Pożegnanie z BudapesztemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Część I. POŻEGNANIE Z BRIGHTON

Synekdocha Budapeszt

W górę schodów jadących w dół

Ideały sierpnia

Prześniona ewolucja

A View to a Kill

Urlop na żądanie

Proste piosenki o trudnej miłości

Kobieta niepubliczna

Pożegnanie z Brighton

Instant Karma

Nakarmić psy

Część II. POŻEGNANIE Z BUDAPESZTEM

Trójkąt

Porno

Szczęśliwe zakończenie

Restauracja Cooperów

Ostatni bankomat na świecie

Runda honorowa

Pogłaskać Shoguna

Pożegnanie z Budapesztem

Część III. POCZĄTEK

Miłość wszystko zwycięży

Walkower

Dwa zdania wyjaśnienia

Zapożyczenia

Podziękowania


Wydawca

Joanna Laprus-Mikulska

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Redakcja

Katarzyna Bielawska-Drzewek

Korekta

Ewa Grabowska

Marzenna Kłos

Copyright © by Łukasz Błaszczyk, 2019

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2019

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Akces, Warszawa

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9360-7

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Jamesowi

Część I POŻEGNANIE Z BRIGHTON

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Synekdocha Budapeszt

Skumu śniła, że jest w podróży. Że oddala się od wszystkiego, co znane i bezpieczne, by uczyć się obcych smaków, zapachów, kształtów i przede wszystkim siebie. By w świecie bez granic przekroczyć kolejne granice i znów się sobą zadziwić. Bodźce, które przedarły się do półsnu ze świata zewnętrznego, zdawały się współgrać z jej wizją. Ale zbudził ją nie ryk silników dreamlinera i turbulencje, lecz drgawki zmurszałego składu PKP i chrapanie Lucka. Otworzyła oczy, spojrzała na siedzenia po drugiej stronie i wyłowiła jego sylwetkę oraz twarz z szaroburej poświaty. Zastygł w bezdechu z otwartymi ustami, po czym łyknął powietrza jak podduszony nurek amator i zarzęził. Przedział, przegrzany i niewietrzony od przesiadki w Katowicach, marynował się w oparach przetrawionej wódy. Stacją docelową nie była Dżakarta, Kinszasa czy Hawana, ale Budapeszt.

Lucek upierał się, że czekają ich zupełnie nowe doświadczenia. Bo czym, jeśli nie nowym doświadczeniem, był w czasach tanich lotów epicki rejs koleją przez ćwierć kontynentu? Tak jak spożywanie nasączonych olejem langoszy i absyntu, gdy na co dzień skala kończyła się na kanapce drwala w McDonaldzie i wściekłym psie w Przedwojennej. W programie wycieczki znalazło się też miejsce na zawieranie przyjaźni oraz przygodny stosunek seksualny – niby stały element wszelkich imprez, ale przecież każdorazowo unikatowy. Wyprawę miał zwieńczyć autentyczny happy end, czyli ślub i wesele Jamesa. I to w mateczniku odradzającej się ksenofobii. Nie było jego zdaniem lepszego miejsca, by ostentacyjnie cieszyć się życiem. A jeśli nawet, tym miejscem z pewnością nie był Wrocław, skąd oboje wyruszyli.

Może i brzmiało to romantycznie, ale nijak nie przekładało się na rzeczywistość. Która na jej oko wyglądała tak: doba niewygód drugiej klasy i dwa dni chlania – jeden w cuchnących spaloną słoniną i zwietrzałym piwem mordowniach, drugi w jakiejś podłej remizie – a potem kac. Nic nowego. Nuda jednego postsowieckiego kraju zastąpiona nudą drugiego, u ludzi ten sam smutek i kolor skóry. A do tego konfrontacja z Jamesem i nieuchronny nawrót uczuć. O swoje się nie obawiała, wiedziała, że się roztkliwi, jak zawsze podczas spotkań z byłymi kochankami, ale drżała na myśl, że kiedy ksiądz spyta go o plany wobec panny młodej, w Jamesie odżyje fascynacja Skumu i zrobi się zamieszanie. Żeby chociaż mogła się cieszyć pogodą, ale nie. Pierwszy weekend kwietnia 2012 niewiele się różnił od ostatniego weekendu grudnia 2011. Pociąg sunął w marznącym deszczu.

