Perska namiętnośćTekst

Z serii: Perska miłość #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Perska namiętność
Perska namiętność
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,90  50,32 
Perska namiętność
Perska namiętność
Audiobook
Czyta Ewa Abart
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Laila Shukri, 2017

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcia na okładce

© Subbotina Anna/Fotolia.com;

Wolfgang Zwanzger/Fotolia.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Maria Talar

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-8097-283-4

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział I

W poszukiwaniu siebie

Sara siedziała z zamkniętymi oczami na posadzce Świątyni Zęba w mieście Kandy uważanym za duchowe centrum Sri Lanki. W atmosferze buddyjskiego sanktuarium starała się odzyskać utracone parę miesięcy temu poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Przez jej rodzinny dom przeszedł bowiem huragan, który sprawił, że dla niej już nic nie było takie samo – po przyjeździe z wakacji ojciec przedstawił jej swoją drugą żonę! Mocno ugodziło to w buntowniczą naturę Sary. A później nastąpiła lawina wydarzeń – rozpacz matki i jej załamanie nerwowe, narastanie ekstremistycznych poglądów Fatmy, siostry Sary, i jej zafascynowanie ISIS, otwarta nienawiść i śmiertelne groźby drugiej żony ojca, plany wydania Sary za mąż jako trzecią żonę pewnego starca, a w końcu ucieczka z domu i pierwsze pełne, choć nie do końca chciane doświadczenie erotyczne. To wszystko zburzyło dotychczasowy świat Sary, który – być może z jej punktu widzenia nie był idealny, gdyż za bardzo ograniczał jej wolność – dawał poczucie komfortu i stabilności. Teraz już tego nie miała. Nie ufała ojcu, bo się przekonała, że mógł być zdolny do najbardziej zaskakujących zachowań, nie miała też wsparcia matki, która nie do końca wróciła do siebie po traumatycznych przeżyciach.

– Idziemy do hotelu? – zapytała szeptem Hana, przyjaciółka Sary.

– Nie, jeszcze tu zostanę. – W otaczającej ją aurze odwiecznych rytuałów, z namaszczeniem odprawianych przez ubranych w większości na biało wiernych, Sara starała się odnaleźć jakąś nitkę, której mogłaby się uchwycić i na nowo odzyskać swoją wewnętrzną równowagę.

– Ja już pójdę. Chcę pobyć trochę z mamą. – Hana podniosła się z posadzki.

– Dobrze. – Sara wciąż miała zamknięte powieki.

– Spotkamy się na kolacji. Poradzisz sobie sama? – Hana czuła się odpowiedzialna za przyjaciółkę.

– Tak, oczywiście.

– To do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

* * *

Propozycja Hany, aby Sara towarzyszyła jej podczas dwutygodniowego pobytu na Sri Lance, przyszła w samą porę. Ostatnio dziewczyna nie mogła się otrząsnąć z narastającego przygnębienia. Uczęszczała do szkoły, ale przychodziło jej to z ogromnym trudem. Wszyscy wiedzieli o tym, że nagle zniknęła na dłuższy czas z domu, co w Kuwejcie było plamą na reputacji osiemnastolatki. Dawne koleżanki jej unikały – zapewne dostały zalecenia od swoich rodziców, żeby trzymać się od niej z daleka. Chłopcy na jej widok głupio się uśmiechali, a czasami składali jej niedwuznaczne propozycje. Nie było to dla Sary przyjemne. Nie chciała o tym mówić swojemu o rok starszemu bratu Nadirowi, który chodził do ostatniej klasy tej samej szkoły, bo obawiała się, że w obronie jej honoru nie zawaha się użyć noża, jak już raz zrobił. To znowu mogłoby ściągnąć na jej rodzinę bezmiar kłopotów, a tego Sara na pewno chciała uniknąć. Już dosyć dramatycznych wydarzeń w ich domu…

Sara, otoczona szmerem przesuwających się bosych postaci, ze wszystkich sił starała się wyrzucić natrętne myśli dudniące jej w głowie. Ty wiesz, co się kiedyś stało z kimś, kto ze mną zadarł?! – złowrogie zdania wykrzykiwane przez Larę rozbrzmiewały coraz głośniej i głośniej. – Skończył w wodach Zatoki Perskiej! A ty weszłaś mi w drogę! Nie daruję ci tego! Zapewniam cię, że twoje dni w tej rezydencji są policzone! Twoje dni w tej rezydencji są policzone… policzone… – Sara ukryła twarz w dłoniach. I znów ten ścisk gardła spowodowany strachem, którego mimo upływu czasu nie mogła się pozbyć. I przykre obrazy pijanej do nieprzytomności matki, leżącej w przesiąkniętej odorami brudu i alkoholu sypialni. I siedzący w salonie stary Kuwejtczyk, który oglądał Sarę – kandydatkę na swoją trzecią żonę – jak towar. Wielki smutek znowu rozpostarł się w sercu i duszy dziewczyny. Smutek, z którym zupełnie nie umiała sobie poradzić.

