Herbaciana dziewczynaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ostatecznie przyjmuję te fakty do wiadomości, przez co wyraźnie widzę, jak będzie wyglądała moja przyszłość. Żeby znaleźć męża, muszę spotkać prawdziwą miłość, ponieważ nie otrzymałam niczego wartościowego, co mogłabym wnieść do małżeństwa. Mam tylko kiepskie umiejętności hafciarskie, bezwartościowy zagajnik prastarych drzew herbacianych i moją twarz, której uroda niekoniecznie zrównoważy inne mankamenty. Przez całą drogę do domu rozmyślam, co mogłabym zrobić, żeby odmienić swój los. My, Akhowie, jesteśmy stworzeni do wędrówki i w tej chwili naprawdę pragnę uciec. Mam jednak dość zdrowego rozsądku, żeby pojąć, że nie miałabym dokąd pójść. Przecież jestem jeszcze dzieckiem, nie przetrwałabym długo w lesie. Nauczyciel Zhang powiedział: „Nie musisz tkwić na tej górze przez całe życie”. Może wykształcenie naprawdę stanie się moim kluczem do ucieczki, a może tylko to sobie wmawiam.

*

Nazajutrz nastaje Dzień Małpy. Kiedy wychodzę z domu, jest jeszcze ciemno. Owszem, nadal pada deszcz. Do szkoły docieram mokra, ale nastawiona na intensywną naukę. Nauczyciel Zhang rozpoczyna lekcję historii naszego kraju. Wszyscy już ją znamy, ale dzisiaj wydaje mi się zupełnie inna. Na początek opowiada o ludziach, którzy przez stulecia harowali w tych górach dla potężnych właścicieli ziemskich, przekazujących sobie ogrody herbaciane z pokolenia na pokolenie, zatrzymujących wszystko dla siebie i gromadzących coraz większe majątki.

– A chłopi dalej żyli w biedzie – cedzi. – Często umierali z głodu. Życie nie było sprawiedliwe. Ale gdy Przewodniczący Mao zjednoczył nasze państwo w... w którym roku?

– Tysiąc dziewięćset czterdziestym dziewiątym! – skandujemy.

– ...całą ziemię skonfiskowano i rozdzielono wśród mas ludowych.

Wiem, że tak było, ponieważ rodzina A-by otrzymała wtedy trochę ziemi – w dzierżawę, nie na własność, bo cała ziemia należy do rządu. Także rodzinie A-my, która mieszkała po drugiej stronie góry Nannuo, przyznano ziemię. Nie powiedzieli nikomu o istnieniu ukrytego zagajnika. Gdyby ktoś się o nim dowiedział, uznano by ich za obszarników. Na szczęście – o czym zdążyłam się już przekonać – zagajnik było tak trudno znaleźć, że umknął uwadze zarówno mierniczych, jak i innych rolników. Nie umieszczono go na mapach, nie przejął go więc żaden właściciel ziemski, a Przewodniczący Mao nie rozdzielił go wśród mas ludowych ani nie odebrał go im podczas Wielkiego Skoku Naprzód. Na zagajnik nie miały również wpływu wydarzenia, o których właśnie mówił im Nauczyciel Zhang.

– Dziewięć lat temu, w ramach ogólnokrajowego programu zwracania własności jej pierwotnym właścicielom, starym rodom posiadaczy ziemskich z tej okolicy znowu pozwolono uprawiać ziemię przodków. Jak wszyscy Chińczycy, nie miały one jednak praw własności. Ludzie tacy jak wy też nie.

W końcu dociera do najważniejszej części dzisiejszej lekcji: polityki Trzydziestu Lat Bez Zmian, wyróżniającej mniejszości etniczne bytujące w herbacianych górach Yunnanu. Pochylam się do przodu i wytężam słuch. Polityka ta dotyczy nas wszystkich, ile bym o niej jednak nie słuchała, i tak jestem zdezorientowana. Nauczyciel Zhang powiedział kiedyś, że taka właśnie miała być: „celowo dezorientująca”.

– Sześć lat temu ziemię rozdzielono ponownie, zgodnie z założeniami polityki Trzydziestu Lat Bez Zmian – rozpoczyna. – Każdy, od niemowlęcia po dziewięćdziesięciolatka, otrzymał swój przydział. Przydziały miały być sprawiedliwe, każda rodzina miała dostać trochę ziemi nasłonecznionej, a trochę zacienionej, część na stromych zboczach, a część z łatwym dostępem, trochę nieurodzajnej, a trochę żyznej, część z drzewami herbacianymi, a część z poletkami ryżowymi. – Kąciki jego ust opadają żałośnie, niczym kawałek przywiędłego pnącza. – Czy ta polityka stwarza jakieś problemy?

