Wiatrom powierzoneTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Kataklizm w Tōhoku według danych ze strony Hinansyameibo.katata.info, stan na 10 stycznia 2019 roku:

Ofiary śmiertelne: 15 897

Osoby uznane za zaginione: 2534

Ewakuowani: 53 709

Zgony powiązane z kataklizmem: 3701

5

Yui przemknęła samochodem po szarych drogach Ōtsuchi, przez opustoszałe pola. Ten obszar został najbardziej zdewastowany w marcu 2011 roku, jedną dziesiątą ludności pochłonęły morze albo pożary, których przez wiele dni nie dało się ugasić.

Ogołocona przez tsunami ziemia ciągnęła się niezamieszkana aż po horyzont i tylko co jakiś czas można było dostrzec skromne budynki, koparki i maszyny o niewiadomym przeznaczeniu. Te bezkresne i puste miejsca przypominały Yui buddyjskie cmentarze, nagle wyłaniające się spomiędzy gór.

Wiatr, który ani na chwilę nie odpuszczał, targał flagami reklamowymi z nazwami firm budowlanych, informującymi o tym, że prace są w toku.

Gdy jechała już na wysokości Niiji-itakaigan, drogą, która zgodnie z naturalnym ukształtowaniem terenu to rozszerzała się, to zwężała, dopadły ją wątpliwości. A jeśli ten człowiek kłamał? Nie co do istnienia miejsca, które znalazła na internetowej mapie razem z numerem telefonu i faxu, ale co do tego, że skoro jemu pomogło, tak samo pomoże i jej.

Budka telefoniczna w ogrodzie, niepodłączony telefon, przez który można rozmawiać ze zmarłymi. Czy coś takiego jest w stanie dać ukojenie? A nawet jeśli, to co powie matce? Co powie swojej córeczce? Te pytania wzbudziły w niej niepokój.

Nawigacja wciąż wydawała sprzeczne polecenia, Yui była już tak blisko, że program zrezygnował z wyjaśniania szczegółów. Zatrzymała się i zgasiła silnik.

A jeśli w Bell Gardii jest pełno ludzi i trzeba stać w kolejce? Bo kto nie ma bliskich zmarłych, z którymi chciałby porozmawiać? Kto nie boryka się z co najmniej jedną nierozwiązaną sprawą dotyczącą zaświatów?

W tej chwili stanął jej przed oczami obrazek z Chin: ogromny basen wypełniony ludzkimi ciałami, kolorowymi czepkami i dmuchanymi kółkami. Wszyscy chcą się kąpać, ale nikt nie może popływać. Wody nawet nie widać.

Była pewna, że niczego z siebie nie wydusi przy innych.

Jak w szkolnej ubikacji: „Kiedy skończysz?”, „Ile jeszcze będziesz tam siedzieć?”.

Pogrzebała w plastikowej torbie leżącej na siedzeniu obok. Otworzyła jedno z onigiri, które jeszcze przed wyjazdem z Tokio kupiła razem z czekoladą i kawą w puszce. Jadła i przyglądała się krajobrazowi.

Ot, anonimowy kawałek prowincji: rachityczne budynki, dwupiętrowe domki z klasycznymi niebieskimi dachami i dużymi ogrodami, szopy, pola uprawne, kurniki. Po prawej morze, na wprost dolina. Za nią niewzruszona góra.

Ogarnęła ją błoga rozkosz. Nie było tu ani korków, ani sklepów. Co za nonsens obawiać się mas stłoczonych w kolejce do budki.

I nagle, po wielu godzinach szarugi i deszczu, niebo spuściło na ziemię strugi światła. Wtedy Yui zauważyła pod okapem jednego z domów rzędy suszących się owoców kaki. We wstecznym lusterku zobaczyła, jak ze środka wychodzi mężczyzna i zaczyna wspinać się po drabinie na drzewo. W ręku trzymał sekator, najwyraźniej szykował się do przycinania gałęzi.

Mogłaby go spytać o drogę do domu Suzuki-sana, o Wietrzny Telefon i o Bell Gardię. „Słyszał pan?” Ale powstrzymała ją myśl, że w ten sposób zdradzi się przed nieznajomym ze swą żałobą. Nie cierpiała, gdy ludzie okazywali jej litość, uśmiechali się nerwowo albo drętwieli w nienaturalnej pozie.

