WyspaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wyspa
Wyspa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 52,90 42,32
Wyspa
Wyspa
Wyspa
Audiobook
Czyta Andrzej Ferenc
24,90
Szczegóły
Wyspa
Wyspa
Wyspa
E-book
26,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Joanna Miszczuk, 2015

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcia na okładce

© Casarsa/iStockphoto.com;

© Trifonov_Evgeniy/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Agnieszka Rosłan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8069-773-7

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Zadajemy sobie często pytanie, czy jesteśmy sami we wszechświecie. Spoglądamy w gwiazdy z nadzieją lub obawą…

A może nasz świat jest jedynie wyspą pośród wielu jemu podobnych wysp?

Szczycimy się rozwojem naszej cywilizacji, naszą wysoko rozwiniętą techniką, naszą kulturą, sztuką, architekturą. Uważamy, że nasze rozwiązania są najlepsze.

Plemiona Amazonii i afrykańskich Masajów nazywamy w duchu dzikimi.

Atlantydę uważamy za mit i legendę. Aztekom i Majom niechętnie przyznajemy prawo istnienia w naszej historii. Te cywilizacje nie istnieją, ale kto wie, gdyby przetrwały, może ich rozwiązania, ich technologie, sztuka i architektura byłyby lepsze od naszych… inne?

Nie dopuszczamy do siebie myśli o naszej niedoskonałości…

A jeśli jesteśmy tylko wyspą…?

dla Zuzi

Serdecznie dziękuję

Irenie i Zuzi za miłość i wsparcie.

Uwe za spokój i opiekę, którą mnie otacza.

Joli za to, że nadal cierpliwie czyta i komentuje moje książki, mimo że tak naprawdę ich nie lubi.

Barneyowi za wyrozumiałość, stabilizację i urlopy.

Markowi za podzielenie się ze mną cenną wiedzą żeglarską.

Wszystkim pracownikom wydawnictwa Prószyński, a głównie, jak zawsze, Pani Annie Derengowskiej za cierpliwość do mnie, Pani Ewie Witan za szczerość i ostrzeżenia i Pani Agnieszce Rosłan za nadawanie na tych samych falach (siwy lok).

Fikcję tym razem napisałam absolutną, więc wszelkie podobieństwa osób i sytuacji są całkowicie wykluczone. Od postaci historycznych zapożyczyłam jedynie nazwiska i daty. Cała reszta jest oczywiście moją fantazją… ale… może jednak nie?

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Max

Paryż, 17 listopada 1964, wtorek

Czekał już wiele godzin. Tępo wpatrywał się w szarą ścianę poczekalni szpitala La Pitié Salpêtrière. Czekał.

Poród zaczął się tak naprawdę dwa dni temu, przed czasem. Zawiózł Sophie do szpitala. Po godzinie odesłano ich do domu. „Jeszcze nie czas, jeszcze dwa tygodnie minimum”, powiedzieli. Kolejny dzień Sophie szarpały potworne bóle. Cierpiała, widział to, ale na każdą jego prośbę, aby jechać do szpitala, reagowała znużonym wzruszeniem ramion. „Jeszcze nie czas, chérie”, mówiła, głaskając go po twarzy. Dzisiaj rano nie pozwolił jej dłużej się opierać. Przywiózł ją do La Pitié Salpêtrière prawie nieprzytomną z bólu. Lekarz porannej zmiany niechętnie zdecydował się zatrzymać ją na oddziale porodowym. To było o siódmej rano, teraz jest prawie dziesiąta wieczorem. Jego słodka, dzielna Sophie. Walczyła z bólem do wieczora, podczas gdy lekarze i pielęgniarki uspokajali, że jeszcze nie czas. Straciła przytomność trzy godziny temu. Wygonili go do poczekalni. Czekał.

Drzwi poczekalni otworzyły się, lekarz podszedł i położył dłoń na jego ramieniu.

– Panie Dupont, przykro mi bardzo… serdecznie panu współczuję…

Ludwik spojrzał w górę. Młody człowiek w białym fartuchu uciekał spojrzeniem przed jego wzrokiem.

– Pańska żona, niestety… nic nie mogliśmy zrobić. Krwotok wewnętrzny, nie do zatrzymania. Niestety, nie mogliśmy jej uratować…

– Dziecko? – wyszeptał pytająco Ludwik.

– Dziewczynka, żyje, ale jest bardzo słaba. Robimy co w naszej mocy…

– Chcę je zobaczyć.

– Oczywiście, panie Dupont, pielęgniarka pana zawoła, proszę czekać. Jeszcze raz szczere wyrazy…

– Będę czekał – przerwał mu Ludwik.

