Byłam służącą w arabskich pałacachTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Byłam służącą w arabskich pałacach
Byłam służącą w arabskich pałacach
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,90  50,32 
Byłam służącą w arabskich pałacach
Audio
Byłam służącą w arabskich pałacach
Audiobook
Czyta Ewa Abart
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Nasłuchiwałam, co się dzieje w apartamencie. Po jakiejś godzinie, gdy Basma pogrążyła się we śnie, zgrzytnął zamek w wejściowych drzwiach. Usłyszałam podniecone głosy madame i Adila. Szybko poszli do sypialni. Leżałam z otwartymi oczami, wyobrażając sobie, co tam robią. W końcu nie wytrzymałam i poszłam ich podejrzeć. Ostatecznie zawsze mogłam powiedzieć, że chciałam skorzystać z łazienki.

Drzwi sypialni były uchylone, ale szczelina okazała się znacznie mniejsza niż poprzedniej nocy. Położyłam się na podłodze, starając się jak najwięcej zobaczyć przez niewielką szparę. Madame nosiła wyzywające czerwono-czarne body. Jej kształtny biust, lśniący drobinkami złota, falował zachęcająco. Wokół bioder miała zawiązaną błyszczącą chustę z przyczepionymi do niej koralikami i połyskliwymi okrągłymi blaszkami. Madame tańczyła zmysłowo taniec brzucha w rytm płynącej z odtwarzacza muzyki. Rozochocony Adil co chwilę chciał klaskać w dłonie, ale madame, falując ponętnie długimi włosami i bezgłośnie wydymając rubinowe wargi, dawała mu rękami do zrozumienia, aby był cicho. Adil raz po raz poklepywał madame po pośladkach, zachęcając ją do ognistych ruchów całego ciała. Kiedy rozległy się rytmiczne partie bębenków, biodra madame zaczęły drżeć i falować coraz szybciej i szybciej. Wtedy Adil zerwał się i niecierpliwie zaczął rozsznurowywać wstążki w seksownej bieliźnie. Po chwili piersi madame ukazały się w całej okazałości. Adil jął je namiętnie całować, po czym para upadła na łóżko. Prześwit w uchylonych drzwiach był za mały, abym mogła zobaczyć, co stało się dalej.

Po weekendzie baba wrócił z połowu niezwykle uradowany. Z dumą pokazywał swój bogaty łup: różne rodzaje tuńczyka, makrele, sumy, flądry i inne ryby, których nazw nie znałam.

– Bibi! – zawołał mnie. – Chodź tu do mnie z Basmą!

Podeszłam do niego z dziewczynką na rękach.

– Zobacz, córeczko! – chwalił się baba. – To jest rekin!

Niewielkiej wielkości rekin szczerzył ostre zęby, wzbudzając entuzjazm dziecka. Mąż madame wziął ode mnie dziewczynkę.

– Weź wszystkie ryby i je oczyść! – polecił.

Tej pracy nie lubiłam najbardziej. Usuwanie łusek, płetw oraz wnętrzności zabierało mnóstwo czasu i niekiedy kaleczyło mi ręce.

Poszłam do kuchni i zabrałam się do niewdzięcznej roboty. Słyszałam, jak baba bawi się rekinem z córeczką, a następnie dzwoni do swojego brata Adila. Powiedział mu o świetnym połowie i zaprosił na wieczór na kolację.

Kiedy przyszedł Adil, madame w sukni do ziemi z długimi rękawami i hidżabem na głowie siedziała dostojnie na kanapie z Basmą na kolanach. Przywitali się zdawkowo, nawet na siebie nie patrząc. Baba z entuzjazmem zaczął rozprawiać o ostatniej wyprawie na wody Zatoki i wyjątkowo udanym połowie. Namawiał brata, żeby mu towarzyszył w jego eskapadach, ale ten wykręcał się dolegliwościami zdrowotnymi.

Przez cały czas, gdy podawałam kolację, madame nie odezwała się ani słowem. Skromnie spuszczała oczy, nawet nie patrząc w stronę Adila. Mąż madame tryskał dobrym humorem i od czasu do czasu zerkał z satysfakcją na swoją cichą i posłuszną żonę. Kiedy sprzątałam ze stołu w jadalni, państwo wraz z gościem przenieśli się do salonu.

– Bibi! – wołał mnie znowu baba. – W kuchni jest świeży arbuz i melon! Pokrój owoce i przynieś je nam na deser!

Paterę pełną soczystych cząstek owoców postawiłam na stoliku wraz z małymi talerzykami i widelczykami. Madame jako uprzejma gospodyni nałożyła parę kawałków Adilowi i podała mu je na talerzyku.

Wtedy, na jedną chwilę, ich roziskrzone spojrzenia się spotkały. Ale zadowolony z siebie mąż madame niczego nie zauważył.