Tak, ale nikt nie jest na tyle głupi, żeby wymienić je na głos. Żadne z dzieci urodzonych po jej wdrożeniu nie otrzymało przydziału ziemi. Po śmierci seniora rodzina zachowuje jego przydział lub zwraca go wiosce. Kiedy kobieta wychodzi za mąż, jej ziemię często przejmuje ojciec albo brat, ale ona sama nie otrzymuje nowego przydziału po przeprowadzce do wioski małżonka.

– Myślcie, dzieci, myślcie. Jakie były konsekwencje dla waszych rodzin?

Nadal nikt się nie zgłasza. Nauczyciel Zhang sam wywołuje do odpowiedzi kolejnych uczniów. Historie niewiele się różnią. Kiedy jakiejś rodzinie – nieważne, dwu- czy trzydziestoosobowej – przyznano ziemię, zarządzał nią ojciec i to on decydował, kto otrzyma nasłonecznione pole, a kto skaliste zbocze. Mój A-ba zatrzymał najlepszą ziemię dla siebie. Wyciął i wypalił z niej wszystkie drzewa herbaciane, żeby hodować kaczki, świnie i kury. Kaczki wyzdychały, na świnie nigdy nie było go stać, a kury nie zdążały nawet złożyć jaj, ponieważ ciągle potrzebowaliśmy rytualnych ofiar. Później próbował uprawy zbóż na handel. Na szczęście pora monsunowa gwarantuje dobre zbiory ryżu, w przeciwnym razie umarlibyśmy z głodu. A-ba zdecydowanie nie ma ręki do interesów.

Pierwszy Brat, jako drugi najważniejszy członek rodziny, otrzymał niemal równie dobre pole. Wypalił drzewa wzorem ojca. W ich miejsce zasadził tarasowo krzewy herbaciane. Drugi Brat dostał nieco gorszą ziemię. Ogłowił swoje drzewa, żeby na ich odrąbanych czubkach wyrosły nowe, krótsze gałązki. Miało to ułatwić zbiór liści i przynieść lepsze zarobki. Rozwiązanie to nie zdało do tej pory egzaminu, ponieważ rośliny okazały się podatne na choroby i pasożyty, wymagają dużej ilości nawozu i pestycydów. Trzeciemu Bratu przypadła ziemia tuż przy domu i pole w pobliżu wioski. Jest właścicielem wielu drzew herbacianych, liczących sobie od dwustu do czterystu lat. Punkt skupu nie jest zainteresowany takimi liśćmi, Trzeci Brat zarzucił więc pracę w swoich zagajnikach. Mówi, że to „za dużo roboty”. Ta herbata nic nas nie kosztuje, pijemy ją zatem na co dzień.

A-ba przeznaczył dla mnie w posagu ukrytą ziemię matki i tamtejsze bezwartościowe prastare drzewa herbaciane. Miałam wtedy zaledwie cztery lata. A nawet gdybym była starsza, co mogłabym zrobić, żeby zmienić jego decyzję? Nic, ponieważ jestem tylko córką. Gdy polityka Trzydziestu Lat Bez Zmian przestanie obowiązywać, będę miała trzydzieści cztery lata. Nikt nie wie, co się wtedy stanie. Jedno jest jednak pewne...

– Wszystko podlega ciągłym zmianom – oznajmia Nauczyciel Zhang. – Wkroczyliśmy w nową erę. Najwyższy Przywódca Deng Xiaoping dał nam hasło, którego mamy się trzymać: „Bogacenie się jest chwalebne”.

Jak to miewa w zwyczaju, gdy od obiadu dzieli nas zaledwie kilka minut, Nauczyciel Zhang wskazuje przypięte do bambusowych ścian pomarszczone plakaty ukazujące Pekin.

– Jeżeli będziecie pilnie się uczyć, to może odwiedzicie kiedyś naszą stolicę. – Jego ramię opada bezwładnie, a on sam wpatruje się w fotografie: tysiące rowerzystów, wszyscy ubrani jednakowo. Wyraźnie tęskni za tym miejscem, choć sama chyba bym umarła, gdybym musiała tam zamieszkać. Wzdycha, mruga kilkakrotnie i odzywa się smutnym głosem: – Czy są jakieś pytania?

Odpowiedzią jest grad próśb.

– Niech pan opowie o telefonach.

– Niech pan opowie jeszcze raz o telewizji.

– I filmach! Niech pan opowie o filmach.

Kąciki ust Nauczyciela Zhanga unoszą się w lekkim uśmiechu.

– Muszę posłużyć się znakami – mówi, odwracając się do tablicy. – Przede wszystkim trzeba przyswoić znak, którym zapisuje się mandaryńskie słowo dian. Kto powie, co ono oznacza?

– „Błyskawica”! – rozlega się chór uczniowskich głosów.

– Możemy to rozumieć również jako „elektryczność” – tłumaczy.

