KarmaTekst

Z serii: Karma #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

OLA

Wybuch Patryka mnie przeraził. Zachował się jak idiota. Było mi potwornie wstyd!

Teraz, owinięta kołdrą w pokoju gościnnym Wiktorii, gdy cały jej dom śpi, włączam telefon i widzę SMS-y od Patryka. Hussain także wysłał kilkanaście wiadomości. Początkowo miłych, potem błagalnych. Na końcu był wściekły, że nie odpisuję. Oskarżył mnie o brak uczuć i szacunku, o to, że się nim bawię. Mam wyrzuty sumienia. Piszę teraz. O drugiej w nocy. Przepraszam.

Odpowiedź przychodzi natychmiast: „Myślę o tobie cały czas. Nie mogę cię zapomnieć, chociaż próbowałem. Jesteś wyjątkowa. Chciałbym cię teraz całować. Całować twoje oczy i usta”.

Kończymy czat o piątej nad ranem. Czuję się jak po wypiciu butelki wina. Pierwszy raz pisałam takie rzeczy, tak intymne, tak osobiste. O tym, czego pragnę z mężczyzną, jakiego potrzebuję dotyku. Jego odpowiedzi przychodziły natychmiast. Były jak poezja. Długie maile, czułe, nie wulgarne. Erotyki uruchamiające moją wyobraźnię... robiło mi się na przemian gorąco i zimno. Chciałam spać, chciałam skończyć wreszcie ten nocny czat, ale nie mogłam! Wyobrażałam sobie, że jest tuż obok mnie, że czuję bicie jego serca i jego oddech na szyi. Wciąż oglądałam jego zdjęcia. Na dwóch wyglądał całkiem nieźle. Śniada karnacja, kręcone włosy, migdałowe oczy. Czas przestał istnieć. Zasnęłam z telefonem w ręku.

Teraz jem śniadanie, słaniając się na nogach. Za godzinę mam być w naszej kawiarni i pomóc w przygotowaniach do wielkiego otwarcia, a Cleo-Hussain wciąż pisze o wszystkim, ale głównie o moich włosach, oczach i ustach.

Patryk także pisze. Jeden lodowaty SMS. „Mam nadzieję, że się dobrze bawisz”.

Nie odpisuję. Wciąż nie mogę mu wybaczyć wczorajszego zachowania. Zrobił ze mnie idiotkę i alkoholiczkę. W autobusie prawie zasypiam. Co kilka sekund spoglądam na telefon.

W naszej kawiarni istne szaleństwo. Wiktoria z rozczochranymi włosami i śladami farby na nosie dyryguje ludźmi, którzy przywieźli krzesła i stoliki. W mniejszym pomieszczeniu, które ma służyć za gabinet weterynaryjny i salonik fryzjerski, Jasiek wygładza ściany białą farbą.

– Nie wyschną do wieczora! – biadoli Guido, który testuje nowy ekspres do kawy.

– Wyschną! – Jasiek jest pewny siebie. Ostatnio stał się ekspertem od farb i podkładów.

– Nie poszedł do szkoły. Woli nam tu dziś pomagać. – Wiktoria przewraca oczami. – I się zgodziłam. Nie wiem, czy to pedagogiczne, ale niech posmakuje, co to jest ciężka praca.

Stawiam moją wielką torbę z ubrankami dla yorków na podłodze.

– Tutaj wyeksponujemy twoją kolekcję! – Wiktoria wskazuje mi niewielki podest w kawiarni. – Ale za chwilę, bo teraz zgłębiam tajniki kasy fiskalnej.

Witam się z Justyną, która razem ze swoim przyjacielem Kamilem układa szklanki i filiżanki na małych półeczkach nad barem.

– Mamy tylko dwupalnikową kuchenkę – wzdycha Kamil.

– Większa się tu nie mieści. – Justyna kręci głową. – Mamy mikrofalę. Superwypasiony ekspres do kawy i wyciskarkę do soków. Dasz sobie radę, Kamil!

– Oczywiście! – odpowiada jej z szerokim uśmiechem.

Bardzo go lubię i cieszę się, że do nas dołączył. Na pewno da sobie radę jako barista, kelner i kucharz. To znaczy raczej nie będzie szalał z gotowaniem, ale ma robić naleśniki. Podobno to jego specjalność.

– Myślałam, że panie z sanepidu mnie zjedzą. – Wiktoria opiera się o blat naszego barku. – Kawa, kanapki i psy? Patrzyły na mnie jak na wariatkę. Ale okazało się, że jedna ma problemy ze swoim mopsem i dałam jej numer do twojego Eryka.

– Eryk jest najlepszym weterynarzem, jakiego znam! – potwierdza Justyna.

– No właśnie! Pogadała sobie z twoim Erykiem przez telefon i od razu jej się humor poprawił. Ma jutro przyjść ze swoim mopsem.

