NienasyconaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © by Katarzyna T. Nowak

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020


OPRACOWANIE GRAFICZNE: Tomasz Majewski

ZDJĘCIE NA OKŁADCE: Karina Tess on Unsplash

REDAKTOR PROWADZĄCY: Anita Kasperek

REDAKCJA: Joanna Zaborowska

KOREKTA: Kamil Bogusiewicz, Maria Rola, Konrad Oprzędek



Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-07150-2 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

1  Nienasycona

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Światło poranka wdzierało się przez okno, odsłaniając brudną podłogę i kurz na komodzie. Pełzło po resztkach jedzenia przy łóżku. Połyskiwało na butelkach po piwie, które stały w kącie pokoju. Próbowało dobudzić Agatę. Zasnęła w legginsach i swetrze. Kot Maurycy leżał obok. Było mu obojętne, w czym spała jego pani i czy wieczorem się umyła. Ale nie było dla niego bez znaczenia, czy pani piła. Nietrzeźwej się bał. Wreszcie otworzyła oczy, mruknęła coś i odgarnęła włosy z czoła. Wymacała kota, pogłaskała go i ociężale się podniosła.

– Niech to szlag! Zasnęłam w ubraniu – wymamrotała i powlokła się do łazienki.

Tam zdjęła z siebie wszystko i związała włosy na czubku głowy.

– Kłaki wieczorem – burknęła, po czym puściła wodę i wzięła szybki prysznic.

Kac wysuszył jej gardło. Głowa pękała. Włożyła dżinsy, świeży sweter i buty. Była gotowa na wyprawę do monopolowego. Najpierw sprawdziła, czy w butelkach nie ma resztek piwa, ale nic nie zostało. Napiła się wody z kranu. Zapaliła papierosa i nagły wybuch w głowie kazał jej usiąść. Było jej niedobrze, przed oczami latały mroczki. Musi jeszcze spakować te butelki. Nie może być śladu libacji, żadnych dowodów winy. Tylko jak je wynieść? Przecież sąsiedzi nie mogą zobaczyć dwudziestu butelek po piwie! Gorączkowo przeszukała szafki i znalazła puste jednorazówki. Włożyła do nich flaszki, ale wystawały. Wyjęła więc z szafy plecak, z którym zwykle chodziła do monopolowego. Dzięki temu nikt nie widział, co niesie. Zapakowała siatki z butelkami. Prawie gotowa! I tak będą widoczne na śmietniku, ale może nikt ich z nią nie skojarzy. W końcu każdy mógł je wyrzucić. To nic, że taki ciężar lądował na śmietniku każdego ranka. Przecież te puste butelki nie wskazują bezpośrednio na nią!

Dzwonek domofonu ją przestraszył. Kto to i czego chce? Otworzyła. W drzwiach stał listonosz.

– Pani Agato, proszę tu podpisać – powiedział.

Chwyciła długopis, ale podpisać nie umiała. Ręka tak się trzęsła, że postawiła coś w rodzaju krzyżyka. Czy listonosz to widział? Może nie.

Teraz już mogła wyjść.

Przy śmietniku szybko wyjęła siatki z plecaka i wsadziła do kontenera. Wystawały, trudno. Ruszyła do monopolowego. Przy jej ulicy były aż trzy takie sklepy. Chodziła do nich na zmianę, by nie kupować codziennie kilkunastu piw w jednym miejscu. Sprzedawcy zapamiętaliby jej twarz. A tak, może jej nie kojarzą. Przecież mają tylu klientów.

Głowa bolała coraz bardziej. W gardle wyschło i dręczyły ją mdłości. Właściwie powinna te butelki wziąć na wymianę. Ale wtedy sprzedawca wiedziałby, że to jej. Mogłaby mu wcisnąć gadkę, że to piwo kupuje komuś innemu. Kiedyś tak robiła. Tłumaczyła, że ma w domu remont, że nosi browar robotnikom. Ale teraz już nic nie mówiła. Po co?

Z pełnym plecakiem wróciła do domu i włożyła piwo do lodówki. Jedną butelkę otworzyła i napiła się z gwinta. Zakręciło jej się w głowie, musiała usiąść. Zaraz wszystko wróci do normy, pomyślała.

Gdy tak już się stało, odpaliła komputer i weszła na Facebooka. Wczoraj trochę przesadziła z piciem i musi sprawdzić, czy jakichś głupot nie popisała.

Na szczęście nie, ale teraz już musi uważać, nie może przekraczać dziesięciu piw dziennie.

Po drugim browarze, kiedy ręce przestały się trząść, ból głowy minął, a mdłości ustąpiły, odkurzyła podłogę i meble. Umyła brudny talerz. Dała jeść kotu. Pozory porządku w jej życiu muszą być zachowane.

