Obsesja LydiiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Obsesja Lydii
Obsesja Lydii
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Obsesja Lydii
Obsesja Lydii
Audiobook
Czyta Ewa Abart, Michał Lesień-Głowacki, Róża Cieślińska-Dziekiewicz
32,90  24,02 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wpadniesz w sobotę? Obiecaj, że wpadniesz. Około trzeciej, dobra? Chcę zobaczyć wyraz twojej twarzy, kiedy otworzysz pudełko, nie mogę się już doczekać.

Więc obiecałam, nie robiąc sobie nadziei, że dotrzyma słowa, ale i nie przeczuwając, że już nigdy więcej jej nie zobaczę.

– Jasne – odparłam. – Zabiorę Dessiego.

Annie spochmurniała. Początkowo dobrze się ze sobą dogadywali, chociaż Dessie uważał, że Annie jest trochę rozhukana. Nie podobało mu się, że się upijała i, podobnie jak tata, nie chciał, żebym spędzała z nią zbyt dużo czasu. Kiedy zdradziłam mu, że była w ciąży i dwa lata spędziła u Świętego Józefa, jego nastawienie momentalnie się pogorszyło.

– To jedna z tych zdzir? – spytał. – Wie przynajmniej, kto jest ojcem?

Jego reakcja napełniła mnie odrazą. Wiele tygodni całkowicie go ignorowałam i nie rozmawiałam z nim w pracy, ale się nie poddał i w końcu przekonał mnie do siebie ponownie za pomocą bukietu kwiatów i pisemnych przeprosin. Przyznał, że nie powinien był wyzywać Annie od zdzir. Ale skoro myślał tak o niej on, chłopak w gruncie rzeczy dobry i miły, myśleli tak wszyscy inni. Potem czuł się już nieswojo w jej towarzystwie, a Annie nie była głupia.

– Co mu jest? – spytała mnie kiedyś U Wikinga. – Zawsze się gdzieś spieszy i ucieka.

– Po prostu nie lubi tej knajpy – odparłam zgodnie z prawdą.

Pub U Wikinga był niebezpieczną speluną w na wpół wymarłej dzielnicy miasta. Kręcili się tam nastoletni wąchacze kleju. Dessie często narzekał, że musimy się tam spotykać z Annie, ale ona była niewolnicą własnych przyzwyczajeń. „Pełno tam pijaków”, mówił, lecz zauważyłam, że to samo można powiedzieć o większości irlandzkich pubów. Annie cieszyła się U Wikinga dużą popularnością i należała do najmłodszych stałych bywalców. Późnym wieczorem zaczynało się wspólne śpiewanie i mocno wstawiona wykrzykiwała Do Ya Think I’m Sexy albo I Will Survive. Dessie tego nie znosił. „Robi z siebie widowisko”, mówił i choć czasem się z nim zgadzałam, Annie przynajmniej nie fałszowała i pamiętała słowa piosenek. Dobrze się bawiła i nie zamierzałam jej przeszkadzać.

W sobotę postanowiłam pójść do niej sama. Bynajmniej nie zaskoczyło mnie, że jej nie zastałam. Wieczorem zadzwoniłam i dziewczyna, która odebrała telefon w korytarzu, powiedziała, że przekaże jej wiadomość.

W niedzielę Annie nie przyszła na obiad do rodziców. Obiad po mszy o wpół do pierwszej był jedynym rodzinnym rytuałem, jakiego przestrzegaliśmy, i siostra zwykle nie zawodziła.

– Mamo, dzwoniła do ciebie? – spytałam. – Powiedziała, że nie przyjdzie?

– Nie dzwoniła, ta łachmytka nigdy nie dzwoni – odparł tata, który poczytał jej niestosowne zachowanie za osobistą zniewagę.

Próbowałam to bagatelizować.

– Może się przeziębiła. Widziałam się z nią w czwartek i w mieszkaniu było lodowato.

– Nie włączyła grzejnika?

– Włączyła, ale kiedy pali, zawsze otwiera okno.

– To od ciebie nauczyła się palić – powiedziała do taty mama.

– Zapewniam cię, Pauline, że jest to jedyna rzecz, jakiej się ode mnie nauczyła – odrzekł ojciec.

Zmieniłam temat, pytając go, czy wybiera się w czwartek na wyścigi chartów.

