WyspaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wyspa
Wyspa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 52,90 42,32
Wyspa
Wyspa
Wyspa
Audiobook
Czyta Andrzej Ferenc
24,90 20,92
Szczegóły
Wyspa
Wyspa
Wyspa
E-book
26,90 22,60
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Są dwa światła, Miguelu – tłumaczył z przejęciem Muro. – So, czyli słońce, które daje dzień i ciepło ziemi, i luminia, która daje światło nocy i oceanowi, daje ciepło dzieciom Lumii. Oba są jednym, tak samo jak wszystkie dzieci Lumii są jednym.

– Nie rozumiem – protestował Miguel. – Ja nie jestem tobą, ty nie jesteś mną. Nie jesteśmy jednym. Jak roślina może być słońcem? Co ma jedno do drugiego? Bredzisz!

– Spróbuj zrozumieć – cierpliwie wyjaśniał chłopiec. – Słońce daje światło i ciepło, dzięki któremu ziemia daje luminię. Luminia ogrzewa człowieka i oświetla ocean. Człowiek wraca do oceanu, a jego światło żywi ryby, które drugi człowiek łowi i zjada. Te ryby użyźniają ziemię, na której rodzi się luminia dzięki światłu, które daje słońce. Wszystko jest jednym.

Muro był jeszcze dzieckiem, jego tłumaczenia nie trafiały do przekonania Miguelowi, który nawet nie próbował zrozumieć tych wywodów. Rozmowy z Keonem były inne, mniej emocjonalne i bardziej wyważone. Jednak Keon nie próbował niczego tłumaczyć, nie uczył Miguela filozofii życia na Lumii. Odpowiadał uczciwie i konkretnie na pytania, ale nie wgłębiał się w podstawy przekonań dzieci Lumii. Słuchał uważnie tego, co Miguel miał do powiedzenia o Europie, Lizbonie, morzu, żeglowaniu i Bogu, nie komentował tego jednak.

Obaj, Muro i Keon, należeli do klanu pamięci, kolejnej grupy mieszkańców Lumii – ich zadaniem było zbieranie i przechowywanie informacji. Słowo pisane na wyspie nie istniało, klan pamięci był żywymi księgami. Członkowie tej grupy byli typowani we wczesnym dzieciństwie. Słuchali opowieści starszych już wówczas, kiedy stawiali pierwsze niepewne kroki. Uczyli się chodzić, jednocześnie ucząc się pamiętać. Wielu z nich w starszym wieku zmieniało przynależność do klanu. Dzięki zgromadzonej wiedzy pokoleń ci ludzie często widzieli powiązania swojej wiedzy z możliwością nowych rozwiązań, jakże ważnych dla klanów budowniczych lub opiekunów. Zmiana klanu była oczywiście możliwa. Członków grupy pamięci zawsze otaczał duży szacunek. Mieli nieograniczony dostęp do odkryć wszystkich klanów i hojnie dzielili się swoją wiedzą. Nie przypadkiem młodziutki Muro otrzymał zadanie towarzyszenia Miguelowi, a wcześniej jego bratu Gasparowi. Muro jako pamięć miał obowiązek gromadzić informacje. Prawie rok towarzystwa Gaspara doprowadził go do opanowania nowego, nieznanego wcześniej na wyspie języka. A komunikacja oczywiście prowadzi do zdobywania wiedzy.

Oprócz informacji na temat Lumii Miguel dowiedział się wiele o ostatnim roku życia brata. Według jego wyliczeń żaglowiec Gaspara rozbił się o ściany klifu w listopadzie 1501 roku, zaledwie miesiąc po powrocie Miguela do Lizbony. Nie wiadomo, dlaczego Gaspar zdecydował się na powrót. Tego Miguel nie dowie się już nigdy. Muro wytrwale, ze szczegółami opowiadał wszystko, czego był świadkiem.

– Silne wyciągnęły z oceanu ośmiu ludzi. Trzy kobiety i pięciu mężczyzn. Dwaj mężczyźni i kobiety byli mocni i zdrowi, już noc po wciągnięciu na Lumię normalnie oddychali i jedli. Dom opieki wypuścił ich prawie od razu. Byli inni od pozostałych. Prawie nadzy, z długimi włosami i ciemniejszą skórą. Nie znali języka wikingów, języka Brytanii, łaciny ani żadnego innego języka. Trudno było się z nimi porozumieć, ale z czasem okazało się, że rozumieją język ziemi. Już dwie ura, czyli około czterdziestu dni po wyciągnięciu z kanału, powędrowali do karmicieli w głębi Lumii. Zbudowali sobie dwa dziwne domy i żyją tam w odosobnieniu. Nie chcą korzystać z domów pokarmu ani z domu opieki. Jeśli chcesz, dowiem się, co robią obecnie.