Co dziś zje? Zajrzała do lodówki. Jest jeszcze gulasz, ale pewnie nic nie przełknie. Piwo ją wypełni. Coś musi uśmierzyć kaca.

Jak zwykle wczesnym popołudniem poczuła się tak dobrze, pełna energii i pozytywnych myśli, że postanowiła się z kimś spotkać. Ubierze się ładnie, zrobi makijaż, by zakryć opuchnięte oczy, i radośnie wyjdzie.

Telefon. Dzwoni ojciec.

– Przyjdziesz do nas na obiad?

– Dziś nie mogę. Mam ważne spotkanie.

– Aha. No to w niedzielę. Jutro. Jak zwykle o czternastej?

– Będę. – Odłożyła słuchawkę i zaraz pożałowała. Nie będzie mogła napić się rano, tylko dopiero po powrocie od ojca i jego żony. Niedziele zawsze są ciężkie.

Zaraz, zaraz, czy ona nie jest dziś umówiona z tą pisarką, którą poznała na Facebooku? W stosie papierów odnalazła żółtą kartkę. Przeczytała na głos:

– Godzina siedemnasta. Ogródek pubu Pod Wiśnią.

To obok jej domu. Zaproponowała to spotkanie, bo namówiła ją na to inna znajoma z Facebooka, twierdząc, że Lucy jest fajną babką. Zarówno ona, jak i Agata były pisarkami. Tematów do rozmowy nie powinno więc zabraknąć.

Wstała i przejrzała ubrania w szafie. Wyjęła sukienkę, szary sweter i się zawahała. Był dopiero kwiecień. Niby ciepło, ale siądzie z Lucy w ogródku, mogą się zagadać i nie zauważą, kiedy zrobi się chłodno. Zdecydowanie sweter.

Trzeba jeszcze umyć głowę.

Przebrana, z pachnącymi już włosami, uśmiechając się do siebie, otworzyła kolejne piwo i siadła przed laptopem. Napisała do Lucy, pytając, czy dziś o siedemnastej się widzą. Tamta potwierdziła. Dopiero trzecia, a Agata już ubrana i gotowa, tylko włosy musiały jeszcze wyschnąć. Miała ogromną ochotę na rozmowę z kimś. Kot Maurycy się nie nadawał, zresztą spał. O czwartej poczuła, że dłużej nie wytrzyma i musi wyjść. Zamówi piwo i zaczeka. Czuła podniecenie i potrzebę natychmiastowego wybycia z domu. Nałożyła jeszcze kotu jedzenie do miski, złapała torebkę z portfelem i komórką, po czym wybiegła na zewnątrz. Przy okazji wyniosła cztery puste butelki. Czemu nie kupuje puszek? Może przerzuci się na puszki. Zajmują mniej miejsca.

W ogródku siedziała tylko jakaś para. Ludzie zejdą się dopiero wieczorem, kiedy ona już wróci do domu, by w zaciszu skończyć piwo.

Wpół do piątej zaczęła się nudzić. Nerwowo spoglądała ku wejściu do ogródka. Ganiła siebie za to, że tak wcześnie przyszła. Włączyła Facebooka w komórce. O siedemnastej zobaczyła krótko ostrzyżoną starszą kobietę w zamaszystej spódnicy, która weszła do ogródka i skierowała się w jej stronę. Była taka sama jak na facebookowym zdjęciu. Wysoka, szczupła, z rudymi włosami.

Lucy usiadła przy stoliku i od razu zaczęła mówić. Głównie o swojej nowej powieści, co Agatę trochę drażniło. Czuła lekką zazdrość. Dawno już nic nie napisała. Ale Lucy była bardzo miła. Rozmawiały też o wnuczce Lucy i o kulinariach.

– Musisz kiedyś wpaść do mnie na obiad – zaproponowała Lucy. – Potem posiedzimy przy wódeczce.

– Jasne – zgodziła się Agata.

– Piszesz coś? – spytała Lucy.

– Niestety nie. Od dawna nie mam żadnego pomysłu.

– Szkoda. Kiedyś dobrze pisałaś. Podobają mi się twoje książki.

– Miło, ze je czytałaś. Ja twoich jeszcze nie. Nadrobię to.

– Pracuj nad pomysłem. W końcu się uda – powiedziała Lucy.

Agata poczuła się źle, za dużo wypiła, kręciło jej się w głowie.

Około dziesiątej wieczorem, zataczając się i trzymając muru, dotarła do domu. Natychmiast, w ubraniu i butach, walnęła się do łóżka.

