Zaufaj jej

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 4

Rozejrzałam się na wszystkie strony.

– Halo! – zawołałam. – Czy ktoś może nam pomóc?

W alejce nie było jednak żywego ducha. Podeszłam do mężczyzny i przykucnęłam.

– Dobrze się pan czuje? – spytałam. Odruchowo zniżyłam głos, jakbym nie chciała go zbyt gwałtownie wyrwać ze snu. Kiedy nie odpowiedział, wyciągnęłam rękę, ale w ostatniej chwili ją cofnęłam, z obawy przed tym, że mogłabym mu zrobić jeszcze większą krzywdę.

Odstawiłam torebkę na ziemię i zaczęłam szukać w niej telefonu. Wybrałam sto dwanaście, ale przed naciśnięciem zielonej słuchawki zawahałam się. Nigdy wcześniej nie dzwoniłam pod numer alarmowy – wydawało mi się to trochę melodramatyczne, jakbym histeryzowała albo naoglądała się za dużo seriali medycznych w telewizji. Ponownie spojrzałam na leżącego przede mną mężczyznę. Miał lekko rozchylone usta. Krew na chodniku zaczynała krzepnąć. Wcisnęłam zieloną słuchawkę.

– Z jakimi służbami chce się pani połączyć?

– Z pogotowiem, szybko.

– Już łączę.

– Pogotowie ratunkowe. Co się stało?

– Właściwie to… nie wiem. Na ulicy leży jakiś mężczyzna. I krwawi. Myślę, że potrzebuje karetki. To znaczy na pewno jej potrzebuje. Jesteśmy w uliczce na tyłach bulwaru, za hotelem Grand.

Chociaż wiedziałam, że praca operatorki polega właśnie na odbieraniu telefonów takich jak mój, to jakaś część mnie poczuła się zaskoczona – a nawet urażona – tym, że ton jej głosu nie zmienił się pomimo trudnego położenia, w jakim się znalazłam.

– Czy ten człowiek oddycha?

– Nie wiem – odparłam drżącym głosem. Zastanawiałam się, czy fakt, że raptem dwie godziny wcześniej widziałam, jak siedzi przy stoliku i z kimś rozmawia, wyraźnie znudzony, czyni całą tę sytuację jeszcze bardziej szokującą. Czy byłoby mi ją łatwiej zrozumieć, gdybym zobaczyła tę twarz na ulicy po raz pierwszy.

– Musimy wiedzieć, czy oddycha. Czy może się pani nad nim pochylić? Proszę przyłożyć ucho do jego ust i sprawdzić, czy czuje pani oddech, a później popatrzeć na klatkę piersiową i ocenić, czy się porusza.

Zrobiłam to, co mi kazała.

– Nie sądzę. Leży całkowicie nieruchomo.

– W takim razie musi pani mu zrobić RKO.

– RKO… – powtórzyłam bez przekonania.

– Tak. Proszę przyłożyć nasadę dłoni tuż nad mostkiem. – Mówiła dalej, wydając mi kolejne instrukcje: że powinnam mieć wyprostowane ręce i nie bać się, że ucisnę za mocno. – Zna pani piosenkę Bee Gees Stayin’ Alive? – Zanuciła linijkę refrenu, a ja zamrugałam, zdziwiona nagłą zmianą tematu.

– Co takiego? Tak…

– Właśnie w takim rytmie powinna pani uciskać.

Kiwnęłam głową, chociaż nie było obok mnie nikogo, kto mógłby to zobaczyć.

– W porządku.

Zwracała się do mnie tonem kogoś, kto próbuje nakłonić niesfornego trzylatka do sprzątnięcia farb, ale nie miałam nic przeciwko temu. Jej głos wydał mi się kojący. Pewnie właśnie o to chodziło.

– Karetka jest już w drodze. Proszę nie przerywać i przełączyć mnie na głośnik.

Spełniłam jej polecenie, ale byłam zdumiona tym, ile energii musiałam włożyć w masaż serca i jak szybko zaczęły mi omdlewać ręce. Mimo wszystko dobrze było się czymś zająć. Minęło pewnie z sześć czy siedem minut, zanim usłyszałam dźwięk syren, chociaż miałam wrażenie, że trwało to znacznie dłużej. Podniosłam wzrok. Pomiędzy budynkami dostrzegłam migające błękitne światła pędzącego główną drogą samochodu.