Nazajutrz, w poniedziałek, poszłam do niej znowu, tym razem z Dessiem, i znowu jej nie zastałam, ale złapałam na korytarzu inną dziewczynę, która właśnie wychodziła; dom był piętrowy i mieścił trzy kawalerki ze wspólną łazienką. Spytałam, czy widziała Annie.

– Ostatni raz chyba w czwartek albo piątek – odparła. – Myślałam, że wyjechała. Zwykle budzi mnie jej radio.

Pierwszy raz trochę się zaniepokoiłam. Annie nigdzie by nie wyjechała bez uprzedzenia. Zresztą dokąd miałaby wyjechać?

– Była z facetem? – spytał Dessie, ale przymknął się, gdy przeszyłam go wzrokiem.

Zwykle kontaktowałyśmy się dwa, trzy razy w tygodniu, lecz nadeszła środa, a ona wciąż nie dawała znaku życia. Wpadłam do mamy, ale do niej też się nie odezwała.

– Wspominała o jakimś wyjeździe? – spytałam.

– Nie, ani słowem. Dziwne.

Z piekarni wrócił tata.

– Pewnie znów się gdzieś napruła – mruknął. – Wróci.

– Nigdy dotąd na tak długo nie znikała. To już prawie tydzień.

– Kiedy widziałaś ją ostatni raz?

– W czwartek. Prosiła, żebym wpadła do niej w sobotę. Obiecała, że będzie. – Nie powiedziałam im o zestawie do malowania. Nie było sensu.

– Obiecała, co? – powtórzył zgryźliwie tata.

Annie wciąż się nie odzywała i w piątek wiedzieliśmy już, że coś jest nie tak. Poszłam z tatą do jej kawalerki, tymczasem Musia obdzwoniła jej znajomych i skontaktowała się z kilkoma dziewczynami, z którymi Annie kiedyś pracowała. Jedna z sąsiadek Annie powiedziała, że nie ma jej już od tygodnia. Wtedy zadzwoniliśmy z korytarza do właściciela domu i po pewnym czasie przyszedł wielki spocony mężczyzna z dużym nosem, który narzekając, że przeszkadzamy mu po szóstej wieczorem, wyjął wielgachny pęk kluczy i wpuścił nas do mieszkania. W środku było czyściutko jak w pudełeczku, ale wszystkie ubrania, jakie u niej widziałam, wisiały i leżały w szafie, wszystkie z wyjątkiem szarej kurtki w jodełkę, wełnianej sukienki bez rękawów, którą dostała od Musi na urodziny, i fioletowych kozaczków. Nie chciałam grzebać w jej rzeczach, lecz wystarczyło jedno spojrzenie, by się przekonać, że Annie nigdzie nie wyjechała. Pod komodą wciąż stała jej torba podróżna. A w zlewie kubek z pleśnią na dnie.

– Nigdy by go tak nie zostawiła – powiedziałam. – Może na kilka godzin, ale ten stoi tu od wielu dni.

– W przyszłym tygodniu powinna mi zapłacić za czynsz – odezwał się właściciel. – Nie chcę być stratny.

– Zamknij się pan! – ryknął tata, a ja biłam mu w duchu brawo, bo pierwszy raz od długiego czasu stanął w obronie starszej córki.

Właściciel kazał nam wyjść i zagroził, że jeśli do końca przyszłego tygodnia nie dostanie pieniędzy, wystawi jej rzeczy za próg.

Kiedy wróciliśmy z tymi wiadomościami do domu, mama załamała ręce. Znajomi nie widzieli Annie od ponad tygodnia. Poza tym okazało się, że nie zgłosiła się do sprzątania w dwóch lokalach w centrum miasta, co samo w sobie by nas nie zmartwiło, gdyby nie brak kontaktu z siostrą. W końcu moja dzielna Musia poszła po zmroku do Wikinga. Wszyscy stali bywalcy znali Annie, jednak oni też nie widzieli jej od ponad tygodnia.

– Myślicie, że znowu wpadła i pojechała do Świętego Józefa? – spytał z troską tata.

– Nigdy by tam nie wróciła – odparłam. Nigdy w życiu. Na pewno. – Mama się ze mną zgodziła. – A nawet gdyby zaszła w ciążę, dlaczego miałaby wyjeżdżać bez ubrań albo torby?