Westchnęła. Miała sobie za złe, że dała się namówić. Potrzebowała pocieszenia. A że o tej porze, na tej trasie i w tym towarzystwie nie mogła liczyć na nic ani na nikogo, postanowiła radzić sobie sama. Rozmasowała odrętwiałe ciało i powiodła wzrokiem od Lucka do ich współpasażera. Dosiadł się, gdy przekroczyli granicę ze Słowacją. Mógł być, kim tylko chciała. Kimś, kto czekał, by wysiadła z nim na pierwszej lepszej stacji. Rozparła się na siedzeniach, miała je na wyłączność po tej stronie przedziału. Obicia cuchnęły kurzem i zimną jajecznicą, a sprężyny wbijały się przez materiał w żebra i kręgosłup. Ale ważniejsze były dłonie nieznajomego. W półmroku silne i szorstkie, we wschodzącym słońcu lekko chuderlawe. Przyjrzała się ramionom, które przez sweter zyskały nieco na wymiarach. Twarzy nie widziała zbyt wyraźnie, mogła ją sobie dopowiedzieć. Byłoby mu dobrze z południową karnacją, wydatnymi kośćmi policzkowymi, mocną szczęką, wąskim rozstawem oczu i gęstym, kilkudniowym zarostem. Zamiast tego pamięć podsuwała jej obraz rzadkich kępek rozsianych po policzkach i szyi Lucka. Skupiła się więc na włosach nieznajomego, gęstych i mocnych. Mogłaby zanurzać w nich palce, nabierać garściami. Luckowi jednym pochopnym zaczesem odsłoniłaby różową skórę głowy. Usiłowała o nim nie myśleć, ale raz po raz zakłócał jej fantazję chrapaniem. Uspokoiła oddech i zaczęła od nowa. Liczyły się tylko usta nieznajomego, rozchylone do pocałunku. Oddech i zapach. Dłonie, buszujące pod jej bluzeczką. I brudne bokserki Lucka we wspólnym koszu na bieliznę. I koła, wystukujące rytm. I krople jego moczu na desce klozetowej. Słupy trakcyjne pojawiały się i znikały coraz szybciej. Lucek chrapał przeciągle, drętwiała jej ręka. Traciła nadzieję. Lecz gdy nieznajomy zamruczał miękko przez sen, uwolniła się wreszcie od natarczywych wspomnień bladych ud Lucka, jego flakowatych bicepsów i wróciła na właściwe tory. Stukot wzmagał się, pociąg przyspieszał, w przedziale robiło się coraz widniej i cieplej. I wtedy zmroziło ją syknięcie:

– Co, do kurwy, Skumu?!

Zamiast wyciągnąć dłoń z lekko rozpiętych dżinsów, zjechała nią wzdłuż uda i dla zmyłki powiodła okrężnie po skórze. Dopiero potem, rumiana i zdyszana, spojrzała na Lucka. Wpatrywał się w nią zza fałd przedziałowej firanki, którą przykrył część oparcia. Wciąż był do niego przyklejony policzkiem.

– No co znowu?! – odfuknęła.

– Jak to, co znowu? Wystarczy, że zamknę oczy, a ty już odstawiasz sodomę i gomorę – wyszeptał.

– Podrapać się człowiek nie może? – odszepnęła i na dowód niewinności zapięła rozporek.

– Może. Ale to nie znaczy, że powinien ulegać niższym instynktom w środkach transportu i w towarzystwie – pouczył ją i wskazał współpasażera.

– Ale jakim znowu instynktom? Ciebie nigdy nic nie swędzi?

– Nawet jeśli, to nie budzę ludzi jęczeniem i sapaniem – wysyczał.

 

– On spał, zanim zacząłeś robić mi awanturę. – Teraz ona wskazała współpasażera.

Lucek podźwignął się z siedzenia, podrapał w policzek, na którym odcisnęło się logo PKP, i spojrzał na chłopaka przekrwionymi oczami. Współpasażer spuścił wzrok i zaczął się bawić telefonem. Skumu skonstatowała ze smutkiem, że wyśniony chłopiec był o wiele ładniejszy.

– Być może, ale gdyby wiedział, co tu zaszło, byłby mi wdzięczny, że oszczędziłem mu udziału w tej niezręcznej historii z masturbacją – odparł wreszcie Lucek. Przeciągnął się i zmrużył oczy, by je chronić przed słońcem, które rozświetliło ostatnie mroczne zakamarki przedziału.

– A skąd wiesz? Może właśnie miałby ci za złe – odrzekła z urazą w głosie. Wiedziała, że daje się sprowokować, ale nienawidziła, kiedy kwestionował jej seksapil. Żałowała, że nieznajomy, który tymczasem odłożył telefon i niezrażony szeptami usiłował zasnąć, jest Słowakiem i że nie może się za nią wstawić, by dać odpór temu hipokrycie. Toczyła więc walkę w pojedynkę. – Ty nigdy o nikim nie fantazjujesz?