– Karetka dotrze na miejsce lada moment, już nawet słyszę ją w tle. Rozłączę się, dobrze?

– Ja… dobrze.

Bałam się, że syreny okażą się kogutem mijającego nas akurat radiowozu, ale gdy tylko skończyłam rozmawiać z operatorką, dostrzegłam wyjeżdżający zza rogu ambulans. Alejka była wąska, a na końcu stały metalowe słupki, kierowca musiał więc bardzo zwolnić, żeby podjechać bliżej. Uniosłam rękę, dając mu znak, że trafili we właściwe miejsce.

Drzwi samochodu się otworzyły i ze środka wyskoczył sanitariusz.

– Dobry wieczór – zawołał, zbliżając się w naszą stronę.

Wstałam i odsunęłam się od Luke’a. Na widok podbiegających sanitariuszy schowałam kukiełkę do torebki. Wcześ­niej leżała na ziemi, niebezpiecznie blisko kałuży krwi, lecz jej obecność w takim miejscu wydała mi się czymś niewłaściwym.

Właśnie wtedy zauważyłam, że z kieszeni Luke’a wysunął się portfel z brązowej skóry, ozdobiony plakietką z napisem „Spokojnie”. Sięgnęłam po niego i otworzyłam. W przezroczystej plastikowej przegródce znajdowało się prawo jazdy. Luke James Burley – tak brzmiało nazwisko właściciela. Mieszkał w Hanover, zaledwie piętnaście minut piechotą od mojego mieszkania, i miał trzydzieści lat.

– Jestem Ian – przedstawił się sanitariusz. Miał pewnie koło pięćdziesiątki, był rumiany i lekko łysiał. Skinął głową w stronę swojej znacznie młodszej koleżanki, z blond włosami upiętymi w niedbały kok na czubku głowy. – A to Helen.

– Kogo my tu mamy? – zapytała sanitariuszka.

– Właściwie to… – Szybko zamknęłam portfel i wsunęłam go do kieszeni kurtki. – Ma na imię Luke. – Starałam się mówić opanowanym głosem. – Lat trzydzieści. Z głowy leci mu krew. Chyba nie oddycha, więc operatorka kazała mi uciskać jego… – Nagle zabrakło mi słów.

– Klatkę piersiową? – podpowiedział Ian, przyklękając obok leżącego. – Świetnie. Zrobiła pani dokładnie to, co trzeba. Wie pani, co się stało? Czy ten mężczyzna upadł?

– Nie mam pojęcia – odparłam słabo. – Naprawdę. Znalazłam go tutaj…

W tym momencie oboje zapomnieli o mnie i skoncentrowali się na Luke’u. Byłam pod wrażeniem ich profesjonalizmu. Działali szybko i sprawnie, chociaż z metodycznym spokojem. Odsunęłam się, nie bardzo wiedząc, jak mogłabym im pomóc. Przede wszystkim nie chciałam przeszkadzać. Podawali sobie sprzęt wyjęty z wielkich plecaków i zwracali się do siebie przyciszonym głosem.

W pewnym momencie ratownik przyłożył do piersi Luke’a dwie elektrody i krzyknął:

– Odsunąć się!

Później ciało podskoczyło do góry. Ian spojrzał na Helen, która tylko pokręciła głową, a mnie ogarnęły mdłości.

– Chyba nie umrze? – zapytałam cicho, lecz oni albo mnie nie usłyszeli, albo woleli nie odpowiadać. Sanitariusz ponowił próbę i tym razem Helen z ulgą kiwnęła głową. Chociaż nie do końca rozumiałam, co się dzieje, bezwiednie powtórzyłam jej gest.

Kiedy ułożyli Luke’a na pomarańczowych noszach, a kobieta przyłożyła mu do ust i nosa maskę połączoną z plastikowym workiem, sanitariusz zwrócił się do mnie z pytaniem:

– Wie pani, jak długo był nieprzytomny?

Pokręciłam głową, a on odwrócił się w stronę leżącego. Nagle coś sobie przypomniałam.