*

Obudziła się w południe. Słońce grzało bez litości. Znowu zapomniała zasunąć rolety! Głodny kot miauczał, a ból rozrywał czaszkę. I te mdłości! Za dwie godziny obiad u ojca, a przecież ona nic nie zje. Kręciło jej się w głowie. Z trudem dotarła do łazienki, zrzuciła ubranie i wzięła szybki prysznic. Niewiele pomógł. Jak Agata zniesie podróż autobusem? Porzyga się. Włożyła szlafrok i usiadła na łóżku. Nie pojedzie. Nie ma szans. Mdli ją na myśl o jedzeniu. Nie zniesie podróży. Nie ma siły się ubrać.

Z trudem wstała i dała kotu jeść. Ostatnia saszetka. Zatem czeka ją wyprawa do sklepu. Najpierw zadzwoni do ojca.

– Cześć, tato. Słuchaj, nie przyjdę dziś, wczoraj byłam z koleżanką w restauracji i chyba się zatrułam. Mdli mnie i nie mogę jeść. Nie czekajcie na mnie. Będę za tydzień.

– Szkoda, ale jak chcesz.

Jedno załatwione. Teraz sklep. No, może najpierw piwo, choć tak strasznie ją mdli. Ale po piwie poczuje się normalnie.

Jest zimne w lodówce.

 

Po dwóch piwach już bez trudu się ubrała, związała włosy i wyszła po kocie żarcie. Przy okazji kupiła w sklepie kilka piw. Nie wzięła plecaka. Było więc widać, co niesie, ale któż nie niesie czasem kilku browarów w siatce? To przecież niedziela.

Czuła się o niebo lepiej, choć wciąż ją mdliło. Piwo łagodziło kaca, jednak alkohol nie wchodził tak dobrze jak zwykle. Było jej niedobrze, a zwymiotować nie potrafiła. Przynajmniej dzisiaj się nie upije. Zresztą trzeba pilnować dziesięciu butelek dziennie. Nie wolno tej dawki przekraczać, bo skutki są opłakane. A Agata nie lubi, jak piwo nie smakuje i trzeba je pić z musu. Gdy mdłości zaczęły ustępować, postanowiła wziąć kolejny prysznic dla orzeźwienia. Wchodząc do kabiny, poślizgnęła się i runęła, uderzając głową w baterię. Zabolało. Odpuściła sobie prysznic, wyczołgała się z kabiny, zakręciła wodę i włożyła szlafrok. W lustrze obejrzała głowę. Krwi nie było, ale namacała rosnącego guza. Na czym się poślizgnęła? No tak, mydło. Po cholerę jej mydło w kabinie, skoro używa żelu pod prysznic?

Zła i obolała otworzyła piwo i usiadła przed laptopem. Co ją dziś czeka? Chyba nic, bo samopoczucie podłe. Zostaje Facebook.

Czuła, jak guz rośnie. Głowa wciąż bolała.

Po siódmym piwie sprawdziła stan konta. Miała sporo pieniędzy. W przypływie dobrego humoru wezwała taksówkę i kazała się zawieźć do galerii handlowej. W jednym sklepie wybrała dwie bluzki, wiosenny płaszcz i spódnicę, w innym – szarpnęła się na aparat fotograficzny.

Będę robiła zdjęcia i wrzucała na Facebooka, pomyślała. Na koniec odwiedziła hipermarket i kupiła kilka butelek piwa. Wsiadła do taksówki i po chwili była w domu.

Ciuchy razem z metkami powiesiła w szafie. Zrobiła kotu parę zdjęć. Wrzuciła je na portal społecznościowy.

Zadzwoniła do Lucy.

– Żyjesz?

– Nigdy nie wypiłam tyle piwa! Już tego nie powtórzę – powiedziała Lucy.

– No tak. Ja też nie. Jakoś dobrze się siedziało.

– Siedziało się super, ale czuję teraz skutki.

– Ja też. – Agata się roześmiała. – Następnym razem nie pijemy!

– Oj, raczej nie – przytaknęła Lucy.

Agata postanowiła coś zjeść. Nie była głodna, ale nie jadła drugi dzień, więc wmusiła w siebie kilka łyżek gulaszu. Nie rozumiem, jak można pić i jeść, pomyślała.

Przed lustrem spojrzała na siebie. Jaki brzuch! Pewnie od piwa, wydedukowała. Źle to wyglądało. Do tego oczy podkrążone i jakieś takie małe. Musi coś zrobić z twarzą, brzuch da się ukryć.

Postanowiła do nocy nie wypić za dużo. Powoli więc sączyła piwo. Sączenie jest dobre, daje lekki rausz, nic więcej. Nie przychodzą po nim żadne dzikie pomysły. Żeby na przykład wyjść do jakiegoś pubu, gdzie siedzą znajomi, i się skompromitować.

Zasnęła przed drugą, tym razem zdołała się przebrać w piżamę. Tak, czuła się znacznie lepiej. I zasunęła rolety.