Do kuwejckich zwyczajów należało przesyłanie sobie nawzajem przez sąsiadów półmisków z jedzeniem. Madame czasem też mnie wysyłała, żebym zaniosła ugotowaną potrawę któremuś z sąsiadów. Szczególnie często kazała mi chodzić piętro niżej do rodziny Alego. Był to starszy Kuwejtczyk, około siedemdziesiątki, mieszkający tylko z żoną i służącą. Zauważyłam, że jego służące często się zmieniały: żadna nie mogła zagrzać dłużej miejsca. Czasem, wynosząc śmieci, widziałam je całe zapłakane. Pomyślałam, że zapewne żona Alego musi być wyjątkowo wredna i z nudów gnębi każdą nową pomoc, która pojawi się w ich domu. W pewnych momentach, kiedy nie zatrudniali żadnej służącej, rodzina Alego korzystała z dochodzącej pomocy domowej.

Pewnego razu jak zwykle poszłam z talerzem do apartamentu Alego. Otworzył mi osobiście. Natychmiast gdy mnie zobaczył, na jego twarzy pojawił się obleśny uśmiech.

– Chodź do środka! – polecił. Weszłam i od razu skierowałam się w stronę kuchni. – Nie, nie tu! – Czułam jego przyspieszony oddech tuż za moimi plecami. – Idź tam! – Nakazał mi pójść do sypialni. Przyzwyczajona do wykonywania poleceń, posłusznie poszłam do sypialni. Postawiłam talerz na małym stoliku i chciałam wyjść. Jednak Ali zagrodził mi drogę. – A ty gdzie się tak spieszysz? – zapytał, przybliżając się do mnie.

– Ja muszę iść! Pani czeka! – Chciałam go wyminąć, lecz Ali na to nie pozwolił.

– Zostań na trochę! – Podszedł blisko mnie. Złapał moją małą pierś i ścisnął nieprzyjemnie.

– Aj! – krzyknęłam. – To boli!

Dopiero teraz Ali przyjrzał mi się uważnie.

– A coś ty taka dzika?! – Bez zahamowań zaczął mnie obmacywać obiema rękami. – A tak w ogóle to ile ty masz lat? – zapytał, czując moje drobne ciało. – Może ty jeszcze nigdy nie byłaś z mężczyzną? Co? Przyznaj się, jak to naprawdę jest z tobą?

Chciałam mu się wyrwać, ale już wsadził swoje stare łapsko pod diszdaszę i dotykał moich majteczek.

– Nie! Ja chcę iść! – Rozpłakałam się głośno.

– Nie drzyj się tak! – próbował mnie uspokoić. Jednak nie dawałam za wygraną i starałam się wyzwolić od jego obleśnego dotyku.

– Co, może już inne służące-kurwy cię nauczyły, że trzeba od razu żądać pieniędzy?! I dlatego tak się opierasz?

– Mamo!!! – zawołałam bezwiednie jak zawsze w momentach, kiedy było mi źle.

– No dobrze, ile chcesz? – Puścił mnie, sięgając po portfel, ale nadal tarasował drogę do drzwi. – Jak to jest twój pierwszy raz, to mogę dać ci tyle. – Pomachał mi przed nosem równowartością dwóch moich pensji.

– Chcę do domu! – Ruszyłam w stronę wyjścia.

– Jak nie chcesz pieniędzy, to wezmę cię za darmo! – krzyknął zdenerwowany i popchnął mnie na łóżko. Przygniótł mnie całym swoim ciężarem tak, że prawie nie mogłam oddychać. Ściągnął mi majtki i próbował wsunąć we mnie nabrzmiały członek. Opierałam się, jak mogłam, mocno krzyżując nogi. Mężczyzna był jednak znacznie silniejszy i szybko zdołał rozewrzeć mi uda.

– Ali! Ali! Jesteś tu?! – To był głos jego żony, która właśnie wróciła z zakupów. – Ali! Gdzie jesteś?!

Mężczyzna szybko oderwał się ode mnie, zanim zdążył zrobić coś więcej. Ja też naprędce wstałam i założyłam rzuconą na podłogę bieliznę. Drzwi się otworzyły i do sypialni weszła żona Alego.

– O, tu jesteś!

– Bibi przyniosła jedzenie – powiedział Ali.

– Tak, tak… – W oczach żony Alego widać było niemy wyrzut.

Ali spojrzał na nią groźnym wzrokiem i kobieta od razu wyszła z pokoju.

– Jak zechcę, to i tak cię będę miał! – powiedział do mnie z pewnością w głosie. – Wystarczy, że poproszę twoją madame, a sama cię do mnie przyśle. Nie wiesz, że ją odwiedzam? Przyjmuje tabuny mężczyzn, to mnie też może… Jak nie chce, żeby jej mąż się o wszystkim dowiedział… – zagroził, chełpiąc się własną przebiegłością.