– Ekspres nie działa! Perché? Non espresso per voi. – Słyszymy, jak Guido zaczyna biadolić.

Ekspres kicha, charczy, pluje gorącą wodą.

– Jest na gwarancji – stwierdza spokojnie Kamil.

Guido przewraca oczami, klnie, ale po chwili maszyna uspokaja się, łagodnieje, a po piętnastu minutach pijemy pyszną kawę.

Siedzimy na jakichś kartonowych pudłach z filiżankami kawy w dłoniach.

– Nie zdążymy do wieczora – narzekam. – Trzeba tu umyć okna, podłogi, wywietrzyć, ustawić stoły, zrobić zakupy na przyjęcie. Wydaje mi się, że talerzyków i szklanek jest za mało.

– Damy radę! – Justyna macha ręką. – Straszna z ciebie pesymistka!

Nie mam czasu spojrzeć na swój telefon przez następne pięć godzin. Chcę jak najlepiej wyeksponować na wystawie sklepowej moje ubranka dla psów, kosmetyki, kolorowe obroże i komiczne zabawki. Wciąż wybiegam na zewnątrz i sprawdzam, jak to wygląda od strony ulicy.

– Olka, załóż kurtkę, bo będziesz chora! – Wiktoria jak zwykle dba o wszystkich i wszystko kontroluje.

Patryk dzwoni po południu. Tym razem odbieram.

– Dlaczego od obcych ludzi się dowiaduję, że ty wchodzisz w jakieś biznesy, nie wiadomo gdzie i z kim! Co ty wymyśliłaś? Chcesz narobić długów? Odbiło ci?! Będziesz szyć sukienki dla psów?! I z tego chcesz się utrzymać?

– Uspokój się. – Zasłaniam telefon dłonią. – Nie narobiłam żadnych długów. Miałam swoje oszczędności.

– A na co niby oszczędzałaś, gdy ja za wszystko płaciłem? Na co?!

– Na in vitro – odpowiadam głośniej i kilka głów odwraca się w moim kierunku.

– Czyli odpuszczasz, tak? – Słyszę dziwny ton w jego głosie. – Nie będzie in vitro?

– Na pewno nie z tobą – mówię i wyłączam telefon.

Widzę wiadomości od Hussaina, ale nie mam siły teraz do niego pisać.

– Wszystko w porządku? – Wiktoria obejmuje mnie ramieniem. – Bardzo się wścieka?

– Bardzo. Bo dzieje się coś, nad czym nie ma kontroli.

Wiktoria klepie moje kolano.

– Nie robisz nic złego. Masz prawo rozwijać swoją karierę. A ta wirtualna znajomość już skończona?

– Skończona.

Zamykam się ze swoim telefonem komórkowym w maleńkiej toalecie. Piszę kilka wiadomości do Cleo. O naszym pomyśle na biznes, o tym, jak ten dzisiejszy wieczór jest ważny.

„Trzymam kciuki – odpisuje. – Wszystko ci się uda. Jesteś superzdolna. Będzie sukces!” Pisze dokładnie to, co chciałabym usłyszeć. Wczoraj w nocy wspomniałam mu o kryzysie w moim małżeństwie. Zachęcał mnie do rozwodu.

„Nie możesz być z kimś, kto cię nie kocha i nie docenia”.

Wieczorem wszyscy jesteśmy wykończeni, ale szczęśliwi. Zrobienie efektownej wystawy i odpowiednie jej podświetlenie zajęło mi więcej czasu, niż przewidywałam. Boli mnie kręgosłup, mam katar, ale czuję ogromną radość. Wiktoria robi mi delikatny makijaż, bo uparła się, że wyglądam blado.

– Tylko oczy, odrobinę błyszczyku na usta i róż na policzki – zarządza, dotykając moich włosów. – Czemu, Oleńka, nie widzisz, jaka jesteś piękna? Zrobię ci zdjęcie! – Wyjmuje swój telefon.

– Po co? – Krzywię się lekko.

– Zrobię zdjęcie i ci wyślę! Patrz sobie na nie od czasu do czasu. Oczy ci błyszczą! Wyglądasz super!

– Wątpię, czy wyglądam super. Prawie w ogóle nie spałam – dodaję i zaraz prawie gryzę się w język. – Przez awanturę z Patrykiem – mówię cicho.

– No i o wilku mowa... – Wiktoria zaczyna się śmiać. – Dałam mu wczoraj wizytówkę z adresem naszego salonu, ale nie przypuszczałam, że się tu zjawi!

Za oknem widzę mojego męża w nowym płaszczu, spoglądającego bardzo podejrzliwie na witrynę naszego salonu dla psów. Popycha lekko drzwi i zagląda do środka. Lustruje wnętrze. Bez słowa. Bez uśmiechu. Obserwuje, jak Justyna i Kamil szykują małe kanapeczki i tapasy. Jak Guido, przepasany kolorowym fartuszkiem, ustawia filiżanki na stolikach. Jak Jasiek wiesza balony.