Potem jednak w bocznej szybie mignęła sylwetka mężczyzny, jeszcze dość młodego, ale już siwiejącego. Yui od razu odgadła, że jest taki jak ona. To jeden z ocalałych.

Nie potrafiła tego wyjaśnić, ale na jego twarzy krył się mikroskopijny cień mroku, taki sam, jaki nosiła ona sama, choć nie wiedziała gdzie. To przestrzeń, w której ocalały wyrzekał się wszelkich emocji, nawet radości, by nie musieć więcej znosić niczyjego bólu.

Mężczyzna miał na głowie kaszkiet, a w rękach rozłożoną mapę, która trzepotała mu na piersi. Rozglądał się wokół, szukał czegoś.

W ciągu kolejnych lat Yui nauczy się go na pamięć: jego zgarbione nad Wietrznym Telefonem plecy, ucho przyciśnięte do słuchawki, ciało pocięte na kwadraty przez przeszkloną kratę.

Za każdym razem przyniesie papierową torebkę z dwiema bananowymi eklerkami z bitą śmietaną, które uwielbiała jego żona. Będzie je ostrożnie trzymał, żeby nie zgnieść. Potem, jak zawsze, zjedzą je wspólnie, Yui i Fujita-san, na ławeczce w Bell Gardii.

Z pustymi sercami zapatrzą się w morze, bo choć Yui przeniosła się do Tokio, daleko od oceanu, po półtora roku dopadła ją nostalgia. Wielu to powtarzało: najpierw się go nienawidzi, a potem znowu kocha, takim rozdzierającym uczuciem, jakim darzy się własne dziecko mordercę, bo mimo wszystko trudno się go wyrzec.

„Choć czas mija, wspomnienie tych, których kochamy, nigdy się nie zestarzeje. To my się starzejemy” – powtórzy wielokrotnie ten mężczyzna, który teraz składa mapę, podczas gdy wiatr mierzwi mu włosy.

Yui wysiadła z samochodu i wpadła prosto w słone powietrze. Zgoda, morze było tuż obok, ale tak gęsta atmosfera ją zaskoczyła. Szybko przekręciła kluczyk w drzwiach, żeby nie mieć czasu na rozmyślanie.

Ruszyła w kierunku mężczyzny, który właśnie przeszedł na drugą stronę ulicy i już ruszał dróżką w górę. Ocean zostawił za sobą.

Yui poczuła na plecach wiatr, jakby jakaś niewidzialna ręka pchała ją na ścieżkę, która łagodnie pięła się na Kujira-yamę, Górę Wieloryba.

– Przepraszam! – krzyknęła i przyspieszyła kroku. Głos rozpłynął się w powietrzu. Powtórzyła: „sumimasen”, tym razem słowa uczepiły się wiatru i dotarły do mężczyzny.

Obrócił się z pomiętą mapą na piersi.

Uśmiechnął się. Jedno spojrzenie wystarczyło, by wiedział, że ona jest jak on, że są tu z tego samego powodu.

6

Inne sentencje często wypowiadane przez Fujita-sana:

„Sen jest lekarstwem na wszystko”.

„Żeby poznać samego siebie, wpierw trzeba poznać innych” (Miyamoto Musashi).

„Klucze gubią się zawsze wtedy, gdy właśnie musisz wyjść”.

„Cappuccino przyprószone cynamonem jest o niebo lepsze”.

„Wiedza powierzchowna jest bardziej szkodliwa niż ignorancja” (Miyamoto Musashi).

Uwaga: Księga pięciu pierścieni Miyamota Musashiego była, obok Księcia Niccola Machiavellego, ulubioną lekturą Fujita-sana.

7

Przez mniej więcej rok Yui nawiedzał jednakowy sen. Co noc śniła, że może jeszcze raz począć swoją córkę.

Coś jej podpowiadało, że skoro dziewczynka raz wyszła z jej łona, może to zrobić ponownie, że Yui jest w stanie powtórzyć każdy element tego procesu i sprowadzić ją z powrotem na świat.

W pierwszym roku żałoby rozsądek zawsze trzymał się we śnie z boku i przyglądał w milczeniu, jakby czuł, że nie ma prawa ingerować. Ale gdy tylko Yui się budziła, wyglądał z ukrycia i szeptał, że to tylko mrzonki, że trzeba być silnym i iść naprzód.

Nawet jeśli powtórnie zajdzie w ciążę, dajmy na to z tym samym mężczyzną, dziewczynka z blizną pośrodku czoła, z piegami na nosie i na policzkach już nie wróci. I nic nie pomoże, że Yui zrezygnuje z prostego spiczastego noska albo przenikliwego krzyku, którym córeczka domagała się uwagi. Ona drugi raz się nie urodzi.

Fujita-san, który teraz stał przed nią i uśmiechał się z zażenowaniem, mówiąc, że nie, nie ma najmniejszego pojęcia, gdzie leży Bell Gardia, ale że na pewno gdzieś w pobliżu, też od miesięcy śnił to samo.

We śnie udzielał swojej trzyletniej córce rad. Jego dziewczynka żyje, ale zaniemówiła. Oniemiała w chwili, gdy straciła matkę. Przekazywał jej każdą cenną wskazówkę, jaka przychodziła mu do głowy. Brał ją za rączki, głaskał, uczył, co i jak należy robić: „jedzenia nie nabija się na pałeczki, lecz nabiera, o tak”; „kiedy ziewasz, zakrywaj usta”; „przed jedzeniem mów itadakimasu i lekko pochyl głowę”; „po powrocie do domu zawsze myj ręce”; i najważniejsze: „uśmiechaj się sercem, a nie tylko ustami”.

„Wychowanie to ważna rzecz” – powtarzała jego żona, gdy jeszcze żyła, a on w to wierzył; tym mocniej, kiedy jej zabrakło.

Pokładał bezgraniczne zaufanie w tych wszystkich słowach, w zalewających głowę i przewijających się przez całe życie poleceniach, w krótkich zdaniach rozbrzmiewających matczynym albo ojcowskim głosem, które z czasem zaczynają brzmieć jak własne.

– Moja żona powtarzała je córeczce codziennie. Słuchałem, ale sam milczałem. Zostawiłem to zadanie jej, bo chyba uważałem, że moja rola zawsze będzie marginalna. Teraz przyglądam się matkom na ulicy, w parkach czy w supermarkecie, żeby wykraść im sekret. Chcę zrozumieć, jak przekonuje się dzieci do tego, żeby same mówiły, żeby były szczęśliwe, że są na tym świecie.

– Och, ale tego nikt nie wie! – Yui błyskawicznie odpowiedziała tamtego wieczoru, odwracając twarz w stronę Fujita-sana.

Przez całe popołudnie spacerowali po Kujira-yamie, zjedli w jedynej w okolicy restauracji, a potem Yui podwiozła mężczyznę na dworzec. Przez pół godziny jechali w milczeniu, podczas gdy zachód słońca rozpalił, a potem zgasił nad wszystkim światło. W milczeniu przemierzyli ciemności nad zatoką przy Ōtsuchi.

 

Po tym zdaniu: „Tego nikt wie!”, patrząc na konsternację wymalowaną na twarzy Fujita-sana, Yui roześmiała się. I nagle ogarnęło ją zdziwienie.

Przyczyną nie była naiwność mężczyzny, bo Yui niewiele wiedziała o ojcach, ani jako córka, ani jako żona. Przeczuwała jedynie, że tak skomplikowanych spraw jak szczęście nie da się nauczyć słowami, a jedynie przykładem, i żeby przekazać je drugiemu człowiekowi, najpierw trzeba je samemu posiąść dzięki życiu pełnemu radości.

Niespodzianką był dla niej dźwięk, który dobył się z jej gardła. Yui zamarła: ona się śmiała!

Nie pamiętała, kiedy ostatni raz wybuchła śmiechem, kiedy czuła się tak lekko, by pozwolić sobie na chwilę beztroski.

Kogoś, kto ją kochał, na ten widok z pewnością ogarnęłoby wzruszenie.

– Ach, nie? – Fujita-san też się roześmiał w odpowiedzi.

8

Jak sprawić, by dzieci czuły się szczęśliwe:

Opinia pani Kurody, mamy Sakury (dwa lata), spotkanej przez Fujita-sana w supermarkecie Kēio w Kichijōji: „Chwalić je znacznie częściej, niż się je karci, wspólnie piec babeczki w sobotnie poranki i przyglądać się, kiedy mówią: «Popatrz!»”.

Opinia pani Anzai, mamy Tao-kuna (trzy lata i pięć miesięcy), wyrażona podczas rozmowy z inną mamą w parku Inokashira: „Dać im codziennie się wybiegać po parku, mocno je przytulać, gdy kapryszą, nie zabierać ich do sklepów z zabawkami, żeby nie trzeba było odmawiać”.

Opinia doktora Imai, ojca Kōsukego (siedem lat), kolegi Fujita-sana: „Czytać razem książki o dinozaurach, zabierać je do akwarium i oglądać ryby, odpowiadać na wszystkie pytania, nawet te krępujące”.

9

– Bell Gardia? – zapytała przybyszy pewna zgarbiona staruszka w fartuchu z dużymi kieszeniami. Obok niej siedział czarny pies i przeżuwał coś z wyrazem błogości na pysku. Swoje masywne cielsko opierał na wątłych przednich łapach. – Tam się wybieracie?

– Dokładnie tam. Czy to daleko?

Ostatni odcinek drogi, ten najbardziej ekscytujący, pokonali w towarzystwie staruszki. Musiała mieć ponad osiemdziesiąt lat, jedną rękę założyła na zgarbione plecy, a drugą trzymała opuszczoną wzdłuż ciała.

Zaproponowała, że zaprowadzi ich aż pod dom Suzuki-sana, opiekuna Bell Gardii.

– Chodźcie – powiedziała z miłym uśmiechem, jakby zamierzała ich zaprosić do pokoju położonego w głębi domu.

Urodziła się w Kyūshū, ale to nie miało już większego znaczenia, bo całe życie spędziła tutaj. Przeniosła się z mężem od razu po ślubie. Był rybakiem, wyjaśniła. Powiedział jej, że to najpiękniejsze miejsce na świecie, a ona mu uwierzyła. Wyremontowali jego rodzinny dom i zainaugurowali swoje wspólne dni pod znakiem morza, które dzieliło je na pół. Bo mąż wypływał, gdy zapadała noc, a wracał o świcie.

Na początku przerażały ją przede wszystkim ogromne kraby, które mąż przywoził w darze z północy, gdzie czasami się zapuszczał, i ich długie, szkarłatno-złote odnóża. Wyglądały strasznie, nigdy nie widziała takich szczypiec. „Ale są przepyszne, musicie ich spróbować” – dodała.

Yui obejrzała się w stronę oceanu i zobaczyła czerwone łby unoszących się na wodzie boi.

W jej wyobraźni sylwetka kobiety wydłużyła się, strzepnęła z siebie lata jak kurz z kapoty i zepchnęła zmarszczki na skraj twarzy. Ujrzała ją młodą i wyprostowaną, z króciutką grzywką, bo takie wtedy były w modzie, jak patrzy na ocean z progu domu, z innym psem u nogi, z jednym dzieckiem na ręku, a drugim, starszym, uczepionym kimona. Z niepokojem młodej żony bada horyzont, wypatrując kutra męża. Potem podnosi rękę, „spójrzcie!”, woła, i wskazuje palcem plamkę dziurawiącą płaszczyznę wody.

Dzięki jej uprzejmej pomocy Yui i Fujita-san nawet się nie zorientowali, gdy dotarli do Bell Gardii. Całą uwagę skupili na staruszce i jej psie, tak że ogród otworzył się przed nimi znienacka, jak kurtyna ulicznego teatru.

„Do zobaczenia i powodzenia” – powtarzała uniesiona dłoń. Długo na nią patrzyli, kłaniając się raz po raz. Kobieta zaczęła powoli schodzić, razem z wiatrem, który zaprowadził ją aż do domu.

W szkole, w której wiele tygodni spędziła pomiędzy skrzynkami z owocami, z opakowaniami liofilizowanego jedzenia, ubraniami i kocami, jakie napływały z całej Japonii, Yui przyglądała się setkom twarzy, ale żadna nie wywarła na niej większego wrażenia. Z wyjątkiem jednej, która wracała codziennie, i to w najmniej oczekiwanych momentach.

Była to twarz mężczyzny i zarazem rzecz.

Miał około pięćdziesięciu lat, potężne ciało, obłąkane usta i ogromne wyłupiaste oczy, jak u ryby.

Mężczyzna, którego imienia Yui nigdy nie poznała, trzymał w rękach ramkę od obrazu i nie rozstawał się z nią nawet podczas snu. Przez nią patrzył w niebo, na sufit, na wszystko, co znajdowało się w sali: na maty, dobytek, ludzi. Yui obserwowała go z taką ciekawością, jakiej nikt wcześniej w niej nie wzbudził. Widziała, jak nadaje tytuły swoim obrazom, i była pewna, że nikt inny tego nie zauważył. Za każdym razem, gdy zmieniał kierunek patrzenia i zatrzymywał się z uroczystą miną, analizując to, co znalazło się w ramie, wolną ręką pisał coś w powietrzu.

W świecie na zewnątrz szaleńcy są bardzo samotni. Ale w tym miejscu ich samotność wydawała się jakby mniejsza. Ból, który zdrowych doprowadzał do obłędu, uwalniał szaleńców od ich ciężaru i sprawiał, że w mniejszym stopniu czuli się odmieńcami.

Yui zaczęła nawet powątpiewać, czy mężczyzna jest jednym z ewakuowanych. Miała nieodparte wrażenie, że krzywda doznana przez tego człowieka jest znacznie starszej daty i że żadna z informacji, jakie docierały do tego miejsca, nie jest w stanie go poruszyć. Wszyscy przynajmniej raz dziennie udawali się do punktu informacyjnego, by zapytać o bliskich. Wszyscy, ale nie on. Nikt, kto do niego przychodził, nie rozmawiał o niczym innym niż o godzinach wydawania posiłków, zasadach korzystania z prysznica, wizytach lekarskich, jakim ma się poddać, i ćwiczeniach na krążenie. Wszyscy płakali albo silili się, by tego nie robić przy innych, ale nie on. Prawdopodobnie chciał się wmieszać w tłum, może nawet miał swój dom, ale tutaj łatwiej było mu się odnaleźć.

Tutaj nikt w nikogo nie wątpił, nikt nie śmiał wątpić. Za bardzo się bano, by nie dołożyć drugiemu cierpienia. Yui była więc gotowa: jeśli ktoś podejdzie do mężczyzny i zapyta, po co mu ten prostokąt z niebieskiego plastiku, którym porcjuje życie, wtrąci się i powie: „To tylko zabawa, obiecał wnukowi”. A jeśli ten ktoś będzie nalegał i chciał się dowiedzieć, na czym ta zabawa polega, czy wnuk ma się dobrze, czy jest bezpieczny, wtedy ona zamilknie, ale w taki sposób, że ten ktoś nie odważy się już o nic więcej zapytać.

Prawda, a przynajmniej to, czego Yui się domyślała, a więc że oglądanie świata przez ramkę zwyczajnie dodaje mężczyźnie otuchy, że w ten sposób pozwala mu sobie z nim poradzić, nie uspokoi innych.

Szaleńców łatwiej zaakceptować, gdy nie do końca uświadamiamy sobie ich szaleństwo.

Leżąc w nocy na swojej macie, Yui wkładała między twarz swojej córki i matki, między okruchy dawnego życia i widok morza, wyobrażenie tego przysadzistego mężczyzny w jego domu, pewnie zagraconym bibelotami.

Nie wiedziała, skąd bierze się ta obsesja, często jednak wracała myślami do tych fantazji. Nie mogąc zasnąć, wyświetlała na wysokim suficie sali gimnastycznej krępą i nieproporcjonalną sylwetkę, jak przez przypadek odnajduje zdjęcie w ramce, bierze je do ręki, odsuwa zaczepy i wyjmuje odbitkę. Dziesiątki razy przeglądała przede wszystkim to, co następuje potem, kiedy mężczyzna unosi ramkę na wysokość twarzy i nagle pokój, ulica oraz wszystkie rzeczy, w które obfituje świat za oknem, okazują się niegroźne i fascynujące. Ta scena przepełniała ją nieopisanym spokojem.

A teraz siedziała na ławce w Bell Gardii i patrzyła na pocięty na kwadraty profil Fujita-sana. Przecinały go drewniane listwy (dwie długie pionowe oraz pięć krótkich poziomych), w których osadzono szyby. Za każdym kwadratem był kawałek Fujita-sana, część ramienia, fragment nogi.

Wielokrotnie odwracała wzrok, nie chciała być niedyskretna.

Ale Fujita-san i tak niczego nie zauważył. Bez przerwy opowiadał swojej żonie o Hanie: „Przestała mówić, to prawda, ale wierzę, że to się zmieni, pediatra też tak twierdzi”.

„To kwestia czasu – powiedział – bo u dzieci nawet uczucia mogą się zmaterializować i utknąć w gardle. To wcale nie takie rzadkie, jak się przypuszcza”.

„Moja matka ma się dobrze, bardzo nam pomaga”.

Opowiedział też o sąsiadkach i paniach z przedszkola, o kolegach i koleżankach: Hana jest lubiana, wyzdrowieje. Najlepiej, jeśli to się stanie, zanim pójdzie do szkoły podstawowej.

Kwadrat, w którym Yui widziała tył głowy Fujita-sana, nagle opustoszał. Mężczyzna pochylił się i pojawił w niższym polu. Podniósł leżący na podłodze plecak i się obejrzał.

Był wzruszony, ale na ustach miał uśmiech. Jakby mówił: „Jest dobrze, mnie jest dobrze, jakoś to będzie”.

Dopiero po roku Yui opowie Fujita-sanowi o mężczyźnie z ramką. Opowie mu, jak sama znalazła się w niebieskim kwadracie i że poczuła się wtedy widziana, ale tak naprawdę, po raz pierwszy od wielu tygodni.

To się więcej nie powtórzyło, bo trzy dni później mężczyzna zniknął. Nikt o nim nie wspominał, a ona nie zadawała pytań.

Bo co powiedzieć o kimś, o kim niczego się nie wie?

Bo co kogo obchodzi ten, o kim niczego się nie wie?

Tam, w miejscu zesłania, Yui nauczyła się jeszcze jednej ważnej rzeczy: żeby wyeliminować kogoś raz na zawsze, wystarczy milczeć na jego temat. Dlatego tak ważne jest pamiętanie o tym, co było, rozmawianie z ludźmi i o ludziach. Słuchanie, jak opowiadają o innych. A nawet rozmawianie ze zmarłymi.

10

Ramka człowieka z ramką:

Rozmiar: 17,5 cm × 21,5 cm

Kolor: błękitny

Zakupiona w sklepie 6 marca 2001 roku, cena: 100 jenów

Faktyczny koszt z uwzględnieniem podatku VAT: 105 jenów

Made in China

11

Pierwszego dnia Yui wolała się tylko przyglądać.

Ogród pełen był szeptów, jakby na tym skrawku ziemi zbiegały się głosy z pobliskich wiosek.

Yui zastanawiała się, czy błąkają się tu też rozmowy staruszki z jej psem. Była przekonana, że w tak czułej relacji nie może zabraknąć długich rozważań o morzu i o dzieciach, które wyjechały do dalekich miast.

Po skorzystaniu z Wietrznego Telefonu Fujita-san wszedł do domu strażnika ogrodu i teraz oglądał zbiory biblioteki Bell Gardii, która przez lata bardzo się rozrosła dzięki pomocy licznych organizacji pozarządowych. Przejrzał też kalendarz wydarzeń, które co miesiąc się tu odbywały.

Spotkanie toczyło się w miłej atmosferze, a Suzuki-san okazał im wielką życzliwość.

Gdy Fujita-san podawał mu swoją wizytówkę, strażnik uśmiechnął się i pokłonił głęboko. Yui stała z boku i tylko przyglądała się wymianie uprzejmości. Wolała pozostać w cieniu towarzysza, dać do zrozumienia, że stanowią jedno. Fujita-san chyba to zauważył, ale nie zrobił nic, by wyjaśnić, kim jest albo nie jest Yui.

Zresztą Suzuki-san nie przejawiał zainteresowania, jego wzrok tylko na chwilę zatrzymał się na osobliwych włosach kobiety, które w tamtym czasie w dwóch trzecich były jasne, a w jednej trzeciej czarne. Powtórzył ciepłym głosem „witajcie” i zaprosił ich do środka.

Ogród nie tylko zachwycił Yui, ale też wzruszył. Spytała, czy może przez kilka minut posiedzieć i poprzyglądać mu się w samotności.

– Może pani nawet dłużej. Dopiero za jakieś pół godziny przyjdzie pewien młodzieniec, ale często się spóźnia. Wystarczy, że zwolni pani budkę i trochę się oddali. Często tu bywa, znam go. Na pewno się nie obrazi.

Yui przytaknęła, była pod wrażeniem poufałości, z jaką strażnik wyrażał się o swoim gościu. Może o niej kiedyś też będzie tak mówił.

Odprowadziła wzrokiem mężczyzn, którzy przekroczyli próg domu. Budynek wznosił się na tyłach ogrodu. Białe ściany poprzecinane były czarnymi belkami. Przypomniała sobie, że widziała coś takiego w katalogu reklamującym kraje niemieckojęzyczne.

 

Rok w rok tysiące osób udawały się do Bell Gardii, by zostawić tam swój głos.

Wiele z nich to ocaleni z kataklizmu z 11 marca 2011 roku, większość z Ōtsuchi. Ale byli i tacy, którzy stracili bliskich w wyniku choroby, wypadku samochodowego, staruszkowie przybywający, by porozmawiać z własnymi rodzicami, ofiarami drugiej wojny światowej, albo rodzice dzieci, które przepadły w nicości.

– Pewnego razu jakiś mężczyzna stwierdził, że śmierć to bardzo osobista sprawa – powiedział Suzuki-san. – Nasze życie staramy się zorganizować tak, jak robią to inni, ale ze śmiercią jest inaczej. Gdy przychodzi, każdy reaguje po swojemu.

Spacerując powoli i ostrożnie, żeby nie zadeptać roślin, Yui zastanawiała się, czy to nie ten sam mężczyzna, który zadzwonił do radia.

Ze zdziwieniem stwierdziła, że wiatr w Bell Gardii nie ustaje ani na moment, wręcz przeciwnie – nabiera pędu, by zmierzwić krajobraz.

Pomyślała więc, że zadaniem słuchawki jest nie tylko wchłonąć i tak pokierować głos, by trafił do ucha adresata, lecz także rozpuścić go w powietrzu. Ciekawiło ją, czy zmarli przywoływani t u t a j do życia, w tym d r u g i m trzymają się za ręce, poznają się nawzajem i uczestniczą w przygodach, o jakich żywi nie mają bladego pojęcia.

Bo jak inaczej wyjaśnić tę lekkość? W tym miejscu śmierć ma cudowną postać.

Gdy tak krążyła po ogrodzie, wyobrażała sobie, że duchy zmarłych zasiadają w zaświatach jak w szkolnych ławkach, a na wezwanie podnoszą rękę i się ze sobą zapoznają. Może jej córeczka będzie się bawić z żoną Fujita-sana, będą razem śpiewać; może powstanie kiedyś świat, w którym nie tylko ci, którzy przeżyli, będą się troszczyć o siebie nawzajem, ale również zmarli będą się kochać i wspierać, gromadzić rok po roku, a potem umierać. Czyż dusza nie powinna zużywać się tak samo jak ciało?

Ta myśl zrodziła w niej niepokój, jakby w chwili, kiedy ona oddawała się roztargnieniu, wydarzyło się coś istotnego.

Siedząc na ściętym pniu, Yui oparła otwarte dłonie grzbietami na kolanach, najpierw prawą, potem lewą, i przyglądała im się na zmianę. Czy jej córeczka będzie spacerować, trzymając za rękę kogoś innego?

Minęło około pół godziny, Yui podniosła oczy, a wtedy zobaczyła młodzieńca w licealnym mundurku. Pewnym krokiem przemierzał ogród, kierując się prosto do drzwi budki telefonicznej. Rozczulił ją rozchwiany chód chłopaka, typowy dla nastolatków. Nie mógł mieć więcej niż szesnaście, góra siedemnaście lat.

Przechodząc pod bramą, walnął w nią przewieszoną przez ramię torbą z wyrazistym emblematem szkoły. Rozbrzmiał dzwoneczek.

Yui patrzyła, jak otwiera drzwi i pewnym gestem chwyta słuchawkę.

Odwróciła się tyłem, żeby się nie narzucać. Siedziała pod drzewem kaki i patrzyła w górę. Na rozpościerających się we wszystkich kierunkach gałęziach pozostało zaledwie kilka owoców.

Niebo widziane z tej perspektywy wyglądało jak popękane.