Żona Alego kręciła się po mieszkaniu, więc czym prędzej pobiegłam na górę. Od tej pory nie podglądałam już swojej pani, bo bałam się, że jak mnie przyłapie, to z mężczyznami, których przyjmuje, każe mi robić to samo, co ona. W każdą noc weekendu słyszałam otwierane drzwi wejściowe i męski głos, który nie zawsze należał do brata męża madame.

Pewnego razu o północy obudziło mnie mocne walenie do drzwi.

– Otwórzcie szybko! Otwierać! – usłyszałam uniesiony głos męża madame. Z przyzwyczajenia poderwałam się, żeby podejść do drzwi. W holu na wpół ubrana madame chwyciła mnie za rękaw.

– Poczekaj! Idź do sypialni i szybko ją posprzątaj – mówiła szeptem. – I przynieś mi szlafrok.

Kątem oka spostrzegłam Adila przemykającego pospiesznie do nieużywanej służbówki.

– Otwierajcie! I to już! – W głosie męża madame brzmiała rosnąca irytacja.

– Już, habibi21, już! – Madame udawała, że ma problem z zam­kiem. – Nie wiem, co się stało, chyba coś się zacięło!

– To wyjmij klucz, może ja spróbuję otworzyć swoim.

– Nie mogę… nie mogę go wyjąć! – kłamała madame.

Na szczęście w sypialni nie było dużego bałaganu. Pewnie Adil dopiero niedawno przyszedł. Prześcieliłam łóżko i uchyliłam okno. Następnie zaniosłam dwie filiżanki po kawie do kuchni, umyłam je i wstawiłam do szafki. Potem podałam madame szlafrok.

– Otwierasz czy nie?! – Baba był wyraźnie zirytowany. – Bo zaraz wyważę drzwi!

– Już! Już się otwierają! – Madame udawała, że uporała się z zamkiem. – A czemu tak nagle wróciłeś? – zapytała z niewinną miną.

– Pogoda… Poinformowali nas, że będzie załamanie pogody… – Niczego niepodejrzewający baba skierował się prosto do sypialni, w której od razu zgasło światło. Usłyszałam miłosne szepty, a zaraz potem zamknęłam drzwi za opuszczającym chyłkiem mieszkanie Adilem.

16 Amarantus (szarłat wyniosły) – często nazywany zbożem XXI wieku, ponieważ jego nasiona pod względem najważniejszych składników odżywczych przewyższają nawet pszenicę.

17 Madżnuna (arab.) – wariatka, szalona, obłąkana.

 

18 Hidżab (arab.) – chusta, którą muzułmanki zakrywają głowę.

19 Haram (arab.) – grzech.

20 Ja mar’a! (arab.) – kobieto!

21 Habibi, habibti (arab.) – kochanie, ukochany.

Rozdział IV

Dziewczyny na licytacji

Po dwóch latach pobytu w Kuwejcie miałam prawo zrezygnować z pracy lub pojechać na dłuższy urlop do Indii. Jednak nie skorzystałam ani z jednego, ani z drugiego. Mimo że według przyjętych norm koszt biletu do Indii pokrywali pracodawcy, nie mogłam sobie pozwolić na ten wyjazd. Mama chorowała i ciągle były potrzebne pieniądze na lekarzy. Z tego powodu nie udało jej się jeszcze spłacić pożyczki zaciągniętej pod zastaw domu. Poza tym państwo nie chcieli, żebym jechała, bo to właśnie ja najlepiej sobie radziłam z Basmą. Zagrozili, że jak wyjadę, to od razu zatrudnią kogoś innego na moje miejsce, ponieważ ich córka musiała mieć osobę do całodobowej opieki. A madame nie chciała zajmować się domem.

Wszyscy wiedzieli, że odkrycie złóż ropy naftowej i związane z tym bogactwo spowodowało, że Kuwejtczycy przyzwyczaili się do obsługi i nie wykonywali wielu prac, przede wszystkim fizycznych. Rzesza przybyszów z innych krajów arabskich oraz Azji, zatrudniona w wielu sektorach, przyczyniała się do niezwykle wygodnego życia codziennego rdzennych obywateli. Egipcjanie i Palestyńczycy zasilali szeregi nauczycieli, prawników i lekarzy, Irańczycy byli głównie kupcami i robotnikami, a inne azjatyckie nacje służącymi, kierowcami, ogrodnikami i sprzątaczami. Później dowiedziałam się, że chociaż system niewolniczy został oficjalnie zniesiony w tysiąc dziewięćset dwudziestym czwartym roku, to jeszcze do późnych lat pięćdziesiątych w domach zamożnych Kuwejtczyków można było spotkać niewolników, zwanych mu’alids. Niewolnicy ci byli w większości Afrykanami, zrodzonymi z rodziców niewolników, którzy zazwyczaj służyli w kuwejckich rodzinach od pokoleń. Posiadanie niewolników stanowiło wyznacznik wysokiego statusu społecznego, w związku z czym przeważnie traktowano ich dobrze. Niewolnice często były nałożnicami swoich właścicieli, bo islam zezwalał na taką formę współżycia.

Od połowy lat siedemdziesiątych kluczową rolę w zatrudnianiu cudzoziemców zaczął odgrywać system zwany kafala, czyli sponsoringu. W latach osiemdziesiątych każdy cudzoziemiec zatrudniony spoza regionu krajów wchodzących w skład Rady Współpracy Zatoki Perskiej22 musiał mieć swojego kafila, czyli sponsora. Kafilem mogła być osoba prywatna lub instytucja prywatna albo państwowa. System ten dawał sponsorom rozległą władzę nad zatrudnionymi pracownikami.

Ja też musiałam się podporządkować decyzji moich pracodawców. Nie chciałam tracić pracy, co mi groziło w przypadku wyjazdu na urlop. Wtedy, jeżeli chciałabym wrócić do Kuwejtu, musiałabym jeszcze raz zacząć całą procedurę, a to wiązało się z ogromnymi kosztami i nowymi pożyczkami. Nie mogłam sobie na to pozwolić.

Państwo ze względu na to, że nie wyjechałam, dali mi niewielką podwyżkę i wychodne w każdy piątek. Na początku wychodziłam z Ramą, która dobrze znała Kuwejt. Później poruszałam się już sama. Tradycyjnym miejscem spotkań służących było Kuwait City, gdzie mieściła się katolicka katedra obrządku rzymskiego pod duchowym patronatem papieża. Ziemię pod katedrę w tak doskonałej lokalizacji ofiarował sam emir Kuwejtu Abd Allah III as-Salim as-Sabah23 ze względu na rosnącą liczbę chrześcijan z Kerali, Goi, Sri Lanki i Filipin. Na terenach położonych wokół katedry gromadziły się co tydzień tłumy najniżej płatnej siły roboczej z wielu krajów.

Spotkania te były okazją wymiany doświadczeń związanych z życiem w Kuwejcie. Tam zetknęłam się z ogromem cierpień, które stały się udziałem wielu zatrudnionych. Zdarzało się, że pracodawcy przez lata nie płacili wynagrodzenia służącym, bo uważali, że go nie potrzebują, skoro mają dach nad głową, jedzenie i ubranie. Wszystko to wobec powszechnej wiedzy, że pensje przeważnie były wysyłane do ojczystych krajów zatrudnionych tu pracowników. Ludzie z pokorą rezygnowali ze swojego życia prywatnego i znosili niemal niewolnicze traktowanie, byle zapewnić swoim bliskim lepsze warunki życia.

Niektórzy nie chcieli być na całodobowych usługach swoich sponsorów, więc kupowali wizy od Kuwejtczyków i pracowali na własny rachunek. Jednak to rozwiązanie miało wiele minusów. Przede wszystkim było nielegalne, bo prawo obligowało pracowników do zatrudnienia w miejscu wskazanym w oficjalnych dokumentach. Poza tym cena wizy sięgała wysokości rocznej pensji, którą ci najniżej opłacani przyjezdni zdołali dostać. Oprócz tego musieli sami znaleźć sobie jakieś miejsce zamieszkania i zapewnić wyżywienie. To nie było proste przy minimalnych zarobkach, które mogły wynosić zaledwie niecałe sto dolarów. Większość z nich gnieździła się w wynajętych mieszkaniach, gdzie żyli w kilkanaście, a nawet więcej osób. Warunki higieniczne były tam w opłakanym stanie.

Pewnego razu Rama zabrała mnie do takiego mieszkania, gdzie przebywała jej koleżanka. Przeraziło mnie to, co tam zobaczyłam. Było tak brudno, że odmówiłam wypicia herbaty, którą mnie poczęstowano. W powietrzu unosił się nieprzyjemny odór niemytych ciał, niepranej odzieży i odchodów. Zaraz gdy usiadłyśmy, koleżanka Ramy zaczęła się skarżyć, że nie można ufać nikomu ze współmieszkańców, bo ciągle coś komuś ginie: jedzenie, kosmetyki, ubrania, a przede wszystkim pieniądze.