– Co to ma być? W co ty się wpakowałaś? – Kręci głową. – I to jeszcze z tą hipiską? Zgłupiałaś całkiem? Podpisałaś już jakieś dokumenty, tak? Założyłaś działalność gospodarczą?

– Jestem dorosła – staram się mówić spokojnie.

Zaczynają się schodzić goście. Znajomi Wiktorii. Jest jakiś dziennikarz z lokalnego radia, kilka osób ze schroniska dla psów, w którym pracuje Justynka, kilku włoskich znajomych Guida, którzy także znaleźli w Polsce swoją miłość. Pozujemy do zdjęć we trzy – trzy przyjaciółki: piękna czarnowłosa i czarnooka Wiktoria, która wygląda jak skrzyżowanie Jennifer Lopez i Moniki Bellucci, rudowłosa, delikatna Justynka jak z obrazów prerafaelitów i ja, z tymi spalonymi blond farbą włosami do ramion, chuda, ze sztucznym uśmiechem na ustach. Staram się być optymistką. Mam plan. Mam przyjaciół.

Guido puszcza włoskie przeboje, ludzie gadają, żartują, piją szampana, jedzą ciastka. Są kursanci ze szkoły tanga Wiktorii, otaczają ją wianuszkiem, gratulują.

– Jadę do domu. – Patryk chwyta mnie za ramię. – Za dwa miesiące zbankrutujecie! Nie będę płacił twoich długów! Za dwa dni lecę do Berlina – warczy do mnie. – Do tego czasu masz być w domu. W poniedziałek wpadnie prezes. Wieczorem. Masz być miła. Załóż tę czerwoną sukienkę!

A więc o to chodzi?! Zaczynam rozumieć. Robi mi się potwornie smutno.

Czuję, jakby dał mi w twarz. Patryk wychodzi, trzaskając drzwiami. Nie tęskni za mną. Wie, że jego ważny znajomy na mnie leci, więc mam być w domu i mam być dla jego ważnego znajomego miła. Taki jest mój mąż.

– Tu jest twój szampan. – Wiktoria obejmuje mnie i wkłada do ręki kieliszek. – Nie zapominaj, że świętujemy. A on przetrawi to wszystko i mu przejdzie. Wścieka się, bo czuje, że traci kontrolę. Znam ten typ!

JUSTYNA

Rozglądam się w tym kolorowym, wesołym tłumie i dostrzegam w końcu Eryka. Lekko stremowany, wbity w puchową kurtkę, macha do mnie niepewnie.

 

– Super, że udało ci się wpaść! Zaraz przedstawię ci Wiktorię. Naszą szefową.

– Już się poznaliśmy. – Eryk uśmiecha się szeroko. – Niesamowita kobieta!

– Zaraz pokażę ci twój gabinet. Nie jest duży, ale świeżo pomalowany i jak by to powiedzieć... przytulny.

– A twoja druga wspólniczka? – Rozgląda się. – Jesteście jak trzy siostry albo trzy gracje.

– O, to ostatnie na pewno! – podchwytuję.

Wskazuję mu Olę, która najwyraźniej kłóci się ze swoim mężem. Ubrała się niezbyt elegancko, sweter zapinany na drewniane guziki i sprane dżinsy, ale Wiktoria umalowała ją naprawdę profesjonalnie.

– Ta blondynka? – upewnia się Eryk. – Wygląda jak Michelle Pfeiffer w młodości! Takie same usta!

– No, no, no... – Klepię go po ramieniu. – Ale z ciebie romantyk! Ale Ola ma męża.

– Przedstaw mnie w końcu jakiejś koleżance, która jest wolna! – jęczy Eryk, ale wiem, że żartuje.

Prowadzę go do małego pokoju z niewielkim oknem. Pachnie świeżą farbą. Jest już biurko i obrotowe krzesło, regał na dokumenty, szafka na leki i stół dla małych pacjentów.

– Trochę ciasno. – Eryk rozgląda się. – Ale na kilka godzin w tygodniu wystarczy. Co ja tu będę leczył? Egzemy? Depresje tych biednych yorków? Też miałbym depresję, gdyby kazano mi nosić na głowie różową kokardę.

– Nie wyśmiewaj się z naszej kolekcji psich ciuszków! – pouczam go. – Są psy, które ubrań nie znoszą i są takie, które je uwielbiają.

– Każdemu psu przeszkadzają głupie kurteczki. Ograniczają ruchy. – Eryk ogląda jeden z kubraczków porzucony na biurku.

– Nie zgadzam się!

– Nie zgadzaj się. Nie ma problemu. – Eryk rozsiada się na obrotowym krześle. – Przyniosę swój laptop.

– Jutro będzie tu podłączony Internet – zapewniam go.

– Nie obrażaj się na mnie. Macie świetny pomysł na biznes. Macie pasję i talent. Będzie dobrze!