Czekał jeszcze godzinę, zanim go zaprowadzili do Sophie. Leżała w czystej białej pościeli, jej twarz była prawie tak biała jak ta pościel. Wyglądała na spokojną, ból nie wykrzywiał już jej słodkiej buzi. Niesforny lok nad czołem zawijał się zawadiacko, jakby on jeden żył nadal. Ludwik pogłaskał krótko ściętą rudą czuprynę, zawinął lok wokół palca. Pochylił się nad żoną i pocałował ją w czoło. Ani jedna łza nie pojawiła się w jego oczach. Odwrócił się do pielęgniarki stojącej w drzwiach.

– Chcę zobaczyć moją córkę.

– Przykro mi, panie Dupont, to niezgodne z przepisami – powiedziała współczująco. – Dziecko jest na oddziale intensywnej terapii, wymaga różnych zabiegów. Lekarze robią, co mogą. Proszę iść do domu i się wyspać, niech pan przyjdzie jutro.

– Chciałbym ją zobaczyć – upierał się. – Chcę zobaczyć moją córkę, póki jeszcze żyje.

– Niech pan tak nie mówi, panie Dupont. Niech pan nie traci nadziei. Mamy doskonałych specjalistów, doktor Cardeux zajmuje się dzieckiem osobiście. Nie ma lepszego neonatologa w całej Europie. Proszę przyjść jutro. Dziecko ma duże szanse.

– Ona ma na imię Maxime. Nie dziecko. Maxime Sophie Dupont.

18 listopada 1964, środa

Była bardzo mała. Zamknięta w inkubatorze, prze­zroczyste rurki doprowadzały do jej drobnego ciałka substancje, które nadal utrzymywały ją przy życiu. Patrzył na nią przez szybę z pomieszczenia obok. Była tak nie­rzeczywista, ale jednocześnie tak bliska. Jego córka, jego Maxime. Pielęgniarka poklepała go po ramieniu.

– Doktor Cardeux może pana teraz przyjąć.

Poszedł za nią do małego słonecznego gabinetu. Lekarka siedziała za biurkiem i robiła notatki. Wstała na powitanie i uścisnęła mu dłoń. Była bardzo młoda. Wskazała mu krzesło, usiadła naprzeciwko i powiedziała spokojnie:

– Panie Dupont, serdecznie panu współczuję. Śmierć żony to niewyobrażalna strata. Nie miałam okazji jej poznać, moją pacjentką jest Maxime, jestem neonatologiem, nazywam się Anna Cardeux i kieruję tutejszym oddziałem noworodków od dwóch lat. Możemy chwilę porozmawiać o pańskiej córce?

– Tak, dziękuję, oczywiście. – Zdziwiony wpatrywał się w twarz lekarki. – Kieruje pani…? Od dwóch lat? Pani jest przecież taka młoda…

– Dziękuję za komplement. – Uśmiechnęła się słabo. – Kobiety o wiek się nie pyta, ja jednak często spotykam się z wątpliwościami na temat moich kwalifikacji. No cóż, dyplomy je potwierdzają. – Niecierpliwym gestem wskazała rządek oprawionych w ramki certyfikatów wiszących na ścianie. – Nawet jeśli to nietypowe, ordynator przed pięćdziesiątką i do tego kobieta, nie jest to chyba najważniejszym tematem naszego spotkania, panie Dupont.

– Tak, oczywiście, przepraszam – odparł zmieszany. – Maxime. Co będzie z moją córką, pani doktor?

– Maxime jest silną młodą damą – stwierdziła rzeczowo. – Nie zmienia to jednak faktu, że niedotlenienie w czasie porodu, jak również niekorzystny etap rozwoju, w którym przyszła na świat, mogą stwarzać różnorodne problemy. Najgorsze już za nami. Wagę ma przyzwoitą, problemy oddechowe opanowaliśmy. Zapewne ją zatrzymam jeszcze tydzień do dziesięciu dni w inkubatorze, a około dwóch tygodni na oddziale. Potem jednak spadnie na pana zadanie zapewnienia jej odpowiedniej opieki. Ósmy miesiąc jest dla wcześniaka najgorszy z możliwych. Nie wszystkie organy są prawidłowo wykształcone. Mogą wystąpić problemy ze wzrokiem, wcześniakom urodzonym w tym okresie grozi retinopatia, oczywiście musi pozostać przez minimum trzy lata pod opieką naszych pediatrów i neurologów. – Mówiąc, patrzyła mu prosto w oczy. Przerwała nagle i odetchnęła głęboko. – Nie będę panu wyliczać wszystkich skomplikowanych zagrożeń. To nie ma sensu. Napije się pan kawy?