To jej ciągłe, przygniatające rozżalenie zauważyła Emily, mama jej przyjaciółki Hany.

– Saro, stało się coś? – spytała, kiedy przed wakacjami siedziały we trzy w pokoju Hany, popijając herbatę. – Znowu jakieś kłopoty w domu?

– Nie… – Sara nie chciała powiedzieć, że jej dom już nie był dla niej tym samym domem co kiedyś.

– To co się dzieje? – Mama Hany, Brytyjka, w przeciwieństwie do mamy Sary, zawsze żywo interesowała się problemami dorastających dziewcząt. Ojciec Hany, podobnie jak ojciec Sary, był Kuwejtczykiem i Emily zdawała sobie sprawę z tego, że wychowywane na styku dwóch kultur dziewczyny mogą doświadczać licznych rozterek i mierzyć się z wieloma niełatwymi dla nich wyzwaniami.

– Nic takiego – posępnie odpowiedziała Sara, przypominając sobie powtarzające się od czasu do czasu kłótnie rodziców. Mamie Sary, Joannie, trudno było zupełnie zapomnieć o tym, że jej mąż przyprowadził do domu drugą żonę, i zdarzało się, że mu to głośno wypominała. Ich ostra wymian zdań wywoływała u Sary jeszcze większą chandrę, która niekiedy bywała tak ogromna, że nagle wszystko traciło dla niej sens. Zdarzały się dni, że nie chciało jej się nawet podnieść z łóżka, i zostawała wtedy w swoim pokoju, symulując chorobę.

– Saro… – Mama Hany zwróciła się do dziewczyny łagodnym tonem. – Jeżeli znowu masz jakieś problemy, to powiedz… Może będę mogła ci coś doradzić. – To właśnie Emily zachęciła Sarę, aby ta wspierała swoją matkę w najtrudniejszych dla niej momentach. I Sara przez kilka miesięcy robiła to z pełnym zaangażowaniem: zaraz po powrocie ze szkoły szła do sypialni matki, nie zważając na jej nieprzytomny wzrok, czerwoną i opuchniętą od nadmiaru alkoholu twarz oraz zwisające strąki dawno niemytych włosów. Potem, kiedy zrozumiała, że sama nie poradzi sobie z trudną sytuacją, poprosiła o wsparcie Angelikę, przyjaciółkę mamy. Angelika pomagała Joannie wydostać się z najczarniejszej otchłani, w którą ta wpadła, kiedy się dowiedziała, że w drugim skrzydle rezydencji będzie mieszkać darra1. Później starała się powstrzymać matkę Sary od skandalicznych zachowań w objętym całkowitą prohibicją Kuwejcie, kiedy ta w pijanym widzie oddawała się orgii zakupów, tracąc w ciągu paru godzin kilkaset tysięcy dolarów. W tym czasie Sara nie mogła liczyć na wsparcie rodzeństwa. Dwa lata młodsza Fatma uległa wpływom ekstremistycznego islamu i krytykowała matkę za jej skłonność do alkoholu, a Nadir myślał tylko o sobie i swoim nowym ferrari, i ze względu na własne korzyści nie chciał konfliktu z ojcem. Ten trzymający Sarę w ciągłym napięciu gorzki okres odcisnął się bolesnym piętnem na psychice dziewczyny, odbierając jej całą radość życia. A zupełnie nowe dla niej gwałtowne przejścia, których doświadczyła podczas ucieczki, jeszcze bardziej wzmocniły jej poczucie zagubienia.

– Saro, kiedykolwiek nas odwiedzasz, to zawsze widzę na twojej twarzy… – mama Hany szukała odpowiedniego słowa – … żal? – Brytyjka zakończyła pytaniem, mając tym samym nadzieję, że nastolatka się przed nią otworzy.

Sara poruszyła ustami, jakby miała zamiar coś powiedzieć, ale nie mogła wykrztusić ani słowa, a jej oczy wypełniły się łzami. Tak, nosiła w sobie żal, i to wielki żal. Do matki za to, że przez lata zajmowała się głównie swoimi przyjemnościami, podróżami i zakupami, do ojca, że śmiał wprowadzić do ich rodziny drugą żonę, do siostry, że tak łatwo dała się zwieść perfidnym sztuczkom Lary, i do brata, że w pogoni za specjalnie wyposażonym ferrari nie wykazał krzty zrozumienia dla cierpiącej matki. Tego wszystkiego nie dało się tak łatwo wymazać z pamięci, więc kiedy mama Hany zapytała o żal, to uczucie z jeszcze większą intensywnością wzmogło nieustające cierpienie Sary. Po jej policzkach zaczęły płynąć duże, gorzkie łzy.

– Saro, nie płacz, przecież najgorsze masz już za sobą. – Emily pocieszała dziewczynę. – W końcu jakoś to się ułożyło, rodzina w komplecie… A już wkrótce wakacje, wyjedziecie gdzieś razem…

– Nie chcę z nimi nigdzie jechać! – wyrzuciła z siebie Sara jednym tchem.

– Ale wakacje z rodziną to dobra okazja… – zaczęła Emily.

– Nie! – krzyknęła głośno dziewczyna.

– Saro! – Hana zdziwiona spojrzała na przyjaciółkę, bo ta nigdy nie zachowywała się w ten sposób w obecności jej mamy.

– Przepraszam – zreflektowała się Sara, starając się zatrzymać wierzchem dłoni wciąż lecące z jej oczu łzy.

– To jakie masz plany na wakacje? – zapytała Emily, podając Sarze chusteczkę.

– Nie wiem… – Dziewczyna wytarła mokre policzki.

– Jedziesz, jak zwykle, do Londynu? – chciała wiedzieć Hana.

– Nie… Chyba nigdzie nie jadę… – cicho stwierdziła Sara.

– Jak to nigdzie? – zdziwiła się Emily, bo młodzież z bogatych kuwejckich domów zazwyczaj spędzała wakacje w Londynie albo w innych miastach i kurortach europejskich bądź amerykańskich.

 

– Mama w miesiącach letnich planuje ekskluzywny rejs, ale wypłynie w niego sama z ojcem – wyjaśniła ponuro Sara. – Powiedziała, że po tych wszystkich przerażających chwilach, które miały miejsce w naszym domu, potrzebuje z ojcem długiej podróży tylko we dwoje. Stwierdziła, że musi to zrobić, aby odbudować swoje małżeństwo po wielkim kryzysie.

A Sara znowu będzie pozostawiona sama sobie. Niestety… – Mama Hany uważnie przypatrzyła się dziewczynie, z której twarzy biła bezdenna żałość, po czym z przykrością w duchu zauważyła: Jest dokładnie tak, jak już dawno przypuszczałam. Sara popada w coraz większą depresję.

– To może… Sri Lanka? – Hana spojrzała pytająco na mamę, która przyzwalająco kiwnęła głową. – Może pojedziesz z nami na Sri Lankę? – zwróciła się do przyjaciółki.

W pewnym momencie ich przyjaźń została wystawiona na ciężką próbę – Sara nie zwierzyła się bowiem Hanie ze swoich planów ucieczki, a później nie dawała żadnego znaku życia. Hana miała za to ogromny żal do Sary, pomimo tego jednak, od jakiegoś czasu dziewczyny znowu stały się nierozłączne. Hana nie mogła przejść obojętnie obok wyraźnie zgaszonej Sary, którą dodatkowo otaczała niezbyt przyjemna atmosfera w szkole. Po pewnym czasie przyjęła więc jej tłumaczenia, że nie poinformowała przyjaciółki o planach ucieczki nie dlatego, że jej nie ufała, ale z troski, że w przypadku policyjnego śledztwa, ta może się znaleźć pod zbyt silną presją i zdradzić miejsce jej pobytu.

– Myślę, że to dobry pomysł, Saro – zgodziła się z córką Emily. – Wyjedziesz i w nowym otoczeniu od razu nabierzesz do wszystkiego większego dystansu.

Emily z rozmysłem zabierała Hanę do różnorodnych zakątków globu, bo chciała pokazać jej, jak bardzo zróżnicowany jest świat. Żywiła głęboką nadzieję, że kiedy córka przekona się, że życie to nie tylko dychotomia między czarnymi abajami, hidżabami i nikabami a krótkimi spódniczkami, kusymi bluzkami i skąpymi bikini, to będzie jej łatwiej odnaleźć własną drogę i tożsamość. W Japonii Hana zobaczyła, jak wiele może być rodzajów kimon, których wygląd zależy od płci i statusu społecznego właściciela oraz okazji, na jaką są wkładane; w Szkocji przestały ją dziwić kilty, kraciaste spódniczki, które z chlubą nosili mężczyźni, a na Saharze ze zdumieniem odkryła, że to pustynni tuarescy wojownicy, a nie ich kobiety, zwyczajowo zakrywają twarze i dlatego, mówiąc o sobie, Tuaredzy określali się nazwą Kel Tagelmust, która oznaczała „ludzi noszących zasłony”.

– Saro, jedź z nami! Będzie super! – wykrzyknęła Hana pokrzepiona wsparciem matki. – Sri Lanka jest przepiękna!

– To prawda, jest tam mnóstwo niezwykle malowniczych miejsc – potwierdziła Emily. – Będziesz zauroczona!

Sara pomyślała, że mogłaby jechać wszędzie, byle jak najdalej od swojego rodzinnego domu.

– Tak, wszystko ci pokażę! – Hana była pełna entuzjazmu. – Wspaniałe krajobrazy, buddyjskie świątynie…

– Tylko musicie uważać na małpy! – zaśmiała się Emily, mając nadzieję, że tą uwagą uda jej się choć na chwilę rozchmurzyć Sarę.

– Małpy? – nie zrozumiała dziewczyna.

– No tak, małpy! – Hana szeroko uśmiechnęła się do przyjaciółki. – Porywają okulary!

– Małpy potrafią być niesamowicie podstępne – pogodnie wyjaśniała Emily. – Przybiegają szybciutko, wskakują ci na plecy albo wspinają się sprawnie po twoich nogach, jakby zachęcając do zabawy, a później, zanim się obejrzysz, okulary przeciwsłoneczne Prady, Chanel lub Yves’a Saint Laurenta są już w ich rękach!

– Ja też dostałam nauczkę. Pamiętasz, mamo? – Hana zwróciła się do matki.

– Trudno zapomnieć! – Emily z czułością spojrzała na córkę. – Najnowszy model okularów Diora przepadł, bo spodobał się małpce.

– Tak, kupiłaś mi je tuż przed wyjazdem i nawet nie zdążyłam się nimi nacieszyć – wspominała Hana. – Ale z drugiej strony, jakie to było śmieszne, pamiętasz, mamo?

– Oczywiście, że pamiętam! Żebyś widziała swoją minę, gdy małpa porwała ci znienacka okulary!

– A później próbowała je sobie założyć, krzywiąc się przy tym pociesznie! O, tak! – Hana zmarszczyła nos i wydęła usta.

– Ale nie bardzo jej to wychodziło!

– Nawet kiedy pomagała sobie nogą!

– Bo trzymała je odwrotnie, więc trudno, żeby jej się udało! – przypomniała Emily.

– Ale bardzo się starała!

– Była niezwykle wytrwała, a przy tym wyjątkowo komiczna!

Sara z zazdrością przysłuchiwała się żywej rozmowie matki i córki. Wspomnienia. Miały wspólne wspomnienia. Bardzo miłe wspomnienia. Najbardziej wyrazistym wspomnieniem Sary związanym z matką była jej krew na pociętych białych nadgarstkach. Czerwony krzyk rozpaczy będący finałem wielomiesięcznego dramatu rozgrywającego się w ich rezydencji.

– Dlatego, Saro, jeśli z nami pojedziesz, zaopatrz się w kilka par… – Hana zamilkła, kiedy zauważyła, że oczy przyjaciółki znowu są pełne łez – …tanich okularów – dokończyła ściszonym głosem.

W pokoju na moment zapadła cisza. Po chwili Hana wzięła Sarę za rękę.

– Bo pojedziesz z nami, prawda? – zapytała z nadzieją.

– Pojadę – wyszeptała Sara. W duchu zaś pomyślała: Pojadę, byle daleko, bardzo daleko…

Początkowo rodzice Sary nawet nie chcieli słyszeć o jej wakacyjnym wyjeździe na Sri Lankę. Dopiero jej uporczywe prośby oraz rozmowa Emily z ojcem Sary, podczas której przekonywała, że będzie się opiekowała Sarą jak własną córką, skłoniły rodziców do zgody na plany dziewczyny. Kiedy decyzja już zapadła, Sara z niecierpliwością czekała na daleką podróż.

Podczas kilkugodzinnego lotu z Kuwejtu do Kolombo Hana zabawiała Sarę, opowiadając jej o kraju, do którego zmierzały.

– Wiesz, na wyspie jest mnóstwo atrakcji, więc nie sposób się nudzić. Pierwszy raz, gdy byłyśmy tam z mamą, zwiedzałyśmy przede wszystkim parki narodowe, w których żyją dzikie, niektóre rzadko występujące na świecie zwierzęta. A słyszałaś, że jest tam wiele podgatunków, którym grozi całkowite wyginięcie?

Sara nie odpowiedziała, sprawiając wrażenie trochę nieobecnej.

– Należy do nich lampart lankijski, zwinny kocur o błyszczącej sierści usianej różnej wielkości plamami, którego wcale nie jest tak łatwo zobaczyć, ale nam się udało – ciągnęła Hana niezrażona milczeniem Sary. – I słoń cejloński, którego populację szacuje się obecnie na zaledwie niecałe pięć tysięcy osobników. I jeszcze żółwie morskie, które o wschodzie i zachodzie słońca wychodzą na plażę i można je karmić glonami. A kiedy wchodzi się do oceanu… Raz olbrzymi żółw wychylił głowę z fal, a ja mu wkładałam do pyska glony… Uwierz mi, niezapomniane przeżycie!

Sara nie wiedziała dużo na temat Sri Lanki, która głównie kojarzyła jej się z rzeszą pochodzących z niej służących i kierowców zatrudnionych w kuwejckich domach, mimo to nie do końca uważnie słuchała opowieści przyjaciółki. Zdecydowała się wyjechać z Haną na egzotyczne wakacje przede wszystkim dlatego, że zatliła się w niej nikła nadzieja, iż nowe doświadczenia i obrazy, które pojawią się podczas wakacji, przysłonią nękające ją koszmary – patrzącego na nią z obleśnym pożądaniem starca, bezwzględnej Lary, z której ust sączył się śmiertelnie groźny jad, i wiecznie zamroczonej alkoholem, nieobecnej matki.

Niekiedy uciekamy, szukamy gdzieś czegoś, karmiąc się przeświadczeniem, że to coś skądś przyjdzie, ukoi naszą duszę i pozwoli wyzwolić się z bolesnych, szarpiących, raniących szponów rozpaczy, zwątpienia, beznadziei. A czasem zostaje tylko desperacja, która pcha nas ku ostateczności. Tak jak w przypadku Witkacego obwiniającego się o samobójczą śmierć swojej narzeczonej, która z bukietem kwiatów w ręku pojechała dorożką pod Skałę Pisaną, aby tam, odkładając kwiaty na bok, zakończyć swoje życie strzałem z rewolweru. Witkiewicz popadł w głęboką depresję i na Cejlonie2 myślał o odebraniu sobie życia, gdyż jak sam wyznawał, „podróżowanie zamiast poprawiać mój stan, sprawia mi okropne cierpienie, ponieważ fakt, iż ja mogę oglądać piękne rzeczy, których Ona nigdy nie zobaczy, czyni mnie w najwyższym stopniu nieszczęśliwym. Jeszcze bardziej niż byłem poprzednio”3.

– Wiesz, Saro, że nazwa Sri Lanka oznacza w sanskrycie „olśniewający kraj”? A niektórzy nazywają wyspę „perłą Oceanu Indyjskiego”. – Hana chciała przekazać Sarze jak najwięcej wiadomości. Nie powiedziała jednak przyjaciółce, że ze względu na kształt i swoje położenie wyspa nazywana bywa najczęściej „łzą na policzku Indii”. Zbyt wiele łez widziała na policzkach Sary.

– Z lotniska od razu pojedziemy do Kandy. – Hana wyjęła z kieszeni znajdującego się przed nią fotela folder z mapą Sri Lanki. – O, tu, Saro, widzisz? – Wskazała na miasto usytuowane w środkowej części wyspy. – Kandy położone jest na płaskowyżu otoczonym górami, wiecznie zieleniącymi się lasami deszczowymi i plantacjami herbaty. W sercu miasta znajduje się rozległe sztuczne jezioro, które swą atrakcyjnością przyciąga zwolenników spacerów. Też będziemy tam chodzić. Bo przecież lubisz spacery, prawda? – Hana starała się wymóc jakąkolwiek reakcję ze strony przyjaciółki.

– Tak, lubię. – Sara przypomniała sobie niekończące się spacery brzegiem morza z Farah, kiedy to spowita mglistą mgiełką melancholii, zapatrzona w daleki widnokrąg, mogła iść przed siebie, zatracając poczucie teraźniejszości i czasu. Wspomnienie Farah wywoływało u Sary mieszane uczucia. Z jednej strony troska i opieka, którą ją otoczyła w najtrudniejszych dla niej chwilach, wzbudzała jej wdzięczność, z drugiej zaś strony nie tylko platoniczna czułość Farah, zakończona dla Sary mocnym, orgiastycznym przeżyciem, wywoływała zamęt w jej młodej głowie i ciele.

– Na pewno musimy też odwiedzić położoną na północ od jeziora, pokrytą złotym dachem, Świątynię Zęba, jedną z najważniejszych na świecie świątyń buddyjskich. – Hana była zadowolona, że Sara wreszcie się odezwała.

– A dlaczego nazywa się Świątynią Zęba? – Sara poczuła się w obowiązku porozmawiać z przyjaciółką, która z takim zaangażowaniem zabawiała ją podczas długiego lotu.

– Bo przechowywana jest tam święta relikwia wyznawców buddyzmu, ząb samego Buddy. Związana jest z nim bardzo ciekawa historia. Opowiedzieć ci?

– Tak, Hano.

– Istnieje legenda, że podczas ceremonii palenia zwłok Buddy ząb ten został skradziony z tlącego się jeszcze stosu pogrzebowego przez gorliwego wiernego. Następnie w trzysta trzynastym roku księżniczka Himalala ukryła go w koku podczas ucieczki przed wojskiem hinduskim i potajemnie przewiozła z Indii na Cejlon. Księżniczka podarowała go panującemu wtedy na wyspie królowi, który postawił dla niego świątynię. Od tej pory ochrona relikwii przysługiwała tylko królom, w związku z czym święty ząb stał się symbolem władzy. Kolejni królowie budowali dla niego wyniosłe sanktuaria, a ostatnie z nich powstało właśnie w mieście Kandy. Sama zobaczysz, Saro, jak szczególne jest to miejsce. Myślę, że je bardzo polubisz.

I rzeczywiście tak się stało. Podczas pierwszych dni swojego pobytu na Sri Lance Sara spędzała wiele godzin w buddyjskiej świątyni, która działała kojąco na jej zagubioną duszę. Czasami przyłączała się do wyznawców buddyzmu, praktykując z nimi ich rytuały. Kupowała na straganie przed świątynią zachwycający swym doskonałym pięknem kwiat lotosu, lampki wypełnione olejem kokosowym, parę kadzidełek i szła za ubranymi na biało wiernymi, powtarzając ich pełne uduchowionego pietyzmu czynności.

Ofiarowanie kwiatów jest najważniejszym i najbardziej popularnym aktem czczenia Buddy na Sri Lance. Kwiat rozkwitający, kiedy padnie na niego światło, uważany jest za symbol osiągnięcia oświecenia, co bezpośrednio nawiązuje do Buddy, Oświeconego. Wyjątkową symboliką charakteryzuje się kwiat lotosu, o którym Sara przeczytała w tekście lamy Ole Nydahla: „Lotos jest symbolem absolutnej czystości; wyrasta z ciemnych bagien, ale pozostaje niesplamiony i niezanieczyszczony błotem. Nasiono lotosu wyrasta więc nie z ziemskiej gleby, lecz z wody, i dlatego jest mu przypisywane znaczenie boskie, spontanicznie powstałe. »Zrodzony z lotosu« oznacza w swej naturze czysty, nie jak nieskazitelna dziewica, która nigdy się nie kochała i niczego nie przeżywała, lecz czysty doskonałością przekształcenia autentycznych, różnorodnych doświadczeń, mających swe korzenie w prawdziwym życiu. Jest centrum zjawisk, prawdziwą energią, przyjmowaniem tego, co się pojawia, wykorzystaniem i transformacją”4.

Ze skąpanymi w przefiltrowanej wodzie kwiatami wyznawcy Buddy udawali się do jednego z bogato zdobionych pomieszczeń świątyni, gdzie znajdował się długi stół, na którego blacie piętrzyły się białe, żółte i różowe płatki lotosu. Wierni w skupieniu odrywali płatki, wypowiadając jednocześnie swoje prośby, a następnie modlili się o ich spełnienie. Sara czasami również przyłączała się do tego rytuału, jednak była tak wypalona w środku, tak poraniona i rozdarta, że nawet nie wiedziała, o co prosić. Odrywała płatek za płatkiem, po czym rzucała go na stos innych płatków, ludzkich pragnień, marzeń i tęsknot, nie wyrażając przy tym żadnych życzeń, żadnych nadziei. Tak jak gdyby już nigdy nic dobrego nie mogło jej spotkać. Jak gdyby nie miała prawa prosić o nic pomyślnego dla siebie, bo i tak nieznane, mroczne niewiadome nagle pojawi się nie wiadomo skąd w szkaradnej formie, po czym zniweczy jej wszelkie plany i marzenia.

 

Trzy razy dziennie setki pielgrzymów uczestniczyły w niezwykle efektownej ceremonii otwarcia dwupiętrowego pomieszczenia, w którym przechowywano relikwię. Przed nim po obu stronach, na wysokich podpórkach ustawiono kilka par kłów słonia. Postawni mężczyźni z odsłoniętymi, ciemnymi torsami, owinięci w białe i pomarańczowe sarongi, z udrapowanymi białymi nakryciami głowy, które całkowicie zasłaniały włosy, głośnymi, rytmicznymi uderzeniami w bębny ogłaszali rozpoczęcie ceremoniału. Podniosłą atmosferę potęgowały przenikliwe dźwięki fletów i rogów. Wierni w oczekiwaniu wpatrywali się w czerwoną tkaninę, na której pyszniła się wyszywana złota dagoba5. Po odsłonięciu materiału oczom zgromadzonych ukazywały się drzwi inkrustowane srebrem i kością słoniową, które otwierali ubrani na biało mężczyźni, pozwalając mnichom, z charakterystycznymi ogolonymi głowami i ubranym w pomarańczowe, długie szaty odkrywające prawe ramię, wejść do środka. Samej relikwii, zęba Buddy, wierni nie mogli zobaczyć. Na widok publiczny, w pobliżu stołu pokrytego kwiatami lotosu, tuberozy i frangipani, wystawiana była dość duża, obwieszona kosztownościami złota dagoba, w środku której znajdowało się sześć coraz mniejszych złotych dagob wysadzanych kamieniami szlachetnymi. W najmniejszej z nich przechowywana była relikwia. Złota dagoba ustawiona w zaciemnionym pomieszczeniu, w podświetlonej niszy na czerwonym tle świeciła swym cudownym blaskiem, skupiając rozmodlone spojrzenia wiernych, szczęśliwych, że znaleźli się w tak niezwykłym miejscu w pobliżu najświętszej relikwii. Rozmodleni, z roziskrzonymi oczami, zatopieni w duchowej ekstazie, ze złożonymi rękoma prosili o łaski, dziękowali, łączyli się w transcendentnym sacrum. Sarze udzielała się ta pełna wewnętrznego uniesienia atmosfera, w której zatapiała się bezwiednie, pozwalając, aby magia sanktuarium swą nadziemską mocą tłumiła wciąż mocno raniące ją doświadczenie ostatniego roku. Ukojona aromatami pachnących świec, kadzideł i kwiatów oraz szeptami modlitw całkowicie oddawała się sakralnej chwili.

* * *

Sara podniosła się z posadzki i skierowała w stronę wyjścia. Świątynia Zęba była niezwykle rozległa i składała się z wielu obszernych dziedzińców, kamiennych i drewnianych schodów, misternie rzeźbionych sklepień, balustrad, kolumn i krużganków oraz bogato przystrojonych pomieszczeń, w których znajdowały się figurki Buddy z różnych krajów świata, takich jak Japonia, Chiny, Korea, Tajwan i Tajlandia. W bibliotece zgromadzone były zwoje, księgi i pisma buddyjskie liczące setki lat, a jedną z sal ozdabiały oryginalne freski, które w różnych scenkach przedstawiały złe uczynki ludzkie. Świątynia Zęba znajdowała się na obszarze olbrzymiego kompleksu królewskiego, w którego skład wchodziło kilka innych świątyń i pałaców oraz nastrojowy ogród. Do najważniejszych obiektów należały Łaźnie Królewskie, Sala Audiencyjna, która była unikatowym drewnianym pawilonem, upiększonym rzeźbionymi kolumnami z drewna tekowego, Muzeum Słonia Radży z wypchanym słoniem, który w dawnych czasach prowadził procesje, oraz Pałac Królowych, obecnie siedziba Muzeum Narodowego, eksponujący regalia i inne pamiątki z czasów przedkolonialnych. Całość otaczała głęboka fosa i rzeźbiony, pomalowany na biało, kamienny mur. Wieczorem, kiedy ściany białych budowli podświetlał łagodny, złotawy blask licznych iluminacji, historyczna posiadłość dawnych władców królestwa Kandy wywoływała przejmujące, niezapomniane wrażenia.

Sara wyszła poza mury kompleksu i skierowała się na hałaśliwą, kolorową, przesyconą mocnymi aromatami ulicę. Kiwnęła na pierwszego przejeżdżającego tuk-tuka, wsiadła do trójkołowego, niewielkiego czerwonego pojazdu i podała nazwę luksusowego hotelu, który zachwycał przepięknym położeniem wśród zielonych ogrodów tropikalnych nad urzekającym brzegiem najdłuższej rzeki Sri Lanki Mahaveli Ganga. W hotelu minęła recepcję, schodami weszła na piętro i zewnętrzną galerią podążyła w stronę pokoju. Tuż obok, na dużym dziedzińcu, pyszniła się strzelista, zachwycająca soczystą zielenią bujna roślinność, nieodparcie dając złudzenie, że jest się w środku lasu równikowego.

Sara otworzyła drzwi kartą magnetyczną.

– Hana! – zawołała od progu.

Przyjaciółki nie było w pokoju, ale Sara usłyszała szum wody w łazience. Dziewczyna usiadła na swoim łóżku i jej wzrok padł na porozrzucane niedbale na sąsiednim łóżku ubrania Hany. Tuż po przyjeździe mama Hany, obawiając się, że samotne przebywanie w pokoju może jeszcze pogłębić depresję Sary, zdecydowała, że przyjaciółki podczas podróży będą mieszkały razem. Chociaż nie było w tym nic nadzwyczajnego, to Sara czuła się nieco nieswojo. Nigdy się nie zwierzyła przyjaciółce, że podczas ucieczki schronienie znalazła w przesyconej erotyzmem nadmorskiej willi, w której ostro, bez żadnych zahamowań, bawiło się środowisko kuwejckich boyat6 i ladyat7. Sara pozwalała zakochanej w niej Farah na codzienne czułości, gdyż ta odrobina bliskości i tkliwości wynagradzała jej przeżyty w domu rodzinnym koszmar. Zainteresowanie i troska, które Farah okazywała Sarze, działały na nią jak zbawienny balsam. Sara u progu dorosłości musiała się zmierzyć z silnymi, niszczącymi falami problemów, którym często trudno było się jej przeciwstawić, i znaleźć się w centrum destrukcyjnego podmuchu tajfunu, który w pewnym momencie rozbił jej rodzinę. Podsycana płomiennym uczuciem opieka Farah dawała jej moment wytchnienia po wyczerpującej walce o zdrowie mamy i przeciwstawianiu się znienawidzonej Larze. Kojący dotyk Farah wprowadzał ją w błogi nastrój, Sara bardzo jednak uważała, aby nie przekroczył on pewnych granic, po których zaczyna się nieokiełznana namiętność. Aż do tamtej nocy…

– O, jesteś już. – Hana wyszła z łazienki owinięta puszystym ręcznikiem.

Kropelki wody lśniły na odsłoniętych ramionach Hany, długie, jeszcze wilgotne włosy spływały w dół delikatnymi falami, a pod ręcznikiem wyraźnie odcinały się jędrne piersi. Sara odwróciła wzrok.

– Łazienka wolna. Jeśli chcesz się odświeżyć, to już możesz. – Hana usiadła na drewnianym krześle wyściełanym elegancką ciemnożółtą materią, z szuflady stojącego przy łóżku stolika wyjęła suszarkę, włączyła ją do kontaktu, przechyliła głowę w taki sposób, aby jej falujące pukle spadły na jedną stronę, i zaczęła suszyć włosy.

– Za pół godziny schodzimy na kolację! – przekrzyczała buczącą suszarkę.

– Dobrze, wezmę tylko szybki prysznic. – Sara udała się do łazienki.

Tam zrzuciła ubranie, weszła do kabiny i puściła zimną wodę. Wstrząsnęła się pod lodowatymi strugami, ale nie przekręciła kurka z ciepłą wodą. Chciała to z siebie zmyć. Tę zawstydzającą, mimowolną reakcję swojego ciała na drugą kobietę. Wtedy zadzwoniła po brata, aby ten zabrał ją z willi Farah, bo nie chciała być taka jak ona. Jednak coś się już zdarzyło. Coś się w niej obudziło, kiedy w ramionach kobiety przeżyła swój pierwszy w życiu, zaskakujący rozkoszną intensywnością długi orgazm.

Usłyszała niewyraźne pukanie do drzwi.

– Saro, mogę na chwilę?! – zawołała Hana. – Chcę tylko wziąć swoje kosmetyki!

– Tak, oczywiście – odpowiedziała Sara, odwracając się twarzą do ściany.

Drzwi się otworzyły i Hana zaczęła szybko zbierać swoje kosmetyki.

– Pospiesz się, Saro! – ponagliła przyjaciółkę Hana. – Mama już czeka na nas w restauracji.

– Dobrze, zaraz będę gotowa.

– To świetnie. – Hana zamknęła drzwi łazienki.

Sara dokończyła zimny prysznic, dokładnie się wytarła i włożyła hotelowy szlafrok. Kiedy wyszła z łazienki, Hana stała przed lustrem ubrana w jasną, podkreślającą talię sukienkę i w pełnym makijażu.