– Wiesz, mam też misję. To znaczy, mamy taki pomysł... Tu będzie przychodziło sporo ludzi kochających psy, więc chcę, żeby włączyli się w nasze schroniskowe adopcje. Na ścianach, oprócz banerów reklamowych szamponów i odżywek, będą zdjęcia i opisy psów, które można przygarnąć.

– Świetny pomysł, księżniczko. – Eryk kiwa głową. – Może jakaś paniusia, która marzy o yorku, przygarnie na przykład naszą Senną.

– Nikt nie przygarnie Sennej! – Zaciskam usta.

– Bo?

– Bo ja ją wezmę!

– Ty?

Kiwam głową. Jestem już pewna. W stu procentach! Nie mam pojęcia, jak zareaguje właściciel mieszkania na drugiego psa. Widzę, jak reaguje, gdy wiszę mu kasę za wynajem i nie jest zachwycony, gdy robię mu przelew kilka dni po terminie. Nie mam też pojęcia, jak Kajtek zareaguje na towarzystwo Sennej. Ale nie mogę patrzeć, jak Senna cierpi, gdy zostawiam ją w schronisku. Jej oczy są pełne bólu. Wiem o tym od Eryka, nikt nie jest w stanie jej pocieszyć. A gdy przychodzę następnego dnia... Mam wtedy wrażenie, że serce pęknie jej z radości! Nie odstępuje mnie na krok. I boli mnie wszystko, gdy po dwóch lub trzech godzinach muszę ją zostawić.

Słyszymy pukanie. To Guido zagląda do nas z półmiskiem włoskich wędlin i serów.

– Tu jesteście! Jedzenie mam dla was!

Przedstawiam sobie panów, ale okazuje się, że już się znają.

– Trzymajcie wszyscy kciuki, żeby to się udało. – Guido kręci głową. – Ja rozumiem, lekarz, si? Ale i ubrania dla psów, i kawiarnia, i fryzjer dla psów? Mamma mia! Kto to wszystko ogarnie?!

– My! – odpowiadam z pełnymi ustami. – Wiktoria zrobiła już grafik. Ja i Kamil będziemy pracować na cały etat. Ola na trzy czwarte etatu, bo będzie szyć także w domu. Eryk ma być tu trzy razy w tygodniu.

– A moja żona? – Guido nerwowo macha ręką. – A gdzie ona ma być? Dwa lata temu chciała szkołę tanga... uparła się. A teraz salon dla psów! A za rok co? Co wymyśli za rok? – Wznosi oczy do nieba i dojada resztki prosciutto z kolorowej tacy.

Wracamy do naszej kawiarenki. W samą porę, bo okazuje się, że odwiedził nas nieproszony gość. Wiktoria właśnie dyskutuje z bardzo korpulentną panią ubraną w pikowany, fioletowy płaszcz. Kobieta jest wściekła. Gestykuluje z szaleńczą zaciekłością.

– Ja się pytam, co tu się dzieje?! Jest prawie dwudziesta druga! Ja jestem z komitetu lokatorów i pytam, co się tu dzieje? Ja państwa ostrzegam! Jeżeli tu będą hałasy, pijaństwo... – Wpatruje się w kieliszek szampana, który stawiam na parapecie. – To od razu będzie interwencja! Regulamin obowiązuje wszystkich! Proszę sobie poczytać o ciszy nocnej i o zaśmiecaniu!

Zostawia nas i z obrażoną miną wychodzi. Wiktoria oddycha głęboko.

Gdy kończy się przyjęcie, zostaje nas garstka. Sprzątamy, zmywamy naczynia. Kamil myje podłogę. Guido ustawia krzesła i stoliki, wyciera szklanki. Ola poprawia coś na naszej małej wystawie psich płaszczyków z kapturkami.

– Czemu nie ma nic dla kotów? – Siadam obok niej na niskim parapecie.

– Bo żaden kot nie wytrzymałby w ubraniu. – Ola śmieje się cicho.

– Czyjś telefon dzwoni w kibelku! – Wiktoria krzyczy do nas z korytarza. – Która z was zostawiła tam torebkę?

– Chyba ja! – Ola zrywa się natychmiast.

Wymieniamy z Wiktorią spojrzenia.

– To Patryk? – upewniam się, gdy po dwudziestu minutach wraca z toalety.

– Nie. Mój przyjaciel! – Ola zaciska usta. – Kłamałam! Nie przestaliśmy do siebie pisać!

– Pójdę wyrzucić śmieci – rzuca Guido. – Kamil mi pomoże.

– Oleńka – Wiktoria odzywa się cicho. – Nikt cię tu nie ocenia. Wiemy, przez co przechodzisz, potrzebujesz wielu przyjaciół wokół siebie.

Ola łyka łzy.

– Nic nie rozumiecie. Nic! Nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak Hussain!

– Hussain?! – prycham.

– Nie podoba ci się jego imię, tak? Bo pokazuje jego korzenie, jego pochodzenie?! To jest czysty rasizm! – Ola zalewa się łzami.