*

Deszczowy poniedziałek przywitał ją lekkim tylko kacem: głowa pobolewała i ręce się trzęsły, ale cholernych mdłości nie było. Trampka w ustach też nie. Tknięta złym przeczuciem i mglistym wspomnieniem, otworzyła szafę i zobaczyła ubrania z metkami. Płaszcz w jakimś dziwnym kolorze, dwie takie sobie bluzki i spódnica. Wszystkie rzeczy były o rozmiar za małe.

Schudnę, postanowiła. Przydadzą się, tylko zrzucę trzy kilo i będą dobre.

Wzrok padł na aparat fotograficzny. I wtedy sobie przypomniała.

Rzuciła się do laptopa i włączyła Facebooka.

Na swojej tablicy zobaczyła kilka zdjęć kota Maurycego. Wszystkie poruszone. W komentarzach były uśmieszki. Kliknęła: „Usuń post”.

Nic się nie stało, pomyślała. Przecież była niedziela, każdy mógł za dużo wypić. Zresztą poruszone zdjęcia amator może wrzucić i na trzeźwo. Na szczęście nic wczoraj nie napisała. Ograniczyła się tylko do fotek.

I po co jej ten aparat? Będzie robiła zdjęcia mieszkania? Ulicy? Monopolowego? Ile za niego zapłaciła? Ile w ogóle wczoraj wydała?!

Zła i przestraszona, otworzyła butelkę piwa.

Jedyny wczorajszy zakup, którego potrzebowała. Sprawdziła lodówkę. Jeszcze tylko cztery butelki i będzie musiała odwiedzić monopolowy. No i śmietnik. Śmieciarzy nie było, czyli te puste flaszki wciąż tam leżą.

Dziś przejdzie się do dalszego sklepu. Zachowa pozory, że robi zakupy co trzy dni.

Z przerażeniem sprawdziła stan konta. Wydała tysiąc dwieście złotych i zostało jej trzysta. Przecież to nie wystarczy na dwa tygodnie! Ma resztkę piwa, trochę gulaszu i kilka saszetek dla kota. Piwo kosztuje trzydzieści złotych dziennie, papierosy szesnaście, do tego trochę jedzenia, czyli około sześćdziesięciu złotych dziennie musi mieć. A gdzie pozostałe zakupy? Co teraz robić?

Najdroższy był aparat. Przeszukała torebkę, ale paragonu nie było. Nigdy ich nie brała. A więc nie odda sprzętu do sklepu.

Wściekła odkapslowała następne piwo. Musi pomyśleć. Pieniądze wpływają co miesiąc. Tak ma ustalone w wydawnictwie. Tantiemy są dwa razy w roku, ale wydawnictwo zgodziło się je dzielić i przesyłać co miesiąc na konto. Będą więc za dwa tygodnie. A co teraz? Od kogo pożyczy? Lucy? Nie znają się. Ojciec? Może nie mieć. Piotrek? Piotrek był jej… no właśnie – kim? Miał żonę i dzieci, ale spotykał się z Agatą.

Wystukała numer.

– Cześć. Pożyczysz mi pięć setek na dwa tygodnie?

– Jak oddasz te dwie, które mi wisisz – odpowiedział.

– Eee, nie mam. Oddam ci siedem za dwa tygodnie.

– Niechętnie. Słuchaj, nie mam teraz czasu. Zadzwonię jutro. Pa!

No tak. Zresztą jeśli za dwa tygodnie odda mu siedem stów, to znowu zostanie bez pieniędzy.

Nagle ją olśniło. Na Facebooku sprzeda te ciuchy z metkami i aparat.

Zrobiła im zdjęcia. Tym razem ostre i z różnych stron. Wrzuciła do grup sprzedażowych. Minęła godzina, a nikt nie dodał komentarza. Wieczorem nadal cisza.

Głupie cipy, zdenerwowała się Agata. Kupują tylko badziewie po dwadzieścia złotych! Im bardziej błyszczące, tym lepiej. Może pożyczy w jakiejś firmie pół tysiaka? Będzie oddawała po sto co miesiąc. To jest myśl!

Znalazła w internecie firmę, która oferowała chwilówki i była blisko jej domu. Narzuciła sweter i pobiegła do małego biura ulicę dalej, gdzie przywitała ją miła pani. Wystarczyło jej pokazać dowód osobisty i PIT, żeby po chwili mieć w portfelu pięć stówek. Wracała do domu z uśmiechem na twarzy.

Otworzyła piwo i weszła na Facebooka. Oczywiście, dalej nic. Nie to nie. Schudnie do tych ciuchów. A aparat się przyda.