– „Elektryczność” – powtarzamy jednym głosem, starając się jak najlepiej naśladować jego wymowę.

– A jeżeli dodam znak...

– „Mowa”! – wykrzykujemy, gdy obok dian dopisuje nowy znak.

– ...to wychodzi...

– „Telefon”!

– Jeśli dodam do dian elementy „wzrok” i „siew”, to otrzymam...

– „Telewizję”!

– A jeżeli obok dian dopiszę „cień”, to wyjdzie...

– Elektryczny cień! „Film”!

Nie mamy elektryczności ani telefonów, telewizji ani filmów. Aż do dzisiaj w głębi serca nie wierzyłam, że naprawdę istnieją. Były tylko zajmującą opowieścią, o wiele ciekawszą niż nauka tabliczki mnożenia albo nazw krajów ościennych, których żadne z nas nigdy nie widziało, nie zobaczy i nie potrafi sobie nawet wyobrazić. Dziś pojmuję jednak, jak przebiegły jest Nauczyciel Zhang. Sprawił, że sami błagamy, żeby uczył nas mandaryńskiego. Może zesłali go tutaj, bo jest taki sprytny, i nigdy nie pozwolą mu wrócić do domu. Przynajmniej mam taką nadzieję, ponieważ nie chcę, żeby wyjechał. Potrzebuję go.

Wybiegam na zewnątrz z innymi dziećmi, ale cały czas zerkam w stronę wyjścia z klasy, żeby nie przegapić Nauczyciela Zhanga z nieodłącznym słoikiem z gorącą wodą. Kiedy sadowi się na oddzielnym podeście z bambusa i sposobi do obiadu, podchodzę, sięgam do kieszeni i wręczam mu szczyptę herbaty z naszych najgorszych liści.

– Proszę mi pomóc, Nauczycielu Zhangu. Proszę mi pomóc.

*

A-ba i bracia są oczywiście przeciwni jakimkolwiek dodatkowym lekcjom.

– Jaki mężczyzna zechce żonę, która uważa się za bystrzejszą od niego? – pyta ojciec, kiedy Nauczyciel Zhang przedstawia mu swój pomysł.

A-ma wpatruje się w niego, jakby był zadżumiony.

– A-bo, nauczę się obowiązków żony i matki – spieszę z zapewnieniem. – Pozostanę dobrą córką, będę pomagać przy zbiorach herbaty i wykonywać wszystkie prace domowe. A gdybym coś pominęła, nawet na mgnienie oka jaskółki, to obiecuję, że porzucę książki na zawsze.

– Nie.

W połowie kolejnego cyklu Nauczyciel Zhang za plecami ojca zaprasza do nas wodza, rumę i nimę na naradę.

– Dziewczynie trzeba tylko nauk od jej matki – stwierdza wódz. – Kiedyś będziemy potrzebowali nowej akuszerki.

 

– Nauczę się tego – zapewniam i naprawdę zamierzam to zrobić, ponieważ inaczej nie mogłabym zrealizować swojego planu. To powiedziawszy, unikam wzroku A-my w obawie, że odkryje w moim sercu prawdę. Nigdy nie będę akuszerką.

Wódz, ruma i nima zerkają na A-bę w oczekiwaniu na jego reakcję.

– Już powiedziałem, że nie – oznajmia.

Przywódcy wioski zdają się skłaniać ku jego decyzji, ale wtedy Nauczyciel Zhang bezceremonialnie dotyka naszej wspólnej bolączki, czyli poczucia niższości.

– Żyję wśród was od wielu lat – zaczyna – i jedno mogę wam powiedzieć: nie szanujecie wykształcenia. Wolicie, żeby wasze dzieci zbierały żywność, polowały i leniuchowały, zamiast się uczyć. Przechwalacie się, że Akhowie mają jeden umysł, lecz umysł ten jest płochy, ograniczony i podejrzliwy. Nie różnicie się w tym od pozostałych mniejszości etnicznych.

Zakłopotany wódz stwierdza nagle, że pomysł Nauczyciela Zhanga jest jednak całkiem niezły.

– Przyniesie zaszczyt naszej wiosce i da przykład innym dzieciom.

Pozostali trwają w milczącym sprzeciwie.

– Dla was ta wątła dziewczynka to tylko kolejna gęba do karmienia, dopóki nie wydacie jej za mąż – naciska Nauczyciel Zhang. – Ale jeżeli pozwolicie jej kontynuować naukę, to pewnego dnia może być wam pomocna. – Rozważa głośno różne możliwości: – A jeśli rząd postanowi, że potrzeba wam wioskowej kadry, jak w czasie Wielkiego Skoku Naprzód i rewolucji kulturalnej? To były mroczne czasy, czyż nie? Nie chcielibyście, żeby w waszym imieniu wypowiadał się ktoś ze Źródlanej Studni?

Kiedy nima wychodzi z transu, dodaje:

– Niech idzie do szkoły drugiego etapu, a potem trzeciego, jeżeli się nada. Nauczy się mówić płynnie po mandaryńsku. Później będzie mogła porozumiewać się z Hanami.

– A jeżeli uznają, że znowu potrzebujemy wioskowej kadry, żeby nad nami czuwała, wysuniemy jej kandydaturę – uzupełnia ruma, wspierając Nauczyciela Zhanga.

Słońce i Księżycu! A więc mam brać na siebie winę i karę, jeśli mieszkańcy Źródlanej Studni nie podporządkują się rozkazom rządu? Czy może ruma przystał na ten plan, ponieważ założył, że dziewczynę łatwo będzie zmanipulować i kontrolować? Nawet A-ba dostrzegł, że ci mężczyźni przedkładają własne dobro nad moje. Powiedział „nie”, co było zaskakujące, zważywszy, że miał przeciwko sobie wodza, rumę i nimę. Na koniec ich interesy okazały się jednak ważniejsze od zasad wychowania dziewcząt i ojciec pozostał sam na placu boju, ponieważ jego oponenci byli zbyt potężni. Nauczyciel Zhang i ja wygraliśmy.

*

Przez następne dwa lata ciężko pracuję: wykonuję obowiązki domowe, zbieram herbatę, towarzyszę A-mie i uczę się od niej, uczęszczam do szkoły i pobieram u Nauczyciela Zhanga prywatne lekcje, żeby podciągnąć się z matematyki. Podchodzę do testu otwierającego drzwi do szkoły drugiego etapu i zdaję go. Wódz, ruma i nima zwołują wszystkich mieszkańców wioski, żeby ogłosić im tę wiadomość. A-ba otrzymuje od nich kapciuch tytoniu w nagrodę za ojcowską dalekowzroczność. Nauczyciel Zhang daje mi w prezencie jedną z książek Lu Xuna, „żebyś poznała naszego największego pisarza”.

Kilka miesięcy później rozpoczyna się nowy semestr i samotnie idę do szkoły drugiego etapu. Bardzo się boję. Mam dwanaście lat, jestem jeszcze mała. Na szkolnym dziedzińcu słyszę wiele języków – dajski, yi, lahu, hani, naxi i mandaryński. Ani słowa w języku Akhów. Wchodzę do klasy i po raz pierwszy w życiu zajmuję przydzielone mi miejsce. Siadam w kącie z tyłu i dopiero wtedy dostrzegam innego Akhę. Od razu go rozpoznaję: to San-pa, złodziej placków.

Część II
Piękny kwiat wzywa
1994–1996


Ślepe kocię

Święto Huśtawki obchodzimy corocznie w miesiącu Chor Law Bar Lar, który odpowiada ósmemu miesiącowi księżycowemu u większości Han, zwanemu przez resztę świata – o czym teraz już wiem – wrześniem. Czterodniowe obchody rozpoczynają się zawsze w Dniu Bawołu, dokładnie dziewięć pełnych cyklów, czyli sto osiem dni, po tym, jak ruma polecił mieszkańcom swojej wioski, żeby sadzili ryż. Oprócz uświęconego dziękczynienia święto ma jeszcze jeden cel. Umożliwia spotkanie młodzieży, która osiągnęła wiek odpowiedni do zawarcia małżeństwa. Z tego powodu niektórzy nazywają Święto Huśtawki Kobiecym Nowym Rokiem, ponieważ dla nas może ono oznaczać początek nowego życia. W tym roku skończyłam szesnaście lat, kobiety z naszej rodziny zebrały się więc, żeby pomóc mi po raz pierwszy przywdziać tradycyjne nakrycie głowy.

– Kiedy skończyłaś dwanaście lat, porzuciłaś dziecinny czepek, by nosić prostą chustę – zaczyna A-ma. – Dwa lata później zawiązałaś w talii zdobioną paciorkami szarfę, żeby wiatr nie podwiewał twojej spódnicy.

Wykonuje dłonią gest w kierunku Trzeciej Bratowej, która podnosi moje nakrycie głowy. Jest lamowane małpim futrem i przystrojone farbowanymi kurzymi piórkami, barwnymi wełnianymi pomponami, srebrnymi monetami, kulami i wisiorkami, które otrzymałam od matki i innych w ciągu minionych lat.

– Wysiłek, który włożyłaś w jego wykonanie, dowiedzie twojemu przyszłemu mężowi i jego rodzinie twej skrupulatności, gotowości do ciężkiej pracy i znajomości historii wędrówki ludu Akha, zaklętej w symbolice haftu – oznajmia Trzecia Bratowa, dumna z nauk, które mi przekazała. – Świadczy również o twoim zmyśle artystycznym, który będziesz mogła przekazać dalej, jeżeli przydarzy ci się nieszczęście wydania na świat córki.