Robi mi się okropnie głupio. Obejmuję ją ramieniem. Wiktoria gładzi rozczochrane włosy Oli.

– On jest wykształcony! Jest inżynierem! Ma doktorat! – Ola jest zasmarkana, ale próbuje jeszcze coś powiedzieć. Bez słowa podaję jej chusteczkę.

– Oleńka... Świetnie, że masz przyjaciela. Tylko naszym zdaniem powinnaś być ostrożna! To jest wirtualny przyjaciel, nie realny – mówi cicho Wiktoria.

– Już niedługo. – Ola uśmiecha się blado.

– Już niedługo co? – Podskakuję na krześle.

– Zaprosiłaś go? – Wiktoria nie dowierza.

– Sam się zaprosił. Bardzo za mną tęskni. Chce mnie poznać. Ty też poznałaś swojego męża w Internecie! – Ola spogląda na Wiktorię z triumfem.

– O ile wiem, to ty masz już męża. – Wiktoria wybucha śmiechem. – Dobrze. Niech przyjedzie. Idźcie na kawę, pogadajcie. Mam nadzieję, że on wie, że masz męża. I nie oceniaj nas w ten sposób, Ola... – Wiktoria poważnieje. – Bo tu nie chodzi o pochodzenie czy religię twojego przyjaciela. Mam przyjaciół muzułmanów. Jeden z nich jest polskim Tatarem. Na pewno ten Hussain jest samotny i nie wątpię, że wam się fajnie rozmawia. Nie powinnaś jednak zapominać...

– Wiem! – Ola krzywi się. – Mam męża!

– Nie powinnaś zapominać, że jesteś bardzo atrakcyjną kobietą. – Wiktoria poważnieje.

– Niby ja?

– Niby ty! Przed godziną czterech moich znajomych pytało, kim jesteś i czy jest jakaś szansa, no wiesz... Widzę, jak mężczyźni na ciebie patrzą.

– Jaja sobie tylko robicie! Ja mam prawie czterdzieści lat i...

– Ja mam czterdzieści trzy! – Wiktoria wstaje gwałtownie, bo Guido i Kamil właśnie wrócili.

– Ale wy stare jesteście! – śmieję się.

– Chyba wywalimy tę bezczelną małolatę z naszej spółki! – Wiktoria przez moment udaje obrażoną. – Guido! Wypijemy jeszcze po kieliszku chianti i dzwonimy po taksówki!

– Chciałem tylko powiedzieć, że jest północ. – Mąż Wiktorii chrząka cicho. Widać, że jest zmęczony.

– Jakieś problemy?! – Unoszę kieliszek do góry. – Wypijmy za to, aby wszystkie nasze problemy były tylko mini-, miniproblemami.

– Dobry toast! – Wiktoria tłumi ziewnięcie.

Jesteśmy w domu koło trzeciej nad ranem. Kajtek wita nas, skamląc i skacząc. Porywa mi rękawiczkę. Kamil zabiera go na krótki spacer. Zdejmuję płaszcz i buty. Wypijam resztkę wody z czajnika. Nie myję zębów, nie zmywam makijażu. Padam na łóżko i od razu zasypiam.

Śnią mi się maleńkie mopsy ubrane w meloniki i koronkowe rękawiczki. Tańczą salsę w szeregu i obsikują kawiarnianych gości.

Budzę się, gdy Kajtek w szaleńczym zapale liże moją twarz. Otwieram oczy i widzę Kamila w puchowej kurtce i spranych dżinsach. Gdy wychodzi, biorę szybki prysznic, jem kanapkę, popijam kawą i jadę do schroniska.

– Słabo wyglądasz. – Eryk właśnie znieczula w swoim gabinecie naszego najgrubszego pensjonariusza. Iwo to kulawy, siwy kundelek.

– To on słabo wygląda. – Patrzę na poszarpane ucho Iwa ze śladami zakrzepłej krwi. – Niczego się nie nauczył. Atakuje psy większe od siebie! Mały wariat!

Eryk zagryza usta.

– Nieźle oberwał. Ty też kiepsko wyglądasz.

– Dzięki za przypomnienie. Niedługo kończę trzydzieści lat. Moje ciało już się tak szybko nie regeneruje po zarwanej nocy!

– Twoje ciało... – Eryk zawiesza głos i zaszywa ranę psu. – Twoje ciało nie jest złe. Tylko te worki pod oczami...

– Dzięki za wyszukany komplement! – Przeglądam szafkę w gabinecie. – Gdzie gaza i bandaże?

Eryk często mi dogryza, jego złośliwości są na porządku dziennym. Ale lubimy się. Bardzo fajny z niego facet.

– Staruszek Iwo przeżyje! – Eryk klepie naszego kundelka po karku. – Przeżyje, ale nic się nie nauczy.

