Herbaciana dziewczynaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Następnie Pan Huang sięga do kieszeni i wyciąga z niej pudełeczko, a z niego – dwie wykałaczki. Podaje jedną synowi, po czym obaj wydobywają z imbryka herbaciane liście, rozciągają je na podłodze i studiują z uwagą niczym A-ma czyraki lub miejsce po ukąszeniu owada u któregoś ze swoich pacjentów.

– Spójrz, synu. Zaparzone liście powróciły do pierwotnego stanu, są mięsiste i sprężyste. Właśnie to chcieliśmy zobaczyć. – Potem podnoszą po jednym liściu i zaczynają je żuć! – To naprawdę niezła surowa herbata – obwieszcza. – Ja jednak nadal czekam na możliwość skosztowania waszej zestarzałej herbaty.

– Zestarzałej? – upewnia się A-ba, gdy kończę tłumaczyć.

– Osobiście posiadam cegiełki herbaciane, które liczą sobie trzydzieści lat, ale istnieją też znacznie starsze. To prawdziwe antyki, lecz nadal są żywe.

– Kto by coś takiego pił? – pyta ojciec, nawet nie próbując ukryć rozbawienia.

Bracia śmieją się otwarcie z tępoty obcego.

– My zbieramy liście – odzywa się ośmielony Pierwszy Brat. – Część przerabiamy na własny użytek, po trzech dniach można je już parzyć. Gdyby coś nam zostało, po pół roku nakarmilibyśmy tymi liśćmi świnie. One się nie nadają.

– Pu-erh. Pu-erh. Pu-erh – powtarza Pan Huang, jakbyśmy mieli cudem pojąć, o co mu chodzi. – Ponay? Może to słyszeliście? To pu-erh po kantońsku. Nie? Ano nie.

Łysy chłopczyk rzuca ojcu zaniepokojone spojrzenie. Przybysz wciąga głowę w ramiona, wysuwa podbródek i spogląda w moją stronę.

– Naprawdę chcesz mi powiedzieć, że nie postarzacie herbaty? Jak to możliwe? Przebyłem długą drogę, by odnaleźć kolebkę pu-erhu. To tutaj, zapewniam was!

Niewzruszony wybuchem obcego ruma drapie się po brodzie i głośno beka.

Pan Huang wyciąga ramiona i robi dłońmi gest, jakby wymazywał wszystko, co wydarzyło się do tej pory. Zamyka oczy, bierze głęboki wdech i rozluźnia barki. Kiedy znowu otwiera oczy, widać w nich jakieś postanowienie.

– Młoda damo.

– Tak?

– Zamierzam opowiedzieć ci pewną historię – oznajmia zupełnie innym tonem. – Chciałbym, żebyś przekazała ją ojcu i pozostałym z szacunkiem. Rozumiesz? – Bierze syna na kolana i rozpoczyna opowieść: – Przez wieki karawany liczące po tysiąc mężczyzn transportowały pakunki pełne herbacianych cegiełek. Każdy z tragarzy niósł ładunek o wadze stu pięćdziesięciu kilogramów: ciężar co najmniej dwukrotnie większy od masy ciała mężczyzny! Karawany wędrowały lądem z północy na zachód przez półtora tysiąca kilometrów, Drogą Herbacianego Konia, aż do Tybetu...

– Znamy Drogę Herbacianego Konia – Pierwszy Brat przerywa mój przekład. – Moja żona pochodzi z Yiwu, skąd wyruszały karawany...

– Mierzyły się z deszczem, upałem, mrozem i wilgocią – ciągnie Pan Huang, niezrażony. – Wszystkie te czynniki wpływały na herbatę. Zaczynała ona fermentować. Starzała się sama z siebie. W Tybecie kupcy wymieniali cegiełki sfermentowanej herbaty na rumaki bojowe.

– My...

– Herbatę transportowano również inną drogą, na południe, do Kantonu i Hongkongu – kontynuuje przybysz. – Miasta te znane są z wilgoci i gorąca. Cegiełki składowano w zawilgoconych piwnicach, gdzie również fermentowały. W Hongkongu jadamy w restauracjach dim sum, przepyszne pierożki o wyjątkowo bogatym smaku. Do tego lubimy napić się pu-erhu, czy też, jak go określają kantończycy, ponay, który pomaga rozpuścić olej i tłuszcz. – Chichocze, a ja zastanawiam się nad tymi tajemniczymi „restauracjami”. – Chiny były przez długi czas odcięte od świata. To oznacza, że herbata starzała się w piwnicach przez całe dekady. Chodzimy do określonych restauracji, żeby napić się konkretnej herbaty, ponieważ każda piwnica jest inna. Na smak herbaty podawanej w jakiejś restauracji wpłynęło wszystko: klimat, światło, opakowanie, nawet rzeczy, które przechowywano w tym samym pomieszczeniu. Teraz już rozumiecie?