– Chętnie, bardzo proszę. – Oszołomiony nawałem informacji, wdzięczny był lekarce za tę chwilę wytchnienia. Z jej całego wywodu zrozumiał tylko jedno. Maxime przeżyje. Zagrożenie minęło. Stracił żonę. Jest sam i tylko na nim spoczywa odpowiedzialność wychowania i utrzymania córki Sophie, jego córki.

Lekarka podeszła do stoliczka obok, na którym stał dzbanek z kawą. Nalała dwie filiżanki i przeniosła je na biurko. To dało mu chwilę na uporządkowanie myśli. Doktor Cardeux usiadła na swoim krześle i otworzyła teczkę z aktami leżącą na środku biurka.

– Panie Dupont, pan jest ślusarzem, prawda? – spytała

– Tak, mam maleńki własny warsztat przy rue Jenner.

– Maxime jest waszym pierwszym dzieckiem. Czy ma pan dużą rodzinę? Siostry, kuzynki, no wie pan, czy ma pan kogoś, kto będzie się zajmował córką, kiedy pan będzie w pracy?

– Jesteśmy tylko my… to znaczy byliśmy. Sophie jest… była jedynaczką. Jej rodzice zginęli w wypadku dwa lata temu. Była sama, kiedy się poznaliśmy. Ja też. Nie mam nikogo. Teraz już tylko Maxime…

– Rozumiem. – Pokiwała głową. – Będę z panem boleśnie szczera. Pańska córka będzie wymagała przez trzy lata lub więcej stałej opieki. To dziecko nie nadaje się do żłobka. Czeka ją wiele wizyt u lekarzy, pożądana byłaby również stała opieka fizjoterapeuty. Trudne początki Maxime będą wymagały mnóstwa wsparcia, zarówno osobistego, jak i finansowego. Ubezpieczenie pokryje wiele kosztów, ale nie wszystkie. Żadna opiekunka nie zastąpi matki. Nawet jeśli zatrudni pan nianię, opieka medyczna i terapeutyczna nadal będzie niezbędna. Jak pan sobie z tym poradzi?

 

– Nie wiem, pani doktor. – Wzruszył bezradnie ramionami. – Nie myślałem o tym. Jeszcze wczoraj miałem cudowną żonę i oczekiwaliśmy wymarzonego dziecka. Dzisiaj jestem sam, mam chorą córeczkę i muszę przygotować pogrzeb Sophie. Nie wiem.

– Panie Dupont… – Doktor Cardeux spojrzała z namysłem na plik kartek leżących przed nią. – To brutalne, lecz powiem panu o tym teraz. Koszty opieki nad Maxime przez pierwsze lata jej życia zamkną się nie w tysiącach, lecz w dziesiątkach tysięcy franków. Nikt nie da panu żadnej gwarancji, że dziewczynka będzie idealnie zdrowa, może będzie wymagała całe życie dodatkowej opieki medycznej. Może nigdy nie będzie się nadawała do normalnej szkoły. Wszystko jest jedną wielką niewiadomą. Mała jest silna i ma wolę przetrwania, ale życie ma własne pomysły i nikt nie wie, jaka będzie jej przyszłość. Otoczony rodziną, z żoną, babcią, siostrą, miałby pan duże szanse, aby pomóc córce. Ale w pańskiej sytuacji… spójrzmy prawdzie w oczy. Czy mały warsztat ślusarski pozwoli panu zgromadzić środki na utrzymanie dziecka specjalnej troski?

– To moja córka, moja i Sophie, moje dziecko – powiedział stanowczo. – Poradzę sobie.

– Wierzę panu, panie Dupont – odparła spokojnie. – Wierzę, że chce pan sobie poradzić. Kiedy jednak pochowa pan żonę, proszę spokojnie zastanowić się nad przyszłością swoją i Maxime. Dziewczynka jest silna i za dwa tygodnie będzie nadawała się do adopcji. Jest wiele bogatych bezdzietnych małżeństw, których jedynym marzeniem jest zapewnienie szczęśliwego dzieciństwa takim maleństwom jak ona. Nikt nie będzie miał panu za złe, jeśli w obecnej sytuacji zrzeknie się pan praw rodzicielskich…

– Niech pani już nic nie mówi, pani doktor – przerwał jej gwałtownie, podnosząc się z krzesła. – Dziękuję za uratowanie życia mojej córce, ale ja jestem odpowiedzialny za to, jak jej życie będzie dalej wyglądało. To prawda, nie mam nikogo, rodzina Sophie zginęła, ja jestem z domu dziecka. Maxime będzie miała prawdziwego ojca i prawdziwy dom. Sam wychowam moją córkę, nawet jeśli jeszcze nie wiem jak. Do widzenia, doktor Cardeux.