– Wyszedł z baru jakieś dwie godziny temu, więc na pewno nie dłużej.

– Pani też tam była? – zapytała Helen.

Przytaknęłam.

– Ale wyszedł przede mną.

Sanitariusze schylili się, żeby podnieść nosze, a Helen skinęła głową w stronę ambulansu i powiedziała:

– Może pani wejść pierwsza i tam usiąść?

Spojrzałam w kierunku rozkładanego plastikowego krzesełka i posłusznie wsiadłam na tył karetki. Byłam tak zszokowana całą sytuacją i tak rozpaczliwie pragnęłam, by ktoś się tym biednym człowiekiem zajął, że nawet nie pomyślałam o tym, gdzie zaraz trafię. Po prostu cieszyłam się, że mogę wypełnić proste polecenie. Dopiero gdy drzwi się zamknęły, a Ian usiadł za kierownicą i włączył silnik, uzmysłowiłam sobie, dokąd jedziemy i że może wcale nie powinno mnie tam być.

Słyszałam, jak podczas jazdy ratownik mówi przez radio:

– Wzywam wszystkie dostępne zespoły. Wieziemy poważny uraz głowy.

Nie wiem, czy sprawił to grobowy ton jego głosu, czy w końcu do mnie dotarło, co się dzieje, a może po prostu wypiłam o jednego drinka za dużo, ale nagle się rozpłakałam. Rzadko mi się to zdarzało, ale najczęściej właśnie w taki sposób – nie wiedziałam, że płaczę, dopóki ktoś na to nie zareagował.

Helen objęła mnie ramieniem i ścisnęła za rękę.

– Jak masz na imię, złotko?

– Charlotte – odparłam, siąkając nosem.

– Wiem, że to był dla ciebie potworny szok – powiedziała z akcentem z Midlands, który dodawał jej głosowi ciepła.

Przytaknęłam, ale nie zdołałam nic z siebie wydusić.

– Pewnie żałujesz, że wyszedł z tego baru?

Zaskoczyło mnie jej pytanie, lecz kiwnęłam głową, bo wydawało mi się, że tak należy. Pewnie miała rację. Gdyby nadal siedział znudzony przy stoliku z Kelly, nie jechałby teraz karetką.

– Kłótnie się czasem zdarzają – dodała ze smutnym uśmiechem, kładąc mi dłoń na kolanie.

Ponownie kiwnęłam głową, chociaż nie miałam pojęcia, o czym ta kobieta mówi. Dopiero po minucie czy dwóch, kiedy ostro skręciliśmy w lewo, dotarło do mnie, że Helen błędnie założyła, że byliśmy w tym barze razem, może nawet na randce, ale Luke wyszedł stamtąd beze mnie. Myślała, że się pokłóciliśmy.

Policzki zalał mi rumieniec. Nagle poczułam się dziwnie skrępowana. Należało powiedzieć, że tylko tamtędy przechodziłam, kiedy Helen zasugerowała, bym wsiadła do karetki, a nie ochoczo do niej wskakiwać. Przekazać sanitariuszom skąpe informacje, którymi dysponowałam, i odejść z godnością, zamiast coraz bardziej brnąć w sytuację, z którą nie miałam absolutnie nic wspólnego, tymczasem nie tylko jechałam do szpitala, lecz także zalewałam się łzami, jakbym była jedną z tych dziwaczek, które uczestniczą w pogrzebach nieznajomych osób wyłącznie z powodu chorobliwej fascynacji.

Moja matka lubiła powtarzać, że zawsze zjawiam się tam, gdzie nie powinnam.

ROZDZIAŁ 5

Jazda pod górę erką na sygnale nie była odpowiednim momentem na to, by wyjawić prawdę. Zresztą i tak nie miało to teraz większego znaczenia. Sanitariusze byli zbyt zajęci Lukiem i zapewnieniem mu fachowej pomocy, żeby interesować się naturą naszego związku i tym, czy się ze sobą pokłóciliśmy. Postanowiłam dyskretnie się ulotnić, kiedy już dotrzemy do szpitala, a Luke trafi pod opiekę lekarzy.