– Kobiety, na statku? Dziwne – mruknął z powątpiewaniem Miguel. – Zapewne dzicy. No cóż, ładunek. Chyba uratowaliście ładunek.

Muro spojrzał na niego ze zdziwieniem, ale nie skomentował wypowiedzi.

– A co z pozostałymi, co z Gasparem? – zapytał Miguel.

– Z trzech mężczyzn jednemu zabrakło oddechu jeszcze w kanale. Kiedy silne go wyciągnęły, nie można było już nic dla niego zrobić. Nie wiem, jak się nazywał, bo wrócił do oceanu, zanim któryś z pozostałych mężczyzn zdołał go zobaczyć. Nie miał nic przy sobie, żadnego znaku, jak medalion twojego brata, nic. – Muro zamilkł na chwilę, napił się wody i kontynuował opowieść: – Drugi mężczyzna był chory. Długo brakowało mu oddechu i Ludaro, który się nim opiekował, powiedział, że jego dusza opuściła ciało, zanim sam zdecydował się za nią podążyć.

– Jak to? – zirytował się Miguel. – Co to znaczy? Możesz opowiadać porządnie i po kolei? Mówisz teraz o Gasparze?

– Nie, Miguelu – odparł Muro. – Mówię po kolei. Drugi nazywał się Pedro Bardo, tak powiedział Gaspar.

– Pedro – mruknął do siebie Miguel. – Bosman Gaspara. Dobrze, opowiadaj dalej.

– To było jakieś dwadzieścia nocy po wyciągnięciu. Obaj, Gaspar i Pedro, obudzili się mniej więcej w tym samym czasie. Tylko Gaspar od razu wiedział, kim jest, i zadawał mniej więcej takie same pytania jak ty. A Pedro nie wiedział nic, obudziło się tylko ciało, dusza spała nadal.

– No właśnie – przerwał mu znowu Miguel. – Jak można tak długo spać? Mówisz, że Gaspar spał dwadzieścia dni. Ja ponoć spałem trzy, Adelino śpi już prawie dwa tygodnie. To jest normalne?

– Co to jest dwa tygodnie? – spytał zaciekawiony Muro.

– Czternaście nocy – odpowiedział automatycznie Miguel. – Nie rozpraszaj mnie, o tym potem. Odpowiedz mi na pytanie, co jest z tym spaniem.

– To normalne. – Muro wzruszył ramionami. – Tak działa luminia. Opiekunowie poją tych najbardziej chorych specjalnym napojem z luminią, żeby spali. Jak śpią, to zdrowieją, nie czują bólu, kości się naprawiają i oddech się uspokaja. Ty potrzebowałeś tylko trzech dni. Adelino jest bardzo słaby, musi spać.

– Luminia, znowu luminia – mamrotał do siebie Miguel. – Na wszystko masz tylko dwie odpowiedzi, Lumia albo luminia.

– Bo na wszystko jest tylko jedna odpowiedź, Miguelu – szepnął pogodnie Muro.

– Dobrze, nie wracajmy teraz do tego tematu. – Miguel się roześmiał. – Opowiadaj dalej o Gasparze.

– Gaspar obudził się bardzo chory, jego oddech bardzo ucierpiał przy wciąganiu przez kanał. Lurane chciała, żeby spał dużo i pracował nad oddechem. Gaspar prosił, żeby nie spać. Koniecznie chciał wyjść z domu opieki. Natomiast Pedro był jak niemowlak. Nie wiedział, kim jest, nie wiedział, gdzie jest. Nie rozpoznawał nawet Gaspara, cały czas się wyrywał, krzyczał i próbował uwolnić z opoki. Jego ciału nic nie dolegało, a krzykiem przeszkadzał innym chorym. Dlatego Ludaro zdecydował się go wypuścić. Czasami zdarzają się dzieci, które rodzą się bez duszy, czasami dusze starców odchodzą, zanim ich ciało gotowe jest wrócić do oceanu. Znamy takie przypadki. Starsi zadecydowali, że Pedrem zaopiekują się matki. To taki klan, który zajmuje się dziećmi i staruszkami. Właściwie nie klan, składa się z wszystkich grup, ale głównie z karmicieli i opiekunów. Nieważne, za dużo tłumaczenia, może potem. No i Pedro poszedł do domu matek. Tam też łatwo nie było, krzyczał, uciekał, nawet próbował atakować ludzi. Jakoś tam sobie z nim radzili kolejne dziesięć nocy. Potem uciekł i głupio trafił. Dobiegł do klifu, do wejścia kanału, gdzie grupa silnych wybierała się na łowy. Były przygotowane na ocean, ubrane w… hmm, nie wiem, jak to nazwać, takie spodnie z luminii, szerokie na stopach, które umożliwiają szybsze pływanie. No i oczywiście miały sieci zamocowane na głowach, no wiesz, na łup, na ryby. Też z luminii, bo jest wytrzymała i wyporna, ciężar pomaga dźwigać. Zmierzchało już, jak Pedro do nich dobiegł. Zobaczył silne, przestraszył się. – Muro wahał się chwilę. – Bo wiesz, Miguelu, luminia przecież świeci, chyba dla niego to dziwnie wyglądało. No i sam rzucił się do oceanu. Silne nie mogły go uratować. Wszystko stało się za szybko. Może tak i lepiej. Wrócił do oceanu, połączył się ze swoją duszą.