– Dzwonię na policję – oznajmił tata.

Był piątek 21 listopada 1980 roku.

3

LAURENCE

Wyraźnie słyszałem, jak to mówi.

– W weekend z czternastym listopada? Chwileczkę, niech pomyślę... Zaraz pomyślę i... Tak, już pamiętam: byłem tu z żoną. Dlaczego pan pyta?

– Przez cały weekend? Nie wychodził pan z domu?

– Cóż, wróciłem z pracy w piątek około szóstej i nie, nie wychodziłem.

Ojciec kłamał.

– Byliście państwo sami? Tylko pan i pańska żona? Nie było nikogo innego?

– W tamten piątek syn wyszedł z domu, ale chyba wrócił przed północą. O co właściwie chodzi?

– Panie sędzio, otóż... Otóż przez kilka miesięcy przed domem zaginionej kobiety widywano pewien... samochód. Taki sam jak... jak pański, panie sędzio. Starego jaguara.

Policjant mówił nerwowym głosem, niemal służalczym. „Panie sędzio” – za często to powtarzał. Było oczywiste, że na posterunku zrobiono losowanie, wyciągnął krótką słomkę i musiał przesłuchać ojca. Ojca albo sędziego Fitzsimonsa, jak od niedawna go nazywano.

– Można spytać o pańskie nazwisko? – Nie widziałem go, ale słyszałem, z jaką wyższością o to poprosił, z wyższością i nowym dla mnie dziwnym drżeniem głosu. Choć stali tuż za progiem, drzwi były uchylone tylko trochę, więc musiałem wytężać słuch.

– Mooney, panie sędzio. Przepraszam, że o to pytam, ale...

– Jaki ma pan stopień, panie Mooney? – Ojciec znacząco przeciągnął głoskę „u”.

– Jestem detektywem, panie sędzio.

– Rozumiem. Zatem nie detektywem sierżantem ani detektywem inspektorem?

Znałem ten ton. Tata potrafił być niemiły dla obcych. Potrafił traktować ich lekceważąco, a nawet wyjść z siebie. Czasem wzbudzał we mnie lęk. Nie wiem, czy celowo. Po prostu wzbudzał.

Matka przyglądała mi się podejrzliwie z drugiego końca stołu.

– To piąty ziemniak? Szybko, bo ojciec zobaczy.

Chyba piąty, nie liczyłem.

Matka wstała, mamrocząc pod nosem coś o przeciągu. Zamknęła drzwi, włączyła radio i fałszując, zaczęła nucić piosenkę, którą akurat puszczali. Nic nie powiedziałem, lecz nie słyszałem teraz toczącej się przed domem rozmowy.

Ojciec celowo skłamał policjantowi. Przyznaję, bardzo mnie to zaskoczyło. Pytano go, co robił niemal dwa tygodnie temu. Pamiętam ten piątkowy wieczór bardzo dobrze, bo ja też miałem przygodę. I też skłamałem. Powiedziałem rodzicom, że idę z kumplami do kina, podczas gdy tak naprawdę traciłem wtedy dziewictwo z Helen d’Arcy, która mieszkała w Foxrock Park ledwie dwadzieścia minut od naszego domu.

Nie zamierzałem uprawiać z nią seksu na pierwszej prawdziwej randce. Nie podobała mi się fizycznie. Miała bardzo ładne, jedwabiste blond włosy, ale była za szeroka, a jednocześnie za chuda. Jej nienaturalnie duża twarz sterczała na wierzchołku cienkiej szyi. W porównaniu z jej skórą moja była nieskazitelna, może dlatego, że naciągnięta.

Poszedłem do niej, bo po prostu mnie zaprosiła. Rzadko kiedy ktoś mnie zapraszał.

 

Dogoniła mnie, gdy kilka tygodni wcześniej wracałem ze szkoły. Jak zwykle padało. Szkoła, Instytut dla Chłopców imienia Świętego Marcina, była straszna. Zacząłem do niej chodzić w styczniu, gdy rodzice przenieśli mnie po aferze z Przeklętym Paddym Careyem. Robiłem wszystko, żeby nie dowiedzieli się, jak bardzo mnie tam prześladują, zawsze ta sama grupa czterech czy pięciu chłopaków, góra mięśni i zero intelektu. Przez pierwszy miesiąc rzadko napastowali mnie fizycznie, ale kradziono mi na przykład książki albo wypisywano na nich obrzydliwe słowa, a raz zwinięto mi lunch i zastąpiono go czymś zbyt odrażającym, by o tym wspominać.