– Ale najgorzej jest z pracą. – Ukradkiem ocierała łzy. – Ciągle muszę chodzić i szukać ludzi, u których mogę sprzątać. I to taka niepewna praca… W tych domach nie można nawet nic zjeść. Ciężko jest… Bardzo ciężko… – wzdychała. – I ten klimat… Niemiłosierny upał, kurz, wszędzie wciskający się piasek. Zanim dojdę na pieszo do autobusu i dojadę do mieszkań, gdzie sprzątam, to już jestem zmęczona. A to, co zarobię, nie zawsze starcza na opłacenie wszystkiego. I jeszcze wiza… Kończy mi się za dwa miesiące. Skąd ja wezmę taki majątek, żeby opłacić nową? – Po policzkach kobiety spłynęły łzy.

Rama próbowała ją pocieszyć.

– Nie martw się. Poradzisz sobie jakoś – mówiła, lecz jej słowa nie brzmiały przekonująco.

Pewnego razu, kiedy siedziałam z nowymi znajomymi w Kuwait City, podszedł do nas znany mi z widzenia Hindus.

– Jak masz na imię? – zapytał.

– Bibi.

– Radżu – przedstawił się. – A masz pracę?

– Tak.

– I co? Jesteś zadowolona? – zapytał.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Niby nie mogłam narzekać, nie brakowało mi jedzenia, państwo regularnie wypłacali pensję i nawet zbytnio nie krzyczeli, ale ten przymus bezustannej gotowości do wykonywania każdego polecenia okazał się dosyć męczący. Bez względu na to, jak byłabym zajęta zmywaniem, odkurzaniem, gotowaniem czy sprzątaniem, w każdej chwili madame mogła mnie zawołać, żebym podała jej torebkę, która leżała prawie tuż obok niej, ale poza zasięgiem jej ręki. Albo nakazywała mi wyjąć jakąś jej bluzkę z szafy, przynieść jej buty, szklankę wody czy kluczyki od samochodu. Westchnęłam i powiedziałam:

– Tak, jestem zadowolona.

Radżu zauważył moje chwilowe wahanie.

– A może chciałabyś zmienić pracę?

Taka myśl nigdy wcześniej nie przyszła mi do głowy. Czułam, że całkowicie należę do moich sponsorów, którzy ściągnęli mnie do Kuwejtu. Moje milczenie Radżu przyjął za dobrą monetę.

– Mogłabyś wychodzić, kiedy chcesz, nie tylko w piątki. – Zaczął roztaczać przede mną wizję lepszego życia. – I w ogóle przez większość czasu robić, co chcesz. A ile zarabiasz? – Nic nie odpowiedziałam, ale Radżu skwapliwie zapewnił: – Na pewno zarobiłabyś minimum trzy razy więcej.

– Ale co to za praca? – Pomyślałam, że nie zaszkodzi zapytać.

– A masz rodzinę w Indiach? – Radżu zmienił temat.

– Tak. Mamę… i siostrę.

– A jak mama się czuje?

– Jest chora. Bardzo chora…

– Pewnie na jej leczenie potrzeba dużo pieniędzy. A spłaciłyście już długi zaciągnięte na twój przyjazd?

– Nie, jeszcze nie.

– Sama widzisz, że potrzebujesz więcej zarabiać. Dobrze się zastanów. Porozmawiamy o tym za tydzień. Do widzenia. – Odszedł, zasiewając w moim sercu ziarenko niepewności.

Przez następne dni, usługując państwu, zastanawiałam się, jak to by było, gdybym nie musiała już dłużej bez przerwy służyć. W ostatnich miesiącach ze szczególnym trudem przychodziło mi opiekowanie się Basmą, która była niezwykle rozpuszczona i krnąbrna. Chociaż rodzice nie spędzali z nią dużo czasu, kiedy jednak już się nią zajmowali, rozpieszczali ją do granic możliwości. Nie było jej życzenia, które nie mogłoby zostać spełnione. Poza tym naśladując dorosłych, ciągle wydawała mi jakieś rozkazy, i czasem specjalnie rozsypywała klocki, żebym je później, jeden po drugim, musiała jej podawać. Przerażało mnie, co będzie dalej. Nieraz widziałam kuwejckie dzieci nad morzem, które kopią i plują na służące, a rodzice na to w ogóle nie reagują. Pewien chłopiec znalazł sobie zabawę polegającą na sypaniu w twarz służącej piaskiem, który wdzierał się do jej oczu i nosa. Nie mogła na niego krzyknąć ani nawet zwrócić mu uwagi. Pewna koleżanka Ramy była sprzątaczką w szkole. Opowiadała, że nauczycielkom zajmuje prawie pół roku, zanim nauczą nowe dzieci jako takiej dyscypliny. Małe dzieci z zamożnych domów nawet nauczycielki traktują jak swoje własne służące. Polecają im podawać sobie torby, wyjmować piórniki, rozpakowywać kanapki czy układać zeszyty i książki. Nagminnie też śmiecą, chociaż w każdej klasie znajduje się kosz. Ale dlaczego miałyby postępować inaczej, skoro do nawyków ich rodziców należało wyrzucanie z jadących samochodów papierów, opakowań po jedzeniu, jednorazowych kubków po kawie i innych śmieci wprost na ulicę? Wiedzieli, że rano gromada zarabiających grosze Hindusów pozbiera to wszystko.