Miguel się zamyślił. Doskonale potrafił sobie wyobrazić tę sytuację. Na wpół oszalały, zagubiony i przesądny bosman nagle zobaczył przed sobą diabły, a raczej upiorne syreny z Corvo, i w panicznej ucieczce rzucił się do morza. Powolutku zaczynały być zrozumiałe mity i legendy z Corvo. Parę dni temu Muro wyjaśnił zagadkę świecącej podłogi. Otóż pod powłoką utwardzonej żywicy rozścielona była żywa luminia w formie mchu. Nacisk na płachtę żywicy powodował dotknięcie rośliny, która zaczynała mocniej się jarzyć zielonkawym światłem. To Miguel zrozumiał. Jeśli więc Pedro nagle zobaczył przed sobą kobiety, w których włosy wpleciona była świecąca luminia, a do tego ich dolne połowy przypominały rybie ogony i też świeciły na zielono, Miguel doskonale mógł sobie wyobrazić jego przerażenie, panikę i ucieczkę. Postanowił od ręki wyjaśnić sobie dokładnie kwestię syren na Corvo.

– Muro, powiedz mi, czy silne łowią ryby w oceanie zewnętrznym?

– Oczywiście – odparł chłopak. – Polują na ryby, żółwie, skorupiaki, na wszystkie zwierzęta wodne. Ocean wewnętrzny Lumii nie ma dużo ryb. Zwierzyny też jest niewiele, tylko, eee, no nie wiem, króliki, lisy? Jak się nazywa takie zwierzę? Nie wiem, pokażę ci kiedyś. Takie małe z futerkiem. No i ptaki. Przecież widziałeś, jemy mięso. To głównie z ryb. Trzeba zachować harmonię i równowagę, a ryby szybko się odradzają.

– Czekaj, o co innego chciałem zapytać. – Wykład na temat gospodarki zasobami naturalnymi nie był głównym powodem ciekawości Miguela. – Czy silne pływają na inne wyspy?

– Nie – odpowiedział Muro zdziwiony – tylko na jedną. Wszystko inne jest za daleko, nie da się dopłynąć.

– A po co pływają na tę jedną wyspę?

– Po suchy kamień.

– Co?

– No, po suchy kamień – powtórzył Muro. – Znowu nie wiem, jak ci to wytłumaczyć. Jest taki kamień, który rośnie tylko na tej wyspie. Jak go mocno rozgrzać, to się rozciąga, a zmieszany z luminią daje o takie. – Wskazał palcem sufit. – My też mamy, ale nie tak twardy, dlatego czasami budowniczowie wysyłają silne na wyspę po suchy kamień.

 

– A możesz mi powiedzieć, mój drogi Muro, dlaczego silne wybiły całą osadę ludzi? – warknął napastliwie Miguel.

– To nie tak, Miguelu – westchnął Muro. – Wiem, o czym mówisz, ale może lepiej niech ci to Keon wytłumaczy. Mnie nie wolno jeszcze oceniać rozkazów starszych i duszy Lumii.

– Nie zasłaniaj się Keonem – burknął Miguel. – Nosisz w sobie pamięć o wielu wiekach historii Lumii. Znasz wszystkie fakty, tak pięknie mnie przekonujesz o tym, że życie ma najwyższą wartość, że dzieci Lumii szanują i chronią życie, że wszyscy jesteśmy jednym, a nagle milczysz, kiedy pytam o brutalny mord, któremu winne są, jak się okazuje, dzieci Lumii.

– Miguelu, nie milczę. – Muro uciekał spojrzeniem. – Mogę ci opowiedzieć o wszystkim, ale nie chcę tych faktów interpretować. To wszystko jeszcze za świeże dla nas. Proszę, pozwól mi wezwać Keona. – Przykucnął i dotknął palcami podłogi, szepcząc: – Lumia.

Miguel wiedział już, co to oznacza. Lumia – ziemia, dom, bezpieczeństwo. Takie pozdrowienie lub pożegnanie oznaczało nic innego jak znajome „niech ziemia, po której stąpasz, karmi cię i ochrania”. Była to forma błogosławieństwa, podziękowania, okazania szacunku. Zastosowana jako pożegnanie, z reguły ucinała wszelkie dyskusje, kończyła spory i definitywnie zamykała całą rozmowę. Lecz Miguel nie chciał ucieczki od tematu. Chciał dokładnego wyjaśnienia.