Helen chodziła do płatnej szkoły trochę bliżej miasta, ale mieszkała niedaleko naszej. Podsłuchałem, co gadają o niej chłopaki z klasy, i poczułem, że coś nas łączy, bo moi dręczyciele pogardzali nią tak samo jak mną.

Usłyszałem ją, zanim zobaczyłem.

– Jak ci na imię? – zawołała.

Odwróciłem się. Jej szkolna spódnica, zrobiona z jakiegoś włochatego, miejscami zupełnie wyłysiałego materiału, miała z jednej strony naderwany zakład, a bluza – przetarty kołnierzyk.

– Laurence – odparłem. – Fitzsimons.

– A tak. Słyszałam o tobie. Dlaczego nazywają cię Hipciem? Moim zdaniem wyglądasz normalnie.

Od razu poczułem do niej sympatię.

– Bo jestem normalny. Oni mnie po prostu nie lubią.

– A kto by się, kurwa, przejmował, kogo lubią, a kogo nie? Mieszkasz przy Brennanstown Road? Kiedyś cię tam widziałam.

Mieszkałem na końcu ulicy, w Avalonie, dużym domu z ładnie utrzymanym ogrodem, lecz nie byłem pewny, czy powinienem jej to zdradzić. Ale wyglądało na to, że jest jej wszystko jedno, czy odpowiem na pytanie, czy nie. Szliśmy przed siebie w przyjacielskiej atmosferze. Gdy mijaliśmy Trisha’s Café, zaproponowała, żebym postawił jej colę. Zawahałem się.

– Dobra, to ja ci postawię – oznajmiła i pchnęła przeszklone drzwi.

Postąpiłbym nieuprzejmie, gdybym za nią nie wszedł. Niestety, moi prześladowcy już tam byli; siedzieli przy ladzie.

– Kwik-kwik! – zakwiczał jeden w naszą stronę.

– Głupi chuj – rzuciła Helen. – Nie zwracaj na nich uwagi.

W Avalonie bardzo rzadko padały wulgarne słowa, a tu proszę: w ciągu tych samych pięciu minut usłyszałem jedną „kurwę” i jednego „chuja”. W dodatku od dziewczyny. Ja też czasem przeklinam, ale nigdy na głos.

Helen podeszła spokojnie do lady i wróciła z dwiema colami.

Pchnąłem w jej stronę dwie dziesięciopensówki.

– Nie musisz – powiedziała. – Zapłaciłam, ale to wcale nie znaczy, że masz mnie zaprosić na randkę.

Zaprosić na randkę?

– Nie, zapłacę, tak będzie fair.

– Dobra.

Zapadła cisza, bo piliśmy colę przez cienkie słomki. A potem Helen powiedziała:

– Jesteś gruby, ale gdybyś trochę schudł, byłbyś całkiem przystojny.

Moja tusza nie była dla mnie nowiną. Matka twierdziła, że to tylko „tłuszczyk dziecięcy” i wkrótce zniknie, ale miałem już siedemnaście lat. Ojciec mówił, że za dużo jem. Ważyłem ponad dziewięćdziesiąt pięć kilo. Nie zawsze byłem gruby, ale od roku, odkąd zmieniłem szkołę, przestałem panować nad swoimi nawykami żywieniowymi. Im bardziej się denerwowałem i czułem nieszczęśliwy, tym większy miałem apetyt. Kocham jeść, głównie tuczące rzeczy. Ale pierwszy raz ktoś inny niż rodzice powiedział, że jestem gruby, bez cienia odrazy na twarzy.

– Masz ładne włosy – powiedziałem, rewanżując się za komplement.

Helen bardzo się ucieszyła.

– Ja też uwielbiam jeść. Jem pewnie więcej niż ty. – Nie miała pojęcia, ile potrafiłem wrąbać. – Gdybyś pożyczył mi dwadzieścia kilo, oboje mielibyśmy idealną wagę.

Potem spotkaliśmy się kilka razy. Na zmianę stawialiśmy sobie colę. Pewnego dnia Helen spytała:

– Chcesz przyjść do mnie jutro wieczorem?

