Zuza albo czas oddalenia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zuza albo czas oddalenia
Zuza albo czas oddalenia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,90  40,72 
Zuza albo czas oddalenia
Zuza albo czas oddalenia
Audiobook
Czyta Zbigniew Waleryś
24,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © by Jerzy Pilch

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2015

Wydanie pierwsze

Opieka redakcyjna, redakcja

Anita Kasperek

Adiustacja i korekta

Justyna Chmielewska, Henryka Salawa

Na okładce

Zdjęcie autora — fot. Olga Majrowska dla „Viva!”

oraz fotografia © Stephen Carroll / Trevillion Images

Opracowanie graficzne

Marek Pawłowski

Redaktor techniczny

Bożena Korbut

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2015

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: http://www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN 978-83-08-05543-4

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  Strona redakcyjna

  Zuza albo czas oddalenia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49

  Przypisy

Znalazłem ten rękopis w lewym, mocno sfatygowanym narciarskim bucie, but leżał w kamienicy na Hożej, na schodach, na wysokości drugiego piętra. Akurat winda nie działała, wspinałem się krok po kroku, a tu masz — znalezisko! Rękopis w sensie ścisłym, choć dukt wiecznego pióra trochę pojaśniał, za to papier — kiedyś żółty — ewidentnie pociemniał. Po przeczytaniu i krótkim namyśle postanowiłem rzecz ogłosić. Oczywiście wszelkie podobieństwa — a jest ich trochę — są przypadkowe. Tytuł zmieniam, choć proponowany przez tajemniczego autora „Rękopis ukryty w bucie” też brzmi nieźle.

jp


1

To było do przewidzenia: na starość zakochałem się w pochopnej dwudziestolatce. Przez pochopność należy rozumieć zgodę na wykonywanie działań elementarnych za pieniądze, ergo kurewstwo. W tym, co mówię, a raczej w tym, co zapisuję, albo wszystko jest do zakwestionowania, albo wszystko jest ironiczne. Co robić — pisanie jest ironiczne, starość jest ironiczna, kurewstwo jest ironiczne. Nie tak ironiczne jak starość, ale ironiczne. Bo starość to ho, ho! Sam destylat ironii. Najprzód jej nie ma, i to długo nie ma. A potem jak już jest, to jest. Krótko i intensywnie — pękanie tętniaków i gnicie węzłów chłonnych idzie raz-dwa. Pory roku przelatują jak chcą. Długo trwa tylko młodość. Reszta — kipiel. Niektórzy powiadają, że miłość też jest ironiczna. W moim wydaniu na pewno.

W każdym razie połączenie jednego z drugim i drugiego z trzecim (ironii starości, ironii sprzedajności oraz ironii miłości) daje ironię do zatraty.

Kwestionować? Oczywiście chętni do kwestionowania wszystkiego żałobnicy znajdą się zawsze, zawsze można przywołać frazę kwestionującą naszą zawodową pychę: „Są rzeczy mocniejsze od literatury” — na przykład język dziki, niedościgły. O, do cna zgrany, choć wciąż wielce wpływowy duchu opowieści, chroń mnie przed łatwizną parodii! Strzeż pióro przed zacnością i ironicznymi skłonnościami mojej mowy ojczystej! Zawsze można też sklecić błyskotliwą (a więc wszystko podważającą) frazę: „Mężczyzna zakochujący się w sprzedajnej smarkuli jest w gorszej sytuacji niż kobieta zakochująca się w notorycznym uwodzicielu”. Dlaczego? Dlaczego mężczyzna w gorszej? Ach, wielkie albo tylko zgrabnie ułożone aforyzmy ludzkości nie potrzebują komentarza. Istnieją międzynarodowe kodeksy, które nie przewidują, by tacy faceci jak ja w ogóle posiadali męskość. W każdym razie świat końcówek stoi przed nami otworem.

W sprzedajnej dwudziestolatce? Zakochałem się? Facet po sześćdziesiątce opowiadający o swych wzlotach uczuciowych to jest żenada. Oczywiście każdy ma prawo etc., etc. Każdy, ale nie ja. Postna starość ogólnoświatowa w zasadzie nie przewiduje dla mnie dymania w żadnej postaci. Moją ojczyzną jest kraj nizinny i purytański. Wielorako purytański. Za zaborów — jakże tu było purytańsko! Za Niemców, za komuny! Aż się roiło od czarnych sukienek! Purytanin na purytaninie siedział! Purytanin purytanina zwalczał! Purytanin z purytaninem się bratał!

I na tej purytańskiej równinie, na jej brzegu, jest pasmo gór niskich i starych, plemię szczególnie purytańskich purytan tam żyje, ja z nich się wywodzę. Zawsześmy szli obok historii, zawsze jej posłuszni. Ewangelicy mają kochać władzę, i szlus. Gomułki czy Gierka moi współbracia specjalnie nie kochali, nie byli pewni, czy namiestnikowska władza faktycznie pochodzi od Boga, ale co do nich należało — robili. Dlatego — komuna nie komuna — zawsze zamożne były luterskie okolice; niestety, jak zamożne, tak nieliczne. Moim starym specjalnie rozwinięte poczucie tożsamości nie doskwierało, za młodzi na ortodoksję, raczej nie mieli nic przeciwko rozpuszczeniu się (bez opuszczania Kościoła rzecz jasna) w przywilejach klasy średniej; słowem, żyli po to, by nabyć komplet wypoczynkowy (wersalka plus meblościanka) oraz w przyszłości samochód. Wszystko się spełniło. Nie wchodzę w szczegóły, ale po samochodzie pojawiła się konieczność postawienia domu w Wiśle. Weszli w to gładko — ojca świat oswojonych przedmiotów zdawał się upajać, matka była (jak zawsze zresztą) ostrożniejsza, ja nie potrafiłem się w tej zawiłości odnaleźć.

Do pisania, które w takich sytuacjach pomaga, było daleko. Kim jestem? Kim byłem? Głosem wołającego na puszczy w sprawie wiadomej — przyzwolenia dla seniorów? Podymajcie sobie jeszcze, koledzy! Kopulacja to nie jest byle co! Niektórzy utożsamiają ją z życiem.

 

Mnie nie przystoi miłość, nawet osłonięta woa­lem fikcji literackiej. Zakochałem się! Darujcie, moi drodzy parafianie — tak powiedzieć to nie tylko nic nie powiedzieć, ale też skłamać, narzucić fałszywą tonację, popaść w faryzeizm — nie ma błędów bardziej kardynalnych.

Większość moich purytan pomarła, co wszakże w nikłym stopniu poprawia sytuację. Króluje nad okolicą moja matka, blisko dziewięćdziesięcioletnia, pełna werwy kobieta, gotowa do walki o czystość rasy, obyczaju i gatunku. To do niej po serii klęsk pojechałem ratować ciało i duszę, to u niej spisuję przygody i przemyślenia. Mój umiarkowanie lodowaty pokój świetnie się do tego nadaje.

Swego czasu (kilkanaście lat temu) matka nie przyjęła do wiadomości mojego rozwodu i od tamtej pory żyje w lęku, iż sprowadzę osobę, która sprzeda albo spali dom w Wiśle, roztrwoni resztki oszczędności, a w osobnym pokoju na parterze przyjmować będzie mężczyzn. Celem antycypowania tej frazy i tej sytuacji mówię, jak mówi Pismo. A Pismo mówi, że „jest czas obłapiania i czas oddalenia się od obłapiania”. Nie dla erotycznej fanfaronady czy tandetnego efektu, ale gwoli maksymalnego zbliżenia rzeczy do słowa powtarzam raz jeszcze: na starość straciłem głowę dla pewnej warszawskiej kurwy. Straciłem głowę? Wszystko straciłem! Oszalałem na jej punkcie! Ożeniłem się z nią!

2

Głowy nie dam, ale najprawdopodobniej miała na imię Zuza. Na pierwsze spotkanie przyszła jako Sonia, po godzinie wyznała, iż naprawdę jest Bellą. Proszę bardzo. Rozbierało się widmo Soni, z łachów wyskoczyła — krew i mleko, hialuron i silikon — Bella. Zapłaciłem za kolejne dwie godziny. Udany wieczór, choć początek był nieoczywisty. Rzadkie imiona. Rzadkie i zawsze dwusylabowe — dodała.

Gdy otwarłem drzwi, lekko ją przymurowało, przez blond głowę przemknęło: w tył zwrot. Myślała, że jestem młodszy. W sumie drobiazg — sam się często w tej kwestii mylę. Samotność postarza. Zwłaszcza samotność z wyboru. Jakby tuszując tę sekundę wahania, Bella wkroczyła brawurowo. Ze skrajności w skrajność, czyli dalej spięta, a nawet zawęźlona. Rozmowa się nie klei, a jak rozmowa się nie klei, to ciężko przejść na dotyk. Oczywiście czasami rozmowa tak się klei, że wyklucza dotyk, ale staramy się unikać obu tych skrajności. Zaproponowałem szybką banię i szybsze, dużo szybsze niż zazwyczaj, „przełamanie lodów”. W ich występnym narzeczu „przełamanie loda”. Na czym ono polega, z jednej strony wstydzę się powiedzieć, z drugiej — łatwo się domyślić. Poszło jak z płatka; wszystkie następne „przełamania” również. Nie dam głowy, czy już wtedy nie traciłem głowy.

Traciłem, ale jeszcze o tym nie wiedziałem. Wszystko wokół wiedziało — i stół wiedział, i okno, i podłoga, i lampa, i widok z góry schodów, i z piwnicznej perspektywy — wszystko, co stworzone i co niestworzone, albo niezbicie wiedziało, albo przeczuwało. A ja nic.

Moje pokolenie poważnie traktowało życie i jego podstawowe objawy. Najkrótsze uczucie trwało nie krócej niż dwa lata.

Ktoś, kogo pokochasz w całej rozpaczy konającego serca, ktoś, bez kogo nie potrafisz żyć — już jest w pobliżu, spotykasz go, gadasz z nim, spoglądasz nań i jeszcze nie wiesz, że spoglądasz w otchłań, spierasz się z przeznaczeniem. Spotkałeś los, i to los definitywny — zostało ci tyle, że nie zdążysz się odkochać.

3

Po tygodniu trafiłem na anons „Zmysłowej Żanety”. Coś się nie zgadzało, coś kusiło — zaprosiłem. Słusznie się domyślacie — to była ona, tyle że na zdjęciu, za pomocą peruki i makijażu, przeistoczona w porywającą brunecicę. Tym razem zaklinała się, że naprawdę, ale to naprawdę jest Olgą. A co do detali, wiedziała przecież, pod jaki adres jedzie. Takich dociekliwców jak ja już się nie spotyka — można ryzykować.

Przysięgała na serce swego psa. Pies, żywa wiązka piór do odkurzania miejsc niedostępnych, urzędowo wabił się Tetmajer. Odnotowuję ten fakt, ponieważ — jak to u psiar bywa — darzyła go wariackim uczuciem. Czy byłem zazdrosny o zwierzę? I to jak! Zawsze traktowała je jak uwielbiane i do granic rozpieszczane dziecko, a z czasem nabrała pewności, iż urodziła je w sensie ścisłym. Pytałem o poetyckość nazwiska. Głucha cisza była odpowiedzią. Nie uwierzycie, ale słowo, czy nawet dźwięk: Tetmajer, wybrała przypadkowo. Gdzieś coś słyszała — to wszystko. Wszystko, czyli nic. Tetmajer alias Teddy, alias Teodor. Mania używania licznych imion odcisnęła się i na psie — skromnie, bo skromnie, ale jednak.

Co tu zresztą wydziwiać. Jeśli dziewczyna ma, dajmy na to, trzy, cztery ogłoszenia, każde pod innym pseudonimem, jeśli w imię rzekomej czułości, a po prawdzie i istotowego podbicia stawki, szepcze ci do ucha swe rzekomo prawdziwe imiona, jeśli na dodatek jeszcze inaczej przedstawia się koleżankom, jeśli sędziwi — w moim wieku — goście, coś sobie ubzdurawszy, nagle zaczynają zwracać się do niej imionami, które nie wiadomo skąd wzięli, powstaje wystarczająco wstrząsająca onomastyczna zawierucha.

4

Zuza — nie może być pełniej. Oczywiście nie dlatego, bym miał samobójczą ochotę na tytuł „Zuzanna i starzec”. Jestem w upadku, ale nie aż takim. Zuza i bez starców jest wystarczająco perwersyjna. Inaczej: to imię nigdy całkowicie nie obywa się bez lubieżnych podglądaczy, ich cienie zawsze są gdzieś w pobliżu, drzemią, śpią, nie żyją — na każdy syg­nał gotowi do zmartwychwstania. Ich gapienie się mocniejsze od śmierci. Gapię się jak oni. Jest na co. Historii Zuzanny w naszej purytańskiej Biblii nie ma — połączenie owocu zakazanego z papirusem zawsze robiło na mnie wrażenie.

Zuzanna może im powiedzieć: „tak”, bardzo mało brakuje. Oni ewidentnie mieli do czynienia z Zuzami, które nie mówiły „nie”. I doskonale wiedzą, co uczynić, by choć z daleka nasycić się jej odsłoniętym widokiem. „A była Zuzanna delikatna i pięknego wejrzenia. A ci przewrotni kazali ją odsłonić (bo była zakryta), żeby się przynajmniej tak nasycić pięknością jej”.

Usta Zuzy jako sznur hialuronowy — dokładnie odmierzona dawka, jest pełniej, ale bez karykaturalnego rozdęcia. Piersi Zuzy — arcydzieło chirurgii plastycznej. Serio. Zawsze twierdziłem i nadal twierdzę, że lepsze piękno syntetyczne niż brak naturalnego. Lepsza cielesna konstrukcja niż anatomiczna zapaść. Nie ma się co łudzić, i w tej dziedzinie ślepe przywiązanie do natury daleko nas nie zaprowadzi. Najstarsi ziemscy starcy zamiast się cieszyć, że dożyli epoki ciała skorygowanego, nadal uważają, że jest to nie do przyjęcia. Wyrażenie „sztuczny biust” wymawiają z pogardą i wstrętem, decydujące się na ingerencje chirurgii plastycznej młode dziewczyny uważają za niespełna rozumu zwyrodnialczynie etc., etc. Nie ma co demonizować. W dzisiejszych czasach młodzież inwestuje we własne ciało, a już młodzież żyjąca z piękna swego ciała musi to robić. Muszą poprawiać po Panu Bogu i nie ma na to rady. A jak nie ma na to rady, wpierw trzeba ustąpić, potem docenić. Ciało stało się szatą, której model i krój można zmieniać, że o drobnych poprawkach (krawieckich) nie wspomnę. Czy wielokrotnie przerabiana szata zdobi duszę — nie wiem. Nie wiem, ale dlaczego nie? Im bardziej ciało przerabiane, tym dusza ma większe wymagania.

Oczywiście nie mówię o przypadkach skrajnych, nie mówię o dziewczynach zarabiających wyłącznie na kolejne operacje plastyczne, nie mówię o dziewczynach, dla których operacje tego typu stały się celem samym w sobie, o dziewczynach uzależnionych od kolejnych chirurgicznych poprawek. Nie mówię o ofiarach, których ciała zniekształciły botoks i nigdy nie znikająca opuchlizna.

Zastrzeżenia są tak oczywiste i tak łatwe do obalenia, że nie odmówię sobie nazwania rzeczy po imieniu — obecnie pieniądze są moją młodością? Gotówka miłością? Nie dar otrzymuję, a towar kupuję? Tak powiadacie? Takąż, moi drodzy antagoniści, wysnuwacie rację? Ależ oczywiście! Jestem całym sercem po waszej stronie. W stopniu o wiele znaczniejszym, niż się wydaje, kasa jest konieczna. Kasa jest tu warunkiem niezbędnym. Nie tylko transakcji, ale i uniesienia. Nic na to nie poradzę, ale kręci mnie płacenie. Inaczej powiem: ponieważ lubię sytuacje czyste moralnie, z najwyższą ochotą płacę dziewczynom. Rzecz jasna, grosz jest zarazem elementem wyuzdania i perwersji. Bez grosza ani wzwodu, ani orgazmu, ani czułych szeptów nad ranem. Tak jest: złoty polski w jej dłoniach jest moim eliksirem młodości. Dokładniej: jest obrazem, który działa jak eliksir młodości. Wręczam jej wiadomy zwitek, patrzę, z jaką czułością składa banknoty, i czuję, jak elastycznieją mi mięśnie, wygładza się skóra, ciemnieje siwizna. Czasami i tak bywa. Nieporównanie częściej natomiast wzrasta jej przychylność dla mojej starości. Kasa wyzwala w niej takie pokłady gerontofilii, że maluczko brakuje, bym uwierzył może nie w miłość prawdziwą, ale w czystość układu. Kobieta, która wzięła kasę, jasno i wyraźnie mówi: „Zgadzam się. Zgadzam się, ale dorzuć jeszcze stówę”.

Pewnie, że tak, napiwek musi być. A o cóż innego idzie? Oczywiście są takie, co jedynie pragną bez strat odpękać przykry obowiązek — długo one z nami nie zabawią. O nich się bardzo złe rzeczy słyszy. Żyją bez zasad, a to jest niemożliwe. Każde, nawet najniżej położone miejsce ma swoje zasady.

Ach, dożyć przyjaznej frazy i pa, pa, ziemio cudowna. W ogóle czegokolwiek dożyć. Czego? Jak to czego? Zdrowia, szczęścia oraz gruntownej rewizji planów samobójczych.

Nie pamiętam, czy wspomniałem, że zakładam teczkę przeznaczoną na wycinki parkinsonowskie? Mogłem nie wspomnieć, bo zgęstka spraw była znaczna, a wycinków zero. Dopiero wczoraj jeden, ale rozległy: „Robin Williams zabił się, bo miał parkinsona”. Dobra fraza, można powiedzieć, i nagrody godna. Miał, a może nie miał. Wczesna faza parkinsona rzadko bywa zejściowa. Raczej budzi zachwyt. Zachwyt ten z czasem bokiem wam wylezie, na razie jest w powijakach.

Oto dosięgnęła cię jedna z najdotkliwszych chorób ludzkości, a ty mimo to radzisz sobie! Uporządkowałeś sprawy. Z sobą samym do ładu doszedłeś! Żyć, nie umierać! Zresztą nie wiadomo. Williams podobno napić się lubił, a i szkodliwe, wyniszczające depresje nim miotały! Czyli mogło być rozmaicie. Parkinson nie musiał być jak spod igły. Chlanie, choć straceńcze, mogło być pod kontrolą. Akcja toczyła się w USA, a tam nigdy nie wiadomo. Przeważnie leczą się nie ci, co powinni. Nie przepadałem za tym aktorem o dziwnej twarzy. Jako młodzieniec mógł być starcem. I na odwrót. Żadne mecyje, ale jak na Hollywood role zbyt erudycyjne. Zanim zaczął, już był dobry. No ale rozumiem — depresja z powodu urody cheerleaderek (chodził, podobnie jak Staszek Barańczak, na NBA) mogła działać nieobliczalnie. Wymyśliliście koszykówkę — grę, w której każda akcja kończy się punktem, i myślicie, że ujdzie wam to bezkarnie!

Dodatkowy walor Zuzy: brała pieniądze w taki sposób, jakby wahała się, czy wziąć. Już prawie nie brała, a w ostateczności brała.

Dożyć frazy wyznawczej w miłości prawdziwej — owszem, można, ale jak powszechnie wiadomo, nic tak hucznie nie mija jak miłość przelotna. Zwitek banknotów — też, ale jakby mniej. Pytanie, skąd mam kasę, na szczęście nie padło. Skądś mam. Mówić o tym niezręcznie. Dżentelmeni etc. Poza tym w porównaniu z prawdziwą kasą — moja kasa marna i żadna.

Kręcił mnie jej fach, kręciło wyobrażenie kilku otaczających ją równocześnie mężczyzn. Przyglądałem się im uważnie, każdy był mną i tu było sedno mojej ciemności. Oczywiście łatwo tę ciemność rozjaśnić i powiedzieć, że po prostu jestem gotów, by brać w posiadanie i równocześnie gapić się, jak biorą w posiadanie, i że od zawsze szukające mocnych wrażeń, teraz otępiałe i wypalone zmysły potrzebują coraz większych dawek. Można powiedzieć, iż mam wyraźną skłonność do uprzedmiotowiania kobiet.

Powoli, powoli. Najprzód trzeba odpowiedzieć na pytanie: czy są kobiety, które pragną być uprzedmiotowiane? Oczywiście, są. I właśnie w takiej archaiczności ja buszuję.

Jak w tych ustaleniach mieści się Zuza? Mieści się i nie mieści. Zależy od dnia. W moim spaczonym nie spaczonym wyobrażeniu zachodzi coś, w czym może w ogóle nie brała udziału. Coś poniżej wyobraźni Vlada.

Vlada (zwanego w pewnych kręgach Nedovladem; aż takie alter ego?) Zuza poznała jak wszystkich, w ten mianowicie sposób, że był jej klientem. Niewyraźny był jak diabli. Nie sposób było czasem nie pomyśleć, że należy do naszych panicznych wymysłów, że jest, ale jest kłamstwem.

Coś, co sobie roję, jest zatem stanowczo poniżej wyobraźni typowego Vlada, który już się zdecydował, ale zawstydzony, chce mniej. Zuza była mistrzynią świata w sugerowaniu, iż woli więcej. Gdyby na tym temat się wyczerpywał, nie wdawałbym się w wyniszczające romanse, nie zakochałbym się w Zuzie i nie dałbym jej wolności prawie nieskończonej. Gdybym traktował ją jak przedmiot, chciałbym ją na włas­ność, a ja wręcz przeciwnie. Od samego początku, a od oświadczyn z całą mocą, podkreślałem: „Jesteśmy razem, ale ty nadal robisz to, co robisz”. Wtedy nie rozumiałem, że bycia z kimś na zwyczajnych zasadach nie da się pogodzić z zasadami najstarszego zawodu świata. Niby wolny od przesądów, popełniałem klasyczny błąd chorobliwego zazdrośnika. Chciałem być przy wszystkim, i ta ochota wszystko neutralizowała i wszystko psuła. Jedno, co dobre: nikogo nie nawracałem. Tylko tego brakuje, żebym nawracał. Nie ma się czym szczycić. Trzymanie się powściągliwości wydało mi się nad wyraz dojrzałe, rozumne i oczekiwane. Czułem, że dziewczyny sto razy bardziej wolą tego rodzaju akceptację niż infantylne próby podnoszenia ich z upadku, wyzwalania z seksualnej niewoli, wyrywania ze szponów handlarzy żywym towarem czy innych alfonsów. Z moich obserwacji wynikało, iż prawie wszystkie (mówię o elicie, crème de la crème dziwkarstwa) uwielbiają seks i kochają kasę, wobec czego proponowanie im drastycznej redukcji jednego i drugiego jest dramatycznym nieporozumieniem.

 

Może nie goły jak święty turecki, ale regularnie tracący płynność finansową, miałbym po staremu działać? Dlaczego nie? Jakbym akurat miał środki. Każda, absolutnie każda ma takie pomysły. Ach, porzucić miasto, porzucić dotychczasowe życie wraz ze wszystkimi jego rekwizytami. Mini — won. Dekolty — won. Bielizna — won. Przysięgi i obietnice, choć ze szczerego serca płynące, trudne do spełnienia. Za choć częściową kasę? Kasa rzecz poważna.

Każda z nich marzy o szczęśliwym bytowaniu w małym domku pod Warszawą. Czas czystości jednak mijał, a jak mijał, tamto rozpasanie wracało. Mówcie, co chcecie: recydywa grzechu jest piękna. Dekolty, bielizna, mini, wszelkie ciuchy niezasłaniające, a obnażające do łask przywrócone. Nieraz, stęskniona poprzedniego życia, wymykała się za dnia, lub częściej nocą, i dawaj na miasto! Coś ekstra na taki wypad trzeba założyć. Zaglądać w duszę? Po co, skoro gołym okiem widać, że goła?

Mogłem się mylić i prawie na pewno się myliłem. W końcu opowiadam o ich wolności, do której moim zdaniem w nikłym stopniu, ale jednak się przyczyniłem. Jak powszechnie wiadomo, piewcy naszej wolności, nawet ci istotnie dla niej zasłużeni, na ogół się mylą. A nawet jeśli jakimś cudem się nie myliłem, to nie doceniałem ani odwiecznego głodu romantyzmu, ani klasycznie kobiecej sztuki godzenia sprzeczności. Tak jest, one pragną wyzwolić się z tej sytuacji. Z upodobaniem nurzając się w rozpuście, chętnie przyjmą wersję, iż ktoś je w tej rozpuście topi.

5

„Hulałem tam. Ojciec dzisiaj mówił, że po parę tysiączków płaciłem za uwiedzenie cnotliwych panien. To świński fantom, nigdy tak nie było, a co było, to że na «to» niepotrzebne były pieniądze. Dla mnie pieniądze to detal, gorączka duszy, okoliczność. Dzisiaj, dajmy na to, ona jest moją damą, a jutro zamiast niej będzie uliczna dziewczynka. I tę, i tamtą zabawiam, pieniądze rozrzucam garś­ciami, muzyka, zgiełk, Cyganki. Jak trzeba, to jej też daję, a biorą, biorą z zapałem, to trzeba przyznać, a zadowolone, a wdzięczne! Jaśniepanienki mnie kochały, nie wszystkie, ale zdarzało się, zdarzało; ale ja zawsze miałem gust do ciemnych uliczek, do zakazanych zaułeczków za rynkiem — tam to i przygody, i niespodzianki, i prawdziwe bryły złota w błocie. Mówię, bracie, alegorycznie. W naszej mieścince takich materialnych uliczek nie było, ale moralne były. Gdybyś jednak był tym, co ja, pojąłbyś, co one znaczą. Lubiłem rozpustę, lubiłem też hańbę rozpusty”.

Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow1

6

Zwracaliśmy uwagę? Powiedzmy jasno: Zuza zwracała uwagę. Głównie dekoltami. Skądinąd trudno się dziwić — nie po to ufundowała sobie za ciężkie pieniądze fenomenalny biust, by teraz go skrywać. Jasne. Ale ona nie miała ani jednej szmaty, która by nie była drakońsko wycięta. Wprawdzie uwielbiałem tę linię, jednak gdy ekstremalnie obnażona laska romantycznie wisiała na moim ramieniu w samym centrum miasta, czułem się niepewnie. Nie wyglądaliśmy na dziadka i wnuczkę zmierzających do cukierni. Ubierz się jak uczennica — prosiłem. Przychodziła w przyciasnej białej bluzczynie, nie pytajcie, na ile guzików zapiętej.

Wróćmy do pierwszego uroczystego obiadu: wchodzimy do knajpy, rozglądamy się za wolnym stolikiem, znajdujemy, zmierzamy doń, wszystko OK, i nagle widzę — nic nie jest OK. Zuza niby ta sama co przed chwilą, a całkiem inna, poważna i nieobecna.

Wzruszyła się naszym pierwszym wspólnym obiadem? Mało prawdopodobne. Rzucam okiem na salę i zaczynam się domyślać.