Przez cały tydzień wyobrażałam sobie, że mieszkam gdzieś w mieście i mam nieograniczoną wolność. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej nęciła mnie ta perspektywa. Wprawdzie przypominałam sobie obskurne mieszkanie koleżanki Ramy i jej żale, lecz tak dużo ludzi funkcjonowało bez swoich oficjalnych sponsorów, że na pewno nie wszyscy żyli i pracowali w tak okropnych warunkach. Kiedy w piątek poszłam jak zwykle do Kuwait City, wypatrywałam Radżu. Jednak nigdzie go nie widziałam. Kupiłam colę i samosę24 z warzywami, po czym dosiadłam się do niedawno poznanej koleżanki, Sudżaty.

– Co słychać? – zapytałam.

– Dobrze – odpowiedziała. – Tylko pewien facet ciągle mi się przypatruje.

– Który?

– O, tam stoi. – Wskazała na wysokiego i wyjątkowo dobrze ubranego Hindusa.

Kiedy tylko mężczyzna zobaczył, że patrzymy w jego kierunku, od razu do nas podszedł.

– Jak się macie? – zagadnął. Sudżata zaczęła chichotać i widać było, że nowy znajomy przypadł jej do gustu. – Mohan – przedstawił się.

– Sudżata.

– Bibi.

– Ładne z was dziewczyny – stwierdził bezceremonialnie. Koleżanka nadal się krygowała i chichrała, więc Mohan zwrócił się bezpośrednio do niej: – Pracujesz gdzieś? – Sudżata potaknęła. – A ja zrobię tak, że nie będziesz musiała pracować. – Dziewczyna odwróciła do niego głowę. – Bardzo mi się podobasz – stwierdził, mierząc ją wzrokiem dokładnie od stóp do głów. – Taka atrakcyjna dziewczyna jak ty nie powinna pracować. Ja ci wszystko zapewnię – przekonywał – mieszkanie, wyżywienie, wyślę twojej rodzinie pieniądze… – Sudżata otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. – A tak, tak… – Nie chcąc tracić piorunującego pierwszego wrażenia, jakie wywarł na dziewczynie, wyjął z kieszeni parę małych złotych kolczyków. – Widzisz to? Mogą być twoje. Tylko chodź ze mną. – Na widok drogocennego kruszcu Sudżata rozjaśniła się. – Piękne, prawda? Jeszcze dzisiaj mogą zdobić twoje śliczne uszka! – kusił. – Chcesz przymierzyć? – Wyciągnął dłoń z mieniącymi się błyskotkami.

Sudżata miała taki wyraz twarzy, jakby nie wierzyła, że to dzieje się naprawdę. Złoto dla moich rodaków przebywających w Kuwejcie było niezmiernie ważne. Po paru latach pracy, kiedy spłacili długi zaciągnięte na wyjazd i dostali podwyżkę pozwalającą na oszczędności, każde finansowe nadwyżki lokowali w misternie wyrabianych złotych łańcuchach, naszyjnikach, kolczykach i bransoletkach. Z dumą chwalili się nawzajem kupionymi wyrobami, które im były cięższe, tym większe wzbudzały zazdrość i podziw. Sukces wynikający z pobytu w Kuwejcie mierzyło się ilością złota przywiezionego do swojego kraju. Kruszec ten spełniał wiele ról. Był wyznacznikiem prestiżu oraz formą zabezpieczenia, bo zawsze można było go sprzedać w kryzysowej sytuacji. Poza tym w Indiach wydanie dziewcząt za mąż wiązało się zawsze z ogromnymi kosztami. Rodzina narzeczonej musiała przekazać przyszłemu mężowi prezenty ze złota oraz dużą sumę pieniędzy. Im większy posag wnosiła dziewczyna, tym większe szanse miała na znalezienie odpowiedniego kandydata z dobrym wykształceniem i stałą pracą. Dlatego pracujący w Kuwejcie przez lata gromadzili złoto, aby we właściwej chwili móc wykorzystać je w celu zapewnienia lepszej przyszłości swoim córkom.

 

Sudżata bez wahania sięgnęła po kolczyki. Sprawnie wyjęła z przekłutych uszu tanie świecidełka z metalu i włożyła biżuterię ze szlachetnego kruszcu. Następnie wyciągnęła małe lusterko i zaczęła się przeglądać. Mohan wykorzystał ten moment.

– Widzisz, jak idealnie do ciebie pasują? – chwalił. – Powinnaś je stale nosić.

– Dobrze mi w nich? – zapytała mnie Sudżata.

– Tak, bardzo. – Poczułam lekkie ukłucie zazdrości. – Też chciałabym mieć takie.

– Zdejmij je teraz! – rozkazał Mohan. – Będą twoje, jak ze mną pójdziesz.

Koleżanka z wyraźnym żalem posłuchała polecenia. Jednak nie spuszczała oczu z biżuterii, którą Mohan cały czas trzymał w otwartej dłoni.

W tym momencie jak spod ziemi wyrósł obok nas Radżu.

– Zostaw Bibi w spokoju! – wrzasnął na Mohana. – Ja pierwszy z nią rozmawiałem! Jest moja!

Mohan spojrzał na siedzącą obok niego Sudżatę.

– Przestań! Nie ma o co się kłócić! Przecież są dwie! Wystarczy dla każdego!

– To bierz tę swoją i idź już! Ja też mam tu robotę! – Spojrzał porozumiewawczo na Mohana.

– Dobra, dobra! Co się tak wkurzasz?! Nie ma o co! Chodź! – Wziął wciąż wpatrzoną w złoto Sudżatę za rękę i odszedł.

Kiedy się oddalili, Radżu natychmiast przeszedł do rzeczy.

– I co? Zdecydowałaś się? Zobacz, twoja koleżanka to mądra dziewczyna! Nie będzie marnowała czasu na mało płatną służbę! Mohan zapewni jej królewskie życie! – Pomyślałam o błyszczących kolczykach i chorej mamie. – A kiedy ostatni raz byłaś w Indiach? – zapytał Radżu, jakby czytał w moich myślach.

– Dawno. Ponad dwa i pół roku temu…

– I tyle czasu nie widziałaś chorej mamy?! – zapytał z udawaną troską. Poczułam się winna jako córka. – A dlaczego nie pojechałaś na urlop po dwóch latach? – pytał Radżu.

– Państwo powiedzieli, że jak wyjadę, to nie mam po co wracać.

– Państwo, państwo… Powiedzieli, zabronili, kazali. – Mężczyzna się wykrzywił. – Zawsze traktują nas jak swoją własność. – Po twarzy Radżu przebiegł jakiś bolesny skurcz. – Jak swoich niewolników. Zawsze musimy robić to, co oni chcą. – Zamilkł na moment, ale zaraz odzyskał dawną werwę. – Koniecznie musisz wkrótce jechać do Indii! – przekonywał żarliwie. – A jak mama umrze i już nigdy jej nie zobaczysz?! – Zamarło mi serce. To rzeczywiście mogło się zdarzyć! Widząc strach na mojej twarzy, Radżu kuł żelazo, póki gorące. – Słuchaj! Nie ma co się zastanawiać! Chodź już dziś ze mną i nie wracaj do nich! – Perspektywa tego, że nie będę musiała nikogo słuchać dwadzieścia cztery godziny na dobę, będę mogła wychodzić, kiedy chcę i gdzie chcę, oraz wreszcie przytulę się do mamy, była naprawdę kusząca. – Chodź ze mną! Chodź już teraz! – namawiał mnie gorąco.

Mimo wszystko trochę się bałam. Wiedziałam, że wiele służących ucieka w ten sposób od swoich sponsorów, ale nie byłam jeszcze zupełnie przekonana do takiego kroku.

– No, nie wiem… – wahałam się.

Wtedy do Radżu podeszło dwóch innych Hindusów.

– Radżu! Specjalne zlecenie. Sami nie damy rady. Musisz nam pomóc! – Wskazali na zaparkowany niedaleko elegancki samochód, w którym siedziało pięciu Kuwejtczyków. – Wyjątkowa stawka!

Radżu spojrzał na najnowszy model bmw, po czym zwrócił się do mnie:

– Słuchaj! Muszę teraz iść. Wróć do domu, weź swoje rzeczy i za tydzień spotkamy się w tym samym miejscu.