– Po co?

– Na przykład po to, żeby mnie odwiedzić? Dobrze zacząć weekend? – Powiedziała to tak, jakby zapraszanie chłopaka do domu uważała za coś zupełnie normalnego. – Mama upiekła fantastyczne ciasto i jeśli nikt go nie zje, wyląduje na śmietniku.

Znaliśmy się ledwie od kilku tygodni, a ona już wiedziała, jak mnie skusić. Umówiliśmy się po szkole i zapisałem jej adres na wewnętrznej stronie okładki notesu.

W domu starałem się być swobodny i wesoły.

– Jutro nie będzie mnie na kolacji, idę z kumplami do kina – zełgałem z największą nonszalancją, na jaką było mnie stać. I wbiłem wzrok w zeszyt.

Tata natychmiast się ożywił: był zachwycony.

– To wspaniale, naprawdę wspaniale. Z kumplami, hę? Na co idziecie? Grają nowe Gwiezdne wojny, prawda?

Byliśmy na tym filmie całą rodziną, tata, mama i ja. Tacie i mnie się podobały, ale mama zatykała uszy podczas wybuchów i podskakiwała przy każdym brzęku krzyżujących się mieczów świetlnych. Potem zaklinała się, że już nigdy więcej nie pójdzie do kina.

– Na Garbie jedzie do Rio – rzuciłem odważnie, nie zwracając uwagi na to, że spod kołnierzyka wypełza mi na szyję czerwony rumieniec.

– Aha – mruknął ojciec, nieco zaskoczony i zbity z tropu. – Cóż, świetnie. Dobrze jest pójść gdzieś z kolegami, prawda? – Spojrzał znacząco na matkę, bez wątpienia zadowolony, że w końcu mam znajomych, ale mama w skupieniu kroiła dla mnie kawałek sernika. Trąciłem ją lekko w rękę, żeby ukroiła większy. Westchnęła, pokręciła głową i ukroiła, ale tata natychmiast zainterweniował.

– Ja ten wezmę. Daj mu mniejszy. – Nic nie uchodziło jego uwagi. – Tylko wróć przed północą – dodał.

– Przed północą? – wykrzyknęła matka. – Nie wiemy nawet, z kim...

– Dość, Lydio. – Tata zamknął temat.

Przed północą. Ja cię kręcę! Byłem zaskoczony. Nigdy dotąd nie wyznaczano mi godziny powrotu do domu. Nie było takiej potrzeby, ale północ? Tata miał hojny gest, wielkie dzięki! Sęk w tym, że teraz już nie było odwrotu – musiałem pójść na randkę z Helen. Bo nie miałem wątpliwości, że jest to prawdziwa randka. Za niecałe dwadzieścia cztery godziny. Nie mogłem się już doczekać, a jednocześnie byłem przerażony.

Przygotowania do pierwszej randki to skomplikowana rzecz. Dowiedziałem się tego z okładki czasopisma „Jackie” w kiosku. Obejmowały dziesięć kroków. Dwóch się domyśliłem: świeży oddech i kwiaty.

Po namyśle uznałem, że chociaż dla dziewczyny może być ich dziesięć, dla chłopaka wystarczą jedynie dwa. Nikt nie miał świeższego oddechu ode mnie. Po wyjściu z kawiarni kupiłem nową szczoteczkę do zębów i Euthymol, antybakteryjną pastę, która omal nie wyżarła mi ust. Pomyślałem, że skoro aż tak mnie bolą, musi być skuteczna.

Kwiaty. Był listopad. Ale w szklarni ojca kwitły ładne różowe i białe goździki, więc późnym wieczorem, podczas gdy rodzice oglądali wiadomości, zrobiłem mały nalot. Owinąłem łodygi folią aluminiową i ostrożnie ułożyłem kwiaty na książkach w torbie.