– Chyba tak – odpowiadam za wszystkich.

– Z czasem ta herbata nabierała wartości. Dla nas to skarb.

– To skarb – wyjaśniam najważniejszym mężczyznom naszej wioski, którzy w milczeniu rozważają ten koncept.

Pan Huang zerka po kolei na twarze zgromadzonych.

– To nie alkohol, ale powinniście o niej myśleć w kategoriach francuskich win. – Nawet nie próbuję tego przekładać. Co by to dało? – Jak wiecie, za trzy lata Hongkong zostanie zwrócony Chinom kontynentalnym. „Jeden kraj, dwa systemy” – przytacza nazwę doktryny. – Brzmi nieźle, ale czy powinniśmy w to wierzyć? Wielu Hongkończyków opuszcza terytorium i zabiera ze sobą swój pu-erh na Tajwan, do Stanów Zjednoczonych albo do Kanady. Inni wyprzedają zapasy pu-erhu, żeby sfinansować przeprowadzkę. Największym nabywcą jest Tajwan.

Świat zewnętrzny musi być bardzo dziwnym miejscem.

– Wydaje mi się, że pozostaje nam tylko jedno do zrobienia – kontynuuje. – Nigdy nie słyszeliście o herbacie pu-erh, ale macie drzewa herbaciane. Jesteście ubodzy i... nieświadomi. A ja mam kapitał i dostęp do rynku. – Daje mi bardzo mało czasu na tłumaczenie. – Sezon zbiorów zaczyna się jutro, o ile dobrze mnie poinformowano. Będziecie pracować dla mnie, zamiast sprzedawać liście na własną rękę. Musimy podjąć próbę odtworzenia zestarzałego pu-erhu. Żadnych pestycydów, wszystko w zgodzie z naturą i tradycyjnymi metodami. Do was przyjechałem w pierwszej kolejności. Do wioski Źródlana Studnia. Ta nazwa mnie przyciągnęła. Proponuję waszej rodzinie i wiosce wielkie możliwości.

A-ma nie odzywała się, odkąd mężczyzna wszedł do naszego domu. Gdy przekładam jego słowa, matka mnie szturcha.

– Powiedz mu, żeby pojechał raczej do Yiwu. Mieszka tam mistrz herbaty, teraz już starszy człowiek. On pamięta dawne sposoby przetwarzania herbaty. A po liście powinien się udać do Laobanzhangu. Ich drzewa są prastare...

– Zamknij się, kobieto! – przerywa jej A-ba. – Niech kupi liście od nas. Trzeci Syn ma stare drzewa, możemy też pójść w góry i zbierać liście z drzew dziko rosnących. I z...

– Nie waż się tego powiedzieć! – odparowuje A-ma.

– Mamy drzewa Dziewczyny. Muszą się na coś przydać.

– Nigdy! – Oczy matki płoną.

Okazywanie gniewu zdarza się wśród Akhów tak rzadko, że ojciec i pozostali mężczyźni są jej wybuchem kompletnie zbici z tropu. Obcy zdaje się natomiast wyczuwać kłopoty, chociaż nie rozumie wymiany zdań.

– Ile zarabiacie teraz na kilogramie świeżych liści? – pyta.

Zamiast tłumaczyć, sama podaję cenę, znacznie wyższą niż rzeczywista.

– Szesnaście juanów – odpowiadam.

To czterokrotnie więcej, niż dostajemy w punkcie skupu. Ogromna suma, jeżeli wziąć pod uwagę, że każde z nas jest w stanie codziennie zebrać od dziesięciu do dwudziestu kilogramów liści.

– Zapłacę wam... – Wpatruje się we mnie z niezrozumiałym napięciem. – ...dwadzieścia juanów za kilogram idealnych liści ze starych drzew.

To nawet więcej, niż powiedziałam! Dlaczego miałby to zrobić?

Pan Huang postukuje w podłogę knykciami. Czy, jak nakazuje obyczaj, prosi w ten sposób o więcej herbaty, czy też niecierpliwie czeka na odpowiedź?

– Za tę cenę skupię wszystkie wasze liście, żeby zrobić z nich pu-erh – dodaje z naciskiem. – Razem ocalimy pu-erh dla świata.

Posłusznie tłumaczę.

– Nasza wioska panu pomoże – oznajmia wódz.

Przekładam jego zgodę na mandaryński. Chłopczyk klaszcze w dłonie. A-ma nagle wychodzi. Ja zostaję, żeby pomóc w dalszych ustaleniach. Pan Huang pojedzie do Yiwu, żeby znaleźć mistrza herbaty, o którym wspomniała matka. W poszukiwaniu starych drzew wyprawi się także w góry, a nawet do Laobanzhangu. Będzie przyjeżdżał codziennie, żeby kontrolować nasze zbiory. Chce także, żebyśmy sami pili herbatę z liści dziko rosnących drzew, aby upewnić się, że nie są trujące ani nie wchłonęły nieprzyjemnego smaku z rosnących w pobliżu roślin. Nie wiem, czy zdaje sobie sprawę, o co prosi i jak niebezpieczne może się to okazać. Ojciec i pozostali są jednak przekonani, że warto zaryzykować.

Odprowadzamy Pana Huanga i jego syna do bramy duchów. Kiedy zgrzytanie samochodu terenowego cichnie w lesie, wracamy do wioski. Matka czeka na mnie u szczytu schodów wiodących do kobiecej części domu.

– Trzymaj się z dala od tego obcego! – przykazuje. – Zabraniam ci się z nim spotykać!

– Ale jak mam to zrobić, A-mo? A-ba i pozostali mężczyźni oczekują mojej pomocy. Tylko ja mogę tłumaczyć.

Matka zaciska pięści i nie mówi nic więcej.

*

Życie w Źródlanej Studni zmienia się w ciągu jednej nocy. Porzucamy nasze zwykłe zajęcia. Owszem, nadal wstajemy wcześnie i wyruszamy w góry, ale nie zmierzamy już ku herbacianym tarasom i sadom z ogłowionymi drzewami. Teraz przeczesujemy wzgórza, pełzamy jak mrówki wśród skał i zarośli w poszukiwaniu dziko rosnących drzew herbacianych. Nawet najstarsi mieszkańcy wioski podciągają się zwinnie z gałęzi na gałąź, żeby zrywać najmłodsze pączki, tak jak A-ma nauczyła mnie wspinać się na drzewo matkę.

Ktoś musiał opowiedzieć Panu Huangowi o moim zagajniku lub o specjalnej herbacie matki, ponieważ przybysz codziennie zagaduje:

– Kiedy zabierzesz mnie do swoich drzew herbacianych, młoda damo?

– Słyszałem, że twoje drzewa są najstarsze.

– Ludzie mówią, że twoja matka robi najlepsze lekarstwa na całej górze. Powiedz mi, skąd się biorą? Z twoich drzew?

A-ma wie o jego naleganiach i nie pozwala mi dać mu nawet jednego listka.

Nie mam czasu tęsknić za San-pą, lecz stale o nim pamiętam. Nie mam czasu dla Ci-teh, ale widuję ją tu i ówdzie. Posyłam jej uśmiech, a ona do mnie macha. Czasami Pan Huang chce ją o coś poprosić, a ja muszę przekładać, jakby była jedną z wieśniaczek, a nie moją najlepszą przyjaciółką. Nie mam okazji, żeby się wytłumaczyć, ponieważ ciągle towarzyszę Panu Huangowi. Rankami jest przy nim synek, który tak szybko podłapuje słówka i wyrażenia z języka Akhów, że chyba już wkrótce jego ojciec nie będzie potrzebował mojej pomocy. Popołudniami chłopiec odpoczywa w części kobiecej naszego domu. (Matka nie interesuje się Panem Huangiem, ale bardzo polubiła Xianronga. Parzy mu herbatę i przygarnia go, gdy chłopczyk potrzebuje drzemki lub chwili odpoczynku od ojcowskiej obsesji. „Wszyscy Akhowie kochają swoich synów – zauważa A-ma. – Ale ten człowiek byłby gotów za niego zabić”). W wiosce pojawił się też nowy przybysz: mistrz herbaty z Yiwu, którego poleciła Panu Huangowi matka, nie biorąc pod uwagę, że mógłby ściągnąć go na miejsce. Mistrz Wu jest prawie ślepy, ale chyba zna się na swoim fachu.

 

Pan Huang i Mistrz Wu sprawdzają kosze wszystkich rodzin przy wejściu do wioski. Czasami ludzie przynoszą liście, które pochodzą podobno z osiemsetletnich drzew. Niekiedy to prawda, najczęściej jednak nie. Niektórzy zarzekają się, że ich liście wyrosły w całkowicie naturalnym środowisku. I znowu: część – tak, większość jednak – nie. To zadziwiające, że Pan Huang potrafi przejrzeć każde kłamstwo i fałszywą deklarację.

Następny etap to więdnięcie.

– Żeby łamliwe łodyżki zmiękły – wyjaśnia Pan Huang – a liście i pączki nabrały sprężystości.

Potem nadchodzi czas na „zabicie zieleni”. Nad ogniskami przed naszymi domami zawisły woki. Ktoś podsyca ogień, ktoś inny miesza liście. To bardzo ciężka praca; rodziny uwijają się w upale do późnej nocy. Następnie liście przekłada się do płaskich koszyków i ugniata. To jeszcze większa harówka. Kolejnego ranka liście są gotowe na kąpiel słoneczną.

– Żeby wchłonęły aromat ciała niebieskiego – objaśnia nam Pan Huang.

Większość rodzin uznaje, że płaska przestrzeń przed ich domami świetnie się do tego nadaje. Tyle że wyłożone liście natychmiast przyciągają psy, koty, kury i świnie, które zaczynają w nich grzebać, drapać, skrobać i nie wiadomo, co jeszcze. Inni lekceważą wymóg dostępu światła słonecznego i rozkładają maty w domach, gdzie dorośli jedzą, spółkują i palą fajkę, a dzieci dłubią w nosie, ślinią się i smarkają. Po trzech dniach z każdej z dwudziestokilogramowych porcji świeżych liści zostaje pięć kilogramów czegoś, co Pan Huang nazywa maocha – surowej herbaty z liści drzew. Czas na najgorszą katorgę: sortowanie. Biorą w nim udział wszystkie kobiety i dziewczęta ze Źródlanej Studni. Siadają grupkami wokół wielkich wyplatanych tac i oglądają każdy listek – po jednym! – żeby usunąć te pożółkłe lub niedoskonałe.

W tym momencie do akcji wkraczają Pan Huang i Mistrz Wu. Dzielą herbatę na dwie części, które zostaną poddane obróbce osobno, żeby uzyskać dwie próbne partie. Pierwsza część przechodzi naturalną fermentację. Najlepsze liście owija się gazą, zabezpiecza charakterystycznym węzłem, gotuje na parze i przyciska ciężkim kamieniem, aż zawiniątko stanie się płaskie i okrągłe. Tak uzyskane płytki umieszcza się na stojaku do wyschnięcia. Po upływie jednego dnia płytki owija się pojedynczo w papier, na którym odbiliśmy wzory techniką drzeworytu. Następnie związuje się je po siedem, żeby herbata zachowała aromat, ale mogła oddychać. Można ją teraz zmagazynować, żeby fermentowała naturalnie.

Pan Huang walczy o coś, o czym żadne z nas nigdy nie słyszało: o huigan, czyli „posmak w ustach” lub „powracający smak”.

– Kiedy herbata dostaje się do ust, powinna być gorzkawa. Potem pojawia się orzeźwiająca, miętowa nuta, która utrzymuje się na brzegach języka i otwiera klatkę piersiową. Na koniec w gardle pozostaje charakterystyczny posmak – wyjaśnia. – Liczę na konkretne smaki i aromaty: storczyka, lotosu, kamfory, moreli lub wiśni.

Czas pokaże, czy to się uda.

Druga metoda polega na eksperymentowaniu ze sztuczną fermentacją.

– Nie mamy tyle czasu, żeby czekać, aż nasza herbata naturalnie dojrzeje – oznajmia Pan Huang. – Ale mam na to sposób. Sztuczną fermentację wynaleziono niemal dwadzieścia lat temu w Kunmingu. Użyjemy tych technik, a nawet rozwiniemy własne, żeby uzyskać idealny pu-erh.

Jest niezmiennie pełen entuzjazmu, rezultaty okazują się jednak fatalne. Układamy wysuszone na słońcu liście w dużych stosach, spryskujemy je wodą i przykrywamy całość płachtami materiału. Od czasu do czasu zdejmujemy płachty, przerzucamy herbatę, spryskujemy ją wodą i zakrywamy z powrotem. Co za smród! Jak butwiejące leśne poszycie. Co jakiś czas Pan Huang i Mistrz Wu parzą herbatę z jednej ze stert. Nie są usatysfakcjonowani. Pan Huang określa napój jako „zbyt ziemisty”; tę obelgę znamy aż za dobrze. Część stosów śmierdzi jak łajno bawołu. Inne są stęchłe i cuchnące jak pachy męskiej tuniki w szczycie pory monsunowej. Mamy nawet pożar jednego z kopców!

Wyśrubowanym standardom może sprostać tylko woda z naszego źródła, potrzebna Panu Huangowi do parzenia herbaty.

– Woda źródlana sama w sobie pozbawiona jest smaku – objaśnia.

– Jakże fortunnie – odpowiada A-ba. Wiem, że oznacza to: Przyjmujemy wszystko, co powie obcy, dopóki sięga do portfela.

Nasza woda jest do przyjęcia, ale musimy nauczyć się ją podgrzewać! Pan Huang cytuje nam Księgę Herbaty, której autorem był – jak wyjaśnia – żyjący w VIII wieku Lu Yu, „największy mistrz herbaty, jakiego poznał świat”. Przybysz instruuje nas, na co powinniśmy uważać.

– Najpierw wrzątek powinien wydawać tylko cichutkie odgłosy i mieć wygląd rybich oczu. Na kolejnym etapie woda ma przybrać wygląd pereł nanizanych na sznurek i bulgotać u brzegów naczynia jak źródełko. Wrzątek osiąga właściwą fazę, gdy burzy się i wzbiera niczym ocean, a przy tym wydaje dźwięki jak fale uderzające o brzeg...