 

Kilka sekund po tym, jak zatrzymaliśmy się w zatoczce dla karetek, Ian zeskoczył z fotela i otworzył tylne drzwi samochodu. Zgodnie z poleceniem Helen usunęłam się z drogi personelowi medycznemu, który wyłonił się ze szpitala. Luke szybko został przeniesiony na ruchome łóżko i wtoczony do środka. Tak jak się spodziewałam, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Co prawda Helen podeszła do mnie ze słowami: „Weź sobie coś do picia i usiądź w poczekalni”, nie zaczekała jednak, aż faktycznie to zrobię.

Tłumek otaczający łóżko zniknął razem z nim za podwójnymi drzwiami szpitala, ja zostałam. Na parkingu zrobiło się spokojniej, chociaż nadal kręcili się tam ludzie poruszający się o kulach, na wózkach lub ściskający zranione kończyny; wchodzili do szpitala albo z niego wychodzili i wsiadali do samochodów.

Mżawka nie była gęsta, ale już po krótkiej chwili miałam mokre ubranie. Poza tym trzęsłam się z zimna. Marzyłam wyłącznie o tym, by znaleźć się w domu i położyć się do łóżka. Odwróciłam się i przeszłam przez parking, w nadziei, że uda mi się złapać taksówkę, która akurat będzie kogoś podwoziła do szpitala.

Zapięłam suwak kurtki pod samą brodę, wsunęłam dłonie do kieszeni i wtedy wyczułam pod palcami jakiś przedmiot. Portfel Luke’a. Zupełnie zapomniałam, że go mam.

Niepewnie spojrzałam w kierunku szpitala. Ten facet raczej nie będzie potrzebował pieniędzy w ciągu najbliższych dwunastu godzin, mogłam więc zwrócić mu portfel rano, gdy sytuacja nieco się uspokoi, prawda?

Ruszyłam przed siebie, gdy nagle uderzyła mnie pewna myśl: nikt nie wie, kim on jest. Powiedziałam sanitariuszom, jak ma na imię, i to wszystko. Pewnie przeszukają teraz jego kieszenie, żeby znaleźć coś, co pomogłoby im ustalić tożsamość rannego, ale skoro mam przy sobie wszystkie jego karty kredytowe i dokumenty, raczej niczego nie znajdą. I co wtedy? Skąd będą wiedzieli, kogo zawiadomić?

Wyobraziłam sobie matkę Luke’a – przysadzistą kobietę w średnim wieku, ubraną w kwiecisty fartuch – przygotowującą niedzielny lunch. Gdyby się u niej nie zjawił, pewnie obdzwoniłaby wszystkich jego znajomych, coraz bardziej zaniepokojona, co też mogło się stać. A jeśli – dobry Boże! – Luke z tego nie wyjdzie? Jeśli odchodząc z tym portfelem, pozbawiłam jego rodzinę ostatniej szansy na to, by mogli się z nim zobaczyć? Dlatego że zmoczył mnie deszcz i miałam ochotę na ciepłą kąpiel?

Wróciłam do szpitala. Nie skorzystałam z drzwi, przed którymi zatrzymała się karetka, tylko z głównego, ogólnodostępnego wejścia.

W poczekalni wrzało jak w ulu. Jakiś mężczyzna mniej więcej w moim wieku, z koszulą upstrzoną czerwonymi plamami i przyciśniętą do ust zakrwawioną chusteczką, zatoczył się i na mnie wpadł. Jego kolega odciągnął go w swoją stronę.

– Przepraszam – powiedział ze skruchą. – Pijany idiota.

Rzędy krzeseł były pełne rannych albo ponurych ludzi, wpatrzonych ze zmarszczonymi brwiami w ścianę, którzy co jakiś czas z westchnieniem spoglądali na zegarki. Stanowisko rejestracji otaczał gęsty tłumek, a dwie pracujące tam kobiety cierpliwie obsługiwały kolejnych pacjentów, powtarzając bez końca te same formułki: „Wszyscy uwijają się jak w ukropie”, „Mamy dzisiaj wyjątkowo dużo pacjentów, ktoś zaraz do państwa przyjdzie”.