Po zakończonym zabiegu idziemy na mały obchód. Zaglądam do boksu, który zajmuje Senna. Jest pusty.

– Gdzie ona jest?! – krzyczę do Eryka, bo jazgot psów jest niemiłosierny.

– Jakaś para zabrała ją na spacer. Spodobała im się i...

– Żartujesz?!

– Nie żartuję! – Eryk podchodzi bliżej i chwyta mnie za ramię. – Senna nie jest twoja. Gdy ma szansę na normalny dom, nie możemy...

– Ja mogę dać jej normalny dom! Gdzie oni są?!

– Justyna! Nie zachowuj się jak dzieciak! – woła za mną Eryk, gdy pędzę w stronę bramy.

Widzę ich na skraju lasu. Senna na smyczy i para małolatów. Jakaś gimbaza, gówniarze, towarzystwo zajęte tylko sobą. Podbiegam do nich zdyszana. Senna skowyczy z radości. Wyrywam smycz z rąk pryszczatej nastolatki.

– Jestem z zarządu schroniska. Ten pies niestety nie jest do adopcji! – kłamię na poczekaniu. – Przepraszam za zamieszanie. Zapraszam do schroniska. Mamy śliczne szczeniaki.

Słowo „śliczne” mówię przez zęby.

Senna nie odstępuje mnie na krok, a jej spojrzenie wyraża wszystko.

OLA

Hussain chce przyjechać do Polski i na samą myśl o tym drżę z radości i z tremy. Wiemy o sobie bardzo dużo. Opowiedział mi o swoim poprzednim związku. To była piękna Bułgarka. Czarnowłosa, czarnooka studentka pedagogiki. Oszalał na jej punkcie i wytapetował sobie jej zdjęciami kawalerkę, którą wtedy wynajmował w Malmö. Znajomość trwała dwa lata. Odwiedzali się, ale w końcu jej rodzina nie zgodziła się, aby piękna Maria poślubiła muzułmanina.

Czytam jeszcze raz jego maile. Nie te o związku z Marią, ale o mnie. Kilkanaście razy. Przed zaśnięciem.

Wciąż mieszkam u Wiktorii. W weekend pojechałam do pustego mieszkania i zabrałam więcej swoich rzeczy, maszynę do szycia. Nie odpowiadam na SMS-y Patryka. To znaczy napisałam raz. „Muszę dużo rzeczy przemyśleć. Daj mi trochę czasu”. Odpowiedź przyszła natychmiast. Nazwał mnie chorą idiotką i kazał być w poniedziałek po południu w domu. Najpóźniej. Bo wieczorem przyjęcie. Dla jego szefa. Dla jego szefa, który mnie lubi, a zwłaszcza lubi trzymać mnie za kolano.

Jest noc z soboty na niedzielę. Całą sobotę szyłam. Naprawdę udało mi się stworzyć cudeńka. Sporo psich płaszczyków się sprzedało. Po południu wpadłam do naszego sklepu i do kawiarni. Cieszy mnie, że mogę mówić „nasz sklep”, „nasza kawiarnia”, „nasza firma”.

– Sporo rzeczy trzeba będzie zmienić – szepnęła mi Wiktoria w przelocie. – Bo sanepid się czepia. Ale ogólnie jest nieźle. Ruch jest. Trzeba wycofać jedną karmę, bo strasznie śmierdzi. W ogóle chyba wycofamy te karmy. Będziemy sprzedawać obroże, ubranka, miski i zabawki.

– Świetny pomysł. – Stawiam moją ciężką torbę na podłodze. – Uszyłam kilka czapeczek. Na próbę.

Guido przynosi mi filiżankę espresso.

– Po co psu czapka?

 

– A po co tobie czapka? – odpowiada pytaniem Wiktoria.

– Pies ma włosy. – Wzrusza ramionami.

– Ty też masz włosy. Przynajmniej trochę. – Wiktoria mruga do mnie. – Ubranka szyte przez Olę świetnie się sprzedają. I mamy pierwsze zlecenie! Nie zgadniecie, na co! Dziś rano przyszła tu bardzo miła wietnamska rodzina. Wypili zieloną herbatę, kupili trochę rzeczy i zapytali, czy nie organizujemy u nas przyjęć weselnych.

– Nie ma mowy! – Guido gestykuluje dramatycznie. – Za mało miejsca!

– Chodzi o przyjęcie weselne dla ich yorka... to znaczy chcą, aby ten chłopczyk uroczyście poznał dziewczynkę, suczkę ich znajomych... z rodowodem!

– Chcą zrobić wesele dla psów?! Ja się boję takich wariatów!

– Oj, od razu wesele! – Wiktoria macha ręką. – Chcą po prostu wynająć naszą kawiarnię na kilka godzin, ładnie udekorować i zaprosić gości z psami. Zaśpiewałam im cenę z kosmosu, a od razu zgodzili. Nie zapominaj, Guido, jaki tu jest czynsz!

– To na ile osób to wesele? – Mąż Wiktorii powoli daje za wygraną.

– Pięćdziesiąt... chyba. – Posyła mu czarujący uśmiech. – W przyszłą środę. Od piątej po południu do dziewiątej wieczorem. To była wstępna rozmowa – zapewnia Wiktoria. – Chciałam się upewnić, czy to dobry pomysł i czy mi pomożecie?

– To jest bardzo zły pomysł! – jęczy Guido.

– Ale oczywiście, że ci pomożemy! – dodaję.

I kompletnie zapominam, że w środę rano na Okęciu ląduje samolot. Ze Szwecji, z moim wirtualnym przyjacielem. Z wirtualnym kochankiem, bo nasze rozmowy to nie tylko rozmowy przyjaciół. Jest coś więcej. Fascynacja i pożądanie. Flirt. Gdy robi się bardzo późno, to wypijam kolejny kieliszek wina i wysyłam mu zdjęcia. Nie. Oczywiście, nie nagie, ale delikatnie erotyczne. I nagle te moje zniszczone farbowaniem włosy są sexy, blada cera jest sexy, chude nogi i chude ramiona też. Teraz kocham późne wieczory. Gdy u Wiktorii wszyscy kładą się spać, zapada cisza, gasną światła. I mój telefon wibruje.

Patrzę na Hussaina w kamerce mojego laptopa. Może nie jest superprzystojny, ale jest inteligentny, zabawny. Przeglądam się w jego oczach i widzę seksowną blondynkę o „kociej”(jak on mówi) urodzie. Nie myślę o kłopotach. Uciekam w inny świat.

– Cieszysz się, że za kilka dni będę w Polsce? – pyta dziś prawie szeptem.

Nagle ktoś puka do drzwi pokoju. Spoglądam na zegarek. Prawie północ.

– Muszę kończyć. Oddzwonię – kończę szybko.

Wiktoria, rozczochrana, w szlafroku, zagląda do pokoju.

– Nie śpisz? – Zapala światło i otwiera szeroko usta. – Ależ się umalowałaś! Wybierasz się gdzieś?

– Jasne, że nie!

– Rozmawiałaś z nim? – Wiktoria zamyka drzwi i patrzy na mnie bez uśmiechu.

– Rozmawiałam. – I nie pytaj mnie, czy wiem, co robię, no bo nie wiem. Nigdy tak się nie czułam...

– Zakochujesz się!

– Nie... – Kręcę głową.

– Zakochujesz się. – Wiktoria siada obok mnie. – A to niedobrze... bo skomplikujesz sobie życie.

– To wszystko jest głupie! – Zaczynam niezdarnie ścierać makijaż chusteczką higieniczną. – Nie wiem, po co się w to bawię! Wczoraj byłam u lekarza... i znowu ta sama diagnoza, więc po prostu chciałam lepiej się poczuć psychicznie – mówię coraz ciszej.

– To nie jest zabawa! – Wiktoria kręci głową. – Gdy w grę wchodzą uczucia, to nie jest zabawa.

Zwijam się jak embrion na łóżku i zaczynam płakać.

– Ja nie mam nikogo, Wiktoria, nie mam rodziców, a mój mąż... Nie masz pojęcia, jak to czasem boli, gdy wiesz, że nikt cię nie kocha!

– Ja cię kocham. Jesteśmy przyjaciółkami. – Gładzi moje czoło delikatnie. – Pamiętam, jak przyjeżdżałaś do mnie do szpitala. Jak przywiozłaś mi piękną perukę. Jak oddałaś krew, gdy nie mieli w szpitalu mojej grupy! Oleńka, ja się tylko o ciebie martwię.

Przestaję płakać.

– Nie martw się. Ja wszystko sobie poukładam... powoli. Jeżeli Patryk się zgodzi, to pójdziemy na terapię. Tylko na razie nie chcę wracać do domu.

– Zostań u mnie, jak długo zechcesz. Jasiek uwielbia twoje naleśniki i dzięki, że karmisz naszego kota, bo my ciągle o tym biedaku zapominamy.

Rano podejmuję męską decyzję i jadę do szkoły, w której przepracowałam trzy lata. Trzy lata udręki. Przepycham się teraz przez pulsujący milionami decybeli korytarz szkolny. Spocone ręce chowam do kieszeni płaszcza. Na szczęście dyrektorki nie ma. Sekretarka mierzy mnie pogardliwym spojrzeniem, gdy kładę na jej biurko pismo z wypowiedzeniem. I czuję nagle niesamowitą radość! I ulgę. Piszę o tym Cleo. Wysyła wirtualne kciuki skierowane do góry, usta, całujące usta. Nie może zadzwonić, bo jest na konferencji, ale tęskni.

Dzwoni Justynka, a ton jej głosu od razu sprowadza mnie na ziemię.

– Przyjechałabyś, Ola, bo mam kłopoty, straszne kłopoty! – jęczy.