– Do widzenia, panie Dupont. – Lekarka wstała, podeszła do niego i wyciągnęła rękę.

Pochylił się, ucałował szarmancko jej dłoń.

– Wrócę jutro – powiedział. – I będę przychodził co dzień, dopóki Maxime nie wróci do domu.

Rozdział 1

Lizbona, marzec 1502

Zaledwie pół roku minęło od powrotu Miguela Corte Real do Lizbony. Wtedy w październiku wszyscy wiwatowali na jego cześć. Manuel I, król Portugalii i Algawry, pan nowo odkrytych lądów, podróży morskich i handlu z Indiami, Etiopią, Arabią i Persją, z entuzjazmem przyjął daninę nowego świata. Sześćdziesięciu pojmanych dzikich, egzotyczne przyprawy, srebro. Dwa statki po brzegi wypełnione bogactwami nowego lądu obudziły apetyt na więcej. Cała Lizbona z niecierpliwością oczekiwała na powrót reszty wyprawy. Niestety, brat Miguela Gaspar do dziś nie powrócił do domu. Kiedy rozstawali się u wybrzeży Labradoru, Gaspar uparł się odnaleźć nową drogę do Portugalii. Cała ich wiedza żeglarska podpowiadała, że przedsięwzięcie zakończy się sukcesem, jednak Gaspar nie wrócił…

Miguel zamaszystym gestem zmiótł ze stołu plik map, które studiowali z zapałem od dzisiejszego poranka obaj, on i najstarszy brat Anes.

– To wszystko nie ma sensu! – krzyknął wściekle na Bogu ducha winnego Anesa. – Nawet jeśli żeglarze czekają na nasze skinienie, gotowi ruszyć na poszukiwania Gaspara, nawet jeśli całym naszym majątkiem sfinansujemy wyprawę sami, on i tak nie pozwoli nam wypłynąć. Będzie czekał do jesieni, na powrót swojego statku. Teraz, kiedy wreszcie ma wszystko i na wszystko sobie może pozwolić, skąpi swych królewskich łask starym przyjaciołom. Jak on może?! Przecież Gaspar jest jego przyjacielem…

– Nie unoś się, bracie. – Anes położył dłoń na ramieniu Miguela. – Zrozum króla. Wtedy, gdy jeszcze był księciem Beja, jego przyszłość nie była rozstrzygnięta. Mógł marzyć wraz z nami, mógł narzekać, że wielcy i możni zabierają nam wolność i wzbraniają usłuchać zewu morza. Dziś jest królem, wszystkie oczy są zwrócone na niego. To nie jego zła wola, to odpowiedzialność za cały kraj, to polityka, bracie.

– Żadna polityka nie odwiodłaby mnie od ratowania przyjacielowi życia – burknął ponuro Miguel.

Anes pokiwał smętnie głową.

– Dlatego nie ty jesteś królem, mój drogi. Uspokój się. Przypomnij sobie, czego uczył nas ojciec. Słuchaj serca, lecz planuj rozumem. – Dłonie Anesa nieświadomie skierowały się w stronę medalionu, który spoczywał na jego piersi. – Pójdę już, Miguelu. Późno… Jutro przyniesie nową nadzieję, bracie. Ty też powinieneś odpocząć.

Uściskali się krótko, po męsku i Anes opuścił komnatę.

Miguel, wpatrzony w blask zachodzącego słońca, gładził palcami medalion, który od ósmego roku życia nosił na piersi, identyczny jak ten, który nosił Anes. Były tylko cztery takie medaliony na świecie, trzeci zdobił pierś Gaspara, średniego brata, czwarty zaginął wraz z ojcem. Miguel westchnął ciężko, pozbierał z podłogi rozrzucone mapy i starannie rozłożył je na stole. Pochylił się nad najstarszą, tą, która należała do ojca, Joao Corte Real, wielkiego odkrywcy i żeglarza, gubernatora wyspy Terceira, na której urodzili się wszyscy jego trzej synowie. Byłby z nich dumny. Ileż lądów i szlaków dorysowali na tym płótnie! Miguel wyciągnął się wygodnie, opadając na oparcie rzeźbionego fotela. Oddał się wspomnieniom.