– Czekaj, tchórzu, nie odchodź! – wykrzyknął.

Ale Muro podniósł się, potrząsnął głową i odszedł bez słowa. Po kilkunastu minutach wrócił z Keonem.

– Witaj, Miguelu – rzekł starzec spokojnie. – Muro opowiedział mi o waszej rozmowie. Słucham, czego chcesz się dowiedzieć?

– Czy silne odwiedziły dwa razy sąsiednią wyspę i wymordowały wszystkich osadników, których tam spotkały? – wrogo spytał Miguel. – Łącznie około trzydziestu mężczyzn!

– Tak – odparł Keon głośno i wyraźnie.

– Dlaczego? – zapytał Miguel z rozpaczą.

– Bo musiały chronić Lumię i własne życie.

– Zabijając?

– Nie, nie chciały zabijać. Broniły się jedynie. Opowiem ci może… – Starzec westchnął ciężko. Usiadł, popatrzył Miguelowi głęboko w oczy i powiedział: – Prawie dwa so Lumie, no, słońca Lumii, czyli, jak ty mówisz, około dwóch lat temu, mała grupa silnych popłynęła na bliską wyspę po suchy kamień. Wysyłaliśmy tam wyprawy od tysięcy lat. Wyspa zawsze była niezamieszkana. Więc dwa so Lumie temu silne dopłynęły na wyspę. Były zmęczone. Pokonanie kanału i taka duża odległość na otwartym oceanie to dużo nawet dla silnych. Dopłynęły jeszcze nocą, prawie przed świtem. Ułożyły się na rafie, tam jest taka rafa przed lądem…

– Wiem – burknął ze złością Miguel – Znam Corvo. Jednym z wymordowanych był najlepszy przyjaciel mojego ojca.

– Przykro mi, Miguelu – rzekł spokojnie starzec. – Posłuchaj, co było dalej. Silne wylądowały na rafie i postanowiły odpocząć do świtu. Jak wiesz, wyspa wiele wieków była bezludna. Żadnych mieszkańców. Usnęły. W wyprawie brało udział pięć osób. Jedną z nich był Seran, reszta to kobiety. Zostali zaatakowani. Zanim Seran i Sedo wyplątali się z szat luminii – to takie spodnie połączone w stopach, które dają ciepło i umożliwiają szybsze pływanie – trzy pozostałe silne już nie żyły. Ci ludzie rozpłatali im we śnie brzuchy nożami, jakby to były ryby. Seran i Sedo zaczęli się bronić, nie chcieli zabijać, ale rozpacz i panika przyćmiły ich zmysły. Sedo chciała być delikatna, nie chciała nikogo zranić, uważnie szafowała ciosami. Zbyt słabymi. Zabili ją na oczach Serana, a ci dwoje byli już od lat kochankami, chcieli po powrocie mieć dziecko. Seran stracił możliwość trzeźwej oceny. Walczył nie po to, żeby unieszkodliwić przeciwnika. Walczył i zabijał. Zabił wszystkich, niestety. Kiedy oprzytomniał, z szacunkiem pomógł wszystkim wrócić do oceanu. Zarówno silnym, jak i napastnikom. Potem wrócił na Lumię i opowiedział wszystko starszym. O tym, co zrobić dalej, zadecydowała cała Lumia. Tak więc za kolejne ofiary odpowiada Dusza Lumii.

– Nie rozumiem, co do mnie mówisz, starcze – warknął Miguel. – Wiedzieliście już, że wyspa jest zamieszkana. Wysłaliście kolejne silne, żeby zabijały, a teraz mi to tłumaczysz mistyczną duszą Lumii. Co to jest? Bóstwo jakieś? Kolejna cudowna roślinka?

– Duszą Lumii nazywamy zgromadzenie wszystkich mieszkańców wyspy. Starsi podejmują jedynie decyzje w zwykłych sprawach. To wybrani przez Duszę Lumii najlepsi z najlepszych. Rozstrzygają spory, oceniają nowe osiągnięcia, decydują o wysokości połowów, o domach i codziennym życiu. Sprawy, które mogą zmienić życie Lumii, nie podlegają ich władzy. O tym decyduje Dusza Lumii, wszyscy jej mieszkańcy, którzy ukończyli trzynasty rok życia, ze wszystkich klanów i wszystkich osad.

– I co? Wszyscy mieszkańcy, dla których ponoć życie jest największą wartością, zdecydowali jednogłośnie wysłać zabójczynie na niewinnych osadników?