– Owszem, ale w zaciszu domowym. Cenię sobie intymność, komfort, sterylne warunki.

– No właśnie. A ja biorę, co dają, zamiast czekać na idealny nastrój, wysprzątany przedział i współpasażera, z którym będę mogła spędzić resztę życia.

– Chciałbym tak umieć, Skumu, naprawdę. Niestety, jestem niepoprawnym estetą. Nie zadowolę się niczym poślednim. A teraz przepraszam na moment. Idę rzygać.

Skumu odprowadziła go wzrokiem, gdy wytaczał się z przedziału na korytarz i ruszał z wysiłkiem, ale niezłomnie, ku tonącemu w fekaliach kiblowi na końcu wagonu. Współpasażer podniósł się tymczasem i jął w pośpiechu pakować, choć do Budapesztu mieli wciąż przynajmniej godzinę.

– Do widzenia – rzucił na odchodne doskonałą polszczyzną. Odmachała mu, zarumieniona, ale nieszczególnie zmartwiona. Nikomu przecież nie stała się krzywda. Poza tym była pewna, że w chwilach zwątpienia chłopak z wdzięcznością wspomni dziewczynę z pociągu, która dostrzegła w nim coś, czego nie dostrzegają inne. Czyli jego śniade, muskularne alter ego. O czym jednak nie musiał wiedzieć. Podobnie jak Lucek, który wrócił właśnie do przedziału. Spojrzał na miejsce, które zwolnił współpasażer, siadł ciężko i odgarnął z czoła posklejane wódczanym potem włosy.

– Ja jebię – zajęczał. – Znowu to sobie zrobiłem.

– Co?

– Popękały mi naczynka krwionośne na powiekach i pod oczami.

– O, faktycznie – zainteresowała się Skumu. – Wygląda, jakbyś miał makijaż.

– Ha, nie pomyślałem o tym w ten sposób. A kto wie, może właśnie tego transwestycznego niuansu potrzebowała moja uroda, żeby nabrać blasku. Czuję, że w końcu zarucham. – Uśmiechnął się ponuro, a ona rozpoznała w nim na moment mrukliwego, niespokojnego i raczej ładnego dzieciaka, z którym jeszcze siedem lat temu snuła się po korytarzach częstochowskiego kolegium nauczycielskiego. I posmutniała. Choć Lucek utrzymywał, że udało mu się wygrać z dorosłym życiem, Skumu była zdania, że przegrywał i to o kilka długości.

Sam zresztą obsesyjnie wypatrywał u siebie objawów starzenia i chorób nowotworowych. Spustoszeń, jakie czyniły rzednące z miesiąca na miesiąc włosy, erozji szyjek zębowych, bólu w trzewiach, krwi w kale. Klękał przy sedesie uzbrojony w gumową rękawiczkę i wyławiał resztki stolca. Gdy napotykał świadectwo rozkładu organizmu, donosił jej o tym z ponurą satysfakcją, jakby przyłapał śmierć na gorącym uczynku. Nie potrafiła mu pomóc. Nie było sensu tłumaczyć, że zaniedbuje życie, czając się na własny zgon. Wiedział, że ona na swej beztrosce wyjdzie lepiej. Nie panikowała na myśl, że miałaby się znaleźć na czyjejś łasce i niełasce w sytuacji zagrożenia życia, a on owszem. Czy chodziło o korektę przegrody nosowej, czy rutynowy przelot, jakich niegdyś zaliczał kilkadziesiąt rocznie. Bo przecież byłby bezradny, gdyby anestezjolog przestrzelił dawkę, a pilotowi drgnęła ręka. Sypiał więc fatalnie, a w dłuższe trasy wyprawiał się pociągiem. Znosił też inne upokorzenia, byleby odsunąć od siebie niebezpieczeństwo. Ale za to pił do porzygu. Jadł nie po to, żeby się najeść, ale nawpierdalać. Mógł nienawidzić swojej pracy, ale miał zacięcie stachanowca. Choć był najgorszy na boisku, schodził z niego, dopiero gdy łapały go skurcze. Jakby to był ostatni mecz, ostatnia szychta, ostatnia kanapka, ostatni łyk, ostatnia impreza.

