resztę życia, ale daremnie. Zosia jest całkowicie oddana swojej pracy, a konkretnie burmistrzowi. Plotkarze (gdzież ich nie ma) szepczą po kątach, że owo oddanie wykracza niekiedy poza stosunki służbowe, choć nikt nigdy pana burmistrza i Zosi in flagranti nie przyłapał. Faktem natomiast jest, że on uparcie pozostaje kawalerem, ona panną i oboje chętnie korzystają z różnych wyjazdów we celach służbowych, które (jak twierdzą nieżyczliwi) wcale służbowe nie są.

Poza Zosią wspiera burmistrza Rada Miejska, której najważniejszą postacią jest zawiadowca. Malinówek posiada bowiem dworzec kolejowy, z którego odjeżdżają trzy pociągi na dobę, wszystkie osobowe. Zawiadowca bardzo celebruje te pociągi, wita każdy stojąc wyprostowany jak struna na peronie, ściskając w dłoni lizak. Gdy pociąg wjeżdża na dworzec „Malinówek Główny” (nazwa jest bez sensu, bo innych stacji w Malinówku nie ma) na twarzy króla „Malinówka Głównego” pojawia się radosny uśmiech, a gdy odjeżdża zawiadowca jest szczerze zatroskany, a w jego oczach pojawiają się łzy. Tak jak Zosia jest pod każdym względem oddana burmistrzowi, tak zawiadowca każdą myśl poświęca sprawom kolejnictwa. Myśli te bywają czasem głębokie i warte zapamiętania, a jedna z nich okazała się tak błyskotliwa, że zawieszono ją w ramce w hali dworcowej. Brzmi ona: „Życie to pociąg ekspresowy pędzący ku katastrofie”. Tego rodzaju sentencji zawiadowca wypowiada wiele i zapisuje je w małym, żółtym notesiku, który zawsze nosi przy sobie. Wieczorem, gdy żona zawiadowcy już zaśnie miłośnik kolejnictwa wyjmuje ów notesik, odczytuje z radością swoje myśli i zasypia szczęśliwy jak dziecko.

Inną ważną postacią Rady Miejskiej jest nijaki Ziutek. Ziutek jest człowiekiem przedsiębiorczym i wyjątkowo jak na Malinówek kreatywnym. Ogólnie wiadomo, że pod każdą szerokością geograficzną zdarzają się dni, w których koniecznie trzeba coś wymyślić. Od tego właśnie jest Ziutek. Jego pomysły często okazują się genialne i mają wspólną cechę. Trzeba głęboko sięgnąć do kasy miejskiej i to, co się stamtąd wydobędzie trafia w różnej formie do Ziutka. Relacje burmistrza z Ziutkiem są nieco skomplikowane. Czasem burmistrz potrzebuje Ziutka niczym kania dżdżu, a czasem chciałby, żeby Ziutek zniknął na zawsze, najlepiej w piekle skąd jak wiadomo nie da się wrócić. Ziutek przeciwnie; co by się nie działo jest zawsze do dyspozycji. I jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby burmistrz za nim nie zatęsknił.

 

Dodatkiem do Rady Miejskiej jest trębacz miejski. Mniej więcej dziesięć lat temu przybył do Malinówka, jako niedoszły absolwent szkoły muzycznej, usunięty za brak postępów. Burmistrz chciał wtedy podnieść znaczenie Malinówka w świecie i zapragnął by z wieży ratusza codziennie o ósmej rano, w południe i o ósmej wieczorem był odgrywany hejnał. W tym celu zatrudniono trębacza, przydzielono mu małe mieszkanie na poddaszu na przeciwko wieży i rozpisano referendum w kwestii, jaki mianowicie utwór będzie przez trębacza grany. Mieszkańcy Malinówka niezbyt garnęli się do udziału w referendum i z pewnością doszłoby do katastrofy frekwencyjnej gdyby burmistrz nie zastosował swojego starego patentu, czyli piwa ze spirytusem. Oba napitki nabyto z funduszy miejskich, zdobywając fakturę na „materiały zachęcające obywateli do udziału w demokracji bezpośredniej”. Udział w demokracji był liczny i intensywny, więc gdy zamykano lokale gdzie głosowano pół miasteczka ledwie trzymało się na nogach. Zapewne to sprawiło, że w referendum zdecydowanie zwyciężył utwór „Wszystkie rybki śpią w jeziorze”. Burmistrz usiłował unieważnić referendum, ale okazało się, że nie ma ku temu podstawy prawnej. W tej sytuacji trębacz miejski zrobił transkrypcję „Wszystkich rybek” na trąbkę solo i zaczął wygrywać tę piękną pieśń biesiadną rano, wieczorem i w południe, a konkretnie fragment „Wszystkie rybki śpią w jeziorze ciuralla ciuralla la, tylko jedna spać nie może ciu...” – w tym miejscu wzorem hejnału krakowskiego trębacz gwałtownie przerywał jakby go niespodziewanie przeszyła tatarska strzała. Poza dokonaniem transkrypcji „Wszystkich rybek” trębacz niczym się w dziejach Malinówka nie wyróżnił. Okazał się człowiekiem nieśmiałym, pełnym obaw nad wyraz delikatnym i wrażliwym. W sporach, które czasem w miasteczku wybuchały trębacz zawsze popierał burmistrza, za co ten w chwilach dobrego humoru obiecywał, że kupi mu nową trąbkę, bo stara zatraciła już swój niepowtarzalny dźwięk.

Tak przedstawia się w Malinówku władza świecka, ale jest jeszcze władza duchowna, równie ważna, a może nawet ważniejsza. O ile bowiem są w mieście zwolennicy i przeciwnicy burmistrza, o tyle według księdza proboszcza wyznania rzymsko – katolickiego jest 100% mieszkańców Malinówka. Oznacza to, że wszystko, co ważne w życiu: narodziny, zawarcie związku małżeńskiego, wreszcie śmierć i ostatnia droga na miejscowy cmentarz nie może się obyć bez proboszcza. Ksiądz jest świadom władzy, którą sprawuje nad ludem bożym, ale się z tym nie afiszuje. Na co dzień poucza mieszkańców w prostych kwestiach: aby zanadto nie grzeszyli, nie spożywali zbyt spontanicznie alkoholu, korzystając z Internetu wchodzili czasem na stronę Episkopatu Polski, a nie od razu zaczynali od ostrej pornografii. Mniej więcej raz na miesiąc przypomina mieszkańcom, że cierpliwość Pana Boga nie jest nieograniczona, Stwórca może się zdenerwować i skierować ku nim Palec Boży, co niekoniecznie musi być przyjemne, wystarczy wspomnieć Sodomę i Gomorę. Malinówek słucha wtedy proboszcza w skupieniu, żałuje za grzechy, bije się w pierś, skruszony wraca do domu, po czym by się trochę pocieszyć włącza Internet, gdzie jak na zawołanie pojawiają się darzone powszechną sympatią strony z pornografią wszelkiego rodzaju. Ksiądz proboszcz wie, że tak będzie, bo zdaje sobie sprawę, że gdyby rodzaj ludzki był idealny Adam i Ewa nigdy nie zostaliby wygnani z raju.

W sprawy publiczne ksiądz ingeruje rzadko, ale za to zawsze skutecznie. Jego prywatna polityka polega na tym, że wyznaczył pewne ramy możliwych działań mieszkańców. Póki coś mieści się w ramach proboszcz jest w stanie to zaakceptować. Gdy ktoś usiłuje ramy przekroczyć ksiądz rzuca się na niego niczym święty Jerzy i gorejącym mieczem wypala niepożądane zjawisko. Jest to możliwe dzięki temu, że ilekroć proboszcz wyrusza na walkę ze smokiem czyli szatanem burmistrz staje się malutki, bojaźliwy jak królik i spełnia wszystkie jego życzenia. Dlaczego? Bo ksiądz może poprzeć burmistrza w następnych wyborach, ale może i nie poprzeć. A to jest to, czego burmistrz boi się najbardziej na świecie.

Ksiądz proboszcz żyje samotnie. O sprawach miasteczka dowiaduje się od swojej gospodyni, która przychodzi codziennie rano, by posprzątać na plebanii i zrobić księdzu obiad. Szczegółowych informacji dostarczają także panie z Kółka Różańcowego, które są tak dobrze poinformowane, że CIA mogłoby się od nich uczyć. Poza gospodynią i Kółkiem Różańcowym ksiądz utrzymuje kontakty towarzyskie ze swoimi dwoma papugami, z którymi wieczorami roztrząsa poważne kwestie teologiczne.

W każdym normalnym kraju, w którym istnieje władza istnieje też opozycja. W Malinówku składa się ona z Alojzego Ciumkały i bliżej nieokreślonej grupy obywateli niezadowolonych zawsze ze wszystkiego. Obywateli tych na razie pomińmy, ponieważ nie są oni warci uwagi, a ich działalność opozycyjna polega głównie na tym, że w restauracji „Malinka” po wprowadzeniu się stan upojenia alkoholowego zaczynają twierdzić, że burmistrz to świnia, skończony kretyn i złodziej. Powtarzają to długo i wytrwale, aż w końcu zasypiają z twarzą wtuloną w rolmopsa lub spadają ze barowych stołków, błogo rozciągają się na podłodze i mamrocząc przeciwko burmistrzowi zaczynają pochrapywać. Z ich niezadowolenia nigdy nic nie wynika, nie zorganizowali ani jednej demonstracji, nie wywiesili najmarniejszego transparentu, a nawet, jeśli któryś z nich się zaweźmie i wzniesie okrzyk: „Precz z burmistrzem!” robi to w sposób bełkotliwy i w najwyższym stopniu nieprzekonywujący. Słowem jest to opozycja marnej jakości i przeważnie nietrzeźwa, czyli taka jakiej każda władza życzy sobie najbardziej.

Powyższe uwagi nie dotyczą w najmniejszym stopniu Alojzego Ciumkały. Bez Ciumkały Malinówek nie byłby Malinówkiem.

Alojzego Ciumkałę, jeśli się ulega pozorom łatwo zlekceważyć. Piastuje on mało znaczące stanowisko robotnika torowego i jako taki podlega zawiadowcy. Ciumkała dba o stan torów, zwrotnic i innego kolejowego dobra. Swoją prace wykonuje niespiesznie i z godnością, ale nie można powiedzieć, żeby się lenił. Taki już jest: powolny, ale konsekwentny. Ciumkała posiada żonę, która jakimś cudem jest w stanie z nim wytrzymać oraz syna o dość dziwnym imieniu Dobiesław. Co drugi wieczór (w poniedziałek, środę i piątek) Ciumkała spędza w restauracji „Malinka”. Spożywa tam żołądkowa gorzką i wywiera werbalny wpływ na społeczeństwo. We wtorek, czwartek i niedzielę Ciumkała zostaje w domu i czyta. W soboty wsiada na rower i jedzie na ryby. Gdy rzeka zamarznie łowi spod lodu. Celem życia Ciumkały nie jest jednak bywanie w restauracji „Malinka”, ani rybołówstwo, lecz obalenie burmistrza. Stara się to uczynić od pierwszej kadencji i choć na razie mu się nie udaje Ciumkała jest pewien, że pewnego dnia mieszkańcy Malinówka przejrzą wreszcie na oczy, wtargną do ratusza, wyrzucą burmistrza z okna na pierwszym piętrze (tam ma gabinet) a następnie radośnie podniecony tłum wniesie jego Ciumkałę na rękach po schodach do owego gabinetu i osadzi na stanowisku. Wtedy w Malinówku zapanuje dobrobyt i ogólne szczęście.

Do przyszłego sprawowania władzy Alojzy Ciumkała przygotowuje się bardzo sumiennie. Sprowadził sobie przez Internet szereg książek i wielokrotnie je przeczytał. Najbardziej przypadły mu do gustu: „Książę” Machiavellego, „O wojnie. Podręcznik stratega.” Carla von Clausewitza, „O wojnie domowej” Juliusza Cezara, „Światowy kryzys” Winstona Churchill’a, oraz „Historia Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Krótki kurs.”. Jak widać zainteresowania robotnika torowego są szerokie, poważne i skupione wokół spraw związanych z władzą i wojną. Dlatego burmistrz bynajmniej nie lekceważy Ciumkały, próbował go nawet wciągnąć do Rady Miejskiej, oraz przekupić stanowiskiem bardziej godnym jego inteligencji, ale bez rezultatu. Filozofia Ciumkały jest prosta: wszystko albo nic.

Oprócz tu wymienionych jest też w Malinówku wiele innych postaci, ale nie odegrają one zbyt ważnej roli w naszej opowieści. Dlatego w tym momencie należy zakończyć ogólny opis Malinówka i przejść do rzeczy.

Rozdział II

Malinówek a reszta świata

Był okres w czasie drugiej kadencji, kiedy burmistrz zaczął mieć poczucie, że Malinówek, choć leży w centrum świata, jest jakby trochę za mało światowy. Ubolewał, że nie od Malinówka zaczynały się wiadomości w poważnych serwisach, nie o Malinówek spierano się w ONZ, a zagranicznego korespondenta choćby najpodlejszej gazety nikt tu nigdy nie widział. Świat istniał sobie a Malinówek sobie. Nie podobało się to burmistrzowi, więc postanowił, że trzeba porzucić miłą, spokojną lokalność i zbliżyć się do świata. Tylko, do którego? Wiadomo, że nie do trzeciego, uchowaj Boże. Do drugiego też raczej nie, bo w drugim Malinówek i tak się znajdował. Chodziło zdecydowanie o pierwszy świat, a nawet najpierwszy. Ale i tu sprawa nie była prosta, bo istniały trzy modele pierwszego świata: europejski, amerykański i chiński. Malinówek znajdował się w samym środku Europy, a więc ten model narzucał się sam przez się. Kłopot w tym, że w Europie prym wiodą Niemcy i burmistrz słusznie uważał, że hasło wyborcze „bądźmy jak Niemcy” może pozbawić go szans na kolejną kadencję. Mieszkańcy Malinówka nie chcą być jak Niemcy. Sami nie wiedzą, kogo chcą przypominać, ale na pewno nie Niemców. W żadnym wypadku Niemców. W ogóle lepiej nic nie mówić o Niemcach, bo w restauracji „Malinka” zaraz zaczyna się mordobicie, co może wywołać rozruchy w całym mieście. O Niemcach cicho sza.

Burmistrz uznał, że trzeba się zbliżyć do Ameryki.. Nim przystąpił do działania postanowił, że przeprowadzi konsultacje społeczne i jak zwykle rozpoczął je od Zosi. Dzień był ciepły i Zosia w lekkiej, zdecydowanie niedługiej sukience wyglądał szczególnie uroczo. Burmistrz przez dłuższą chwile napawał się jej widokiem a w końcu rzekł.

- Od pewnego czasu mam poczucie pani Zosiu, że mi czegoś brakuje.

- A czego? – zapytała Zosia tonem, który wskazywał na to, że jest gotowa natychmiast ten brak uzupełnić.

- Może się to pani wydać dziwne... ale... chciałbym mieć amerykańską sekretarkę.

Dla Zosi był to cios wprost w serce, ale opanowała się i powiedziała cicho.

- Jak pan chce, ale one są grube i głupie.

- Nie wszystkie pani Zosiu... Oglądam amerykańskie filmy i tam grubych nie pokazują.

Zosia westchnęła i zaczęła się zastanawiać, czy ma zacząć się manifestacyjnie pakować, czy może lepiej wybuchnąć spazmatycznym płaczem.

- Tak sobie pomyślałem... – kontynuował burmistrz - co by to było gdyby pani była trochę bardziej amerykańska?

- Ja? – zdziwiła się Zosia. – Ale nie w sensie, że mam być gruba i głupia?

- Już pani mówiłem, że chodzi o ten typ sekretarki, jaki widzimy w filmach fabularnych produkcji USA.

Zosia, która jako dziewczynka bardzo pragnęła zostać amerykańską gwiazdą filmową pomyślała sobie, że to może wcale nie taki najgorszy pomysł.

- A pan by chciał, żebym była amerykańska? – spytała słodko.

- Bardzo. – okazał entuzjazm burmistrz.

- A dlaczego?

- Bo jak będę miał amerykańską sekretarkę, to sam będę takim bardziej amerykańskim burmistrzem.

- Aha. – powiedziała Zosia. – Jeśli o to chodzi to zobaczy pan jaka będę amerykańska. Ameryka nie będzie taka amerykańska jak ja.

- Brawo pani Zosiu! – zawołał burmistrz. - Wiedziałem, że mogę na panią liczyć.

- Zawsze. – szepnęła Zosia i spojrzała swemu szefowi w oczy z tak amerykańskim oddaniem, że burmistrz pomyślał, że może warto by było ożenić się z Zosią, spłodzić z nią dzieci, ale szybko porzucił tę myśl i zagłębił się w korespondencji urzędowej.

Tego samego dnia po południu burmistrz spotkał się z zawiadowcą i spytał go czy by nie zechciał zostać amerykańskim zawiadowcą.

- To znaczy, że będę teraz dostawać pensję w dolarach? – z nadzieją w głosie zapytał zawiadowca.

- W dolarach niestety nie.

- No to gdzie ta Ameryka?

- Dostanie pan amerykański lizak. – wyjaśnił burmistrz. – Kiedy będzie pan go trzymał w ręku to już nie będzie takie zwykłe, polskie powitanie pociągu osobowego tylko amerykańskie.

- Aha.

- Przy okazji ten pociąg też stanie się trochę amerykański, amerykański będzie maszynista, konduktorzy, a nawet pasażerowie.

Ta idea zaskoczyła zawiadowcę. Przez chwile myślał intensywnie a potem spytał:

- A kot?

- Co kot?

- Jeśli pasażer przewozi kota, to on też będzie amerykański?

- Oczywiście.

To ostatecznie przekonało zawiadowcę. Amerykański kot przejeżdżający w amerykańskim pociągu przez Malinówek przemawiał do wyobraźni.

Trębacza nie trzeba było przekonywać. Z radością zaakceptował fakt, że będzie amerykańskim trębaczem, bo ogólnie wiadomo, że amerykańscy są najlepsi, zaś Ziutka pomysł burmistrza wręcz zachwycił.

 

- Tego nam trzeba! - zawołał, gdy burmistrz wyłożył mu swoje racje. – Ameryka! Potężna skala! Rozmach! Wielkie projekty!

Tu Ziutek zaczął od razu przedstawiać burmistrzowi jeden z tych projektów i z trudem dał sobie wytłumaczyć, że na projekty, a już szczególnie na wypłacanie na nie zaliczki jest zdecydowanie za wcześnie.

Uporawszy się z Radą Miejską burmistrz udał się na plebanię by uzyskać poparcie księdza proboszcza. Proboszcz wysłuchał uważnie tego, co burmistrz ma do powiedzenia, a następnie zaczął wyrażać wątpliwości:

- Po cóż nam być Ameryką – dowodził. – Polską, byliśmy, Polską jesteśmy i Polską będziemy. Nie strójmy się w obce piórka skoro mamy własne.

Burmistrz zaczął przekonywać, że te piórka nie są wcale takie obce, bo Ameryka to kraj zaprzyjaźniony, bogobojny i mnóstwo tam katolików.

- Owszem. – zgodził się ksiądz proboszcz – Ale i protestantów tam nie brakuje, że o innych nie wspomnę. Tam cały świat się wepchnął i powstał bałagan. A ja tu u nas w Malinówku bałaganu nie chcę.

O tym burmistrz nie pomyślał. Więc sięgnął po argument ostateczny:

- Ale na tacę tam więcej dają.

Taca to był czuły punkt księdza proboszcza. Nie można powiedzieć, żeby mieszkańcy Malinówka nie byli bogobojni. Przychodzili tłumnie w niedziele do kościoła, spowiadali się ze swoich banalnych grzechów, przyjmowali pokutę, przystępowali do komunii, donośnymi głosami śpiewali „Alleluja”, ale przy tych wszystkich zaletach byli dziwnie powściągliwi, jeśli chodzi o wypełnianie wiklinowego koszyczka, który kościelny obnosił w czasie mszy. Oczywiście kościelny był fujarą, nie umiał parafianom spojrzeć z przyganą w oczy, znacząco chrząknąć na widok zbyt skromnej ofiary, klepał monotonnie te swoje „Bóg zapłać” i wydawał się całkowicie zadowolony. Gdyby ksiądz proboszcz osobiście ruszył z koszyczkiem na pewno sprawa wyglądałaby inaczej, zapamiętałby sobie największe skąpiradła i gdyby potem przyszli w sprawie ślubu czy pogrzebu pokazałby im gdzie raki zimują. A kościelny nawet nie umiał wskazać winowajców, twierdził, że ludzie dają za szybko i w dodatku zasłaniają dłonią to co dają. Niestety ksiądz nie mógł ruszyć osobiście z koszyczkiem, bo był potrzebny przy ołtarzu a niezguły kościelnego nie można było zmienić, bo nie było na kogo. Proboszcz cierpiał w milczeniu i tylko wieczorami szeptał swoim papugom na ucho, co myśli o takich parafianach.

Burmistrz zauważył wahanie proboszcza i kontynuował.

- Gdyby nasi obywatele zobaczyli ile dają na tacę prawdziwi Amerykanie na pewno by się poprawili.

Ksiądz nie był tego wcale pewien, ale ostatecznie zgodził się z burmistrzem, że odrobina (ale tylko odrobina) Ameryki nie zawadzi.

Jak można się było spodziewać robotnik torowy Ciumkała całkowicie sprzeciwił się Ameryce. Oświadczył, że tory są nasze polskie, podkłady są nasze polskie, tłuczeń między podkładami jest nasz polski, ziemia pod tłuczniem jest nasza polska i choćby burmistrz kombinował jak szalony nigdy amerykańska nie będzie. Także on Alojzy Ciumkała jest od stóp do czubka głowy polski, tutejszy, malinowski i takim na zawsze pozostanie. W restauracji „Malinka” Ciumkała głośno i publicznie pytał ile burmistrz dostał łapówy od Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej i wyzywał ojca miasta od proamerykańskich bękartów. Te słowa dotarły rzecz jasna do ratusza (Ziutek ma w „Malince” swoich ludzi) ale burmistrz po zażyciu trzydziestu kropelek na uspokojenie doszedł do wniosku, że choćby Ciumkała nie wiem jak się natężał w Malinówku będzie Ameryka, bo takie zero jak Ciumkała nie będzie się stawiał światowemu mocarstwu.

Łatwiej jednak powiedzieć „będę bardziej amerykański” niż tego dokonać. Burmistrz zrozumiał, że potrzebuje w tym względzie przewodnika, instruktora, guru, licho wie jak takiego nazwać. W kwestii przysłania do Malinówka kogoś odpowiedniego napisał długi list do ambasady Stanów Zjednoczonych. Odpowiedź długo nie nadchodziła, a gdy wreszcie nadeszła okazała się mało satysfakcjonująca. Ambasada nie dysponowała odpowiednią osobą. Podano za to adres pewnej fundacji w Chicago, która mogłaby być pomocna. Burmistrz wystosował do fundacji jeszcze dłuższy elaborat i już po trzech miesiącach nadeszła stamtąd odpowiedź, że znalazł się wolontariusz gotów wypełnić tę misję. Fundacja miała opłacić wolontariuszowi koszty przelotu z Chicago do Warszawy, a miasto Malinówek całą resztę. Burmistrz ochoczo przystał na te warunki.

List z Chicago czytała cała Rada Miejska intensywnie dyskutując nad jego treścią.

- To jak on się nazywa ten wolontariusz? - dopytywał się zawiadowca.

- Tu jest napisane. – wskazał palcem Ziutek. – John Kowalski.

- Nie Kowalski tylko Kołolsky. – wyjaśnił burmistrz.

- To jest amerykański Kowalski. – wtrącił trębacz.

- Na pewno jest przystojny i ma piękne białe zęby. – powiedziała pani Zosia a w jej głosie zabrzmiał szczery entuzjazm.

- A skąd pani to wie? – obruszył się burmistrz, który poczuł się dotknięty.

- Wszyscy mężczyźni w Ameryce tak wyglądają. - powiedziała Zosia. – Za to kobiety są grube i brzydkie. Widziałam ze sto razy w telewizji.

W liście nie było zdjęcia Kołolsky’ego, więc dyskusja utknęła w martwym punkcie.

Wolontariusz miał przyjechać za miesiąc, więc burmistrz bezzwłocznie przystąpił do przygotowań. Wynajęto dla Kołolsky’ego bardzo przytulne mieszkanko przy rynku, pomalowano je i wstawiono do środka używaną amerykańską kanapę, którą udało się nabyć w sąsiednim miasteczku. Wprawdzie Ziutek twierdził, że kanapa Ameryki nigdy nie widziała i rozpoczęła swój żywot w okolicach Amsterdamu, ale burmistrz machnął na to ręką, bo dla niego najważniejsza była faktura, na której napisano: kanapa produkcji USA sztuk jeden. Po nabyciu kanapy burmistrz rozpoczął naukę języka angielskiego, ale szybko pojął, że to przekracza jego możliwości intelektualne i zrezygnował. Na szczęście z Chicago nadeszło kolejne pismo zawierające krótką charakterystykę Kołolsky’ego. Okazało się, że jego dziadek miał nieduży zakład garbarski w Pomiechówku, a sam Kołolsky zna nieco język polski, bo nauczył go tatuś, który miał niewielki zakład garbarski w Green Valley, Arizona. Burmistrz odetchnął z ulgą i zaczął przygotowywać mowę powitalną z okazji przyjazdu przedstawiciela światowego mocarstwa.

W mowie owej burmistrz podkreślał, że Malinówek zawsze kochał Amerykę i dążył do tego, żeby być jak najbliżej Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Niestety na skutek niesprzyjających okoliczności geograficznych znalazł się zbyt blisko Rosji, a następnie Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, co było dla Malinówka wielkim nieszczęściem. Dalej burmistrz pisał, że mieszkańcy Malinówka nigdy nie pałali miłością do ZSRR, czego dowodem jest fakt, że do Towarzystwa Przyjaźni Polsko - Radzieckiej należały tylko trzy osoby, a i to wszystkie dlatego że nie miały innego wyjścia. Za to licznie słuchano w Malinówku „Głosu Ameryki” i ten głos był dla mieszkańców otuchą i obietnicą, że do nich także zawita kiedyś USA i nastąpi ogólne szczęście.

„ I oto” – kontynuował burmistrz. – „Po latach cierpień i upokorzeń, Ameryka przybywa do naszego miasta pod postacią Johna Kołolsky’iego. Niech żyje John Kołolsky!”

Burmistrz czytał kolejne wersje powitania sekretarce i Zosia za każdym razem zalewała się łzami. Zawiadowca też był zachwycony zaproponował tylko, żeby dodać akapit o kolejnictwie zaznaczając, że tak jak kiedyś legendarna First Transcontinental Railroad spięła Amerykę od wschodu do zachodu, tak i dziś niewidoczna linia kolejowa pokonując ocean połączy Malinówek z Nowym Yorkiem oraz Los Angeles. Burmistrzowi takie połączenie wydawało się przesadną ideą, ale akapit dodał.