– Nie – nadal spokojnie odpowiadał Keon. – Decyzja nie była jednogłośna. Jednak podjęła ją większość mieszkańców. Reszta pogodziła się z tą decyzją i jej konsekwencjami. Dusza, Miguelu, jest jedna. Ważne jest tylko dobro Lumii. I mylisz się, decyzja, którą podjęliśmy, nie była decyzją o zabójstwie. Mieliśmy dwie możliwości. Zrezyg­nować z suchego kamienia i nigdy więcej nie wysyłać wypraw na tamtą wyspę. To było możliwe, na pewno budowniczowie znaleźliby jakiś zamiennik suchego kamienia. Nie używamy go tak często. Za tą opcją opowiedziała się czwarta część mieszkańców. Trzy czwarte natomiast zdecydowało, że kolejna wyprawa popłynie na wyspę wcale nie po suchy kamień. Silne miały obserwować nowych mieszkańców wyspy, ocenić szanse na nawiązanie pokojowego kontaktu z nimi i działać rozważnie na podstawie własnych obserwacji. Jeżeliby nawiązały kontakt, mogły zawrzeć pokojowe porozumienie o współpracy i dobrym sąsiedztwie. Jeśli okazałoby się, że nowi są brutalni i niebezpieczni jak rogate potwory sprzed tysięcy lat, miały się wcale nie pokazywać. Nazbierać po cichu po raz ostatni jak najwięcej suchego kamienia i wrócić z ładunkiem na Lumię. W takim wypadku byłaby to ostatnia wyprawa. Popłynęło siedmioro. Piętnaście nocy ukrywali się w wodzie i lasach, obserwowali. Nowi zachowywali się normalnie. Uprawiali ziemię jak karmiciele, łowili ze śmiesznych stateczków ryby jak silne, stawiali domy jak budowniczowie, śmiali się, bawili i siłowali – jak my. Po piętnastu dniach wyprawa zdecydowała się ujawnić. Wyszli z lasu z podarunkiem, wielką siecią pełną ryb. Nowi nie rozumieli ich, otoczyli wszystkich i wymachiwali długimi nożami. Silne zachowywały się spokojnie. Gdy wszyscy się uspokoili, siedzieli razem przy ogniu, jedli i pili razem. Potem obcy odesłali silnych do jednego z domów. Był pusty, bez posłań, tylko z jakimiś śmieciami na podłodze. W nocy napadli na dom, długimi nożami zadźgali mężczyzn. Czterem kobietom udało się uciec do oceanu, jedną obcy unieruchomili długimi linami. Z wody silne wszystko widziały. Rozkrzyżowali ją na piachu, przywiązali sznurami do kołków wbitych w ziemię i całą noc kolejno jeden po drugim gwałcili.

Przerwał. Zamilkł na dłuższą chwilę. Miguel też milczał.

– Całą noc silne słuchały jej krzyków. Rano podjęły decyzję. Wyszły z oceanu, unieszkodliwiły napastników, uwolniły swoją towarzyszkę. Paru z obcych uciekło małym statkiem na wodę. Nie goniły ich. Ciała wszystkich zabitych oddały oceanowi. Zdecydowały się dalej postępować zgodnie z planem, nazbierać po raz ostatni suchego kamienia i wracać na Lumię.

Kiedy wracały z lasu, zostały znowu zaatakowane. Napastników było siedmiu. Nie zabiły ich. Pięciu uśpiły jedynie i ułożyły w bezpiecznym miejscu w lesie. Dwóch uciekło małym statkiem. Jeden zaciągnął drugiego, uśpionego, na statek i odpłynął. Zapewne potem wrócił z resztą swoich, odnalazł pozostałych uśpionych i odnieśli ich do domu opieki. To prawda, że dwa razy zabijały, ale zrozum, Miguelu, to nie było morderstwo, lecz obrona. Chroniły siebie, swoich bliskich i Lumię. Dusza Lumii już nigdy nie wyśle wyprawy na żadną wyspę. Świat zewnętrzny nie szanuje życia, świat zewnętrzny nie rozumie jedności Lumii. Wybacz mi śmierć twojego przyjaciela, bo to ja ją spowodowałem. Dusza Lumii jest tysiącem dusz, dusza Lumii jest jednością. Ja jestem duszą Lumii.

Starzec schylił się i dotknął dłońmi ziemi.

– Niech Lumia cię karmi i strzeże – wyszeptał i odszedł. Po jego policzkach spływały łzy.

Muro też przykucnął, dotknął ziemi i odszedł. Miguel został sam ze swoimi myślami.

Następnego poranka zmarł majtek z bocianiego gniazda. We śnie, bez bólu. Lurane rozłożyła bezradnie dłonie.

– Był za słaby, nie mógł odzyskać oddechu. Robiłam, co mogłam. Nie smuć się, Miguelu. Wróci z całym szacunkiem do oceanu.

Miguel skinął ze smutkiem głową. Uczynił gest naśladujący dotykanie palcami ziemi.

– Lumia Lurane – wyszeptał.

– Lumia – powtórzyła staruszka poważnie. Krzątała się chwilę przy zmarłym. Potem pomocnicy wynieśli go ostrożnie poza dom opieki.

Ludaro, Lurane i Lue zebrali się jak co dzień rano nad posłaniem Adelina. Zbadali go, a potem dyskutowali z podnieceniem.

– Gorzej mu? – spytał zaniepokojony Miguel.

Wszyscy spojrzeli w jego stronę. Nie zrozumieli.

– Źle? Boli? – zapytał nieporadnie w ich rodzinnym języku.

– Nie, nie. Dobrze! – odpowiedziała Lue. – Poczekaj, zawołam Mura.

Muro chyba czekał przy wejściu, bo pojawił się prawie natychmiast. Nie widzieli się od wczorajszego wieczoru. Chłopak popatrzył na Miguela smutno i cicho powiedział:

– Niech cię Lumia karmi i chroni, Miguelu. Dzień dobry.

– Dzień dobry, Muro. Lumia – rzekł Miguel, ponownie tego dnia czyniąc gest łączący go z ziemią i oznaczający szacunek. – Muro, przepraszam. Już rozumiem. Pomóż mi, powiedz, co się dzieje z Adelino.

Chłopak porozmawiał przez chwilę z lekarzami, a następnie radośnie oznajmił Miguelowi:

– Bardzo dobrze. Zdrowieje. Kości się goją. Oddech już spokojny, nawet krew zdrowa. Lurane sprawdziła. Adelino już nie musi spać. Jutro rano się obudzi. Jest jeszcze lepsza wiadomość, Miguelu. Dzisiaj zdejmą ci wierzchnią opokę. Jeśli wszystko będzie dobrze, możesz za parę nocy opuścić dom opieki.

Faktycznie już po godzinie pojawili się pomocnicy z Lue. Pod twardą skorupą ukrywała się kolejna, ale delikatniejsza, dająca się z trudem uginać. Pozwalała nawet na powolne ruchy całym ramieniem. Jednak Lue ostrzegła go, aby jeszcze nie próbował wykręcać ramienia do tyłu i zginać ręki pod pewnym kątem. Zaleciła ćwiczenia zwiotczałych mięśni z pomocnikami domu opieki i zostawiła go samego z Muro.

– Chcesz dzisiaj rozmawiać, Miguelu, czy mam cię zostawić, abyś odpoczął? – zapytał grzecznie Muro.

– Chcę rozmawiać. Jeszcze tyle chciałbym wiedzieć! Nadal mi nie opowiedziałeś o Gasparze. Najpierw jednak chcę zapytać o tego marynarza, chłopca z mojej załogi. Lurane powiedziała, że wróci do oceanu. Czy mogę przy tym być?

– Nie wiem. Muszę zapytać lekarzy. Właściwie dom opieki wolno opuścić tylko na zawsze, kiedy oni pozwolą lub kiedy człowiek odchodzi. Ale może zrobią wyjątek? Zapytam.

– Dziękuję, Muro. A teraz opowiedz mi o Gasparze. Obiecuję, już nie będę ci przerywał.

– Gaspar mieszkał w domu opieki najdłużej, ponad sto dni – rozpoczął swoją opowieść Muro. – Od początku byłem z nim, jeszcze wtedy nie należałem do Duszy Lumii, ale od dziecka jestem w klanie pamięci. Szybko rozumiem nowe słowa, łaciny nauczył mnie Keon, języka wikingów Berda, jak byłem całkiem mały. Ona odeszła już dawno temu, teraz tylko trzy osoby z pamięci znają mowę wikingów. Łacinę więcej. Ale tylko ja znam język Gaspara, portugalski. Teraz pewnie będę musiał kogoś nauczyć. Dlatego dobrze, że ciebie wyciągnęli. Będzie łatwiej. Gasparowi było trudno mówić. Bardzo szybko się męczył i dużo spał, bo oddech nie chciał do niego wrócić. Dlatego tak długo to trwało, zanim się nauczyłem jego mowy. Rozmawiałem z nim mniej niż z tobą. Lurane nie chciała go wypuścić z domu opieki. Pozwalała mu spacerować po domu, pozwalała samemu chodzić do myjni, czasem nawet aż do domu pokarmów, ale zawsze musiał mu towarzyszyć pomocnik. Potem, kiedy mimo rad Lurane opuścił dom, nadal był słaby i bezradny jak dzieciak. Bardzo interesował się Lumią, opowiadałem mu o wszystkim, tak jak tobie, ale najbardziej chyba interesowała go luminia i kanał. Tłumaczył budowniczym, jak robi się statki. Namawiał, żeby zbudować jeden i płynąć do Liz­bony. Rysował mapy i plany statków. Często spotykał się z jednym z budowniczych, z Darem. Musiałem wszystko tłumaczyć, bo Gaspar bardzo powoli uczył się naszego języka. Właściwie wcale nie był tym zainteresowany. Ledwo oddychał, a myślał tylko o tym, jak pokonać kanał i wrócić na morze. To go w końcu zabiło.

 

– Jak zginął mój brat? – zapytał cicho Miguel.

– Wszedł sam do kanału w spodniach z luminii. Zabrakło mu oddechu. Luminia wyciągnęła go na powierzchnię. Nawet nie dotarł do oceanu.

– Jak to, utopił się?

– I tak, i nie – powiedział smutno Muro. – Chciał przeciągnąć przez kanał części statku i zbudować go na morzu. Silne mówiły, że części są za duże, bo kanał się zwęża w środku, można tylko jednego człowieka przeciągnąć, a i to z trudem. Luminia wypycha na powierzchnię, trzeba dużo siły, żeby ją zmusić do nurkowania, tylko silne to potrafią, od dziecka ćwiczą nogi. Gaspar nie wierzył, chciał sam spróbować. Zanurkował w kanał, zabrakło mu siły, żeby pokonać luminię, pchała go w górę, zabrakło mu oddechu, no i tak. Oddaliśmy go oceanowi. Lurane była na mnie bardzo zła, że go nie dopilnowałem. Ale wiesz, on poszedł nocą, a ja miałem dopiero dwanaście lat, spałem w domu matki.

– Na czym Gaspar rysował te mapy i plany? – zapytał Miguel.

– Na skórkach od karmicieli. Sklejał je razem i rysował patykami z barwnikiem. Nawet ładnie. Budowniczowie to rozumieli, dla mnie to były tylko kreski.

– Będę mógł spotkać tych budowniczych?

– Oczywiście. Już niedługo opuścisz dom i będziesz mógł robić, co tylko zechcesz.

Miguel zatonął w marzeniach. Gaspar chciał wrócić do domu, miał plan, tylko zabrakło mu sił. A czy jemu uda się ten plan zrealizować? Może uratować przyszłość swojej rodziny, ma jeszcze dużo czasu. Jeśli przywiezie królowi w prezencie nowy ląd i cudowną roślinę, która sama świeci i pomaga utrzymać ładunek na wodzie, obsypią go zaszczyty i bogactwa. Uratuje włości rodu, przywróci dobre imię Gasparowi. Będzie bohaterem.

Podczas gdy Miguel zatopił się w słodkich marzeniach, Muro poszedł zapytać lekarzy o pozwolenie udziału Miguela w pochówku młodego marynarza z bocianiego gniazda.

Wieczorem, ostrożnie i powoli wspierając się na ramieniu Lue i Muro, Miguel został doprowadzony na brzeg klifu. W dole ryczały spienione fale. Ciało marynarza oplecione liną przymocowane było do długiego słupa. Setka obcych ludzi zgromadziła się wokół. Ktoś zanucił smutną melodię, wszyscy przyklęknęli, dotykając ziemi.

– Niech Lumia cię karmi i chroni! – To zrozumiał sam, resztę przetłumaczył mu Muro. – Wróć do oceanu, niech cię przyjmie i otuli, niech światło i ziemia sprawią, że wrócisz do jedności, którą jestem.

– Którą jestem… – zabrzmiało zwielokrotnione echo powtarzanych szeptem słów.

Cztery kobiety uniosły słup jak piórko mimo przywiązanego do niego ciała i płynnym ruchem rzuciły w ocean. Tęskna pieśń trwała jeszcze chwilę, a potem zamilkła. Chyba wszyscy obecni przeszli przed Miguelem, przykucając z szacunkiem i dotykając ziemi.

Wzruszony i zamyślony wrócił do domu opieki.

Następnego poranka obudził go szept:

– Miguelu, Miguelu, żyjesz? – Adelino da Silva kręcił niespokojnie głową na wszystkie strony.

– Spokojnie – powiedział Miguel. – Żyję, tak, to ja. Nie szarp się, jesteś chory.

Adelino ostrożnie opuścił stopy na posadzkę. Tafla podłogi rozjarzyła się jaśniejszym światłem.

– Co to jest?! – wykrzyknął zdziwiony Adelino. – Co się stało? Gdzie my jesteśmy?

– Powiedziałem, nie szarp się i uspokój. Jesteś chory. Tylko my dwaj przeżyliśmy sztorm. Jesteśmy bezpieczni, na wyspie, której Portugalia jeszcze nie odkryła. Leżymy w domu opieki, tak jakby szpitalu. Zajmują się nami lekarze. Spałeś bardzo długo. Pamiętasz coś? Wiesz, co się zdarzyło?

– Jak to na wyspie? Co? No oczywiście, pamiętam. Bosman na mnie nakrzyczał i kazał się przywiązać do masztu. A potem nie mogłem się odwiązać.

– Ja cię odwiązałem. Ludzie stąd nas uratowali. A przedtem, Adelino, co było przedtem?

– Znalazłem bambusy do gumilium na Corvo. O Boże, gdzie jest moje gumilium?! Utonęło? – zapytał Adelino zrozpaczony.

– No to już widzę, że wracasz do siebie. – Miguel się roześmiał. – Pewnie ci się chce pić. Poczekaj, zawołam kogoś.

Ostrożnie wstał i poszedł do wejścia. Podłoga pod jego stopami rozświetlała się magiczną zielenią. Adelino patrzył na to zjawisko jak zaczarowany.

– Lue, Ludaro! – krzyknął Miguel w głąb pomieszczenia.

Wiedział już, że w przyległym do owalnej sali chorych pokoiku śpią pomoce, a czasami także uzdrowiciele. Po chwili w szczelinie wejścia pojawiła się twarz młodego mężczyzny.

– Ego, Adelino – powiedział Miguel, wskazując na przyjaciela.

Pomocnik kiwnął głową ze zrozumieniem i zaczął krzątać się wokół Adelina.

– Cóż za dziwnym językiem ty mówisz, Miguelu? – spytał Adelino. – I to światło, i łoża… Dziwne to wszystko jakieś.

– Prawda, przyjacielu – rzekł Miguel. – Od dziwnej chmury się zaczęło, a teraz już będzie coraz bardziej dziwnie. Sam zobaczysz, jeszcze wiele przed tobą.

Proces rekonwalescencji Adelina da Silvy przebiegał szybko. W październiku 1502 roku obaj, żeglarz i naukowiec, zamieszkali w domu mężczyzn na Lumii. Mogli prosić o własną osobną kwaterę, jednak w duchu życia na wyspie stwierdzili, że to przesada. Osobne domy budowano dla rodzin, par, które zdecydowały się żyć razem. Oni nie byli parą, byli samotnymi mężczyznami, którzy chcieli jedynie realizować swoje marzenia. Marzeniem Miguela był powrót w chwale do Lizbony. Miał jeszcze ponad pół roku na jego realizację. Adelino z radością zapomniał o świecie, z którego przybył. Uczył się języka, uczył się życia na Lumii. Zafascynowany luminią, oddał się całkowicie badaniom jej możliwości i metod wykorzystywania tej rośliny w coraz to nowy sposób. Budowniczowie chętnie widzieli go w swoim towarzystwie. Żywy umysł Adelina i całkowicie nowy, świeży punkt widzenia wnosiły bardzo wiele do rozwoju technologii na Lumii.

Oczywiście Adelino starał się z całych sił pomóc Miguelowi w realizacji jego marzenia, powrocie do domu. Jednak budowniczowie mieli rację. Elementy statku zaprojektowane przez Gaspara były zbyt duże, aby je przeciągnąć przez kanał. Budowa statku na morzu była jedynie nieosiągalną mrzonką. Kiedy ta smutna prawda dotarła do Miguela, uparł się wrócić do domu przez Corvo. Pilnie trenował z silnymi, uczył się pływania w spodniach z luminii. Lurane, która szczerze polubiła swojego niesfornego pacjenta, ostrzegała:

– Miguelu, twój oddech nie wytrzyma takiego wysiłku.

– Silne i Lumia mnie ochronią – upierał się przy swoim. – Muszę jedynie pokonać kanał. Silne nie takie ciężary wlokły przez mile oceanu. Pomogą mi przecież.

Lurane tylko kiwała głową powątpiewająco.

* * *

W czerwcu 1503 roku, ponad rok od wypłynięcia „Perły” z Lizbony, Miguel pokonał kanał Lumii. Jego płuca ledwie przetrzymały ten wysiłek. Z pomocą silnych, unoszony przez spodnie z luminii, dotarł prawie do wybrzeży Corvo. Tam jego serce nie wytrzymało wysiłku. Umarł na wodach oceanu, zaledwie milę od północnego wybrzeża najdalszej wyspy Azorów. Silne z pełnym szacunkiem pozostawiły go w oceanie. Wróciły na Lumię, nie zatrzymując się na Corvo. Zamiast suchego kamienia tym razem przyniosły z sobą jedynie złoty medalion Miguela. Zawisł obok identycznego talizmanu jego brata Gaspara Corte Real, przy klifie wyspy Lumii.

Max

Paryż, 17 listopada 1975, poniedziałek

– Max! Wstawaj, leniuszku, koniec ferii, poniedziałek, trzeba się przygotować do szkoły! – Głos gosposi przedarł się przez zasłonę snu.

Maxime Dupont leżała jeszcze chwilę z zamkniętymi oczami. Fakt, dziś poniedziałek, jej urodziny. I tata dzisiaj wraca! Może nawet już jest! Szybciutko wyskoczyła z łóżka i tupiąc bosymi nogami po drewnianej podłodze, pobiegła do sypialni ojca. Z impetem otworzyła drzwi.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora