Ostatnia debiutantka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatnia debiutantka
Ostatnia debiutantka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Ostatnia debiutantka
Audio
Ostatnia debiutantka
Audiobook
Czyta Karolina Kalina
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

– Do domu? – Lily patrzyła na siostrę, jakby ta powiedziała coś tak niedorzecznego, że nie mogło być prawdą. – Co ty bredzisz? Tu jest mój dom. To wszystko tutaj. – Machnęła ręką gdzieś w stronę terenów posiadłości.

– No nie, miałam na myśli... Dobrze wiesz, co miałam na myśli – odrzekła Kit szczerze. – Do domu, do Anglii. Maman i papa pragną z całego serca, żebyś wróciła. Mówią, że jest...

– Czy ty niczego nie rozumiesz? – przerwała jej siostra ze złością.

Znajdowały się w jednym z wielu pokoi na parterze z widokiem na dolinę, całą okrytą zamieniającą się w szron siwą mgłą. Na południe od zamku wznosiło się pasmo wysokich gór; ich ostre, postrzępione szczyty wbijały się w mgłę, jakby wytykały ją oskarżycielsko palcami wzniesionymi ku niebu. Widok tak bardzo różnił się od miękkich pagórkowatych terenów w Dorset, że Kit nie mogła od niego oderwać oczu. Jak to się stało, że wylądowała akurat tutaj?

Lily odsunęła krzesło i wstała. Śniadanie zostało podane tylko dla dwóch sióstr, lecz żadna z nich niczego nie tknęła. Kit nie piła kawy, a herbata, którą przyniosły pokojówki, była okropna w porównaniu z tą w domu: czarna i gorzka, a w dodatku listki z parzenia zostawiali tutaj w imbryku!

Lily podeszła do komody i wzięła paczkę papierosów. Zapaliła jednego i założyła ręce na piersi. Miała na sobie długą, rozkloszowaną tweedową spódnicę i jedwabną kremową bluzkę, przymarszczoną przy kołnierzyku, z długimi, szerokimi rękawami, zebranymi w bufkę przy mankiecie. Zmieniła styl ubierania się; trudno było uwierzyć, że ma dopiero dziewiętnaście lat. Wyglądała – i zachowywała się – jak kobieta o wiele, wiele starsza. Była zdecydowanie steraną, wymęczoną wersją siebie sprzed kilku miesięcy. Kit popatrzyła w dół, na swoje ręce, ułożone na kolanach. Czuła się tak młoda, a przy tym głupiutka i całkowicie zagubiona. Dlaczego maman uparła się, żeby to właśnie ona przyjechała tutaj? Ta sytuacja zdecydowanie wymagała interwencji dorosłych, nie jej. I gdzie właściwie zawieruszył się wujek Faunce? Nie widziała go od chwili, kiedy została wyprowadzona z ogromnej jadalni poprzedniego wieczoru. Dochodziła już dziesiąta. Gdzie on, do diabła, się podziewał?

Lily wróciła do stołu, wciąż paląc papierosa. To był kolejny nieznany widok dla Kit. Wiedziała, że matka od czasu do czasu paliła cienkie cygaretki, jak wiele jej przyjaciółek, ale one paliły wieczorami, po kolacji, nie przy śniadaniu i nie na czczo. Podniosła wzrok na siostrę, która właśnie podciągnęła rękawy aż za łokcie. Kit wpatrzyła się w jej odsłonięte ręce. Lily miała posiniaczoną skórę dookoła nadgarstków: paskudne granatowe plamy, które kontrastowały z porcelanowo białą skórą. Wyglądały jak kleksy z atramentu. Wyżej również miała sińce, a w delikatnych zgięciach rąk niebieskawe smugi i mnóstwo czarnych kropeczek, jakby ktoś pokłuł ją szpilką. Kit zaschło w gardle. Lily zorientowała się nagle, w co wpatruje się siostra, i ze złością obciągnęła rękawy. Zdusiła niedopałek ile sił.

– Nie wracam! – rzuciła z werwą. – Nigdy! A jeśli masz odrobinę oleju w głowie, również zostaniesz. Na pewno wygramy, wiesz? Jestem zaskoczona, że jeszcze to do ciebie nie dotarło, skoro zawsze byłaś taka mądra i w ogóle.

– Nie rozumiem... – Kit zaskoczył jad, który zupełnie nieoczekiwanie zaczął się sączyć ze słów siostry.

– Och, nie udawaj przede mną takiego niewiniątka! To nie przejdzie, wiesz? Zawsze naigrawałaś się ze mnie! Lilasek Głuptasek i Kit Mądrala, starająca się zadowolić papę. Zawsze się mu podlizywałaś tymi swoimi bzdurnymi kawałkami. Popatrz tylko na mnie, papo, patrz, jaka jestem mądra! Wszyscy wiedzą, że pragnął syna, a skoro mamie się nie udało... No cóż, zawsze chciałaś mu pokazać, jaka mądra jesteś ty, a jaka głupia ja. Ale to nie zadziałało, słyszysz? Wszystko się teraz zmieni, a ty będziesz...

– O czym ty mówisz?! – Głos Kit zaczął się łamać w rozpaczy. – Nigdy niczego takiego nie robiłam!

– Och, doprawdy? Och, papo! – Lily zaczęła przedrzeźniać młodszą siostrę: – Wyobraź sobie, co przed chwilą przeczytałam! W encyklopedii piszą, że...

– Przestań! Przestań wreszcie!

– A co? Mówię samą prawdę, czyż nie? A jaka byłaś zadowolona, kiedy wreszcie wyszłam za mąż i wyjechałam do Niemiec! Nawet nie kupiłaś mi żadnego ślubnego prezentu! Wyobrażasz sobie, jak się z tym czułam? Moja własna siostra! Nie mogłaś się doczekać, żeby się wreszcie ode mnie uwolnić i mieć papę tylko dla siebie! I nie myśl sobie, że cię nie znam, Kit! Znam cię lepiej niż ty sama. Zawsze byłaś o mnie zazdrosna, zawsze! A teraz papa, tylko dlatego, że za bardzo boi się zmierzyć z przyszłością, wysłał tu ciebie, Panno Mała Mądralo, żebyś spróbowała mnie stąd wyciągnąć. No cóż, to nie zadziałało! Zostaję tutaj. Kiedy już podbijemy Anglię, zobaczysz, jak bardzo wszyscy się myliliście, w jakim błędzie tkwisz ty teraz. Tak na pewno się stanie – i nie zrozum mnie źle, Kit: dopiero wtedy pożałujesz, że nie byłaś dla mnie milsza!

Kit otworzyła usta ze zdumienia w tej samej chwili, kiedy w drzwiach kuchni stanął wujek Faunce.

– Witajcie, dziewczęta! – Wujek Faunce przerwał im grzecznie. – Usłyszałem głosy i pomyślałem, że zobaczę, kto jest już na nogach.

Kit starała się ze wszystkich sił, żeby się nie rozpłakać. Nie dałaby rady mówić. Jeszcze nie teraz. W jej piersi kłębiła się niebezpiecznie mieszanka emocji, od niedowierzania po złość. Jak to wszystko mogło przejść siostrze przez gardło?! Czy zaczęło ogarniać ją jakieś szaleństwo? Lily spoglądała to na Kit, to na wujka, zaczerwieniła się i zrobiła taką minę jak wtedy, kiedy przyjechali. Wybiegła z kuchni. Obcasy jej butów wybijały złowieszczy rytm na kamiennej posadzce.

– A niech mnie! – Wujek Faunce podszedł do stołu i przysunął krzesło, opuszczone przed chwilą przez Lily. Usiadł ciężko i ujął dłoń Kit. – Co nieco usłyszałem... – zaczął spokojnie.

Kit popatrzyła na niego przez stół. Jego jabłko Adama pulsowało jak podgardle ropuchy. Wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś bardzo ważnego, coś o ogromnym znaczeniu. Kit czekała, czując, jak mocno bije jej serce. W przeciwieństwie do ojca wujek Faunce należał do mężczyzn, którzy w wieku lat sześćdziesięciu ważyli tyle samo, co w wieku dwudziestu. Jasną skórę twarzy miał całą w zmarszczkach, która mimo to pozostawała napięta, co wyglądało osobliwie: jakby ktoś zmiął doszczętnie kartkę papieru, a potem z czułością ją rozprostował. Robił wrażenie, jakby się przyglądał Kit, choć ona na tyle już poznała wujka, że wiedziała, iż w ten sposób okazuje komuś uwagę, mimo że sam pogrążony jest we własnych rozmyślaniach.

– Jesteś trochę za młoda na lekcję tego rodzaju już teraz – zaczął ostrożnie – jednakże Lily ma rację. Jesteś mądra. Obawiam się, że wraz z tą dodatkową porcją inteligencji łączy się dodatkowy ciężar odpowiedzialności. Przykre to, lecz prawdziwe.

– Na jaką lekcję, wujku Faunce? – spytała Kit, starając się mówić spokojnym głosem.

Wujek zamilkł na chwilę, a jego jabłko Adama znów zaczęło nerwowo pulsować. Dziewczyna skupiła na nim wzrok, unikając jego spojrzenia.

– Chodź, moja mała kuzynko-uczennico. Może byśmy poszli na krótki spacer? Jest mroźny dzień, wiem, ale otul się dokładnie tym swoim okropnym niebieskim płaszczykiem. Ruszmy się, odrobina świeżego powietrza dobrze nam zrobi.

Podniosła na niego wzrok. Zdawało się jej, że wujek skrywa coś jeszcze pod maską wesołych słów.

– Pójdę tylko po płaszcz – odrzekła cicho.

*

Miał rację. Panowało lodowate zimno. Ściągnęła paskiem plączące się pod nogami poły płaszcza i okręciła szyję szalikiem powyżej uszu. Wujek Faunce ujął jej dłoń i wsunął sobie pod ramię. Razem przeszli pod imponującym łukiem bramy, prowadzącej do ogrodów warzywnych i zabudowań gospodarczych na tyłach zamku.

– Nie zawsze jest tak... jak na to wygląda – rzekł w końcu, dokładnie w chwili, kiedy pomyślała, że panujące milczenie należałoby jakoś przerwać.

– A jak wygląda?

– Właśnie tak. Wszystko tutaj... – Tu powiódł leniwie ręką dokoła, po otaczającej ich górskiej okolicy. – I w tym wszystkim my. A dokładniej ja.

– Ale... Czy nie przyjechaliśmy tutaj, żeby zabrać Lily do domu?

– Hm, tak, to byłoby szczęśliwe zakończenie naszej wizyty, ale nie jest to główny powód mojego przyjazdu tutaj.

– A co jest tym powodem? – Kit nerwowo przełknęła ślinę. – Dlaczego wuj się tutaj znalazł?

Wujek Faunce puścił jej rękę i się zatrzymał, po czym odwrócił się do niej.

– Nie sądzę, żebyś wiedziała o mnie zbyt wiele – powiedział z namysłem – ponad to, że jestem młodszym bratem twojego ojca. Nie sądzę, żebyś kiedykolwiek poświęciła choć jedną myśl temu, jak i gdzie mieszkam, co robię, dokąd udaję się każdego ranka, kiedy jestem w Londynie, bo właściwie dlaczego miałabyś to robić?

– A jednak trochę wiem – odrzekła ostrożnie Kit. – Wiem, że nie jesteś żonaty. – Zawahała się. – Nikt mi nigdy nie mówił dlaczego, ale... ale... sądzę, że wiem dlaczego.

Wujek Faunce pokiwał głową.

– W to akurat mogę uwierzyć. Lily co do jednego ma rację: jesteś małą mądralą. Ale ogólnie jest w błędzie. Co do Niemiec, chciałem powiedzieć. Och, wojna będzie, w to nikt nie wątpi. Hitlera nic i nikt nie powstrzyma, niezależnie od tego, co wszyscy idioci, łącznie z twoim ojcem, gadają w Anglii. O nie! Jest tylko jeden sposób na Hitlera. Przeciwstawić się mu!

Kit się nie odezwała. W głowie czuła mętlik. Jednak miała rację. Wujek chciał jej coś powiedzieć

– Wujku Faunce... – zaczęła z wolna. – Jest coś... o co chciałabym cię zapytać. Byłeś tu już kiedyś wcześniej, prawda? Kiedy przyjechaliśmy tu wczoraj... odniosłam takie wrażenie. Sama nie wiem dlaczego.

Wujek Faunce przyjrzał się jej uważnie.

 

– Dobra z ciebie obserwatorka – przyznał w końcu. – Mówiłem ci to, zanim wyszliśmy na spacer.

Kit się zaczerwieniła po korzonki włosów.

– A więc... Czy to dlatego tutaj jesteśmy? – spytała, zamyślając się. – Czy naprawdę uważasz, że Lily powinna wrócić do domu?

Wuj Faunce zawahał się, a potem uśmiechnął.

– I w dodatku nieustępliwa mała mądrala, co?

– Wujku Faunce, przestań, proszę, nazywać mnie „małą”. Nikt tak na mnie nie mówi. A poza tym jestem prawie tego samego wzrostu co ty.

– Masz rację. To głupie z mojej strony. Rozmawiam z tobą jak z osobą dorosłą, jak z kimś w moim wieku... Wiem, że tak nie powinienem, ale inaczej nie potrafię. Obiecuję od tej chwili nie używać słowa „mała”, żebyś nie musiała mnie upominać. Przepraszam, moja najdroższa kuzynko. To niewybaczalne z mojej strony, że chcę obciążyć cię tym wszystkim. Naprawdę nie powinienem.

– To nie ma dla mnie większego znaczenia – wyznała szczerze Kit. – Naprawdę. Jednakże tak będzie lepiej. To zdecydowanie uprości sprawę.

– O czym ty mówisz? – Wujek popatrzył na nią uważniej. – Z czym ma mi być łatwiej?

Skierowała swoje szaroniebieskie oczy prosto na wujka.

– Przecież chcesz, żebym ci w czymś pomogła. Wyduś w końcu, czego musisz się dowiedzieć.

8

Pchnęła drzwi i lekko je uchyliła. W środku było ciemno i cicho. Jakieś odgłosy dochodziły jedynie z jadalni dwa piętra niżej. To już ich czwarty wieczór w zamku Gattendorf i jak w trzy poprzednie wszyscy zajmowali się wyłącznie przygotowaniami do późnego obiadu. Dzisiejszego wieczoru przybyło tylu gości, że trudno było ich zliczyć. Samochody zjeżdżały całe popołudnie. Mijały ogromny łuk kamiennej bramy, potem skręcały na prawo od głównego wejścia i znikały z pola widzenia. Wszyscy goście najpierw udawali się reprezentacyjnymi schodami do salonu na piętrze na popołudniową herbatę. Pokojówki biegały w tę i z powrotem z naręczami świeżej pościeli do niezliczonych pokoi na piętrach zamku.

Lily ogłosiła tego popołudnia głosem nieznoszącym sprzeciwu, że obecność Kit przy obiedzie nie będzie pożądana.

– To niezwykle ważny obiad – oświadczyła wyniośle. – O wiele za ważny dla ciebie, Kit. Możesz zjeść kolację w kuchni z Marią, tak jak robiłaś to w domu.

Kit nie skomentowała decyzji siostry. Od rozmowy z wujkiem robiła wszystko, żeby nie dać się podpuścić starszej siostrze. Miała o wiele ważniejsze sprawy na głowie.

Tak jak teraz. Pchnęła drzwi jeszcze trochę i czekała. Nie usłyszała nawet najlżejszego szmeru. W pokoju nikogo nie było. Wśliznęła się do środka i zamknęła za sobą drzwi. Wiedziała, czego ma szukać: pewnej listy.

– Co to ma być za lista? – spytała wujka Faunce’a.

– Lista nazwisk – odrzekł. – Lista nazwisk Brytyjczyków sympatyzujących z faszystami. Unity Mitford sporządziła listę zdrajców, ale ta nas nie interesuje. Chcemy się dowiedzieć, kto popiera faszyzm.

– Na jakiej podstawie sądzisz, że akurat Lily jest w jej posiadaniu?

– To ona ją sporządziła. Słyszano ją, kiedy przechwalała się tym Mitfordównie. Ja osobiście uważam, że przekazała ją już Wolfowi von Schupplerowi.

– Naprawdę myślisz, że to Wolf ją ma? Ale gdzie?

Wujek Faunce wzruszył ramionami.

– Gdzieś w zamku, jak sądzę. Najprawdopodobniej w swoim pokoju. Muszę się zastanowić, w jaki sposób wejść w jej posiadanie. On zostaje tu do niedzieli, później jedzie prosto do Berlina. Przypuszczam, że zabierze ją ze sobą, żeby osobiście wręczyć Hitlerowi.

– Znajdę ją – przemówiła Kit zwyczajnie, jakby podjęcie takiej decyzji leżało wyłącznie w jej gestii.

– Nie żartuj. Nigdy ci na to nie pozwolę. I bez dyskusji. Jeśli twój ojciec kiedykolwiek się dowie, że szepnąłem ci choć słówko na ten temat, zabije mnie jak psa. Jestem pewien. Nie, lepiej trzymaj się z daleka. Będziemy potrzebować twojej pomocy przy sprowadzeniu siostry do domu, ale tylko tyle. Nie powinienem był ci o tym wspominać nawet słowem.

– Mnie będzie łatwiej. On mnie nawet nie zauważa. Jestem ostatnią osobą, którą może podejrzewać.