Stałam niepewnie za wszystkimi, wciąż ściskając w ręce portfel, jakbym się bała, że ktoś może mi go ukraść. Rozważyłam różne możliwości. Nawet gdybym odstała swoje w kolejce i zostawiła go w rejestracji, to i tak nie miałabym pewności, że trafił do właściciela. A jeśli rejestratorka włoży go do szuflady i o nim zapomni pośród tłumu wrzeszczących dzieciaków i kulejących emerytów? Nie wiedziałam nawet, jak jej wytłumaczyć, w czyje ręce powinien trafić. Mogłam opisać obrażenia Luke’a – „Proszę to przekazać trzydziestoletniemu mężczyźnie z urazem głowy, którego przed chwilą przywieziono” – ale czy to by wystarczyło? A może było więcej podobnych przypadków?

Spojrzałam w kierunku podwójnych drzwi z tabliczką „Tylko dla pacjentów po RKO”, prowadzących do tej części szpitala, gdzie przyjmowano osoby przywiezione karetką. Nie byłam pewna, co oznacza ta nazwa, ale na drzwiach nie było wyraźnie napisane, że nie można tam wchodzić. Postanowiłam zaryzykować: namierzyć kogoś z personelu, kto wybiegł ze szpitala do erki i będzie kojarzył przypadek Luke’a, i oddać mu portfel mężczyzny.

Niemal od razu dostrzegłam kobietę, na którą zwróciłam wcześniej uwagę ze względu na charakterystyczny niebieski plasterek zasłaniający kolczyk w nosie. Miała na sobie bladoniebieski fartuch. Nie wiedziałam, jak wysokie miejsce w szpitalnej hierarchii to oznacza, ale gdy mnie mijała, stanęłam na jej drodze. Zatrzymała się gwałtownie.

– Przepraszam – zaczęłam. – Przyjechałam tu z Lukiem… mężczyzną z urazem głowy.

Na początku mnie nie poznała, lecz po chwili jej twarz się rozjaśniła.

– Tak, oczywiście. – Kiwnęła głową. – Przepraszam, naprawdę nie mam teraz czasu na rozmowę, ale robimy wszystko, co w naszej mocy, żeby mu pomóc.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, odeszła korytarzem, a ja wciąż tam stałam z portfelem w ręce. Gdy już miałam wrócić do poczekalni, odwróciła się w moją stronę.

– Chociaż… – Zawróciła. – Chyba powinna się pani przygotować na podjęcie kilku trudnych decyzji.

– Jakiego rodzaju?

– Niedługo ktoś przyjdzie z panią porozmawiać. – Ścisnęła mnie za ramię i znowu zaczęła odchodzić.

– Proszę, nie pozwólcie mu umrzeć – zawołałam za nią, wprawiając tym w zdumienie nie tylko siebie, lecz także wszystkich dookoła.

Przez chwilę stałam jak wryta, wymijana przez lekarzy i pielęgniarki, usiłując zrozumieć, co mogła mieć na myśli. Jakie decyzje?

Dotarło do mnie, że wciąż ściskam w dłoni portfel. Po raz kolejny zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam po prostu pojechać do domu, zabrać go ze sobą i wrócić do szpitala rano. Martwiłam się jednak konsekwencjami, jakie mogłaby mieć moja decyzja, gdyby w nocy stan Luke’a się pogorszył – a z tego, co chwilę wcześniej usłyszałam, wynikało, że było to całkiem prawdopodobne.

Postanowiłam zaczekać jeszcze chwilę i zobaczyć, jak się to wszystko rozwinie. Odwróciłam się, podeszłam do rzędów metalowych krzeseł i usiadłam. Zamierzałam odczekać godzinę. Miałam nadzieję, że przez ten czas lekarze zdążą zająć się nieznajomym z ulicy i sytuacja nieco się uspokoi. Ktoś wreszcie przyjdzie ze mną porozmawiać, będę mogła wyjaśnić swój udział w całym tym zdarzeniu, pozbyć się portfela i wrócić do domu.

Obok rzędu krzeseł stał stolik z kolorowymi broszurami. Zaczęłam je przeglądać dla zabicia czasu. Były tam informacje o tym, jak postępować w przypadku poparzenia kwasem, lista przychodni oferujących bezpłatne szczepienia przeciwko grypie, kontakt do terapeutycznej grupy wsparcia. Jedna z broszur została przygotowana przez fundację o nazwie PiKP – Przyjaciele i Krewni Pacjentów – i składała się z ponad czterdziestu stron wypełnionych błyszczącymi zdjęciami oraz osobistymi doświadczeniami osób, których bliscy trafili na ostry dyżur. Wzięłam ją ze stolika i przez kilka chwil czytałam wzruszającą historię spanikowanego ojca, którego dwuletni syn wepchnął sobie do ucha plastikową czapeczkę Świętego Mikołaja, oraz staruszki, której pielęgniarki z ostrego dyżuru udzieliły wsparcia po tym, jak jej mąż przez przypadek włożył stopę do ogniska. Najbardziej jednak zainteresował mnie ostatni artykuł.

Nagłówek brzmiał: „Błagałam lekarzy, żeby nie pozwolili jej umrzeć; później tego żałowałam”.

Zdjęcie przedstawiało kobietę po pięćdziesiątce, z włosami poprzetykanymi siwizną i workami pod oczami, ściskającą w ręce ramkę ze zdjęciem szesnasto- lub siedemnastoletniej dziewczyny w stroju piłkarskim, z piłką pod pachą.

Z artykułu dowiedziałam się, że April, córka tej kobiety, została potrącona przez pijanego kierowcę parę tygodni przed swoimi osiemnastymi urodzinami i trafiła do szpitala z poważnym urazem głowy. Lekarz poinformował matkę, że przy tego rodzaju obrażeniach powrót do pełnej sprawności jest praktycznie niemożliwy.

Poczułam się tak, jakby zapytał: „Pewnie już nigdy nie będzie biegać, uprawiać sportu ani nie wróci do stuprocentowej sprawności, może więc po prostu pozwólmy jej umrzeć?” – przeczytałam w artykule. – Oczywiście byłam wściekła, zdesperowana i zrozpaczona. Powiedziałam lekarzom, że nie wolno im się poddawać. Nie mogą pozwolić jej umrzeć.

W dalszej części artykułu matka opisywała bolesne tygodnie i miesiące spędzone przez April na oddziale intensywnej opieki oraz jej późniejsze przeniesienie na oddział rehabilitacyjny dla pacjentów wymagających szczególnej troski. Nazywali to oddziałem rehabilitacyjnym, ale jej stan nigdy się już nie poprawił. Spędziła tam blisko dwa lata, nie dając najmniejszych oznak życia.

Ostatnia część artykułu najbardziej mną wstrząsnęła. Rozkleiłam się, jakbym znała tę kobietę i jej córkę osobiście. W końcu musieliśmy ją zagłodzić na śmierć. To był jedyny sposób: odłączyć sztuczne odżywianie i pozwolić, by odeszła. Nie ma dnia, bym nie żałowała, że nie mogę wrócić do rozmowy z tamtym lekarzem w noc wypadku i już wtedy tego zakończyć. Pozwolić jej odejść w spokoju.

Dopiero kilka chwil po tym, jak odłożyłam broszurę do tekturowego pojemnika i wróciłam na swoje miejsce, dotarło do mnie, co tak naprawdę zrobiłam.

Proszę, nie pozwólcie mu umrzeć.

Czyżbym właśnie podjęła decyzję o życiu osoby, której nawet nie znam?

ROZDZIAŁ 6

Wydawało mi się, że to całkiem niewinne stwierdzenie – coś oczywistego, czego nie należy traktować poważnie – ale nawet gdy próbowałam przekonać do tego samą siebie, ściskało mnie w piersi. A jeśli skazałam Luke’a na bolesne leczenie i wiele lat cierpienia? Czy jego rodzina również będzie musiała patrzeć, jak umiera z głodu? Nie mogłam złapać tchu, serce biło mi jak szalone. Miałam ochotę wstać i wezwać pomoc, ale doświadczyłam tego uczucia już tyle razy, że wiedziałam, jak sobie pomóc.

Usiadłam nieruchomo, położyłam dłonie na kolanach i zaczęłam wymieniać w myślach stolice europejskich państw, począwszy od północy.

Reykjavik, Helsinki, Oslo.

Co się z nim działo? Czy leżał na stole operacyjnym? Czy jeden z chirurgów właśnie zwracał się do drugiego słowami: „Nadal uważam, że to zły pomysł, ale niech będzie”?