I dlatego, kiedy przełączał się w tryb rozrywkowy, porywał tłumy. A raczej porywałby, gdyby ktoś poza nią i garstką wiernych wytrzymywał tempo. Owszem, uważała, że to niezdrowe, ale nie potrafiła mu tego wytknąć. W nic innego nie wierzył. A i w idei nieustających wakacji pokładał nadzieję, dopóki trwały. Wraz z końcem imprezy powracał lęk. Który udzielał się jej coraz bardziej.

– Mnie nie jest do śmiechu, Lucek – przyznała w końcu. – Zegar biologiczny tyka, dobijam trzydziestki. Mama w tym wieku prowadzała mnie po przydomowym ogrodzie. A ja nie mam ani ogrodu, ani dziecka, ani widoków na dziecko. Jeśli zaraz nie znajdę kogoś, z kim mogłabym je zrobić, urodzi się kalekie. I co wtedy? Oddam je? Tobie to dobrze, możesz płodzić potomstwo do późnej starości.

– Daj spokój. Najlepsze, co mogę zrobić dla swoich dzieci, to ich nie mieć – wysapał, po czym rozciągnął się na całej długości siedzeń po swojej stronie. – Wystarczy, że jestem półżywy ze strachu o siebie. Gdybym jeszcze miał się bać o nie, zniszczyłbym życie i sobie, i im. Robieniem dzieci powinni zajmować się ludzie bez wyobraźni lub głęboko religijni. Co na jedno wychodzi.

– Że niby ja?

– Poza tym jaką miałbym im sprzedać mądrość życiową? Że nic tak nie cieszy jak używki? Nauczony błędami Claire chybabym jednak...

– Kogo?

– Siostry Jamesa. Kojarzysz te zeszłoroczne zamieszki w Londynie? Jej córka miała w tym swój udział. Już nie pamiętam szczegółów, ale zdaje się, że przywłaszczyła sobie czyjeś mienie.

– Ale co to ma do używek?

– No bo zamiast pracować od dziewiątej do siedemnastej jak przykładna matka, Claire pół życia imprezowała, a drugie pół przesiedziała na mityngach AA i NA. I potem wmówiła Grace, swojej córce, że to pomysł na karierę jak każdy inny. Ale nie zauważyła, że dzisiejszy Londyn nie oferuje tych samych możliwości co w osiemdziesiątym dziewiątym. I kiedy Grace zrozumiała, że nie może liczyć ani na darmowe piguły, ani na fajne zasiłki, poczuła się oszukana i puściła miasto z dymem. No więc ja bym wolał nie mnożyć nieszczęść. Mamy jeszcze wino?

– Mamy. Tylko może poczekaj do południa chociaż? Cały się trzęsiesz – zauważyła, ale i tak sięgnęła do plecaka i wręczyła mu ledwo napoczęte białe wytrawne. Lucek wstrzymał się z polemiką, chwycił butelkę, odkorkował ją i jednym haustem wypił połowę zawartości. Odstawił wino na podłogę, osunął się na siedzenie i odpowiedział, wyraźnie zrelaksowany:

– Gdybym poczekał do południa, dopiero bym się trząsł. A tak oszczędzę sobie kaca. I po krótkiej drzemce do Budapesztu zawitam świeżutki, pijany w sam raz. Polecam. Później nie będzie czasu na sen, jeśli chcemy mieć co opowiadać wnukom. Które pewnie będziemy mieli wspólne – dodał i uśmiechnął się obleśnie.

– Pff – parsknęła i odwróciła się do okna. Przeżegnała się, gdy śmignął za nim kościół.

– Kiedy byłem mały i prosiłem matkę, żeby mi opowiedziała, jak wygląda zagranica, zawsze mówiła o Węgrzech. Kraju doskonałych win i cudownej kuchni, dostatnim i egzotycznym. W którym miasta są piękniejsze, samochody lepsze, a ludzie modni i szczęśliwi. – Lucek obrócił się na wznak i zamknął oczy. – I teraz my, Skumu, musimy w ten Budapeszt uwierzyć. Wystarczy się najebać i nie rozglądać na boki. To tylko dwa dni, ale jeśli się postaramy, za jakiś czas będą nam się zdawać dłuższe i piękniejsze, niż były naprawdę. Kiedy nadejdą smutne czasy, przyda się każde takie wspomnienie.

Skumu nie wiedziała, czy i jak powinna się odnieść. Na wszelki wypadek zaczęła układać w głowie odpowiedź. Według klucza rodzinno-podróżniczego. Milczenie Lucka mogło być zachętą.