Ojca pamiętał doskonale. Chociaż bowiem gubernator jedynie zimy spędzał w domu, były to zimy pełne morskich opowieści, legend, wspólnych wieczorów. Przepadali za nim wszyscy trzej. Ledwie pierwsze wiosenne wiatry przywiały do portu zapach nowej przygody, wyruszał w morze, ale wiedzieli, że jesienią wróci, obsypie ich słodyczami i czułościami. Matkę ustroi w nowe suknie i klejnoty, uspokoi wszelkie spory. Dla innych dzieci zima była okresem ponurym, nielubianym, dla nich była piękna, oznaczała powrót ojca, oznaczała śmiech, miłość i wspaniałe ciekawe opowieści o odległych portach, o dzikich, którzy farbowali swe skóry, o niezmierzonych bogactwach czekających jedynie na śmiałków, którzy odważą się stawić czoło morzu i wyciągnąć po nie rękę. Słuchali tych opowieści z szeroko otwartymi oczami i marzyli tylko o tym, aby móc w końcu popłynąć z ojcem. Pilnie studiowali mapy, uczyli się żeglarskiego rzemiosła na lądzie, fechtowali się dzielnie i nie stronili od ksiąg. Robili wszystko, aby zasłużyć na ojcowskie uznanie i tę jedną, jedyną nagrodę – WYPRAWĘ.

Kiedy przyszedł ten wyśniony dzień, żaden z nich nie był tak naprawdę gotów. Najmłodszy Miguel był jeszcze właściwie dzieckiem, a ojciec traktował ich z tą samą sprawiedliwą surowością, z jaką traktował każdego członka swej załogi. Joao był szlachcicem, jednak jakże inne było jego zachowanie na morzu niźli to, które chłopcy znali z domu. Sprawiedliwy i szlachetny gubernator Terceiry, jednej z wysp archipelagu Azorów, który to tytuł wraz z realnie nadanymi ziemiami otrzymał od króla Portugalii w uznaniu swych żeglarskich dokonań, zmieniał się na statku w twardego wilka morskiego. Ta jedyna dla Miguela wyprawa z ojcem nauczyła chłopca ciężkiej pracy i uświadomiła mu, że morze to nie tylko przygoda, bogactwa i zaszczyty, to również żywioł, który należy szanować, a okiełznać można jedynie daniną krwi i potu. Nauczył się prawdziwego głębokiego szacunku do ojca i do morza. Pierwsza wyprawa z ojcem była jednak ostatnią. Kolejną wiosną Joao Corte Real podjął wezwanie króla do odkrycia północno-zachodniego przejścia do Azji. Nie wrócił do domu zimą. Chłopcom pozostały jedynie cudowne wspomnienia i trzy medaliony, które ojciec sprezentował im na pamiątkę ich pierwszej wspólnej wyprawy.

Anes, najstarszy syn Joao, przyjął z pokorą schedę po ojcu. Chociaż w jego żyłach szlachecka krew mieszała się ze słoną wodą morską, poczucie obowiązku stłumiło zew przygody. Anes pozostał na lądzie, zarządzając włościami rodu Corte Real i opiekując się matką i braćmi, dzięki czemu Gaspar i Miguel, zwolnieni tym samym z konieczności zajmowania się przyziemnymi sprawami, całym sercem oddali się planom swej świetlanej żeglarskiej przyszłości.

Wspierał ich w tych planach i dążeniach najlepszy przyjaciel diuk Beja. Również jego marzenia szybowały ku odległym lądom, nowym światom. Jednak diuka zmiotła z tej drogi polityczna rzeczywistość kraju i ambicje rodziny. Przyjaciel został królem i marzenia o wspólnych podróżach prysły jak bańka mydlana, jednak Gaspar i Miguel nie zboczyli z obranej drogi. Poszli obaj w ślady ojca i wspierani przez króla, żeglowali od przygody do przygody razem. Aż do tej ostatniej wyprawy, z której Gaspar nie powrócił. Miguel nie dawał wiary, że brat poległ na morzu. To nie była jedynie krucha nadzieja. Miał pewność, że brat żyje. Lata wspólnego żeglowania wyczuliły zmysły ich obu. Po prostu wiedziałby, gdyby Gasparowi stało się coś złego. Teraz jego zadaniem było odnaleźć zaginionego brata.

Nie mógł dłużej czekać, postanowił przekonać swego króla do działania. Potrzebował wsparcia w organizacji wyprawy ratunkowej, musiał brata odnaleźć, był to winien pamięci ich ojca, oraz Gasparowi, który nauczył go żeglarskiego rzemiosła. Anes miał rację, jutro przyniesie dobre wieści. Jutro król Manuel będzie wysłuchiwał próśb swych poddanych. Jutro Miguel poprosi o pozwolenie wyruszenia na poszukiwanie brata. Jeśli zaoferuje królowi samodzielne sfinansowanie wyprawy i mądrze sformułuje jej cel, Manuel się zgodzi. Musi się zgodzić, przecież nic nie traci, może jedynie zyskać. Jak go przekonać? Miguel zamyślił się, gładząc odruchowo medalion. Wspomnienia kołyszących fal, roześmianej twarzy Gaspara i mądrego spojrzenia ojca zalały jego umysł. Ojciec… O tak! Już wiedział, jak przekona króla. Północno-zachodni szlak do Indii, odkrycie, które kosztowało życie jego ojca, marzenie króla Manuela nadal było niezrealizowane. Teraz to marzenie pozwoli mu odnaleźć brata. Z nową nadzieją Miguel starannie zwinął mapy zalegające na stole, zdmuchnął migoczące płomyki świec i opuścił komnatę.

* * *

Król Manuel w każdy pierwszy czwartek miesiąca osobiście wysłuchiwał poddanych. Na takie posłuchanie jednak należało się uprzednio zgłosić, aby urzędnicy królewscy mieli szansę załatwić sprawę wcześniej bez konieczności interwencji władcy. Ten system sprawiał, że przed oblicze króla trafiali jedynie nieliczni. Na dzisiejsze posłuchanie wyznaczone były tylko dwa przypadki. Pierwszy to małżeństwo, które mimo świętości związku powinno być rozwiązane, gdyż wszelakie potworności, jakich się mąż wobec swej żony dopuszczał, boskim prawom się sprzeciwiały, trybunał kościelny zaś wzbraniał się przed orzeczeniem wyroku. I choć oczywiste dla wszystkich było, że król Manuel, któremu współcześni nadali przydomek Pobożny, odeśle petentów z powrotem przed oblicza sędziów Kościoła, udręczona niewiasta stanowczo domagała się dostąpienia do królewskiego majestatu. Sprawę odkładano już dość długo, więc niechętnie król zgodził się na wysłuchanie skłóconych stron. Nie lubił takich sporów. Gwarantowały jego zły nastrój, a to niedobrze wróżyło nadziejom Miguela. Drugi przypadek, który miał być rozpatrywany, wyglądał nieco lepiej. Szlachetny Adelino da Silva pragnął zaprezentować władcy swój wynalazek i podziękować za wsparcie. Król uwielbiał wynalazki, a jeszcze bardziej cieszyło go, gdy jego podopieczni, których odkrycia finansował, jedynie dziękowali, nie zaś prosili o więcej. Miguel postanowił dopisać się do listy. Czas naglił, wyprawa powinna najpóźniej w kwietniu wyruszyć z Lizbony.

Trzy godziny po rozpoczęciu posłuchania sprawa Miguela nie przedstawiała się pomyślnie. Król już przy wstępnych powitaniach, w odpowiedzi na głęboki ukłon Corte Real odburknął niechętnie:

– Corte! Lepiej, żebyś pan miał już jakieś wieści o swoim bracie i moim statku. Coś długo nadwerężasz waść moją cierpliwość…

Zabrzmiało to jak groźba, więc Miguel, nieszczęśliwy i szarpany rozterkami, siedział w sali posłuchań, popadając w coraz większe przygnębienie. Sprawa skłóconych małżonków wlokła się całe przedpołudnie. Król był z godziny na godzinę coraz bardziej rozdrażniony. Nadzieja Miguela przycupnęła w kąciku jego duszy i nie dawała znaku życia. W końcu posłuchanie dobiegło końca. Władca zdecydował niezwłocznie, bez przerwy na posiłek bądź sjestę, wysłuchać pozostałych dwóch petentów.

– Tylko proszę, panowie, skróćmy to do minimum – nieżyczliwie powiedział zmęczonym głosem.

Czterech służących wtoczyło z wysiłkiem do sali posłuchań olbrzymią balię wypełnioną wodą i ustawiło ją na środku pomieszczenia. Szlachetny Adelino da Silva podążał za nimi, piastując w objęciach model żaglowca.

 

– Cóż to, mój drogi Adelino, przynosisz mi w darze? Statek zabawkę? – mruknął król z przekąsem. – Miejmy nadzieję, że to dobra wróżba i kolejny petent przyniesie wreszcie prawdziwy żaglowiec, mój własny… – Spojrzał wymownie na Miguela.

– To nie zabawka, panie – odparł przejęty Adelino da Silva. – Królu mój, przynoszę dobre wieści, a ten stateczek to jedynie próbka, która potwierdzi wagę mego odkrycia.

– Adelino, od czterech lat hojnie czerpiesz z mego skarbca, obiecując mi cudowną substancję, dzięki której nasza flota będzie niezatapialna. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś, że ja mam prawdziwe żaglowce, nie zabawki. Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że sumy, które wydałem do tej pory na twój wynalazek, pozwoliły ci jedynie statek zabawkę niezatapialnym uczynić…?

– Nie, panie. – Adelino potulnie spojrzał władcy w oczy. – Jestem gotów całą twoją flotę pokryć gumilium… i właśnie o to chciałem cię, panie, prosić…

– Prosić?! Prosić?! – wykrzyknął wzburzony król Manuel. – Panie da Silva, przybyłeś tu dzisiaj z prośbą?! A ja myślałem, że z podziękowaniem! Cztery lata wspieram dukatami twoje mrzonki, a ty śmiesz tu przychodzić z kolejnymi prośbami?!

– Nie, najjaśniejszy panie – wyjąkał przerażony Adelino. – Przybyłem podziękować i zademonstrować możliwości gumilium. Jedyne, o co proszę, to abyś, panie, ocenił wartość tego wynalazku, która uzasadnia cztery lata badań i twoje koszty. A jeśli uznasz w swej dobroci, że moje gumilium warte tego, proszę jedynie o pozwolenie zrobienia ostatnich sprawdzianów na dużych żaglowcach, na morzu.

– Och, dosyć gadania – westchnął król znużony. – Pokaż więc, panie, co twoja cudowna maź potrafi.

Adelino zademonstrował zebranym model żaglowca. W jego prawej burcie wyraźnie widać było długą szczelinę. Położony delikatnie na wodzie zaczął natychmiast tonąć. Kiedy opadł prawie na dno balii, Adelino wyciąg­nął go i powiedział:

– Nasze statki dla uszczelnienia pokryte są smołą. Jeśli burta zostanie uszkodzona, niewielka jest szansa uratować okręt na morzu. Zimna woda nie sprzyja uszczelnianiu, smoła bowiem jedynie rozgrzana wypełnia luki naprawdę szczelnie. Dlatego statek łatwo zatopić, tak jak tę zabawkę w balii. Spójrz jednak, najjaśniejszy panie, co się stanie, gdy użyję do uszczelnienia mojego gumilium. – To powiedziawszy, wynalazca z namaszczeniem wyciągnął z kieszeni surduta słoiczek z miodowozłotym mazidłem, nabrał odrobinę na palec i wtarł w szczelinę w burcie stateczku. Następnie powtórnie położył go na wodzie. Stateczek zanurzył się odrobinę, tak że woda pokryła szczelinę, i pewnie bujał się na wodzie.

– Nie tonie! – oświadczył dumnie Adelino da Silva.

– Nie tonie – potwierdził król i roześmiał się. – No dobrze, panie da Silva. Nie tonie, nie na darmo brałeś moje pieniądze. Jesteś aby w stanie wytworzyć tego mazidła tyle, aby pokryć nim prawdziwy statek?

– Tak, panie – odparł niepewnie da Silva. – Tylko… Myślałem raczej, że gumilium będzie przydatne na morzu jako środek zastępujący smołę do bieżących napraw, bez konieczności zawijania do portu, nie zaś do pokrywania burt statku w całości.

– A to dlaczego, mój panie? Substancja jest doskonała, czemu więc nie wykorzystać jej, zanim szkoda nastąpi? – spytał zdziwiony król.

– Albowiem, mój panie, jej podstawowy składnik to naturalna żywica ze szczególnego gatunku rośliny, do wytworzenia tak dużych ilości trzeba by dużo materiału, więc… – Adelino gwałtownie urwał zmieszany.

– Więc co?

– Więc drogo by to wyszło… – dokończył zawstydzony wynalazca.

– Jak drogo? – warknął zirytowany król.

– To z bambusa, który rośnie tylko w Afryce – odparł cicho Adelino. – Trzeba dziesięć roślin na taki słoiczek…

– Da Silva, czyś ty oszalał?! I to ma być twoja cudowna maź?! Toż taniej wyjdzie płynnym złotem statki uszczelniać.

– Złoto tonie… – wtrącił rozpaczliwie Adelino.

– Boże… – wyszeptał król i zrezygnowany zapadł się w fotelu. – I czego pan ode mnie oczekujesz teraz? Więcej pieniędzy?

– Niewiele więcej, panie… – odpowiedział Adelino z nadzieją. – Jedynie tyle, aby wypróbować skuteczność gumilium w słonej wodzie. Prosiłbym o wysłanie mnie w podróż na którymś z królewskich żaglowców, abym mógł sprawdzić gumilium na pełnym morzu.

– To pan jeszcze nie wiesz, czy to działa na morzu – westchnął król. – Panie da Silva, założyłeś, że moja flota odkrywa nowe lądy na stawie w pałacowym ogrodzie? I teraz chcesz pan ze słoiczkiem mazidła ratować moje statki przed utonięciem?

– Ależ nie, panie! – Da Silva się rozpromienił. – Mam pełne dwie beczki gumilium!

– Świetnie! Masz pan dwie beczki mazidła, które kosztowały tyle co trzy w pełni wyposażone okręty! I chcesz waść, żebym sfinansował wyprawę, by sprawdzić skuteczność środka, którego wytworzenie kosztuje tyle co cała wyprawa. Świetnie! – Król westchnął ciężko. – Usiądź, panie da Silva. Nie spełnię tej prośby.

– Ale najjaśniejszy panie…! – protestował Adelino.

– Usiądź, powiedziałem! – Król podniósł głos. – Usiądź i zadbaj o to, aby dowody mojej naiwności zniknęły mi z oczu. – Wskazał balię. – I pozostań jeszcze w sali. Zastanowię się, co zrobić z twoim wynalazkiem i moimi kosztami – dodał groźnie i zwrócił swoje spojrzenie na Miguela. – Panie Corte Real, pańska kolej. Z czym pan dziś przychodzisz?

– Najjaśniejszy panie. – Miguel wyszedł na środek pomieszczenia i przyklęknął z pokorą.

– Wstań, Miguelu, i powiedz krótko, konkretnie, co cię sprowadza.

– Najjaśniejszy panie, pragnę cię uniżenie prosić o pozwolenie na wyprawę morską.

– Chcesz odszukać Gaspara? Nadal nie ma wieści od niego, tak? – zapytał rzeczowo król Manuel.

– Nie, panie, chcę odnaleźć północno-zachodni szlak morski do Indii – odpowiedział spokojnie Miguel.

– Ten sam szlak, którego poszukiwał wcześniej twój ojciec i twój brat? – zapytał nadal spokojnie król.

– Tak, panie, ten sam.

– Ten sam szlak, który kosztował mnie już dwa statki i wielu dobrych żeglarzy. Czyli ty również, tak jak pan da Sil­va, chcesz ode mnie pieniędzy, nie obiecując nic w zamian?

– Nie, panie, nie chcę pieniędzy, chcę jedynie pozwolenia – odparł dumnie Miguel. – Wierzę, że mój brat żyje. Jeśli nie odnajdę go w drodze, to być może odnajdę szlak, który tak ważny jest dla waszej królewskiej mości i dla naszego kraju. Nie mogę obiecać, że go odnajdę, ale obiecuję, że dołożę wszelkich starań. Całą wyprawę zaś sfinansuję z własnych środków, z majątku mojej rodziny.

– To już coś, Miguelu, ale nie przypominam sobie, żeby twoja rodzina miała własny żaglowiec. Wszystkie statki należą do króla… Czy coś mi umknęło?

– Nie mam statku, najjaśniejszy panie, dlatego błagam o zgodę na wyprawę na twoją chwałę i twoim statkiem. – Miguel schylił się nisko, czekając na wyrok.

– Czyli jednak chcesz ode mnie pieniędzy, Miguelu. Statek to pieniądze! – powiedział król z zastanowieniem. – Szlak północno-zachodni mówisz… No dobrze, zrobimy tak. Dam ci zgodę i dam ci żaglowiec, ale pod pewnymi warunkami.

– Dzięki ci, najjaśniejszy panie! – Miguel szczęśliwy przypadł do ręki króla.

– Czekaj, mój drogi. – Manuel Pierwszy odsunął go stanowczo. – Oto moje warunki. Sam sfinansujesz całą wyprawę. Zabierzesz pana da Silvę, którego koszty pokryjesz samodzielnie, niechaj udoskonali swoją maź, tak aby nadawała się do użycia.

– Oczywiście, najjaśniejszy panie – odparł rozgorączkowany Miguel. – Zdołamy z bratem ponieść wszystkie koszta, aby tylko…

– Miguelu, nie kończ. Nie chcę słyszeć tego, co masz do powiedzenia. Brakuje mi Gaspara tak jak wam obu, jednak zadaniem króla jest dbać o wszystkich poddanych na równi. Statek jest własnością i majątkiem kraju. Nie mogę zubażać mojego królestwa. Dlatego płyniesz odnaleźć szlak północno-zachodni i uzdatnić wynalazek pana da Silvy na potrzeby naszej floty. Będę czekał dwadzieścia cztery miesiące; jeśli nie wrócisz, cały majątek twojej rodziny przepadnie jako zapłata za dwa okręty, ten Gaspara i „Perłę”, którą na czas twej ekspedycji oddaję tobie. Możesz wyruszać, kiedy tylko Anes dostarczy mi prawa własności waszych włości.

Inne książki tego autora