Tallinn, Sztokholm, Moskwa.

Czy dopuściłam się oszustwa, wsiadając do karetki i wprowadzając wszystkich w błąd? Lub – co gorsza – popełniłam przestępstwo? Coś w rodzaju wtargnięcia w czyjeś życie za pośrednictwem nieautoryzowanej decyzji medycznej?

Przesunęłam palcami po skórzanym portfelu Luke’a, zastanawiając się nad tym, co powinnam zrobić. Doszłam do wniosku, że chyba jednak najlepiej będzie zostawić portfel w rejestracji, wrócić do domu i zapomnieć o całym tym dziwnym wieczorze, gdy tymczasem z bocznego korytarza wyłonił się mężczyzna ubrany w niebieską koszulę z podwiniętymi do łokci rękawami i zwisającym z szyi stetoskopem. Na mój widok uniósł rękę i podszedł do mnie.

– To pani jest Charlotte? – zapytał. – Szukałem pani.

Przytaknęłam.

– Badał pan Luke’a? Co z nim?

– Przejdźmy w jakieś spokojniejsze miejsce, dobrze?

Gdy prowadził mnie do pustej sali z dala od głównej recepcji, wiedziałam, co zamierza mi powiedzieć: Luke umarł. Obejrzałam wystarczająco dużo dramatów medycznych, by wiedzieć, jak to się odbywa. Zaskoczyło mnie jednak to, że kiedy usiedliśmy na miękkich krzesłach, znowu zaczęłam płakać. Nie był to histeryczny szloch, tylko milczący, przepełniony smutkiem płacz. Widocznie tej nocy nie umiałam się przed nim powstrzymać.

Lekarz, który przedstawił mi się jako Pavel, wyciągnął chusteczkę z leżącego na stole pudełka i mi ją podał.

– Wiem, że znalazła się pani w okropnej sytuacji, ale robimy wszystko, co w naszej mocy.

Wytarłam najpierw oczy, a później nos.

– A więc on nie… Czy on nadal…?

Pavel położył dłonie na kolanach.

– Stan Luke’a jest stabilny, chociaż bardzo ciężki. Doznał poważnego urazu głowy. Przewieźliśmy go na OIOM i podłączyliśmy do aparatury ułatwiającej oddychanie. Będziemy go obserwować przez najbliższą dobę, a później zdecydujemy, co dalej.

Pokiwałam głową.

– Czy Luke odzyska przytomność?

Lekarz przez chwilę nic nie mówił.

– Jest jeszcze za wcześnie, żeby cokolwiek stwierdzić na pewno. Myślę, że byłoby najlepiej, gdyby pojechała pani do domu i trochę się przespała, a rano wrócimy do tematu.

 

Ponownie przytaknęłam. Sen był dokładnie tym, czego teraz potrzebowałam.

– Czy powinniśmy kogoś jeszcze zawiadomić? Rodziców, innych członków rodziny? Oczywiście sama może ich pani poinformować o tym, co się stało, ale niektórzy wolą, żebyśmy ich w tym wyręczyli.

– Mógłby pan? Ja nie… nie mam z nimi kontaktu.

Przytaknął.

– Oczywiście. Pacjent nie miał przy sobie komórki. Może jest u pani?

Zaprzeczyłam, a lekarz tylko pokiwał głową.

– Pewnie skradziono ją podczas napadu. Proszę się nie martwić. Na pewno się z nimi skontaktujemy. – Poinformował mnie, że obok stanowiska rejestracji wisi plakat z numerami korporacji taksówkowych, i zasugerował, żebym pod któryś zadzwoniła. – Niech pani odpocznie – powiedział na koniec, wstając i poklepując mnie po ramieniu – i zostawi kontakt do siebie w rejestracji. Policja również będzie chciała z panią porozmawiać, żeby ustalić, co się dokładnie stało. Ale na razie proszę wrócić do domu. Niedługo znowu porozmawiamy, dobrze?

– Dobrze – odparłam, chociaż wychodząc z tamtego pokoju i ze szpitala, z portfelem Luke’a w kieszeni, byłam pewna, że nigdy więcej go nie zobaczę.