Podaje strojne nakrycie matce, która delikatnie mocuje mi je na głowie. Trzymane na kolanach pięć kilogramów nie wydawało się aż takim ciężarem; teraz czuję, jak drży mi kark.

– Otrzymałaś oto dar kobiecości – obwieszcza A-ma.

Bratowe uśmiechają się, a bratanice wpatrują we mnie z zazdrością. Kiedy spoglądam w lustro, widzę szczuplutką, lecz ładną dziewczynę. Mam duże oczy w kształcie liści. Nos zakończony jest delikatnym czubkiem, nie spłaszczony jak u kobiet Hanów. Policzki są śniade od słońca i górskiego powietrza. Zdecydowanie jestem już gotowa do zamążpójścia. W tym momencie chciałabym wybiec na zewnątrz, żeby sprawdzić, czy przyszedł chłopiec, w którym kocham się potajemnie, lecz ceremonia jeszcze się nie zakończyła.

– Zgodnie z obietnicą – ciągnie matka – nigdy nie opuściłaś żadnej z prac domowych. Młócisz ryż i co rano mielesz go pod domem. Nosisz wodę. W sezonie zbiorów herbaty pracujesz równie ciężko jak twoi bracia...

Zawiesza głos. Chce mi w ten sposób przypomnieć czas, który spędziłyśmy na doglądaniu drzewa matki i drzew siostrzanych na mojej bezużytecznej ziemi. Ja myślę jednak o wszystkim, czego zdołałam się nauczyć z nieustającą pomocą Nauczyciela Zhanga, i o tym, jak pojęłam, że nie powinnam nigdy mówić o niczym, co mi przekazał. Raz popełniłam ten błąd: oznajmiłam rodzicom, że duch psa nie pożera księżyca podczas zaćmienia, a Birma nazywa się teraz Mjanma.

– Potrafisz sporządzać mikstury – mówi Pierwsza Bratowa. – Dałaś mojej córce liście herbaciane na pryszcze, żeby szybciej znikły.

– A mnie dałaś je na cienie pod oczami – dodaje Druga Bratowa. – Dzięki dzikiemu tytoniowi, który poleciłaś żuć, mój mąż nie cierpi już na ból zębów. Poza tym zabija pijawki tą mazią z fajki, tak jak radziłaś.

– Wiesz, jakie dawki opium należy podać umierającemu – stwierdza z podziwem Trzecia Bratowa. – Nauczyłaś się nawet wydobywać i gotować treść żołądkową jeżozwierza, która jest najlepszym lekarstwem na uporczywe wymioty.

A-ma unosi dłoń, żeby je uciszyć.

– I co najważniejsze, umiesz odebrać poród.

To prawda. Kiedy kobieta z Bambusowego Lasu, pobliskiej wioski, urodziła martwe dziecko, dopilnowałam pogrzebania go w puszczy. Następnego roku znowu powiła martwe niemowlę. Według tradycji to jej pierwsze dziecko powróciło. Poleciłam ojcu, żeby wrzucił zwłoki do wody i w ten sposób przerwał cykl powrotów. W kolejnym roku małżeństwu temu urodził się wspaniały synek. W innych wioskach widziałam, jak przychodzą na świat i opuszczają go trzy ludzkie odrzuty. Jeden miał głowę dwa razy większą, niż powinien; drugi był za mały; ostatni cechował się szczególnym spojrzeniem, które zdaniem matki zwiastowało, że w przyszłości będzie nienormalny.

– Nigdy się nie zawahałaś – mówi A-ma.

Ale za to jakich zmian doświadczyłyśmy z matką od czasu narodzin ludzkich odrzutów Ci-da i Deh-ji! Teraz już rozumiem, że mieszkamy w miejscu tak odległym, iż przez niemal piętnaście lat nie usłyszeliśmy o polityce jednego dziecka. Kiedy w punkcie skupu otwarto wreszcie biuro planowania rodziny, dotyczyło to tylko pracowników z większości Han. Polityka ta nie wpływa bowiem na żadną mniejszość etniczną w którejkolwiek części kraju. Jeżeli jednak kobieta Hanów zajdzie w ciążę z drugim dzieckiem, musi dokonać aborcji i zapłacić grzywnę. Jeśli nie przestanie zachowywać się lekkomyślnie, będzie wysterylizowana. Ale matka nie mówi o akuszerstwie tylko po to, żeby mnie pochwalić. To wstęp do ostrzeżenia, które słyszy od swojej a-my każda dziewczyna, gdy po raz pierwszy zakłada tradycyjne nakrycie głowy.