7

Z seksem tak samo, a nawet gorzej. Ryzykowna znajomość zaczyna się od seksu, od przełamywania loda, od wszelkich wyuzdań, za jakie zapłaciłeś. Zapłata — przypominam — też jest wyuzdaniem. Zakładając, iż chcemy „szybko”, niechybnie dostalibyśmy „powoli”. I na odwrót. Warto się zastanowić, czy warto. Oczywiście warto. Prędkości nic nie zastąpi. Kupuję ciebie wraz z twoją intymnością — jeśli to nie jest kręcące, to co jest? Było pytać: jeśli to nie jest wybuchowe, to co jest? Kupuję ciebie, gwiazdo na niebie.

Mimo takich inwestycji zwykle jest tak, jak jest za pierwszym razem w darmowym życiu — średnio. Kupuję wszelkie przyległości wraz z narzeczonym; wraz ze wszystkimi narzeczonymi? — to kręcące nie jest, ale jest. Udręka gratis, uniesienie pięćset — w sumie średnio. Z Zuzą było średnio, ale nasza miłość była już gotowa. Wystarczyło zapalić jej światła. Szkoda, że Zuza tego nie wyczuła.

Po niezbędnej przerwie próbuję odczytać, co ostatnio wiecznym piórem na żółtym papierze napisałem, i niektórym fragmentom nadziwić się nie mogę. Moje pretensje są doprawdy pretensjami dziecka. Nie wyczuła, bo nie kochała. Mnie nie kochała. Anteny nie w moją stronę wystawione. A że z intuicją generalnie nietęgo — cóż się dziwić. Wyniszczająca praca, całe dnie spędzone przed lustrem, wieczna troska, by wieczorem dobrze wyglądać, ciało wędrujące swoimi ścieżkami, dusza na niebieskich migdałach, ciało oddzielające się od duszy, ciało udoskonalane, ale na siebie skazane — wszystko to nie służyło intuicji. Nie mogłem pomóc, byłem otępiały ze starości. Brałem poza tym silne leki antyparkinsonowskie, na parkinsona nie działały prawie wcale, dawały za to nieopisany szwung erotyczny.

Daję chyba setny wers podziwu. Uroda Zuzy nie do przecenienia. Sztuczność doskonałą imitacją naturalności. Profil harfy, odpowiednia miękkość i zero blizn. Powiedzmy — jedna blizna, jedno niefortunne wybrzuszenie. Z początku niezauważalne, potem drażniące. Na razie zachwyt.

Przy jej szczupłej sylwetce, butach na wysokim obcasie i zupełnej swobodzie poruszania się wyłącznie w tych butach — efekt dławiący. Oczy brązowe — to nie byle co, laski z branży mają przeważnie jasne, radykalnie jasne oczy.

O oczach kurew traktat mógłbym napisać. O ich jadowicie jasnych oczach. Białe oczy kilerek i snajperek. Dlaczego sprzedajne laski mają jasne oczy? Jak brązowe, to w zasadzie żółte, jak niebieskie, to świetliście szare, jak zielone, to jak ścięta mrozem trawa. Jak granatowe, to błękitne. Niepodobna nie pomyśleć, że są to oczy pobielałe z zemsty, rozpaczy i furii, jaśniejące namiętnością i bezwstydem. Prastara klechda głosi, iż w dzieciństwie, może nawet we wczesnej młodości, wszystkie te panny były ciemno­okie. Dopiero w miarę wstępowania na złą drogę gorycz tak finezyjnie się somatyzowała. Źrenice bielały. Dziś bez wyjątku: jasne, suche i lodowate. Zuzine — ciemne, wilgotne, namiętne.

Boże mój, Zuza… Mam sześćdziesiąt sześć lat, trzy małżeństwa i masę przygód za sobą, kobiety były zawsze moją pasją i moim szaleństwem, celem życia. Żyłem dla zwierzęcego, a może boskiego daru dotyku, ale nigdy nie byłem w takiej pasji, w takim szaleństwie i w takim zachwycie jak z tobą. Dotykanie twoich nóg, pleców, ramion jest aktem uniesienia ducha, wymodloną redukcją świadomości. Po cóż ma mnie być więcej? Chcę istnieć o tyle, o ile — Panie Boże — dotykam jej biodra.

Jest — początkiem miłości, błędem dotyku, ciałem w obłędzie. Dziewczyna mi się podoba, pragnę jej dotykać. Starcze urojenia? Kto bierze w ramiona kobietę o czterdzieści lat młodszą, trudno, żeby nie miał uciechy. Nawet jak ma sto dwadzieścia. Kto prowadzi dziennik, trudno, żeby tego nie odnotował. Stary satyr i młodziutka nimfa — uparcie eksponujące ten motyw starożytne ludy wiedziały, co czynią. Młodsze, dużo młodsze partnerki mają godną uwagi zaletę: nie naruszają samotności. Są tak zasklepione w nieskończonym życiu, że rzeczy skończone nie mają do nich dostępu. Możesz być terminalnie chory, możesz mieć — właśnie — sto dwadzieścia lat, one i tak nie zwrócą na twój rychły koniec uwagi.

Nie z racji wyrzutów sumienia, ale z racji dziwacznej pychy ta kwestia raz po raz wraca. Jaka kwestia? Kasy. Zgoda — nikt nie lubi wydawania pieniędzy, zwłaszcza nikt nie lubi wydawania pieniędzy na darmo, a nawet przeciw sobie, bo przecież zawsze jest poczucie niesmaku, lęk przed chorobą i kac egzystencjalny. (Zwykły też — przeważnie coś wypić trzeba). Otóż ja nigdy nie miałem żadnego lęku, niesmaku, ogólnoegzystencjalnego ani zwykłego kaca. Przeciwnie, zawsze mi się wydawało, że za parę groszy otrzymuję absolut — ciało kobiece. Kręciło mnie ono, kręciło nawet, jak było nieco sfatygowane, kręciło mnie, że płacę jego właścicielce, kręciło mnie, że płacą jej inni, kręciło mnie, że uprawia seks z innymi. Oczywiście za pieniądze — gdyby obcowała z nimi za darmo, ergo z entuzjazmem, rychło zdechłbym ze zgryzoty. A raczej z obojętności i nudy. Ja nie potrzebuję kobiety wiernej i oddanej. Ja potrzebuję niewiernej i wyuzdanej. Wychodzę na tym jak Zabłocki na mydle; żadna z tych, na których mi prawdziwie zależało, nie była mi wierna. Ale dopóki była, to była. Nie znam bardziej dławiącego zakręcenia. Ale tylko ta jedna perwersja ożywiała i rozjaśniała nurty ciemnej i gęstej starczej krwi. Inna rzecz, że nigdy nie byłem pasjonatem wyuzdań, nie szukałem zabaw z jakimiś, pożal się Boże, rekwizytami, pozycji zaprzeczających prawu grawitacji ani innych cudów — jakkolwiek to brzmi — na kiju.

8

Ciągle mi się wydawało, że jest. Dbałem o to, by kobiety, z którymi byłem — były ze mną w sensie ścis­łym. To znaczy na okrągło, przez dwadzieścia cztery godziny bez przerwy. Wspólne spacery, obiady i czytanie gazet. Wspólna fizjologia, te same choroby, ten sam zapach ciała, jednaki rytm oddechu.

Teraz piętnuje się takie związki. Nie można wchodzić sobie na głowę, to czysta toksyka, nawet w amoku miłosnym nie wolno tłumić potrzeb drugiego człowieka, najbardziej kochająca się para musi dbać o margines — i to spory margines — wolności etc., etc.

Otóż albo jesteśmy parą, albo nie. Jak jesteśmy, to nie tylko włazimy sobie na głowę, ale też na ramiona, piersi, tułów, ręce, nogi, płuca, nerki, serce, też na flaki, mózg, ślepą kiszkę. Do zesrania, uduszenia, utraty wszystkiego — swoistości, indywidualności i wolności zwłaszcza. Nie ma dystansu, respektu i innych klęsk — jest wzajemne pożeranie siebie. Jeśli szczerze kochasz, w zasadzie cię nie ma. Twoje ciało po katastrofie, którą jakimś cudem przeżyłeś, zmieszane z jej szczątkami — co jest czyje? Twoja dusza z tamtą połączona nie zna dokładnie swoich granic. Konieczny nie tylko dwuosobowy sedes, ale i trumna. Prawdziwa miłość ma wysoką temperaturę i z lekka cuchnie rozkładem. Prawdziwa miłość to szaleństwo — para szaleńców pielęgnujących nie­zależność? Ani szaleństwa, ani miłości, ani niezależności. „O każdej dobie będę ja przy tobie” — oto dewiza tych, co po staremu wierzą w niezapomnianą utratę zmysłów, rozumu i przytomności. Albo miłość, albo wolność. Moje byłe znają tę poezję; Zuza poznała zaledwie wstęp, i to niecały. Zasypiałem w fotelu, budziłem się i byłem pewien tak jak zawsze: ktoś jest przy mnie. Z kuchni dochodził jakiś szelest, nic dziwnego, ktoś przecież ze mną mieszka. Kto? Nie jestem pewien, w której fazie życia się obudziłem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?