Przez następne dni myślałam tylko o tym, że już niedługo zrzucę moje jarzmo. Szczególnie że opieka nad Basmą w ostatnich miesiącach stawała się coraz trudniejsza. Dziewczynka była wyjątkowo uparta i w ogóle mnie nie słuchała. Gdy państwo szli do pracy, musiałam brać ją na dół apartamentowca, żeby pobawiła się trochę na powietrzu. Basma wyrywała mi się, szybko pędziła przed siebie i parę razy sama wybiegła na ulicę. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby wtedy jechał samochód! Nie byłam dla niej żadnym autorytetem, podobnie jak przytłaczająca większość służących kuwejckich dzieci. Kiedy rozwydrzona Basma zaczynała płakać, zaraz do pokoju przychodziła madame, pytając, co jej zrobiłam. Każdy jej grymas, łzy, zabrudzone ubranie, zepsuta zabawka to była moja wina. Nigdy Basmy. Z tego powodu codziennie łajano mnie wielokrotnie za to, że coś źle robię. W dodatku przy tym nieznośnym, do tego w ogóle niesłuchającym mnie dziecku wykonywanie codziennych prac domowych stało się torturą. Basma wszędzie właziła, wszystkiego chciała dotknąć, nawet urządzeń elektrycznych, i ani na moment nie potrafiła sama się pobawić. Musiałam uważać, żeby nigdzie nie zostawiać butelek z detergentami, bo wszystkiego chciała spróbować. Chwila nieuwagi groziła tragedią. Wieczorem zaś bez przerwy krzyczano na mnie, że apartament jest niedostatecznie czysty, jedzenie niesmaczne, a ubrania nieuprane i niewyprasowane na czas. A jak miałam temu wszystkiemu podołać, kiedy byłam odpowiedzialna za uparte, często dostające napadów szału lub agresji małe dziecko?! Miałam już tego wszystkiego dość!

W piątek spakowałam swoje rzeczy osobiste do małej reklamówki. Niewiele tego było. Trochę bielizny na zmianę i mocno już zużyte diszdasze i koszule nocne, które kupili mi państwo zaraz po moim przyjeździe. Przed moim cotygodniowym wyjściem madame jak zwykle przypomniała mi:

– Tylko się nie spóźnij! Jestem wieczorem zajęta! Musisz zostać z Basmą!

– Dobrze – powiedziałam, ale w duchu pomyślałam, że już nigdy tu nie wrócę. Nareszcie upragniona wolność!

W Kuwait City rozglądałam się za Sudżatą. Chciałam zapytać, jak jej się układa z Mohanem. Ale nigdzie jej nie widziałam. Cały dzień czekałam na Radżu, który pojawił się dopiero przed wieczorem. Kiedy zobaczył w mojej ręce reklamówkę, uśmiechnął się zwycięsko.

– Uciekłaś! – stwierdził z triumfem. – To dobrze, bardzo dobrze! Chodź ze mną!

Podążyłam za Radżu, przeciskając się przez tłum Hindusów. Niektórzy widząc mnie z Radżu, dziwnie mi się przyglądali. Podeszliśmy do zdezelowanego pojazdu, w którym siedziały jeszcze dwie inne kobiety z tobołkami.

– Już są wszystkie! – powiedział Radżu do kierowcy. – Ruszaj!

W niedługim czasie dotarliśmy do trasy szybkiego ruchu. Po paru kwadransach znaleźliśmy się na terenach, które pierwszy raz widziałam. Zawsze kiedy gdzieś jeździłam z moim państwem, za oknami samochodu były ulice, apartamentowce, wille lub morze. Teraz po obu stronach ciągnęła się pustynia. Widziałam brunatny piasek i bezkresne pustkowie.

Podążaliśmy przed siebie w milczeniu. Obok mnie siedziały dwie Filipinki niewielkiej postury. Kurczowo trzymały w rękach swoje zawiniątka i od czasu do czasu wymieniały się smutnymi spojrzeniami.

Samochód zjechał z głównej trasy. Po dziesięciu minutach znaleźliśmy się pod nie wiadomo skąd wyrosłym na pustyni skupiskiem paru bloków, które otaczał wysoki mur. Na parkingu stało sporo samochodów. Uderzało zwłaszcza to, że obok odrapanych i poobijanych starych aut znajdowały się lśniące, nowe pojazdy najdroższych marek, czasem z czekającymi w środku kierowcami. Kiedy wysiedliśmy, od razu usłyszałam głośną muzykę i rozbawione głosy. Tuż obok bloków mieścił się niewielki basen, przy którym świetnie bawiło się rozochocone towarzystwo. Kuwejtczycy, w tradycyjnych diszdaszach lub jedynie w krótkich, kolorowych spodenkach, siedzieli rozbawieni wśród licznych dziewcząt różnego wieku i narodowości. Pomyślałam, że będę miała dużo sprzątania po takiej imprezie. Ale to nic! – pocieszałam się. – Nareszcie będę sama sobie panią!

Aby wejść do jednego z bloków, należało przejść koło basenu. Radżu szedł pierwszy, a my we trzy podążałyśmy za nim. Kuwejtczycy rzucali Hindusowi przyjazne pozdrowienia.

– Radżu jak zwykle niezawodny! – rzekł jeden z Kuwejtczyków, trzymając pełną szklankę. – Zawsze ma świeży towar! Nawet niezłe są! – zwrócił się do swojego towarzysza. – I jakie młode! – Obrzucił nas taksującym spojrzeniem.