Spotykała się z żonatym Piotrkiem od ośmiu lat. Teraz już ani ją grzał, ani ziębił, jednak rok temu była podłamana, kiedy jej oznajmił, że nigdy nie odejdzie od żony. Że nie porzuca się kobiety po dwudziestu latach. I że Agaty też nie zostawi, ale niech nie liczy na wspólne życie. A na początku obiecywał, że odejdzie od żony, jak tylko najmłodszy syn stanie się pełnoletni. Chłopak zdążył już skończyć osiemnaście lat i nic.

Potem Piotrek powiedział Agacie: – Jak rzucisz palenie.

Przez rok używała elektronicznego papierosa, a on nawet nie zająknął się na ten temat, więc wróciła do zwykłych fajek. Machnęła na niego ręką.

Nigdy nie zapraszał jej do restauracji, nie wychodzili razem, nigdzie nie wyjeżdżali. Święta i sylwestra spędzał z żoną. Nie dawał Agacie prezentów. Czasami przynosił piwo lub wino, bo lubił się z nią napić. Ojciec Agaty nie przepadał za Piotrkiem i nie pochwalał tej znajomości. Przyjaciółka uważała, że Agata powinna się z nim rozstać, nie marnować sobie życia. Ale on ani jej nie pomagał, ani nie przeszkadzał. Wpadał na chwilę i po szybkim seksie wychodził. Zawsze się spieszył. Rzekomo do restauracji, której był właścicielem.

Właściwie powinien mnie utrzymywać, pomyślała. Tak przecież mają inne kochanki. Ale ta myśl szybko umknęła.

Zadowolona poklepała portfel. Pożyczyła pięćset. Odda siedemset. Po sto pięćdziesiąt miesięcznie. Grunt, że ma na fajki i piwo. No i żarcie, choć prawie nie je.

*

Wtorek przyniósł dużo słońca. Czuć już było wiosnę. Aż chciało się żyć. I pić.

Dawno już nie miała kaca. Sączyła. Wtedy kac nie grozi.

Dziesiąta rano. Jeszcze w piżamie, otworzyła pierwsze piwo. Zamiast porannej kawy. Już nie pamiętała, kiedy ostatni raz piła kawę. Piwo też pobudza do życia, zwłaszcza zimne z lodówki. Piła z gwinta i przeglądała Facebooka. Nabrała ochoty, żeby gdzieś wyjść, bo taka piękna pogoda. Miała dobry humor. Pod wpływem impulsu zadzwoniła do Lucy.

– Cześć, co dziś robisz? Może zjemy razem obiad?

– Dziś nie dam rady. Piszę książkę. Dam znać za kilka dni, jak sobie zrobię przerwę.

Lucy pracowała. Agata poczuła zazdrość, bo sama od dawna nic nie napisała. Zdawała sobie sprawę, że jej książki będą się sprzedawać coraz słabiej, potem już wcale i skończy się kasa. Musiała szybko napisać coś nowego, ale nie miała żadnego pomysłu. Żadnego. Jej myśli błądziły zwykle wokół zapasu piwa i papierosów. I ewentualnie tego, jak ciuchami i makijażem zamaskować skutki picia.

Skoro Lucy nie chce się spotkać, to co robić? Agata otworzyła czwarte piwo, a była dopiero dwunasta. Coś szybko jej dziś idzie to picie. Musi uważać. Póki sączy i nie ma kaca, jest dobrze.

Po czwartym browarze ubrała się i poczuła, że jest w stanie wyjść. Nogi same zaprowadziły ją do galerii. Przecież nie będzie spacerowała po Plantach bez celu. Poogląda tylko ciuchy. W Zarze dostrzegła piękny czarny żakiet, zapinany na duże okrągłe guziki. Tylko go przymierzę, pomyślała. Pasował jak ulał. A jak ładnie jej w nim było! Ile? Sto dwadzieścia. Nie tak dużo. Nie stać jej, ale co tam! Wyszła ze sklepu z nową zdobyczą. Miała ze sobą plecak, więc jeszcze skoczyła do hipermarketu po osiem piw. I paczkę marlboro. I saszetki z żarciem dla kota. I jeszcze kilka batatów, gdyby jednak zachciało jej się jeść, a pewnie potem się zachce. Bo Agata jadała tylko późnym wieczorem, jak już musiała. W ciągu dnia nie była w stanie niczego w siebie wmusić.

Zadowolona z zakupów wróciła do domu. Włożyła piwo do lodówki, żarcie kota do miseczki. Przymierzyła ponownie żakiet. Idealny! Nie może siedzieć w domu, mając żakiet idealny na taką pogodę. Tylko gdzie by tu pójść?

Wieczorem nadal miała ten dylemat. Jest taka jedna pijaczka, zaraz znajdzie ją na Facebooku. Zawsze jest chętna na wyjście i darmowe piwo. Trudno, umówi się z nią, bo w domu raczej nie wytrzyma.