– W dzisiejszych czasach w całym kraju dzieci ceni się jak nigdy dotąd. Nam, Akhom, pozwala się je mieć – oznajmia matka. – Nawet bliźnięta i mnogie mioty, jeśli chcemy! Nasi ruma i nima zaaprobowali to chytrze, z męską satysfakcją, że wreszcie mamy coś lepszego niż większość Han. Szkoda, że ta zmiana nie nadeszła wcześniej – ciągnie. Wiem, że ma na myśli tamte straszne narodziny bliźniąt w naszej wiosce. – Na szczęście starszyzna szybko ją przyjęła – dodaje, jakby chciała mnie pocieszyć. – W innych wioskach... Cóż, trudno jest odrzucić coś, w co wierzono i co wcielano w życie od pokoleń. – Przerywa, żeby dać mi czas na przyswojenie tych słów. – Mimo wszystko jednak my, tak jak Hanowie, nie akceptujemy narodzin dziecka niezamężnej kobiety. Wszyscy wiedzą, że dziecko niepoczęte z mężem to tabu.

Jest to jedna z naszych nielogicznych tradycji. Młodzież zachęca się do współżycia przedmałżeńskiego, ale dziewczynie nie wolno wpaść w tarapaty. Nieistotne. Jestem za bystra, żeby na to pozwolić. Czytałam powieści, uczyłam się historii, matematyki i przyrody. Dzięki temu wiem, jak ważne jest niezależne myślenie, dbanie o swoje ciało i patrzenie w przyszłość.

– Jesteś już kobietą – mówi A-ma, a pozostałe zgromadzone kiwają poważnie głowami.

W tym momencie z zewnątrz dobiega głos Ci-teh, która nawołuje mnie po imieniu.

– Czy mogę odejść? – pytam matkę.

To dość raptowne zakończenie ceremonii, cóż można jednak jeszcze dodać? Przeganiają mnie z domu.

– To wielki dzień dla was obu! – woła za mną A-ma.

Ci-teh czeka na mnie przy schodach. Chciałabym jej powiedzieć, że wygląda pięknie w tradycyjnym nakryciu głowy i odświętnym stroju, ale my, Akhowie, nigdy nie opisujemy istot ludzkich tym słowem.

– Na twój widok każdy chłopiec będzie chciał cię zabrać do Kwiecistej Izby – mówię na powitanie.

– Do Kwiecistej Izby? Już tam byłam – chichocze. – Wolałabym iść do lasu po kradzioną miłość. Pytanie brzmi, kiedy ty pójdziesz do Kwiecistej Izby?

Rumienię się. Już sama myśl, że mogłabym spotkać się z chłopcem na osobności, bez rodziców...

– Rzecz jasna – ciągnie lekkim tonem, chociaż świetnie wie, jak działają na mnie jej słowa – jeżeli on się pojawi, może zapragniesz go zabrać prosto do lasu. Wiesz, że nic w tym złego. Musisz przestać zachowywać się jak ślepe kocię i dorosnąć. W przeciwnym razie nigdy nie wyjdziesz za mąż.

Niektórzy chłopcy i dziewczynki – jak moja przyjaciółka – chodzą do lasu po kradzioną miłość, od kiedy skończyli dwanaście lat. Ja nie. Każdą wolną chwilę poświęcam nauce i pracom domowym. Z biegiem czasu zaczęto mnie sadzać w szkole coraz bliżej tablicy, aż w końcu trafiłam do pierwszego rzędu. Także San-pa przesuwał się naprzód – ostatecznie zatrzymał się pośrodku klasy. Za dwa lata podejdziemy do ogólnokrajowego egzaminu gaokao. Od jego wyniku będzie zależało, czy będziemy mogli kontynuować naukę na pierwszo-, drugo-, trzecio- czy czwartorzędnym uniwersytecie lub uczelni wyższej. Jeśli oblejemy, nie będzie drugiej szansy. Jeżeli nam się uda, zdobędziemy wyższe wykształcenie jako pierwsi przedstawiciele wszystkich plemion zamieszkujących naszą górę. Potem pobierzemy się, spłodzimy tyle dzieci, ile zechcemy, i będziemy częścią wszystkich zmian, jakie czekają w przyszłości naszą prefekturę...

 

Nie wiem, kiedy zakochałam się w San-pie. Tydzień temu, gdy droczył się ze mną, żebym pokazała mu się w tradycyjnym nakryciu głowy? Rok temu, kiedy godzinami siedziałam z nim nad algebrą? A może sześć lat temu, gdy dał mi kawałek placka? Jako jedyni Akhowie w klasie spędziliśmy ze sobą przez ostatnie lata mnóstwo czasu. Wspólnie zgłębialiśmy dzieje innych krajów, nie tych ościennych, lecz bliskich Chinom ideowo: Związku Radzieckiego, Korei Północnej i Kuby. Razem brnęliśmy przez wielkie chińskie powieści – Sen czerwonego pawilonu i Rikszarza – oraz dzieła naszych rosyjskich przyjaciół: Tołstoja i Dostojewskiego. Ciągle rozmawialiśmy. Wiele godzin zajęły nam również piesze wędrówki do szkół pierwszego i drugiego etapu i z powrotem. Nieodmiennie interesowało go, co mam do powiedzenia, a ja uwielbiałam słuchać opowieści o polowaniach z jego ojcem i innymi mężczyznami z wioski. Mogłam pomóc mu z wypracowaniami, a on zawsze odwdzięczał się drobnym upominkiem przyniesionym z lasu: kwiatami, naszyjnikiem z pnączy lub jajkiem wyjętym z gniazda.

– Jeżeli San-pa zaprosi mnie do Kwiecistej Izby albo do lasu, to pójdę – wyznaję Ci-teh szeptem.

Jej śmiech słychać pewnie aż w sąsiedniej wiosce. Chociaż nie spędzamy już ze sobą całych dni, jak w czasach nauki u Nauczyciela Zhanga, pozostałyśmy sobie tak bliskie, jak to tylko możliwe między dziewczętami.

– Jeśli ci się z nim nie spodoba, to ukradnij miłość z którymś z chłopców, którzy będą tu w czasie święta – mówi, gdy udaje jej się złapać oddech. – Dopóki nie jest w twoim klanie, możesz to robić.

– Kradzież miłości z San-pą to dla mnie nie to samo co dla ciebie i...

– Chłopcy sprawdzają dziewczęta, a dziewczęta chłopców – peroruje Ci-teh niezrażona. – Jeżeli obydwojgu się spodoba, to chłopiec prosi o jej rękę. Jeśli wpadną niechcący w kłopoty, to albo wezmą ślub, albo dziewczyna przyjdzie do twojej a-my po specjalną miksturę. Jeżeli żadne nie jest zadowolone, to czemu mieliby spędzać ze sobą resztę życia? W takim przypadku należy po prostu szukać gdzie indziej.

– Nie mam ochoty próbować wszystkich dyń na targu. Chcę tylko San-py. Aż zostaniemy wioskową starszyzną. Aż po kres. Na wieczność w zaświatach.

Moje wyznanie wywołuje u Ci-teh kolejny atak śmiechu.

Wspinamy się plątaniną ścieżek na polanę, z której widać naszą wioskę. Jacyś mężczyźni rozebrali już starą huśtawkę, inni pilnują paleniska, nad którym obracają się na rożnie kawałki ofiarnego wołu. Szukam w tłumie San-py, ale ludzi jest tak wiele... Kobiety wymieniają domowej roboty miotły, hafty i suszone grzyby leśne za srebrne paciorki i inne ozdoby do nakrycia głowy. Za własnoręcznie wyprawione skóry mężczyźni otrzymują żelazo, które wioskowy kowal przekuje w ostrza ich maczet i siekier. Ci-teh i ja, jako jedyne z naszej wioski, przywdziałyśmy po raz pierwszy nakrycie głowy; chłopcy oglądają nas jak kozy na targu.

Ci-teh pociąga mnie za rękaw.

– Kiedy nadejdzie czas... a nadejdzie!... dopuść go najpierw na dół. I tak będzie bolało, ale mniej. Pewnie już wcześniej kradł miłość. Będzie wiedział, co robić.

Zanim zdążę zapytać, co właściwie oznacza „dopuść”, powietrze przecinają okrzyki i pohukiwania, a z lasu wyłaniają się czterej młodzieńcy z czterema okorowanymi pniami o niewielkiej średnicy. Jeden z chłopców zawiesił sobie na ramieniu kilka pętli magicznego pnącza. To San-pa! W szkole przyzwyczaiłam się do jego widoku w prostych portkach i tunice, dziś jest jednak ubrany jak mężczyzna, który chce pokazać wszystkim, z jak znamienitego rodu się wywodzi. Matka wielokrotnie zanurzyła jego spodnie i bluzę w barwniku z indygo, żeby odzież nabrała głębokiej, bogatej barwy. Nawet z daleka widzę, że bluza ma kilka warstw. Jego a-ma lub siostry naszyły na pasie pięć misternie haftowanych wstęg. Zamiast zawoju ma na głowie czapkę zdobną w wykute ze srebra liście akantu.

– Spójrz na niego! – wzdycha Ci-teh tragicznie. – Na pewno przyszedł szukać żony. Przyszedł po ciebie! Po cóż innego miałby iść taki kawał drogi? Czemu miałby się przyłączać do chłopców z naszej wioski, po co szedłby z nimi do lasu zbierać pnącza i ścinać drzewa? Tyle godzin na górskich ścieżkach, a on dalej wygląda tak...

– Męsko i pięknie – kończę za nią.

– Pięknie?! – Ci-teh zakrywa usta, żeby stłumić chichot.

Zauważa mnie. Nie udaje obojętności. Uśmiecha się od ucha do ucha i zaczyna przeciskać się przez tłum w naszym kierunku. Przyjaciółka zaciska usta, ale i tak wyczuwam jej podniecenie. San-pa zatrzymuje się metr przed nami. Jego oczy błyszczą jak czarne kamyczki po deszczu.

– Twoja wioska jest bardzo ładna – mówi. – Ale nie mogę się doczekać, kiedy odwiedzisz moją. Jest większa i usytuowana na stoku, a nie na przełęczy.

Nie mógłby wyrazić się jaśniej. Daje mi do zrozumienia, że będzie dobrym mężem, ponieważ jego wioska jest lepsza od mojej – zamożniejsza i łatwiejsza do obrony. Rumienię się tak mocno, że na pewno przybrałam już barwę soku z morwy. Ze wstydu moja twarz pali jeszcze mocniej. Na szczęście na polanę przybywa ruma.

Huśtawka powstanie dopiero jutro, ta część ceremonii będzie więc krótka. Ruma rozpoczyna rytualną inkantację, ale nie w pełni rozumiemy jego śpiew. Naszą kulturę tworzyli przez wiele stuleci przodkowie, którzy zamieszkiwali ziemię przed nami. Tylko ruma wie, jak wymawiali słowa naszego języka sto albo tysiąc lat temu. Kiedy kończy, jestem gotowa na stosowną konwersację.

– Czy mogę oprowadzić cię po wiosce? – pytam.

Spacer z San-pą u boku przychodzi mi naturalnie; pokazuję mu, kto gdzie mieszka, i opowiadam historyjki o naszych sąsiadach. Chłonie wszystkie informacje i zadaje pytania o kwestie, których nie omawialiśmy nigdy w ciągu tylu lat znajomości.

– Ilu masz braci? – dopytuje. – Ile sióstr? Ilu kuzynów mieszka w głównej siedzibie?

Pytam go o to samo i jeszcze więcej:

– Ile chat nowożeńców posiada twoja rodzina?

– Jestem jedynym synem – odpowiada. – Moje trzy siostry są już zamężne.

A więc jego rodzice przyjmą synową z otwartymi ramionami, z radością wybudują chatę nowożeńców i będą niecierpliwie czekać, aż w siedzibie rodu rozlegną się głosiki ich wnucząt.

– Odwiedzę wioskę moich sióstr w drodze do domu – ciągnie, widząc, że zatonęłam w myślach.

– Nie wracasz wieczorem, prawda? – jąkam się.

– Jeśli zechcesz, zostanę na całe święto.

– Bardzo chcę. – I znowu krew napływa mi do twarzy.

Okrążamy wioskę i wracamy na polanę, na której stanie huśtawka. Wszyscy zebrali się wokół ogniska w oczekiwaniu na ucztę. San-pa dołącza do pozostałych młodych kawalerów, a ja siadam z rodziną. Nasze oczy stale się spotykają. Milczące porozumienie jest tak głębokie, jakbyśmy byli tu jedynymi ludźmi.

Muzyka, śpiewy i tańce rozpoczynają się od razu po posiłku. Ktoś podaje San-pie bębenek; mój przyjaciel przyłącza się do mężczyzn tańczących w blasku płomieni. Jego ciało reaguje na każde uderzenie w instrument. Czuję ciepło bijące nie od ognia ani zaczerwienionych policzków, lecz od miejsca poniżej talii. Po raz pierwszy moje ciało w pełni rozumie, dlaczego chłopcy i dziewczęta chodzą do lasu kraść miłość.

*

Następnego ranka wszyscy gromadzą się znowu na polanie, gdzie ruma nadzoruje pracę mężczyzn wznoszących nową huśtawkę: cztery słupy należy umocować w ziemi, a następnie pochylić do środka tak, by zetknęły się ich szczyty. Mężczyzna o drobnej budowie wspina się na chybotliwą konstrukcję i związuje słupy. Następnie mocuje na szczycie długie pnącze, którego zawiązany w pętlę koniec zwisa swobodnie w środku tak powstałej piramidy. Na zakończenie ruma składa ofiary, które mają udobruchać duchy ziemi i uchronić nas od wypadków.

– Jestem a-mą i a-bą wioski Źródlana Studnia – recytuje. – Jak kwoka chronię dzieci, które schowały się pod moimi skrzydłami. Jak bawół bronię moich dzieci rogami.

Chwyta pnącze, wspina się na wzgórek i umieszcza lewą stopę w pętli. Następnie przy akompaniamencie wiwatów przemyka w powietrzu między słupami i wzlatuje ponad górujący nad wioską skalny nawis. Potem nadchodzi kolej wszystkich mężczyzn – od najstarszego do najmłodszego.