Tego brzemiennego w skutki piątku ojciec dał mi po śniadaniu dwa funty i życzył dobrej zabawy. Pieniądze były wtedy wielkim problemem w naszym domu. Rok wcześniej księgowy taty, Przeklęty Paddy Carey (był to jedyny wulgaryzm, jaki słyszałem z ust ojca), zwiał z naszymi pieniędzmi. Tata dostał szału. Zakazał nam komukolwiek o tym mówić. Księgowy był jego bliskim przyjacielem, a przynajmniej ojciec tak uważał. Obsługiwał najwyżej postawionych klientów, których dokumentnie oskubał, i historia trafiła do mediów. Nasze nazwisko jak dotąd nie padło, ale tata przeżywał wielki stres; umierał ze wstydu, że Przeklęty Paddy Carey zrobił z niego głupca i że nie może już zapewnić matce życia na poziomie, do jakiego przywykła. Mieliśmy za sobą cały rok krzyków, trzaskania drzwiami i ciągnących się bez końca rozmów o zaciskaniu pasa. Dlatego to, że bez proszenia dostałem od niego dwa funty, bardzo mnie zaskoczyło. Mogłem teraz kupić kwiaty w kwiaciarni, ale pomyślałem, że skoro już je mam, po co marnować forsę? Nie wiedziałem, na co powinienem je wydać.

Zanim zabrzmiał ostatni dzwonek, omal się nie pochorowałem ze zdenerwowania. Emocjonujące było już samo to, że zmianie ulegnie piątkowa rutyna: praca domowa, kolacja, samotne oglądanie Bonanzy i Diuków Hazzardu, a dziennika i talk-show w towarzystwie mamy, potem przekąska i spać. W piątki tata wychodził zwykle na kolację i drinka z kolegami. Mama nie lubiła udzielać się towarzysko i zawsze zostawała w domu. Ale ponieważ ja też miałem wyjść, ojciec zrobił z tego wielkie halo i oznajmił, że spędzi wieczór w domu, z matką. Prawdziwe powody tej decyzji zrozumiałem dużo później, gdy do naszych drzwi zapukał policjant. Wtedy oznaczało to dla mnie tylko tyle, że nie mogę odwołać randki z Helen. Musiałbym się za bardzo tłumaczyć i nie zniósłbym tego, że ojciec jest zawiedziony.

W końcu stanąłem przed drzwiami jej domu. Mieszkała na osiedlu ze wspólnym zieleńcem. Zastanawiałem się, jak to jest, widzieć codziennie wychodzących i wracających sąsiadów. Na zawiasach majtała się apatycznie obłażąca z farby biała furtka. Ojciec nigdy by nie dopuścił do tego, żeby Avalon popadł w ruinę; chociaż nasza sytuacja finansowa uległa pogorszeniu, wszystko to, co się zepsuło albo zniszczyło, było natychmiast naprawiane lub wymieniane. Zawsze bardzo dbał o zachowanie pozorów. Doszedłem do wniosku, że rodzina Helen jest niechlujna. Nie mieli długiego podjazdu i działki, tak jak my, tylko mały ogródek przed domem i wyżwirowane miejsce parkingowe. Ale samochodu na nim nie było.

Kiedy otworzyła drzwi, przeżyłem wstrząs. Oboje niedawno wyszliśmy ze szkoły, tymczasem ona zdążyła już się przebrać, zakręcić włosy (proste, jedwabiste – były jedyną rzeczą, jaka mi się w niej podobała) i się umalować. Usta pociągnęła ciemnofioletową szminką, którą pobrudziła zęby. Pewnie chciała wyglądać jak Sandy z Grease, ale ponieważ miała chude nogi i włożyła zbyt luźne czarne skóropodobne dżinsy, nie osiągnęła zamierzonego efektu. Wyglądała jak dorosła kobieta, więc natychmiast znalazłem się w niekorzystnej sytuacji, bo nie miałem najmniejszych wątpliwości, że w obcisłej szkolnej marynarce wciąż wyglądam jak uczniak.

– Prze... przepraszam – wyjąkałem. – Nie zdążyłem się przebrać.

Ale ona bardzo się ucieszyła na mój widok.

– Właź! – Cóż za wylewność. Martwiła się, że nie przyjdę?

W domu cuchnęło dymem papierosowym i roiło się od kwiecistych wzorów. Były na wykładzinie, zasłonach, tapicerce, matach stołowych, dywanach, poduszkach, tapetach, dosłownie na każdej rzeczy. Poczułem się jak w ogrodzie botanicznym. I wszędzie widniały nabazgrane czymś słowa, nawet na ścianach i lustrach. Na każdym stole, stoliku i krześle leżały sterty papieru i wszelkiego rodzaju książki.

– A tak, moja mama jest poetką – wyjaśniła Helen. – Poszła na jakąś imprezę, a moi młodsi bracia nocują u ciotki Grace, więc mamy chatę tylko dla siebie.

Sprzedała mi tę informację swobodnie, lecz znacząco: w domu nie ma nikogo, kto mógłby udaremnić to, co miało zaraz nastąpić. Sądząc po sposobie jej zachowania, w grę wchodziło co najmniej całowanie.

– Twój tata jest w pracy? – spytałem nie bez iskierki nadziei.

– Tata? Nie widziałam go od lat.

Zastanawiałem się, kiedy zacznie się całowanie.

– Teraz zjemy kolację. Mam pizze. Ale są małe. Ile chcesz? – Wyjęła z lodówki celofanową torebkę pełną zamrożonych krążków. Miałem ochotę na cztery. Nie, na pięć.

– Dwie poproszę. – Zdawałem sobie sprawę, że mój apetyt jest dla niektórych źródłem rozbawienia, i pamiętałem o cieście jej matki, choć trochę niepokoiło mnie to, że nigdzie go nie widzę.

– Zjedz trzy. Są bardzo małe.

Gdy rozerwała zębami torebkę, polubiłem ją jeszcze bardziej.

– Lubisz dżin? – spytała.

– Mama pozwala ci pić?

– Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Zrobiła nam drinka. Przypomniałem sobie o goździkach w torbie, którą zostawiłem przy drzwiach. Chciałem je wręczyć zaraz po przyjściu i uznałem, że najbardziej odpowiednia chwila już minęła. Skoro mieliśmy pić, a potem się całować, kwiaty nie były już konieczne.

Drinka, dżin z tonikiem, wypiłem jednym haustem. Skrzywiłem się, bo miał ostry smak. Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego rodzice zawsze sączą drinki z alkoholem. Mimo to wypiłem jeszcze dwa, jednego po drugim.

Kolacja upłynęła w dość miłej atmosferze, choć zjadłem cztery pizze, zostawiając Helen tylko jedną. Pamiętam, że spytałem ją o ciasto matki i z trudem ukryłem rozczarowanie, kiedy podała mi malutki kawałek zwykłego ciasta biszkoptowego na talerzyku w kwiatki. Potem dolała nam dżinu, więc kiedy zaczęło się całowanie, byłem bardzo zadowolony. Centymetr po centymetrze przysunęliśmy się do siebie na sofie w saloniku. Pogłaskała mnie po udzie. Nie wiem, kto zaczął, lecz nagle w ruch poszły zęby i języki, było też dużo ssania i siorbania.

 

Przyznaję, że szybko się podnieciłem. Helen od razu to zauważyła i zaproponowała, żebyśmy przeszli do sypialni. Drgnąłem. SEKS? Tego nie planowałem. Oczywiście majtki miałem czyste (mama bardzo tego pilnowała), ale seks to nagość, a nawet po pijanemu nie miałem ochoty pokazywać nikomu moich zwałów tłuszczu. W szkole też nigdy ich nie pokazywałem. Mam słabe kolana i pismem matki regularnie podrabiałem zwolnienia z wuefu. Kolana byłyby w porządku, gdyby nie musiały dźwigać takiego ciężaru.

Po kolejnym szybkim drinku weszliśmy na schody. Kilka razy się potknąłem i nagle uznałem, że fajnie by było przeskoczyć parę ostatnich stopni. W tym momencie oboje ryczeliśmy ze śmiechu, więc kiedy się przewróciłem i skręciłem lewą kostkę, zrobiło się jeszcze zabawniej. Trochę mnie bolało, bo rozciąłem skórę na kostce, lecz się tym nie przejąłem. Zastanawiałem się tylko, jak Helen wytłumaczy się z krwi na schodach, ale powiedziała, że matka pewnie niczego nie zauważy. Pani d’Arcy bardzo mnie ciekawiła.

W końcu weszliśmy do sypialni.

– Rano zmieniłam pościel – powiedziała Helen, rozpinając koszulę. Odwróciłem się, żeby zapewnić jej trochę prywatności, lecz po chwili zdałem sobie sprawę, że to głupie i odwróciłem się ponownie. Stała przede mną w samych majtkach z motywem rakiety tenisowej widocznym na biodrze. Grała w tenisa? Gdy byliśmy na dole, nie miałem odwagi pomacać jej piersi. Wiedziałem, że jest chuda i nie miałem zbyt wielkich nadziei, ale spodziewałem się, że jakieś piersi ma. Bo ubrana na pewno miała. Więc gdzie się podziały? Moje były dużo większe. Natychmiast mi opadł. Zalała mnie fala gorąca i naszły mnie mdłości.