„Cześć, Baśka, masz ochotę na browar w jakimś fajnym ogródku? Ja zapraszam. Za godzinę w pubie Pod Wiśnią?”

„Nie ma sprawy. Za godzinę”.

*

Siedziały w ogródku razem z innymi spragnionymi wieczornych wrażeń. Ogródek był pełny. Wiosna!

Baśka przyszła już wcięta. Na pewno piła w domu, było to czuć i widać. Agata stawiała piwo. Siedziały do późna. Obie chwiały się już przy stoliku.

– Zamówię jeszcze po jednym browarze i idziemy do domu – stwierdziła Agata i zawołała kelnera.

– Paniom już nie podam. Wystarczy – oznajmił kelner i odszedł.

Oburzyły się.

– Jak to nam nie poda? Z jakiej racji? Płacimy i żądamy. Ej, kelner, prosimy o dwa piwa! – krzyknęła Baśka.

– A ja proszę, by panie już poszły do domu.

Ludzie w ogródku zaczęli się na nie gapić.

– Ja nigdzie nie idę! – wrzasnęła Baśka.

– Lepiej już chodźmy – szepnęła zawstydzona Agata.

– Nie idę! – zawołała bełkotliwie Baśka i wyciągnęła z torby puszkę piwa.

– Proszę wyjść albo wzywam policję! – krzyknął kelner.

Do stolika podszedł ochroniarz i zaczął się szarpać z Baśką. Zabrał jej puszkę. Agata się wstydziła, była zła. Wzięła Baśkę za ramię i pociągnęła do wyjścia. Na ulicy się rozstały.

W domu Agata wypiła jeszcze jedno piwo. I jak ona tam teraz pójdzie? Wstyd, taki wstyd. Więcej się z Baśką nie umówi.

*

Czwartek powitał Agatę kacem. Głowa znowu bolała, mdłości dręczyły, ręce dramatycznie się trzęsły. Nie miała siły się umyć ani ubrać. Wyjęła piwo z lodówki.

Przeczucie kazało jej sprawdzić kasę w portfelu. Zostało jej dwieście złotych? To niemożliwe! Aż tyle wydała? I co teraz? Jeszcze dziesięć dni do cholernej wypłaty!

Skacowana, zła i przygnębiona, znów poszukała w internecie firm oferujących chwilówki. A może porządny kredyt w banku, a nie wysoko oprocentowana chwilówka? Sprawdziła w banku, w którym miała konto. Oczywiście, że oferują kredyt.

Tylko ile wziąć? Tysiąc? Dziesięć tysięcy?

Wypiła drugie piwo. Poczuła się już prawie normalnie. Mogła się wykąpać. Wypadałoby jej jeszcze posprzątać, ale najpierw musiała załatwić kasę. Ubrała się i uczesała, po czym poszła do banku.

 

– Są dochody, jest kredyt – stwierdziła uprzejma pani w okienku i pomogła pisarce przebrnąć przez formalności.

W domu Agata sprawdziła konto: dwadzieścia tysięcy złotych. Mogła spokojnie żyć. Mogła nawet pojechać do galerii na zakupy. Przydałyby się nowe buty i jakaś sukienka na wiosnę. Życie było piękne!

Otworzyła piwo, upiła łyk i nagle puściła pawia na stopy. Przestraszona, poszła do łazienki, zdjęła buty, skarpetki i umyła nogi. Potem starła szmatą wymiociny z podłogi. W głowie jej zaszumiało.

Co to było? Co jej jest?

Nagle dzwonek domofonu.

– Cześć, kochanie, byliśmy w pobliżu z Martą i postanowiliśmy wpaść do ciebie z ciastem. Z wiśniami. Otwórz – odezwał się ojciec.

Chwilę później usiedli na kanapie. Marta pokroiła ciasto w kuchni i wyłożyła na talerzyki.

– Wymiotowałaś? Jakiś dziwny zapach tu jest – powiedziała.

Agata otworzyła okno, chociaż nic nie czuła.

– Pijesz piwo o jedenastej rano? – zapytał ojciec, spoglądając na wypełnioną do połowy butelkę na biurku.

– Nic nie piję – zaprzeczyła Agata. – Wczoraj wpadła koleżanka i przyniosła dwa piwa. Zapomniałam wyrzucić. Ot, miły wieczór był.

– To wyrzuć. Jak to wygląda?

Marta podsunęła jej kawałek ciasta, ale Agata nie mogła jeść.

– Zrobię kawę – zaproponowała.

Trzęsącymi się rękami wsypała kawę do ekspresu. Wiele ziarenek spadło na stół. Wyjęła mleko z lodówki. Kiedy kawa była gotowa, ledwo trafiła nią do filiżanek. Nie była w stanie zanieść ich do pokoju. Na pewno porozlewa.

– No, co z tą kawą? – zawołał ojciec.