– Ja, jak byłam mała, marzyłam o wielkiej miłości. Mama tłumaczyła, że wielka miłość jest wtedy, jak on nie pije, nie przeklina, chodzi do kościoła, umie naprawić, co się zepsuło, i zarabia godnie. Nie brzmiało to jakoś super, ale pomyślałam, że może nie musi. Potem w szóstej albo siódmej klasie przeczytałam Anię z Zielonego Wzgórza. Wszystkie tomy, jednym ciurkiem. Mama, kiedy ją spytałam o Anię, powiedziała, że to bajka. Ale ja wiedziałam swoje. Jak na dworze było ciepło, a lekcje już miałam odrobione, no i w wakacje, szłam za dom, rozkładałam koc w sadzie i pisałam romanse. One zawsze były o tym samym. Że ja leżę na kocu, jest ciepło i nagle przez Mstów przejeżdża nieznajomy na motorze albo na koniu. I mnie w tym sadzie zauważa, i porywa. Najlepiej na wyspę Księcia Edwarda, ale było mi wszystko jedno gdzie. Z Krakowa bym się cieszyła. Napisałam tych romansów mnóstwo. Pisałam je jeszcze w liceum. Skończyłam chyba w kolegium. Bo on, ten nieznajomy, się nie zjawiał. I zamiast czekać na niego we Mstowie, postanowiłam go odnaleźć.

Nie skomentował, chrapał. Odczekała kilkanaście bardzo długich minut i gdy miała pewność, że Lucek nie obudzi się za szybko, dokończyła to, co zaczęła jeszcze ze współpasażerem.

W górę schodów jadących w dół

Nie miał najmniejszej ochoty na zwietrzałe białe wytrawne, które stało niedopite na podłodze przedziału, ale kiedy pociąg toczył się po zachwaszczonych przedmieściach Budapesztu, uznał, że głupio byłoby je tak tu zostawiać. Zwłaszcza że drzemka przyniosła efekt odwrotny od oczekiwanego – stracił cały wigor sprzed zaledwie paru godzin, czuł, że już za chwilkę przyjdzie mu zapłacić skumulowany rachunek za wszystkie przepite i nieprzespane noce, które zaliczył w tym tygodniu. I że zaraz się zacznie – puls wzrośnie, świat zwróci się przeciw niemu, każdy ruch i dźwięk będzie zwiastował niebezpieczeństwo. Wolał więc dorzucić do ognia, zanim zupełnie przygaśnie i zrobi się naprawdę ponuro. Tym bardziej że nazajutrz, podczas ślubu i wesela Jamesa, miał zostać poddany o wiele cięższej próbie. Odczekał, aż Skumu i jej pękaty plecak przecisną się przez drzwi na korytarz i opróżnił butelkę jednym heroicznym haustem. Ukrył ją pod kanapą i zadowolony z siebie podążył za koleżanką, po czym stanął na węgierskiej ziemi.

Budynek dworca z pewnością robił wrażenie za panowania Franciszka Józefa, gdy wnętrze wypełniał wielojęzyczny gwar austro-węgierskiej burżuazji i było tu nieco schludniej. Teraz w Keleti rządziły jednak gołębie, cinkciarze i bezdomni, a język niemiecki zastąpiono kulawym angielskim spikerki. Ale Lucek, w przeciwieństwie do zdegustowanej Skumu, nie zaprzątał sobie głowy obskurną scenografią. Jego umysł pracował teraz w trybie awaryjnym i koncentrował się na wątku zasadniczym, ignorując poboczne. Odesłał ją więc do informacji po mapkę miasta i korzystając z jej nieobecności, postanowił sprawdzić, co oferują wielobranżowe kioski, od których roiło się w hali głównej. Tak jak podejrzewał, poza pamiątkami, gyrosem, prasą i papierosami oferowały alkohol. Nie chciał przesadzać, ale nie potrafił wybrać między winem różowym i czerwonym, a jeszcze w ostatniej chwili zauważył unicum, do którego miał słabość.

– I po co ci to wszystko, Lucek? – spytała z wyrzutem Skumu, kiedy sięgał po portfel. – Po drodze będzie pewnie miliard monopolek, a poza tym i tak nie zdążysz tego wypić.

– Muszę zdążyć – odparł zestresowany, bo to nie były dwumiesięczne wakacje, nie mógł sobie pozwolić na trzy dni bezalkoholowej aklimatyzacji. Ale miała rację, lepiej się było zaopatrzyć w specjalistycznych sklepach. Westchnął, odłożył unicum i zostawił sobie dwa wina.

– Pff – odparła na jego propozycję spaceru do hostelu. Dlatego prosto z budynku skierowali się ku przyległej, nieco podtopionej pętli autobusowej i umościli w starodawnym, nieogrzewanym ikarusie, czekając, aż łaskawie odjedzie. Lucek odwrócił wzrok od brudnych fasad kamienic majaczących za oknem i łyknął różowego, żeby odegnać wspomnienie jesieni 1998 w Częstochowie i dojazdów do liceum. Zmitygował się i poczęstował Skumu, ale nie była zainteresowana. Jej negatywne nastawienie nie pomagało mu się zrelaksować. A przecież musiał wznieść się na wyżyny luzactwa i spokojności, jeśli miał zrobić piorunujące wrażenie na ludziach, którzy nie widzieli go od lat lub tylko o nim słyszeli. W tym właśnie celu włożył tyle serca w przygotowania. Kupił najdroższy garnitur, jaki dojrzał w częstochowskim salonie Pierre’a Cardina, choć matka doradzała mu tańszy i dwa rozmiary większy. Miesiąc przed weselem zaczął grać w piłkę nożną, jeść i spać regularnie, odstawił alkohol, ale po tygodniu dał sobie spokój, bo przecież dopiero co umarł mu ojciec, ciągle gnojono go w pracy, no i w najbliższym sąsiedztwie mieszkania, które wraz ze Skumu wynajmował we Wrocławiu, miał jakieś pięć tysięcy barów, klubów i sklepów monopolowych. W tych warunkach nie dało się dbać o linię i cerę.

 

Postanowił za to skupić się na zaangażowaniu atrakcyjnej fizycznie osoby towarzyszącej. Kandydatek szukał wśród zjawiskowych bywalczyń Przedwojennej, Niskich Łąk i Puzzli, a kiedy okazało się, że żadna ot tak nie wsiądzie w nocny pociąg z nieznajomym, zaczął namawiać na tę wyprawę najbliższe koleżanki. Potem wszystkie pozostałe. Wesele weselem, ale Budapeszt nie działał na wyobraźnię tak jak Dubaj czy Nowy Jork. Dlatego Skumu również odmówiła, gdy zwrócił się do niej w akcie desperacji.

Wawer za to zgodził się od razu. Co prawda, jego znajomość z Luckiem ograniczała się jak dotąd do sobotniej halówki i paru domówek, poza tym wyjeżdżał właśnie do Serbii, by spędzić semestr na uniwersytecie w Nowym Sadzie, ale nie miał nic lepszego do roboty w ten konkretny kwietniowy weekend, a z Serbii do Węgier było niedaleko i niedrogo. Lucek z kolei doszedł do wniosku, że towarzystwo Skumu byłoby równoznaczne z przyznaniem się do porażki w życiu osobistym, natomiast z Wawrem u boku jawiłby się w oczach Jamesa i reszty jako znudzony konwencjami libertyn. Niestety, na trzy dni przed ślubem Wawer poinformował go drogą mejlową o perypetiach na uczelni, które stawiały pod znakiem zapytania jego udział w imprezie. Musiał odwołać się od decyzji rektora i przekonać go, że rozpocząłby zajęcia na uczelni w terminie, gdyby nie wmówił sobie, że semestr zaczyna się miesiąc później. Lucek odpisał, żeby się nie kłopotał Budapesztem i życzył mu powodzenia, po czym ukorzył się przed Skumu. Błagał ją, by puściła w niepamięć obelgi, jakimi ją obrzucił, gdy zaangażował Wawra, i by wskoczyła na jego miejsce. Musiał zobowiązać się do zapłaty za jej przejazd i nocleg, nim łaskawie się zgodziła.

– Lucek! – wrzasnęła, potrząsając nim gwałtownie.

Uznała najwyraźniej i nie bez racji, że inaczej prześpi ich przystanek. Zerwał się ze skajowego siedzenia, narzucił plecak i zszedł po schodkach ikarusa na chodnik. Nie rozglądał się po drodze do hostelu, nie słuchał zbyt uważnie złorzeczeń Skumu, doszedł do siebie, akurat gdy regulowała opłatę za nocleg, zgodnie z umową, jego pieniędzmi. Ale zaraz uświadomił sobie, że zostawił napoczęte różowe w autobusie. Musiał zmienić się na twarzy, bo recepcjonista, który dotąd zerkał na niego podejrzliwie, wzdrygnął się wyraźnie. Należało stawić czoło faktom – prewencyjne dawki alkoholu nie działały, Lucek wciąż był półżywy ze strachu i zmęczenia. Powlókł się za Skumu do ich pokoju, rozmyślając nad zmianą strategii i odnotowując z obowiązku, że wśród obecnych w salonie gości pożywiało się parę Japonek. Siadł ciężko na dolnej pryczy łóżka piętrowego, powiódł wzrokiem po pościeli i posadzce, po czym zwrócił się ku Skumu. Dobierała się właśnie do puszki z konserwą turystyczną.