– Wskakuj!

Helen leżała pod kocem z rękami pod głową.

– Nie ma miejsca – zauważyłem zgodnie z prawdą.

– Będziesz na górze, więc się zmieścimy – odparła apodyktycznie. – Tylko musisz się rozebrać. – Zrobiła pauzę. – To, że jesteś gruby, naprawdę mi nie przeszkadza.

Było mi wszystko jedno. Chciałem tylko mieć to z głowy. Część po części, zrzuciłem szkolny mundurek, ale biorąc z niej przykład, nie zdejmowałem majtek. Potem, rozbierając się do naga, oboje zaczęliśmy niestosownie sapać i jęczeć, w końcu, spocony jak mysz, spróbowałem trafić do odpowiedniego korytarza, ale Helen wzięła sprawy w swoje ręce – dosłownie – i szybko skierowała mnie tam, gdzie trzeba. Przez pierwsze trzy minuty było fantastycznie, ale potem omal nie zwymiotowałem. Próbowałem myśleć o Farze Fawcett, lecz nie pomogło. Nie chcę wchodzić w szczegóły. Wystarczy powiedzieć, że mi się nie podobało. Było niewygodnie, paskudnie, a dla mnie upokarzająco, dlatego ucieszyłem się, kiedy Helen powiedziała, że ma dość. Ciążą nie musieliśmy się przejmować.

– Nie robiłeś tego przedtem? – spytała.

– Nie.

– Ja też nie.

Byłem zaskoczony. Jej wyznanie trochę mnie pocieszyło.

Pożegnaliśmy się dość niezręcznie.

– Nikomu nie powiesz, prawda? – spytała lękliwie, kiedy leżeliśmy w łóżku po seksie. Mnie też to trapiło.

W poszukiwaniu majtek poszperałem w nogach łóżka, przygniatając ją i przyszczypując mikroskopijne ilości ciała na jej szkielecie. Skrzywiła się z bólu.

– Nigdy – odparłem trochę zbyt stanowczo. W końcu niezdarnie wstałem i stwierdziłem, że bardzo boli mnie kostka.

– Lepiej już idź. Mama zaraz wróci. – Stało się oczywiste, że oboje chcemy skończyć to spotkanie.

– Kostka mi spuchła. – Włożyłem elastyczne spodnie, rozpaczliwie wciągając brzuch.

– Skąd wiesz?

Pomyślałem, że przesadziła. I to kto? Moja potencjalna dziewczyna.

Po drodze zwymiotowałem w żywopłot. Zegarek wskazywał pięć po jedenastej i kuśtykając przez podjazd, wiedziałem, że czeka mnie przesłuchanie. Kłamstwa o Garbie jedzie do Rio i o „kumplach” wydawały się teraz beznadziejne. Nie spodziewałem się wcześniej, że będę musiał tłumaczyć się ze śladów wymiocin na spodniach i skręconej kostki.

Ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłem, że drzwi garażu są szeroko otwarte, a na podjeździe nie ma samochodu, co oznaczało, że ojciec jednak wyszedł.

W domu było cicho i ciemno. Mama musiała już spać i trochę mi ulżyło. Rozebrałem się w pralni, ubranie i pozostałe ciuchy z kosza wepchnąłem do pralki, wstąpiłem do kuchni, wypiłem całą szklankę wody, a potem, najciszej jak umiałem, wszedłem na górę, przekradłem się pod drzwiami sypialni rodziców i wpełzłem na łóżko.

Odbyłem stosunek seksualny i leżąc, zastanawiałem się, jak mam się teraz czuć. Myślałem, że będę czuł się jak prawdziwy mężczyzna, władczo i jurnie, tymczasem byłem rozdrażniony, miałem nudności i chciało mi się płakać. Może przez ten dżin. Dżinu też nigdy nie piłem.

Tak czy inaczej, właśnie to robiłem w piątek 14 listopada 1980 roku, w dniu, kiedy mój ojciec zamordował Annie Doyle.