– Nie, Kit! Koniec. I więcej ani słowa na ten temat.

*

Oparła się na chwilę plecami o drzwi, włączyła światło i rozejrzała się po pokoju. Pośrodku stało wielkie łoże z czterema kolumnami, z nienagannie udrapowanymi i podpiętymi aksamitnymi zasłonami. Ściany pomieszczenia były krwistoczerwone, naprzeciw łóżka pysznił się ogromny kominek. Wąskie drzwi prowadziły do łazienki. Każdy centymetr kwadratowy podłogi przykrywały grube orientalne dywany. W efekcie wnętrze wyglądało niezwykle bogato, lecz również dziwnie kobieco, co pozostawało w jawnej sprzeczności z surowym, prostym urządzeniem innych wnętrz w zamku. Przy samym oknie znajdowało się biurko z papierami porozrzucanymi w nieładzie po całym blacie. Podeszła do niego szybko, żeby rzucić okiem. W większości były to jakieś oficjalne pisma w języku niemieckim. Wzięła jedno do ręki, przejrzała i odłożyła na miejsce. Otworzyła jedną z małych szufladek, lecz nie zauważyła tam niczego interesującego: guzik, jakaś odznaka, pióro, mała złota broszka... Zamknęła szufladę i odwróciła się w stronę łóżka. Dostrzegła to nieomal natychmiast: kilka kartek, spiętych razem spinaczem. Od razu rozpoznała odręczne pismo Lily. Szybko podniosła je do oczu. Trzy kartki błękitnego listowego papieru zapisane dziecinnym pismem siostry: Lord i lady Fane-Bertie; hrabia Shaftesbury; hrabia Denbigh; wicehrabia Torrington (ale nie jego żona – jest niezwykle przeciwna Niemcom!). Zauważyła tam jakieś trzydzieści do czterdziestu nazwisk, co zajmowało dwie i pół strony. Kit głęboko odetchnęła. Nie miała jak skopiować nazwisk; zabranie kartek z łóżka było z kolei zbyt ryzykowne. Musiała szybko je zapamiętać. Natychmiast pogrupowała nazwiska alfabetycznie, stosując trik, którego nauczyła się od ojca. Cztery nazwiska zaczynały się od litery „A”: Arscott, Arbuthnot, Alderton, Ashkeaton. Potem przeszła do „B”. Tylko jedno nazwisko: lord Bagshawe. Przechodziła po kolei w dół, wyobrażając sobie, że przepisuje nazwiska na swoją kartkę. Zatrzymała się przy „M” i jeszcze raz powtórzyła wszystko w pamięci. Tak, zapamiętała wszystkie... Prawie wszystkie. Ominęła lorda Matthiesena. Wróciła do początku i powtarzała nazwiska po kolei, aż w końcu zapamiętała wszystkie bezbłędnie. Potem zabrała się do drugiej kartki. Tu znajdowało się więcej nazwisk, kartka zapisana została gęściej, Lily dodała także więcej komentarzy. Syna nie włączać do listy. Ma zbyt liberalne poglądy. Zatrzymała się przy „W”. Nie dowierzała własnym oczom. Byli tam. Oboje ich rodzice. Lord i lady Wharton, ale nie Katherine Algernon-Waters. Młoda, lecz z komunistycznymi inklinacjami. Kit utknęła na tym komentarzu.

Nagły hałas za oknem przywrócił ją do rzeczywistości. To sowa albo inne latające stworzenie szurnęło skrzydłem po szybie. Pospiesznie dokończyła czytanie i zapamiętywanie nazwisk, spięła starannie kartki i odłożyła dokładnie na to samo miejsce, z którego je wzięła. Podeszła na palcach do drzwi, wyłączyła światło, odczekała chwilę i uchylając je, zrobiła małą szparę. Korytarz był pusty. Wyśliznęła się z pokoju, zamknęła delikatnie drzwi za sobą i ruszyła w pełnym cieni mroku w stronę klatki schodowej. Jej sypialnia mieściła się piętro niżej. Przyjęcie trwało w najlepsze. Słyszała gwar ożywionych rozmów i śmiechy dobiegające z parteru. Po rozległych korytarzach niosło się bicie zegara z kurantem. Jedenasta w nocy. Zbiegła lekko na półpiętro z sercem walącym w piersi jak młotem, z głową pełną nazwisk, które udało się jej zapamiętać. Jak tylko znajdzie się bezpiecznie w swoim pokoju, zaraz je zapisze. Nie mogła się doczekać miny wujka Faunce’a, gdy mu pokaże tę listę. Po raz pierwszy w życiu zrobiła coś tak niezwykle ważnego. Kiedy stała w pokoju Wolfa, rozglądając się za tym, czego szukał wujek Faunce, odkryła w sobie niezwykłą odwagę. Nie bała się; jak tylko to zobaczyła, wiedziała, co ma robić – i zrobiła to.

Doszła już do biegu schodów, którym miała zejść na swoje piętro. Potem wystarczyło przejść obok kilku pokoi i już znalazłaby się u siebie. Nagle usłyszała odgłos zbliżających się kroków. Ktoś wchodził po schodach. Miała tylko krótką chwilę, żeby zareagować. Ruszyła biegiem w stronę najbliższych drzwi, nacisnęła klamkę i pchnęła je. Otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Wpadła do środka, ale za późno. Kiedy zamykała je za sobą, złapała spojrzenie mężczyzny wchodzącego na górę. To był Wolf. Obok, trzymając go pod rękę, szła Lily. W ułamku sekundy zarejestrowała złe, podejrzliwe spojrzenie siostry. Zamknęła drzwi już na ich oczach. Stała w środku, szczękając zębami. Tak jak wcześniej w ogóle się nie bała, teraz trzęsła się ze strachu. Usłyszała, jak wchodzą po kilku stopniach, które im zostały, a potem się zatrzymują. Kit nie włączyła światła. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje, do czyjego pokoju zabłądziła. Czekała w całkowitych ciemnościach, tak jak pierwszej nocy, mając absolutną pewność, że osoba po drugiej stronie grubej płyciny drzwi, która ich oddzielała, to mężczyzna. Jednakże tym razem ten mężczyzna nie był sam. Naciskana powoli klamka cicho zachrobotała, aż wreszcie drzwi otworzyły się szeroko. Do pokoju wlało się światło z korytarza. Wolf i Lily stali po jednej stronie progu, Kit po przeciwnej.

– A więc... Co my tu mamy? – mruknął pod nosem Wolf, wchodząc do środka.

Lily pozostała na swoim miejscu. Miała chyba problemy z koncentracją. Kit zaczęła uważnie się jej przyglądać. Oczy siostry wyglądały jak dwa ogromne czarne doły w twarzy, której wyraz zmieniał się co chwila. Nie dawała rady patrzeć na Kit: przy każdej próbie skupienia wzroku na młodszej siostrze jej spojrzenie ześlizgiwało się w inną stronę.

– J-ja właśnie szłam do łóżka – wyjąkała Kit, spoglądając to na jedno, to na drugie.

– Ach, ale twój pokój jest zupełnie gdzie indziej, mein Kind. Znowu węszyłaś, co? Du bist ziemlich neugierig auf die Dinge, nicht wahr?

Kit zaschło w gardle.

– Nie... wcale. – Kręciła głową, powtarzając: – Ja... Ja właśnie szłam do łóżka.

– Co z nią zrobimy? – Wolf odwrócił się do Lily, która stała wsparta o framugę drzwi, z jedną ręką założoną niedbale nad głową. Chłodno wpatrywała się w siostrę, trzęsącą się przed nimi ze strachu. Nikt się nie odzywał przez dłuższą chwilę. Słychać było tylko odgłosy przyjęcia z jadalni na dole, podczas gdy ich trójka jakby wstrzymała oddech w oczekiwaniu na następny ruch, kolejne polecenie, nowe zagranie.

– Daj jej lekcję, Wolf! – zakomenderowała Lily, spuszczając wzrok. – Zawsze lubiła wsadzać nos w nieswoje sprawy. Zawsze węszyła dokoła. Złościła mnie, no wiesz. Tak, to będzie dobre. Daj jej lekcję. Jesteś w tym niezły. – Energicznie skinęła głową, jakby do swoich myśli, odwróciła się i odeszła.

Przerażenie odebrało Kit oddech i ścisnęło ją za gardło. Poczuła, że się dusi. Wolf patrzył na nią z uśmiechem, a raczej charakterystycznym dla niego, beznamiętnym grymasem twarzy. Kiedy zamknął drzwi i ruszył w jej stronę, znów miała wrażenie, że widzi jego ukrytą pod maską uśmiechu twarz – jego prawdziwą twarz.

– Kom! – powiedział, wyciągając rękę. – Kom! – Złapał Kit za nadgarstek najpierw delikatnie, po czym wzmocnił uścisk i przyciągnął ją do siebie.