– Chcesz się myć pierwsza?

– Myć? – Uniosła głowę znad konserwy i spojrzała na niego podejrzliwie. – Ale niby czemu?

Lucek machnął ręką i jął przetrząsać bagaż w poszukiwaniu świeżej bielizny. Mógł się spodziewać, że noc spędzona na nieczyszczonej od dekad kanapie w zapleśniałym przedziale to za mało, by Skumu zaczęła odczuwać dyskomfort i rozważać prysznic. W lipcu zeszłego roku na Islandii przez dwa tygodnie zadowalała się przecież myciem chusteczkami nawilżanymi dla niemowląt, po tym jak nabawiła się reakcji alergicznej na tamtejszą kranówkę, a Birtir dał się przekonać, że na braku kontaktu z wodą zyska intensywność jej feromonów. Lucek nie wątpił, że rzeczywiście zyskała i dlatego miał nadzieję, że tutejsza kranówka jednak przypadnie jej do gustu. Tymczasem wziął się w garść, powlókł do łazienki, umył i wrócił do pokoju. Skumu właśnie wychodziła.

– Pointegruję się – odpowiedziała na pytanie, którego nie zdążył zadać.

– Tylko skończ się integrować przed... – Zerknął na zegar ścienny w salonie i dodał: – Południem. Ja się chwilę zdrzemnę, bo chyba dopadł mnie jet lag.

Spojrzała na niego z błyskiem w oku, jak pies spuszczony ze smyczy, po czym obróciła się i ruszyła ku najbliższej kanapie, łamać męskie serca.

*

Kiedy odliczał dni do wyjazdu, nie robił tego z radością. I to nie ze względu na Budapeszt, jak Skumu, ale wizję spotkania z panem młodym. Ostatni raz widział Jamesa wiosną 2011 roku we Wrocławiu i tamta wizyta, choć powinna była wzmocnić ich przyjaźń po latach rozłąki i wzajemnych pretensji, jeszcze ją nadwątliła. A przynajmniej tak widział to Lucek, bo z perspektywy Jamesa wakacje w Polsce – pierwsze, odkąd Lucek porzucił Londyn i magazyn przeładunkowy, w którym obaj pracowali – udały się zapewne nad wyraz. Wrocław musiał mu się jawić rajem. Miasto całe było zielone i serdeczne, maj gorący, zapasy piwa i wódki niewyczerpane, zachody słońca na Wyspie Słodowej oszałamiające, wieczory w knajpach pod nasypem kolejowym doskonale powtarzalne, domówki tak długie, że płynnie przechodziły w śniadania. Znajomi Lucka byli atrakcyjni, mieli świetny angielski i rozeznanie w brytyjskiej kulturze popularnej. A nienormowany czas pracy, którym Lucek tłumaczył się z nadmiaru wolnych godzin, musiał dowodzić słuszności obranej przez niego drogi. Być może James doszedł do wniosku, że Luckowi jednak się udało – że zamiast iść w jego ślady i unikać porażek, nie podejmując walki, zamiast rezygnować z ambicji i oświecenia szukać w małych radościach, jego polski przyjaciel jednak dopiął swego i wzbił się ponad przeciętność. Ale Lucek był już wtedy na tyle samoświadomy, by znać prawdę o swoim położeniu i tym usilniej ją przed Jamesem maskować.

Kiedy w sierpniu 2008 roku przenosił się na stałe z Londynu do Wrocławia, miał klarowny plan na życie w tym mieście. Pierwsze pół roku zamierzał spędzić na nauce – podpatrywać radiowców, grać za darmo lub półdarmo w Niskich Łąkach, a przez resztę czasu ćwiczyć przejścia między numerami, układać setlisty, eksperymentować z oprogramowaniem i wreszcie z winylami. Drugie pół roku miało się wiązać z profesjonalizacją – zaczęto by mu płacić za audycje i granie w klubach oraz kojarzyć jako ewangelistę, niezłomnego propagatora brytyjskości. Rok 2011 to byłyby żniwa – bookingi w kraju i Europie, własne pasma w Radiu Wrocław i Ram, bujne życie towarzyskie, lokata oszczędnościowa w banku. James, wciąż zatrudniony w magazynie, cieszyłby się jego szczęściem, może nawet odrobinę by mu zazdrościł.

Gdy jednak spotkali się właśnie tego roku, Lucek nie miał odwagi przyznać, że polski splendor był wielką inscenizacją. Że nadmiar wolnego czasu to eufemizm na bezrobocie, że za audycje nikt mu nie płaci, bo to część stażu, radio jest studenckie, a liczba słuchaczy oscyluje wokół dziesięciu, podobnie jak imprezowiczów, kiedy gra w Niskich Łąkach. Z empetrójek, bo poległ w starciu z profesjonalnym oprogramowaniem i sprzętem. Wódkę i piwo kupował więc Jamesowi za pożyczone pieniądze, a atencję swoich kolegów i koleżanek zapewnił mu, majstrując nieco przy jego biografii, kiedy go zapowiadał. Naopowiadał im, jak to James współtworzył londyńską scenę muzyczną lat osiemdziesiątych, jak przewinął się przez legendarne zespoły typu Lush i Stereolab, by wraz z nadejściem ery rave’u i darmowych narkotyków porzucić gitary i tańczyć, póki trwało drugie lato miłości. Co do pewnego stopnia się zgadzało, ale w jego życiorysie dałoby się znaleźć i takie informacje, które nieco ostudziłyby zapał, z jakim go oczekiwano. Czternaście lat spędzonych w magazynie na przekładaniu towaru z miejsca na miejsce, brak słuchu muzycznego, nienawiść do książek, złe maniery. Lucek nic o tym nie wspominał, bo nie chciał psuć zabawy. Ale kiedy wizyta Jamesa, zwieńczona krótkim, acz intensywnym romansem ze Skumu, dobiegła końca, nie mógł dłużej udawać, że jego plan na życie da się jeszcze zrealizować.

Rezygnował z bezstresowego życia londyńskiego magazyniera w imię spraw pięknych i wzniosłych, a nie po to, żeby gnić w biurze i żyć w stresie. Ale kiedy kilka tygodni po wizycie Jamesa dziewczyna kolegi nagrała Luckowi rozmowę kwalifikacyjną w agencji reklamowej, a w oczy zajrzał mu głód, uznał, że woli przez osiem godzin dziennie siedzieć przed komputerem w wyprasowanej koszuli i trzaskać tabelki w excelu niż wrócić do Londynu z podkulonym ogonem. I stawił się na rozmowę, i dostał etat. Sprzeniewierzył się jednak ideałom, które zaszczepił mu James – zamiast doić system, dał mu się złamać. Żeby chociaż mógł powiedzieć, że odnalazł się w zwykłym życiu, a do tego robi dzikie pieniądze. Ale nie, zawiódł oczekiwania – własne, bo okazał się przeciętny, i Jamesa, bo do tego był potulny. Dlatego Lucek nie słał kolejnych zaproszeń z Wrocławia, nie przyjmował zaproszeń do Londynu i liczył, że zanim znów się zobaczą, uwolni się od sytuacji, w której tkwił. Ale zaproszenie na ślub i wesele zastało go zestresowanego i smutnego, z ręką na kserokopiarce. Zaakceptował je, lecz gdy tylko słodka mgiełka upojenia alkoholowego rzedła, zamartwiał się konfrontacją z przyjacielem.

Dlatego uważał, by zanadto nie trzeźwieć. A że wciąż był rozstrojony nerwowo, postanowił się chwilkę przespać, obudzić we wspaniałym nastroju, przebrać w najlepsze ciuchy, natrzeć antyperspirantem i christianem diorem, nałożyć na włosy tonę gumy i je optycznie zagęścić, łyknąć wina na rozgrzewkę i opuścić pokoik, by na dobry początek zjednać sobie względy tych dwóch Japonek, które wcześniej przyuważył. Tak, wyjdą na miasto i ono będzie ich. A potem wrócą i hostel też będzie ich. A nazajutrz przywita się z Jamesem i resztą, złoży jemu i pannie młodej najszczersze życzenia, po czym stanie się dla nich jasne, że to już nie ten sam Lucek co kiedyś, że Enfield to już dla niego zamknięty rozdział. Teraz ma swój garnitur, sukces i Japonki, prawie trzydzieści lat, a nie dwadzieścia dwa. Koniec z...

*

Wierzgnął odruchowo, odtrącił rękę napastnika, uchylił się przed kolejnym ciosem i skulił pod ścianą, zanim jeszcze otworzył oczy i ujrzał nad sobą okrągłe i chmurne oblicze Skumu.