– Co się dzieje?

– Właściciel mieszkania chce mnie wywalić, bo odkrył, że Kamil tu waletuje i że mam drugiego psa! – szepcze do słuchawki.

– Czemu mówisz tak cicho?! – dopytuję się.

– Zamknęłam się na chwilę w łazience. On się awanturuje, a Kamil próbuje go uspokoić!

– Nie może cię wywalić z dnia na dzień!

– Nie wiem, czy nie może... wiszę mu jeszcze kasę za poprzedni miesiąc. Grozi, że wyniesie nasze rzeczy i zamieszka w tej kawalerce, bo jest w niej zameldowany! Naprawdę się wściekł. Ale ja musiałam ją zabrać.

– Kogo? – przerywam jej.

– Psa. Nie mogłam jej zostawić!

– Dzwonię do Wiktorii i już do ciebie jadę!

Nagrywam Wiktorii wiadomość i pędzę do autobusu.

Na miejscu sytuacja okazuje się krytyczna. Właściciel mieszkania twierdzi, że wezwał policję. Kajtek szczeka jak oszalały. Duża, nieśmiała suczka, której nie znam, schowała się pod stół i trzęsie się, jakby miała epilepsję. Kamil w milczeniu pakuje ubrania do walizki. Justyna miota się po mieszkaniu z rozczochranymi włosami.

– Pani do kogo? To nie przedstawienie! – wykrzykuje do mnie właściciel, gdy otwieram nieśmiało drzwi wejściowe.

– Jestem przyjaciółką Justyny. Oni się spakują, a my w tym czasie porozmawiamy. – Dalej się uśmiecham i mijam go w przedpokoju.

Justyna patrzy na mnie i widzę, jak bardzo jest krucha. Jak bardzo potrzebuje pomocy.

– Czemu pan się tak denerwuje? – pytam grzecznie i posyłam mu uwodzicielskie spojrzenie.

– Czemu pani się głupio pyta? – Facet jest dalej wściekły, ale cichnie. – Nie płaci mi ta panna w terminie, sprowadza sobie lokatorów! I psy! To znaczy drugiego psa! Ukrywała wszystko przede mną!

– Spokojnie! – Klepię go po ramieniu, modląc się, aby nie wściekł się jeszcze bardziej. – Porozmawiajmy o konkretach. Ile Justyna panu wisi?

– Ja sobie to od kaucji odliczę! Tysiąc osiemset! – Znowu robi się czerwony.

– Dziś będzie pan miał te pieniądze! – uspokajam go. – Nie mam pojęcia, czemu pan wezwał policję – dodaję.

– Ja nie wezwałem! Tylko straszyłem! – mruczy i patrzy na mnie trochę bardziej ludzkim wzrokiem.

Nagle otwierają się drzwi wejściowe i do mieszkania wpada Wiktoria.

– Gdzie jest policja? – wrzeszczy. – Ja z nimi porozmawiam! Gdzie oni są!

– Jaka policja? – Właściciel mieszkania patrzy na mnie wystraszony.

– Ten pan mówił, że nie wezwał policji. Że tylko straszył. I że należy mu się tysiąc osiemset – tłumaczę szybko.

– Zgadza się? – Wiktoria patrzy na bladą Justynę, która próbuje uspokoić roztrzęsioną suczkę.

– Zgadza. – Justyna kiwa głową.

– Dobrze. – Wiktoria ma spojrzenie generała, który rozmyśla nad planem strategicznym bitwy. – Pan idzie ze mną!

– Ja nigdzie nie idę. Ja... – Facet robi się jeszcze bardziej czerwony.

– Dwie ulice stąd jest mój bank. Dostanie pan nie tysiąc osiemset, ale dwa trzysta! Jednorazowo. Za to, że musiał pan czekać na swoje pieniądze. Zgodzi się pan, oczywiście, żeby Justyna dalej tu mieszkała ze swoimi psami. A ja dopilnuję, żeby płaciła panu w terminie.

– Nie ma mowy! – warczy właściciel.

Wymieniamy z Wiktorią spojrzenia.

– Co nie ma mowy? Dlaczego nie ma mowy? – pytam słodkim, ale lekko drżącym głosem. – Wszystko się wyjaśniło. Dostanie pan ekstra pięćset złotych. I zgodzi się pan na dwa psy. Widzi pan, że ten drugi prawie nie szczeka.

– Ale ten mniejszy, kurwa, szczeka! Za dwa! – Facet nie daje za wygraną.

– Justyna ma bardzo dobre serce. Pracuje w schronisku dla zwierząt. Sama nie dojada, ale pomaga, bo taką ma naturę. Niech pan zajrzy do lodówki! – Wiktoria otwiera drzwiczki, nie przestając gadać. – Proszę bardzo! Tylko żółty ser i karton mleka! Ale to się zmieni, bo Justynka od kilku dni pracuje dla mnie. Więc pensja będzie dobra i w terminie.