I tak niczego nas nie nauczył, bo cóż możemy wiedzieć o perłach, oceanach i falach?

Pan Huang opowiada o związkach herbaty z taoizmem i buddyzmem. Ach, jak on potrafi mówić o hua, taoistycznej koncepcji, którą wprost uwielbia. Oznacza ona coś w rodzaju „przemiany”. Przybysz odnosi ją do wytwarzania pu-erhu w tym sensie, że ściągające właściwości surowej herbaty podlegają przemianie – „metamorfozie”, entuzjazmuje się – w procesie fermentacji i starzenia.

– Widzisz? Złe zamienia się w dobre! – Wierzy, że herbata może znacznie przedłużyć życie, chociaż mieszkańcy naszej wioski nie dożywają sędziwego wieku. – Herbata przypomina nam, żebyśmy zwolnili tempo i uwolnili się spod presji nowoczesności – stwierdza, jakby zapomniał, gdzie jest i z kim rozmawia.

Mimo wszystko muszę przyznać, że miło jest być potrzebną. Przyjemnie jest czuć się kimś ważnym. Tyle że Pan Huang bezustannie nagabuje mnie o ukryty zagajnik.

– Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo go potrzebuję. Dobrze ci zapłacę, młoda damo. Zapłacę ci więcej, niż mogłabyś zamarzyć. Nie chciałabyś dokądś pojechać? A może kogoś poślubić?

Jest nieustępliwy jak termit, a jego pytania budzą we mnie niepokój. Doświadczam sprzecznych uczuć. Nocami leżę bezsennie i myślę o San-pie i o tym, co moglibyśmy mieć za garść liści z drzewa matki. Nie wiedziałabym, gdzie go szukać, ponieważ nie wiem, dokąd dokładnie poszedł. Własne pieniądze pomogłyby nam jednak zacząć nowe życie po jego powrocie, a potem mogłabym opłacić nimi czesne. Za dnia muszę towarzyszyć Panu Huangowi, nie mogę się więc wymknąć, choćbym chciała. A gdybym to zrobiła i A-ma dowiedziałaby się o wszystkim? Konsekwencje byłyby niewyobrażalne.

Koniec końców, jestem tylko dziewczyną i moje marzenia o przyszłości okazują się silniejsze od zasad Akhów. Człowiek może w jednej chwili zmienić całe swoje życie! Któregoś dnia Pan Huang wyjeżdża do Menghaiu po zapasy, a matka nastawia złamaną kość w innej wiosce. Pod ich nieobecność wędruję do mojego zagajnika. Wspinam się na drzewo matkę i zrywam liście na jedną płytkę. Kiedy Pan Huang wraca i jesteśmy sami, sprzedaję mu liście. Płaci mi o wiele więcej, niż są warte, ze słowami:

– Bardzo dziękuję za twoją pomoc. Zobaczmy, co uda nam się osiągnąć.

W ciągu następnych trzech dni każdego popołudnia zabiera mnie do wioski po drugiej stronie góry, gdzie mogę – jak to ujmuje – przetwarzać herbatę na osobności. Obserwuje wszystkie moje poczynania zachłannymi oczami tygrysa. Kiedy płytka jest gotowa, ukrywa ją w bagażniku samochodu terenowego. Wierzę, że nikt nie wie, co zrobiłam.

*

Po trzech miesiącach Pan Huang podejmuje decyzję o zniszczeniu całego zapasu herbaty sfermentowanej metodą eksperymentalną. Zbyt wiele stworzeń zadomowiło się w cuchnących pryzmach; są tam robaki, czerwie i przedziwnie zabarwione porosty, które w naturalnym środowisku na pewno odstraszyłyby każdego z nas. Tych śmieci nie chcą jeść kury, kaczki, woły ani bawoły. Do tego stopnia są odpychające. Nawet świnie nie mają na nie ochoty.

Mimo to Pan Huang nie chce dać za wygraną.

– Przez ten rok będziecie doglądać drzew. Na wiosnę spróbujemy ponownie.

Gdy jego bagaże znajdują się już w samochodzie terenowym, chwyta mnie za ramiona.

– Kiedy wrócę, zabierzesz mnie do zagajnika. Sprzedasz mi więcej tych liści.

Pod jego dotykiem czuję się, jakby wstąpił we mnie zły duch. Jakby opanowały mnie choroba i niepokój. Nie mogę pójść do rumy na rytualne oczyszczenie ani do A-my po jakieś medykamenty. W ten sposób przyznałabym, że zrobiłam coś absolutnie niewybaczalnego. Oznaczałoby to, że coś brudnego i fermentującego w moich trzewiach chce tego, co posiada obcy... albo mojej wizji tego, co posiada, czyli pieniędzy na życie z San-pą i wspólną realizację naszych marzeń.

Matczyna miłość

Waaa! Jak szybko muszę pożegnać moje plany i nadzieje. San-pa był nieobecny przez cały sezon. Nie chodziłam do szkoły niemal równie długo i straciłam czas potrzebny do przygotowania do gaokao.

– Mówisz po mandaryńsku znacznie lepiej, ale tego na egzaminie nie sprawdzają – oznajmia Nauczyciel Zhang. – Zmarnowałaś swoją szansę.

Jestem porażona, załamana tą wiadomością. Po tylu latach ciężkiej pracy... Całymi dniami nie potrafię otrząsnąć się po tym rozczarowaniu. Żałuję, że w ogóle nie przemyślałam konsekwencji nowej roli, jaką zgodziłam się odgrywać w wiosce. Potem Nauczyciel Zhang znowu przychodzi w odwiedziny.

– Nie jesteś typem, który się poddaje – mówi. – Jesteś dzielna, twarda i bystra.

Jego zachęta dodaje mi sił. Nie mogę pozwolić, żeby to niepowodzenie – choć bardzo przygnębiające – zniszczyło mi przyszłość. Nowe myślenie na nowe czasy. Niech ta okazja otworzy moje należące do Akhów oczy, żeby spoglądały szerzej i dalej. Kiedy San-pa wróci, pobierzecie się. Będziesz pracowała dla Pana Huanga. Nie potrzebujesz uczelni ani uniwersytetu. Postanawiam myśleć pozytywnie: dobre na pewno nadejdzie.

Wracam do zwykłych zajęć – chodzę do szkoły, chociaż nie zakwalifikuję się do gaokao, wypełniam obowiązki domowe i nie wybiegam ciągle myślą do Pana Huanga. I dopiero wtedy zauważam coś, co powinnam była dostrzec już dawno temu. Nie miałam miesięcznego krwawienia. Byłam tak zajęta i dumna z siebie, że zupełnie zlekceważyłam własne ciało. Sądziłam, że przybieram na wadze, bo pan Huang dbał, żebym była zawsze najedzona. Że piersi bolą, ponieważ szybciej rosną dzięki dodatkowym porcjom, które znajdowałam w miseczce. Że jestem zmęczona, bo każdy na moim miejscu byłby wyczerpany. Z przerażeniem pojmuję, że wpadłam w tarapaty. A-ma i bratowe nie połapały się tylko dlatego, że wszyscy mieliśmy mnóstwo pracy.

Przeżyłam chwilowe załamanie na wieść, że nie będę mogła zdawać gaokao, ale teraz nie panikuję. Mam swoje pieniądze, dołączę do San-py, jak tylko się dowiem, gdzie jest. Następnego dnia mówię matce, że idę do lasu wykopywać bulwy. Zgadza się bez żadnych podejrzliwych spojrzeń. W koszmarnym upale i wilgoci zmierzam do wioski Cieniste Schronienie. Jest dokładnie taka, jak w opowieści San-py: położona na stoku, łatwa do obrony, z widokiem na cztery strony świata. Jego matka nie cieszy się na mój widok, ale i tak zaprasza mnie do kobiecej izby. Praca całego życia odcisnęła piętno na jej dłoniach, a w oczach odbijają się troski macierzyństwa. Powinnam odczekać odpowiednio długo, zanim zapytam o San-pę. Zaskakuje mnie jednak, ponieważ sama dopytuje o niego pierwsza.

– Czy miałaś wieści od mojego syna? – Może i nie chce mnie za synową, ale zauważam, że martwi się o niego równie mocno jak ja. – Czy przesłał ci jakąś wiadomość? Przynajmniej wiedzielibyśmy, gdzie teraz jest.

Ta informacja sprawia, że łzy napływają mi do oczu.

Gdy odpowiadam, delikatne mięśnie jej policzka zaczynają drgać.

– Jest tak daleko. A Tajlandia... – milknie. – Sama najlepiej wiesz, jak łatwo go skłonić do szelmostw... – dodaje po chwili.

 

Płaczę przez całą drogę do domu. Jestem zdruzgotana wiadomością, że z San-pą nie ma żadnego kontaktu. Przytłacza mnie myśl, że mogło mu się coś stać. A nawet jeśli nie, to i tak zostałam sama i noszę ludzki odrzut, jestem więc po dwakroć przeklęta.

Chciałabym zwierzyć się Ci-teh, ale ona mogłaby się przypadkowo wygadać. Nie mogę poradzić się bratowych, ponieważ ich obowiązkiem byłoby powiedzieć wszystko mężom, którzy przekazaliby to A-bie. Kiedy inne dziewczęta znajdują się w takiej sytuacji, udają się po pomoc do określonej osoby. A właśnie jej na pewno nie mogę niczego wyznać. A-ma byłaby na mnie taka wściekła. Myśl o powierzeniu jej mojego sekretu przeraża mnie i upokarza. Z całych sił próbuję ukryć swój stan pod codziennym strojem – prostymi spodniami i tuniką uszytą tak, by maskowała ciążowy brzuch. Nie wiem, co się stanie. Nie potrafię nawet myśleć o tym, co nastąpi.

Przez kolejne trzy cykle wszyscy mieszkańcy Źródlanej Studni oddają się zwykłym zajęciom: szykują poletka pod uprawy, pielą grządki warzywne oraz – to już wyłącznie kobiece prace – przędą i tkają, żeby przygotować materiały do szycia i zdobienia w porze deszczowej. Mamy też dodatkowe obowiązki: musimy dbać o drzewa herbaciane, żeby ich stan zadowolił Pana Huanga, gdy do nas powróci. Matka pokazuje Trzeciemu Bratu, jak przycinać jego dawniej mało znaczące drzewa, prostować gałęzie oraz usuwać chore lub zwiędłe gałązki i liście. Dwaj starsi bracia porzucają własne krzewy i ogłowione drzewa. Teraz koncentrują się na nawożeniu ziemi wokół starych drzew rozrzuconych na ich parcelach. Sama chodzę do ukrytego zagajnika – w pojedynkę albo z A-mą – żeby wypełniać obowiązki odziedziczone po pokoleniach kobiet, które żyły przede mną. Czasami przysiadam pod drzewem matką i wpatruję się w górskie szczyty. On musi niebawem wrócić.

*

Pewnego dnia bratowe zajmują się w domu tkaniem, a ja z A-mą farbuję materiały w ustawionych na zewnątrz kadziach. Matka porusza tkaninę kijkiem, nawet na mnie nie patrzy.

– Widzę, że jesteś brzemienna – stwierdza nagle.

– A-mo...

– Nie próbuj zaprzeczać. Może jestem tylko twoją matką, ale nie traktuj mnie jak głupca. Trzy życiodajne duchy, które zamieszkują w każdej kobiecie, uwolniły twoją wodę z jeziora dzieci. W twoim wnętrzu rozkwita nowe życie.

Troski, które do tej pory ukrywałam, wypływają ze mnie z potokiem łez.

– Nie martw się, Dziewczyno. – A-ma klepie mnie w ramię. – Moja mikstura ci pomoże.

– Na to już za późno. – Potrząsam głową.

– Jak długo? – wzdycha.

– Trzynaście cyklów.

Przyjmuje tę liczbę spokojnie.

– Nie tobie pierwszej się to przydarzyło. Poślubisz tego chłopca. Wszystko będzie dobrze.

Kiedy jednak wyjawiam, że ojcem jest San-pa, jej oczy ciemnieją i matowieją jak smoła.

– Mówiłam ci... Zabroniłam ci... – Zaciska usta. – A jego nawet tu nie ma, żeby to naprawić...

Teraz płaczę w głos.

– Nadal możesz poślubić Law-bę – doradza matka. – Zabierz go do Kwiecistej Izby. Weź go do lasu. Niech kradnie miłość. Nie jest zbyt bystry, a ja nie pierwszy raz radzę coś takiego dziewczynie...

– Ale my się kochamy – łkam. – On wróci. Pobierzemy się.

– Oby tak było – oznajmia ponuro. – Bo jeśli nie...

Nie musi kończyć. Ludzki odrzut.

*

Przestaję chodzić do szkoły. To bezcelowe.

Nauczyciel Zhang sam przybywa do Źródlanej Studni, żeby porozmawiać z rodzicami.

– To moja najbystrzejsza uczennica, moja iskierka nadziei...

A-ba jednak triumfuje.

– Przynajmniej może się przygotować do roli żony.

Aha! Chodzi mu o to, że potrzebuje mnie tutaj następnej wiosny i w kolejnych latach, kiedy Pan Huang będzie przyjeżdżał na górę Nannuo.

– Może jeszcze pójść do szkoły handlowej. – Nauczyciel Zhang nie poddaje się łatwo. – Mają czteroletni program. W każdej chwili mogę zapewnić jej miejsce. Mogłaby zostać sekretarką, maszynistką albo recepcjonistką.

Czytałam o tych zawodach w podręcznikach, ale ojciec niweczy wszelkie nadzieje.

– Na co jej się tutaj przydadzą te umiejętności? – pyta.

– Poza tym – dodaje A-ma – nie potrafimy pogodzić się z myślą, że moglibyśmy stracić córkę i oddać ją zewnętrznemu światu. Gdyby odeszła, mogłaby nigdy nie wrócić do domu.

Kiedy Nauczyciel Zhang odchodzi, ja skupiam się całkowicie na pomocy matce.

*

Mijają miesiące. Codziennie budzę się z nadzieją, że usłyszę głos przyzywający mnie zza gór, na długo zanim zobaczę, jak San-pa przechodzi przez naszą bramę duchów.

– Rozkwitły już pąki, czy motyle wiedzą?... – zaśpiewa.

– ...A na plastrach w lesie miodne pszczoły siedzą... – odpowiem.

Ta melodia nigdy jednak nie rozbrzmiewa.

A-ma dźwiga brzemię mojego sekretu. Podczas posiłków w gronie rodzinnym głośno narzeka na mój przyrost wagi.

– Dziewczyna uważa się teraz za lepszą od nas i je, co tylko zechce. Patrzcie, jak tyje. Kiedy wróci jej herbaciany dobroczyńca, będą do siebie pasować jak dwie tłuste świnie.

Później przemyca dla mnie dodatkowe warzywa. Baczy też, żebym nie zjadła czegoś, co nie jest dla mnie odpowiednie. Gdy Pierwszy Brat przynosi do domu złapanego we wnyki jeżozwierza, którego mięsa nie wolno jeść w ciąży, matka poleca, żebym pomogła bratowym podawać posiłek, zamiast jeść z rodziną.

– Jeżeli Dziewczyna ma być dobrą żoną – tłumaczy A-bie – to musi zacząć się uczyć swoich obowiązków.

Kiedy Drugi Brat sprawia ustrzeloną z kuszy łanię mundżaka i odkrywa w niej dwa płody, A-ma wysyła mnie na dwa dni do Ci-teh w obawie, że sama urodzę bliźnięta. Przybieram na wadze nieznacznie, niecałe pięć kilogramów. Matka robi wiele, żeby zmylić czujność bratowych. Na wypadek, gdyby ten drobny przyrost wagi wzbudził mimo wszystko ich zainteresowanie, we właściwych momentach zaopatruje mnie w zakrwawione gałganki. Nie mówi mi, skąd bierze krew.

Jestem zmuszona łamać niektóre tabu. Ciężarnej pod żadnym pozorem nie wolno wracać do domu ojca, ponieważ określenie kobiety w ciąży jako „tej żyjącej pod nim” jasno wskazuje, że powinna ona przebywać z mężem. Zakazana jest również obecność babki przy narodzinach wnuka. Gdybym urodziła przy A-mie, mężczyźni z mojego rodu umieraliby przedwcześnie w trzech następnych pokoleniach, a resztę rodziny dotykałyby tragedie przez dziewięć kolejnych. Dlatego zaczęłyśmy z matką planować poród, na wypadek, gdyby San-pa nie wrócił na czas.

– Zabicie ludzkiego odrzutu jest obowiązkiem ojca – szepcze do mnie A-ma pewnej nocy. – To jego zadanie i jego ból, dlatego musi okazać gniew na dziecko, które zmusza go do tak strasznego czynu. Ale w przypadkach takich jak twój, to na matkę spada obowiązek usunięcia ludzkiego odrzutu ze świata żywych.

Ta świadomość mnie przygniata. Paraliżują mnie złe przeczucia; mieszam popiół ze zmielonymi plewami niczym w transie, jak nima. Gotową pastę A-ma wybiera z miski palcem i umieszcza w pojemniczku, który ukrywa następnie wśród swoich mikstur i medykamentów. Od tej chwili czuję jego obecność w każdej sekundzie. Pojemnik jest maleńki, a jego zawartość ma wystarczyć tylko do wypełnienia nozdrzy i ust noworodka. A jednak kładzie się coraz dłuższym cieniem na wszystkim, co robię.

Czasami w nocy, gdy leżę na macie i obejmuję dłońmi nagi brzuch pod tuniką, wyczuwam kolanka i łokcie mojego dziecka, jakby próbowało dosięgnąć moich palców. Deh-ja, nieszczęsna bratowa Ci-teh, zaklinała kiedyś los: „Niechże to będzie syn. Niech to będzie syn. Niech to będzie syn”. Moje zaklęcie jest prostsze: „San-pa, San-pa, San-pa”. Jak daleko by nie był, na pewno słyszy wołanie mojego serca.

*

Nadchodzi całkowicie bezwietrzny dzień; nawet najlżejszy powiew nie łagodzi wszechogarniającej duchoty. Właśnie wtedy pierwszy skurcz przeszywa mój kręgosłup, przenika brzuch i przyciska mnie do ziemi. Kiedy czuję kolejną falę bólu, zapowiadającą tak wiele następnych, próbuję ze wszystkich sił zatrzymać dziecko w środku. A ono nieustępliwie naciska, żeby się wydostać. Krzyżuję nogi. Podtrzymuję brzuch rękami w czasie skurczu. Podchodzi do mnie matka. Jest zbyt doświadczona, by nie zauważyć tych objawów.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?