– Może Marta mi pomoże zanieść? Coś źle się czuję. Chyba się zatrułam – powiedziała Agata.

– Znowu jadłaś w restauracji?

– Koleżanka przyniosła pizzę i może ser był stary – skłamała. – Brzuch mnie boli.

– Wymiotowałaś? Stąd ten zapach?

– Tak.

– Zostaw na razie ciasto. Później zjesz.

– Tak będzie lepiej. Teraz napiję się tylko wody.

– To może być po piwie. Nie pij, jak ci nie służy – poradził ojciec.

– Zwykle nie piję. Chciałam zrobić przyjemność koleżance. Zresztą to było tylko jedno piwo, i to niecałe.

– Te wymioty to raczej nie po pizzy – skwitowała Marta i dziwnie na nią popatrzyła.

– Może pizza była nieświeża, a może piwo było stare. Nie wiem. Nieważne – powiedziała Agata, wchodząc do pokoju z kawą.

– Coś często jesteś zatruta – stwierdziła Marta.

– Raptem drugi raz. – Agata roześmiała się z wysiłkiem. – Nie przejmujcie się.

W dziwnym milczeniu wypili kawę.

– No nic. My idziemy na spacer. – Ojciec się podniósł. – Jest wiosna! Zjedz potem ciasto. Bardzo dobre. Polecam ci cukiernię na rogu, mają wspaniałe wypieki. Marta też doskonale piecze, niekiedy jem, choć nie powinienem. A ty pieczesz czasem, Agatko?

– Tak. Zaproszę was na obiad i ciasto w niedzielę. Co wy na to?

– Bardzo chętnie. O czternastej?

– O czternastej. Zrobię coś dobrego.

– To do zobaczenia. – Skierowali się do drzwi, ale Marta wciąż dziwnie patrzyła i kręciła głową.

Po ich wyjściu Agata ciężko opadła na fotel. Znowu ją mdliło.

*

W niedzielę padał deszcz, ale było ciepło. Agata, popijając piwo, smażyła łososia, piekła ziemniaki i kroiła ciasto, które kupiła w cukierni.

Punktualnie o czternastej zadzwonił domofon. Ojciec z Martą weszli do mieszkania.

– Pięknie pachnie – powiedział.

– Łosoś się smaży. Zaraz podaję.

Usadowili się przy stole, a Agata, pokrzepiona piwem, wniosła talerze. Nie wywróciła się ani nawet nie potknęła. Marta znowu dziwnie na nią patrzyła.

– Co robi ta otwarta butelka pod biurkiem? – zapytała. – Znowu była koleżanka z piwem?

Agata się zaczerwieniła.

– Ta? Nie wiem. Musiałam kiedyś ją tam postawić i zapomniałam. Przecież ja nie piję.

– I nie sprzątasz? – drążyła Marta.

– Oj, daj jej spokój – wtrącił się ojciec. – Dobry obiad zrobiła. Jedz. To porządna dziewczyna. Jak mówi, że zapomniała, to zapomniała. Pewnie kiedyś miała gości i to oni postawili.

– Tak. Właśnie tak było. Ja nie kupuję piwa.

Marta jadła, ale co jakiś czas odwracała głowę i patrzyła na Agatę, która siedziała w fotelu.

– Ty nie jesz? – zapytała.

– Wiesz, jak to jest, kiedy się gotuje. Kosztowałam cały czas i nie jestem głodna.

– Ja codziennie gotuję i normalnie jem obiad. Znowu się zatrułaś?

– Nieee, skąd. Po prostu nie mam apetytu. Zjem potem. I jak? Dobre?

– Trochę przesolone, ale dobre. Upiekłaś ciasto?

– Oczywiście – przytaknęła Agata, po czym wniosła sernik i talerzyki.

– Taki sam sernik widziałam ostatnio w cukierni – stwierdziła oschle Marta. – Też był z wiśniami.

– No właśnie go widziałam, zainspirowałam się i upiekłam taki sam – zmyśliła Agata na poczekaniu. – Dam wam kawałek do domu.

– To jeszcze poproszę kawę – odezwał się ojciec.

Agata w kuchni wsypała kawę do ekspresu. Wyciągnęła otwarte piwo z lodówki, wypiła kilka łyków, schowała. Zrobiła kawę i zaniosła do pokoju. Ojciec się uśmiechnął, Marta patrzyła na nią przenikliwie.

– Chuchnij – powiedziała nagle.

– No co ty! – oburzyła się Agata.

– Dajże jej spokój – poprosił ojciec. – Ona nie pije. Co ci do głowy przychodzi! Taki miły dzień. Uspokój się, Martuniu.

Po ich wyjściu Agata odetchnęła z ulgą i wyjęła piwo z lodówki. Nie przepadała za Martą. Ojciec poznał ją jakieś dziesięć lat temu w klubie jazzowym swojego kolegi. Marta nie pracowała, zajmowała się domem. Nie miały z Agatą wspólnego języka. Ale Agata musiała przyznać, że Marta stworzyła jej ojcu dobry, ciepły dom.

Znowu dzwonek domofonu. Któż to, do cholery?! Nie miała już ochoty na żadne odwiedziny.

– Kto tam?!

– Coś taka zła? Przyniosłem wino – odezwał się Piotrek.

– No proszę! Wchodź.

Piotrek stanął na progu z butelką pod pachą.

– Dobre. Półwytrawne, z mojej knajpy. Posiedzę chwilę.

– Jasne.

– A ty piwo pijesz? Niedobrze tak mieszać.

– Nic mi nie będzie. Otwórz, a ja przyniosę kieliszki.

Seks – dziesięć minut. Rozmowa – brak.

Wieczorem, gdy Piotrek wyszedł, Agata przebrała się w piżamę i znów sięgnęła po piwo. Wizyta Piotrka była bez sensu. Jak zwykle.

Komórka zawibrowała.

– Cześć, tu Lucy. Przepraszam, że tak z dnia na dzień, ale jutro mam wolne od pisania i mogę zrobić obiad. Kupię wino i jak masz ochotę, to przyjedź na czwartą. Podam ci adres. To jest w centrum.

– Bardzo chętnie. Pogadamy o twojej nowej książce.

– A ty piszesz coś teraz? – spytała Lucy.

– Opowiem ci jutro. Do zobaczenia!

*

W poniedziałek o ósmej Agatę zbudzili śmieciarze, którzy za oknem rzucali kontenerami. Było jej niedobrze. Bardzo niedobrze. Nie miała siły wstać. Z trudem uniosła powieki. Na biurku zobaczyła dwie puste butelki po piwie. Dlaczego ich wczoraj nie wyrzuciła? Pod stołem flaszka po winie. Jęknęła i zakryła twarz ręką. Leżała do dziesiątej.

– O Boże! Umówiłam się z Lucy! O nieee!

Poszła do kuchni na miękkich nogach, trzymając się ściany. Sięgnęła do lodówki po piwo. Nie, nie może. Musi wytrzymać do wpół do czwartej.

W łazience odkręciła wodę i weszła roztrzęsiona do kabiny. Po prysznicu trochę jej się polepszyło. Okryła się szlafrokiem i usiadła w fotelu. Czuła, jak ogarnia ją przygnębienie.

Gdyby mama żyła, nie byłoby tego wszystkiego, pomyślała. Byłabym normalną, zdrową kobietą. Pewnie byłybyśmy teraz z mamą na spacerze z psem. Wypiłybyśmy kawę i porozmawiały. Dzwoniłaby do mnie trzy razy dziennie i natychmiast by wyczuła, że piję, więc z szacunku do niej bym tego nie robiła.

Agata sięgnęła po komórkę.

– Piotrek, możesz wpaść do mnie? Źle się czuję. Bardzo cię proszę.

– Nie ma opcji. Mam sajgon w restauracji. Poza tym moja żona jest przeziębiona i obiecałem, że z nią posiedzę. No wiesz, ktoś musi zrobić jej herbatę.

Rozłączyła się. Łzy spływały po policzkach.

– Tak źle się czuję! – wyła. – Nie mam siły nigdzie iść. Chcę do mamy, do domu. – Z trudem wstała, naciągnęła spódnicę i sweter. Spotkanie z Lucy chyba już niedługo, pomyślała i spojrzała na zegarek. Dochodziła pierwsza. Dopiero? Otworzyła lodówkę. Zamknęła. Otworzyła. Zamknęła. Włączyła laptopa. Na Facebooku nudy. W poczcie żadnych nowych e-maili.

Pochlipując, podeszła do lodówki. Zostały dwie butelki. Jedną wyjęła, odkapslowała. Gotowa do wyjścia, siedziała w fotelu i piła.

Maurycy, jakby wyczuwając zły nastrój, wskoczył jej na kolana.

Mój jedyny prawdziwy przyjaciel, pomyślała.

Nogi już nie były jak z waty. Wypiła jeszcze jedno piwo i ciężko wzdychając, zaniosła puste butelki do kontenera. Z plecakiem odwiedziła monopolowy. Tym razem ten trzeci.

Myśli już nie były takie ponure. Nagle ucieszyła się, że spędzi popołudnie z Lucy. Pogadają o jej nowej książce, co pewnie wpędzi Agatę w wyrzuty sumienia, ale przynajmniej nie będzie dziś sama. Mama na pewno by coś poradziła na picie i smutek. Na pewno. Ale przecież Agata nie ma problemu z alkoholem. Może przestać pić. Tylko nie chce.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora